Nie poddam sië!
   Marcin Cieôlik



Zostaîem dziô wezwany (powstaï) na dywanik Wydawcy (bacznoôê) pewnego pisemka, w którym publikujë swoje herezje (spocznij, brawa). Kiedy pëdziîem do redakcji przebiegaîy przez przedîuûenie mojego rdzenia krëgowego myôli (widownia szaleje): czego znowu ode mnie chcâ?

Okazaîo sië, ûe redakcyjny komputer (pecet, jakby ktoô miaî wâtpliwoôci) nie potrafiî odczytaê mojego tekstu, który kilka dni wczeôniej zîoûyîem na biurku mojego Wydawcy. Caîy spocony i z trzesâcymi sië rëkoma wziâîem dyskietkë z moim tekstem i wróciîem do domu. Na miejscu okazaîo sië, ûe dysk sformatowany jest na 880 kB, a jak wiadomo blaszanka takiej gëstoôci zapisu nie rozpoznaje. Cóû - nawet profesjonaliôci (skâd te ômiechy?) popeîniajâ czasami bîëdy. Po przeformatowaniu dysku na 720 kB i nagraniu tekstu z powrotem na dysk pognaîem do redakcji.

Didaskalia: wpóî do dziesiâtej wieczorem, ciemna ulica w przedostatni dzieï astronomicznego lata, banda pijaczków zmierzajâcych w mojâ stronë. Boûe! Oni szukajâ zadymy!

Jako poczâtkujâcy dziennikarz wyrobiîem sobie zdolnoôê do szybkiego przemieszczania sië (czyt. sprint dîugodystansowy), co nieraz pozwalaîo mi uniknâê antyspoîecznych zachowaï bywalców sklepu "U Basi" czy równie nieludzkiego spojrzenia szanownego Wydawcy (bacznoôê!), który jak to kaûdy wydawca (padnij!) bardzo sië zîoôci, gdy obiecane teksty przychodzâ z niewielkim opóúnieniem.

W kaûdym razie udaîo mi sië szczëôliwie dotrzeê do redakcji i ciëûko dyszâc wpatrywaîem sië w okienka, które analizowaîy zawartoôê dostarczonej przeze mnie dyskietki. W koïcu mój artykuî znalazî sië na dysku twardym nie mniej twardego Wydawcy (powstaï), a ja udaîem sië w drogë powrotnâ do domu, trzymajâc gîowë dumnie uniesionâ w geôcie zwyciëstwa. Znowu odniosîem triumf.

Didaskalia: cichy, maîy pokój, w tle wesoîo pobzykuje Amisia. Godzina 22:16, za oknem zimny, szary wieczór.

Moja radoôê bierze sië stâd, ûe poraz kolejny udowodniîem sobie i "caîemu ôwiatu", ûe moûna obejôê sië bez tak uniwerslanego multimedialnego narzëdzia, jakim jest pecet. Przyznajë, ûe po tym jak inny Wydawca innego pisma (moûna leûeê) stwierdziî, ûe dopóki nie zmienië komputera, dopóty drzwi jego redakcji pozostanâ dla mnie zamkniëte (jëk zawodu), myôlaîem o zakupie elektronicznej multimedialnej maszyny do pisania klasy IBM PC 386. Jednakûe miliardy eksperymentów przeprowadonych w Imië Nauki (bacznoôê, ôpiewaê "Czerwony sztandar do góry wznieô..."!) doprowadziîy do wypracowania przeze mnie osobistego algorytmu pozwalajâcego na bezkonfliktowe przenoszenie tekstów pisanych na Ami na okienkowy komputer Wydawcy (brawa!). I tak oto pisujë sobië na Amidze wbrew konserwatywnym przekonaniom ludzi ze ôrodowisk w których sië obracam, którzy sîowo "Amiga" kwitujâ ironicznym uômieszkiem i wymownym gestem palca wskazujâcego zmierzajâcego w kierunku czoîa. Okazuje sië, ûe moûna, i to moûna bardzo komfortowo. Bo nikt mi chyba nie wmówi, ûe praca ze zMaSakrowanym Wordem jest przyjemniejsza od pisania w nieômiertelnym AmiTekôcie, podczas gdy w tle pîynie muzyka, a na blacie WB rozpoczyna sië wîaônie projekcja "Bliskich spotkaï trzeciego stopnia"...

Jeôli masz problem z przenoszeniem amigowych plików tekstowych na peceta, twój wydawca kaûe zmieniê tobie platformë, a ty nie masz na to ochoty - napisz, a z chëciâ pomogë wyjôê tobie z tej patowej sytuacji. Pokaûmy wszystkim specetowiaîym wydawcom tego ôwiata, ûe Amiga jest zdolna do rzeczy najmniej prawdopodobnych i niech sobie, tego, kurde, nie myôlâ (kurtyna, brawa).