–P –¤–³PODRÓÛ W PRZYSZÎOÔÊ–»–¹ Pisk, ôwiatîo, jasnoôê, czîowiek pada. Caîkowita cisza wokóî przerywana jest tylko popiskiwaniem maszyny i oddechami mëûczyzny leûâcego na betonowej podîodze. Tuû za nim piëtrzy sië mechanizm, palâ sië ôwiateîka. Delikatna tëcza pokrywa ciaîo ôpiâcego. Jego ciaîo, nagie i wychudzone leûy w tumanach kurzu i powoli stara sië odzyskaê kontrolë. Pommieszczenie w którym znajduje sië osobnik jest niewielkie. Praktycznie brak jest jakichkolwiek sprzëtów. Jedyne co moûe przyciâgaê uwagë to wîaônie ta MASZYNA i jedyne drzwi, wyjôcie stâd, z tego zaduchu, kurzu, odoru ômierci. Mija trochë czasu, ôwiatîa na pulpicie nagle przestajâ sië ôwieciê, dúwiëk ustaje. Czîowiek jednak wciâû leûy. Ôpi. Na podîodze kurz zdâûyî juû osiâôê. Równomierne wdechy i wydechy nagle przerywa kichniëcie. Jedno, drugie, trzecie... Budzi sië wciâû kichajâc. Preciera oczy i próbuje opanowaê kichanie. Rozglâda sië. Stara sië wybadaê co jest grane. Spostrzega jednâ dosyê interesujâcâ rzecz, mianowicie jest nagi. Rozglâda sië dalej, do jego umysîu dochodzâ strzëpki wspomnieï powoli wyîaniajâce sië z mgîy. "Puîkowniku!!! On jest bardzo odporny, da sobie radë, co z tego, ûe zabiî ... przecieû to tylko 500 lat!!! ... Nie mam po co teraz ûyê moûe kiedyô ... To ôciôle tajne ... Nie oczywiôcie ûe nie panie generale ... Rozumie sië, dajecie mu, nie nie dajecie mu ûadnych szans? ... Ûegnaj kochanie ... ". Nagîy przypîyw wspomnieï oduûyî go i znów pogrâûyî sië we ônie. HIBERNACJA. Nieeeeeeeeeeeeeeeeee !!!!! Obudziî sië zlany potem. Rozglâdnâî sië przypominajâc sobie o swoim koszmarze. "Nie, to nie koszmar! To prawda. Popatrzeê na licznik, licznik, gdzie on jest do cholery !!! Nie to niemoûliwe!!! Wszystko przecieû zgasîo. Dlaczego? Chyba coô tu nie gra. To pewnie dlatego sië obudziîem, ale przecieû juû dawno powinna tu przybyê setka inûynierów, genetyków, i wojskowych. Tych zawsze byîo najwiëcej. Gdzie oni wszyscy?" - Halooooo!!!!!!!!!!!!!!!! Jest tu kto? Zakrztusiî sië i zaczâî kaszleê. Po chwili jednak przestaî. Wysuszone na wiór gardîo daîo o sobie znaê. Brak jakiejkolwiek odpowiedzi, tylko wszechograniajâca cisza. W przypîywie zîoôci wstaî, podszedî do drzwi,wyszukaî w ciemnoôci klawiatury i wstukaî kod. 0070010800. Zamyôlony wstukiwaî cyfry automatycznie. Zwróciîa jednak jego uwagë absolutna cisza. Popatrzyî na wyôwietlacz. Nic. Absolutnie nic sië nie ôwieciîo, zero sygnaîów "elektrycznego ûycia". Nacisnâî klamkë. Drzwi stanëîy otworem. Na korytarzu panowaîa ciemnoôê. Zaniepokojony widocznym brakiem elektrycznoôci postanowiî posuwaê sië wzdîuû ôciany. Zmëczone dîugâ hibernacjâ ciaîo ciâûyîo mu coraz bardziej. Po chwili osunâî sië aby odpoczâê. I znów zasnâî,tym razem jednak bez ûadnych wizji. Obudziî sië gîodny. Wstaî gwaîtownie i dopiero po chwili zrozumiaî gdzie jest. Jednak gîowa nie caîkiem dobrze znosi dîugi odpoczynek. Poszedî dalej wzdîuû korytarza. Prawie uderzyî gîowâ w stalowe podwoje drzwi gdy te wynurzyîy sië z ciemnoôci tuû przed nim. Poszukaî koîowrotu i przekrëciî tak ûe wîaz stanâî otworem. Oczom jego ukazaî sië niesamowity widok budynków wojskowych ustawionych wzdîuû kilku ulic. Staî samotnie na wzgórzu na którym piëtrzyîa sië za nim budowla "lodówki" - tak zawsze zwaî jâ generaî Jarus - gîówny szef projektu "Brama do Wiecznoôci". W tym momencie powróciîy do niego te wszystkie chwile, stracony czas, sîowa. I zamroûenie... Bolesne, prawie ûe obdzierajâce z wszystkich nerwów. Próbowaî krzyczeê ale wtedy byîo juû za póúno. Nie istniaî. A tu na wzgórzu wciâû staî budynek, ôwiadek, obserwator, matka wiecznoôci. Przypominaî sobie wszystko. To co widziaî, to co przeûyî, co chciaî osiâgnâê. Oraz gdzie jest. Budynki stojâce poniûej wzdîuû kilku ulic stanowiîy gîównâ kwaterë wojsk NATO na terenie Wielkiej Europy. Kraju powstaîego z wszystkich 23 czîonków Unii Europejskiej w 2002 roku. Betonowo-tytanowe bunkry na nizinie ôlâskiej stanowiîy trudny orzech do zgryzienia dla armii islamskiej. I jak byîo widaê dotrwaîy do tej pory w nienaruszonym stanie. A wîaônie: do kiedy? Jaki teraz jest dzieï? Kiedy oûyî? Jak dîugo byî martwy? Postanowiî, ûe dowie sië tego tuû po tym jak coô zje. Jedzenie podawane doûylnie nie zmniejsza poczucia gîodu a juû na pewno nie smakuje. Postanowiî udaê sië do kantyny. Zszedî z wzgórza. "Dobrze ûe tego nikt nie widzi" - pomyôlaî czujâc lekki chîód. Sîoïce na horyzoncie juû kîadîo sië spaê. Ôwierszcze cykaîy monotonnie. Powietrze byîo jednak duszne. "No przynajmniej wiem jaka to pora roku, no i przynajmniej nie zamarznë!" - próbowaî sië pocieszyê. Na poîudniu staî budynek z mieszczâcâ sië tu kantynâ. Otworzyî drzwi. Stoîy idealnie przyôrubowane do podîogi i krzesîa leûâce na nich w idealnym porzâdku mówiîy o bezpieczeïstwie tego miejsca. Wraûenie to psuî jednak drobny szczegóî - wszystko pokryte byîo grubâ warstwâ kurzu. Podszedî do lady. Przeskoczyî jâ podpierajâc sië lekko lewâ dîoniâ. Jednak zesztywniaîe ciaîo odmówiîo posîuszeïstwa,rëka ugiëîa sië i zwaliî sië jak dîugi na ladë wzniecajâc tumany kurzu. Zaklâî szpetnie z ledwoôciâ wymawiajâc sîowa przez wyschniëte gardîo. Podszedî do lodówki. Otworzyî energicznym ruchem i znowu zaklâî przy okazji niemiîosiernie ryczâc domagajâcymi sië poûywienia trzewiami. Lodówka byîa caîkowicie pusta jeôli nie liczyê jakiegoô papieru. Podniósî go i przeczytaî co na nim pisaîo: ÔWIEÛE MIENSO PROSTO OD KURPATFY TYKO Z ROKU 2857 (do kurekty : nie ruszaê!) (jakiej kurekty, wyraûaê mi sië tu! -kor). "Co to za beznadzieja?" - pomyôlaî i szybko sië zreflektowaî - "Kurwa jego maê! Jakim kurwa cudem jest tu 2857? Mieli mnie kurwa obudziê! Czyûby i to zawiodîo?". Caîkowicie zbity z tropu podszedî do kranu i odkrëciî kurek. Woda popîynëîa z lekko pordzewiaîgo kranu. Nachyliî sië. Napiî sië do syta i zaczâî przemywaê twarz. W tym momencie woda przestaîa sië laê tak intensywnym strumieniem, zmniejszyî sië on w kilka sekund i woda caîowicie przestaîa cieknâê. "To pewnie wina braku prâdu. Jak tylko dorwë jakiegoô goôcia to mu skopië tyîek!". Otworzyî jeszcze kilka szafek. Jednak w ûadnej nie znalazî nic do jedzenia. rest will come sometime.... maybe tommorow? –ß–¢Simmon–»–¹ –