4101DZIEÏ LIFTERA 00 02(fragment powieôci))00 Jak zwykle przed poîudniem, w barze byî tîok i haîas, ale prawie nikt nie przesiadywaî tu dîuûej niû potrzeba na wypicie kawy albo szklanki piwa. Sner zaczekaî kilka minut aû zwolni sië jego staîe miejsce w kâcie, wreszcie usiadî na wysokim stoîku i zanurzyî wâsy w pianie. Przeîykajâc ten pierwszy dzisiaj îyk dobrego pilznera, uspokajaî sië powoli. Przyspieszone tëtno wracaîo do normy. Odrobina alkoholu przywracaîa klarownoôê jego myôlom. Tutaj wîaônie, poôród szmeru wielu nakîadajâcych sië rozmów, brzëku szklanek i gulgotu dozowników nalewajâcych napoje, czuî sië znakomicie. Tu byî bezpieczny, dobrze ukryty poôród dziesiâtek zmieniajâcych sië co chwila twarzy, w samym ôrodku miasta. Jak maîy, mâdry wâû w tropikalnej dûungli, wykorzystujâc zdolnoôê mimikry, przeôlizgiwaî sië, nie dostrzegany ani przez wrogów, ani przez tych, dziëki którym mógî egzystowaê. Zawsze wypijaî tu swoje przedpoîudniowe piwo, spokojny o to, ûe otrzymaîby drugie i trzecie, a nawet czwarte, gdyby zechciaî. Wypijaî zresztâ zwykle nie wiëcej, niû dwa. Zbyt szanowaî swój jasny, bystry umysî - któremu zawdziëczaî miëdzy innymi takûe i piwo - by mâciê go sobie nadmiernâ dawkâ alkoholu. Jednak ôwiadomoôê owej potencjalnej moûliwoôci urûniëcia sië w razie chëci, dawaîa mu szczególnâ satysfakcjë. Ôwiadomoôê ta byîa jednym z gîównych elementów decydujâcych o poczuciu bezpieczeïstwa w tym barze, w tym mieôcie i w ogóle, na tej planecie. Z doskonale odmierzonâ powolnoôciâ odwracaî czasem gîowë na dúwiëk brzëczyka oznajmiajâcego któremuô z klientów, ûe jego tygodniowy limit - piwa czy czegoô tam innego - skoïczyî sië na poprzedniej porcji. Czasem, gdy byî w szczególnie dobrym nastroju, a goôê podobaî mu sië na oko, Sner zsuwaî sië powoli z wysokiego stoîka w kâcie (staîe miejsce w kâcie teû naleûaîo do elementów poczucia bezpieczeïstwa: lubiî mieê zabezpieczone tyîy i jednâ flankë); a wiëc zîaziî z tego stoîka i odsuwaî lekko na bok niedoszîego konsumenta, który zazwyczaj z gîupawâ minâ gapiî sië w automat. Potem wkîadaî swój klucz do otworu i dysponowaî dwa duûe piwa. Otrzymywaî je niezawodnie - w poniedziaîek czy w sobotë, bez róûnicy - i nonszalancko podsuwaî jedno pod nos zaskoczonego goôcia, albo, trâcajâc jednym kuflem o drugi, wznosiî jakiô toast, ni w piëê ni w dziewiëê. Dziô nie trzymaîy sië go takie numery. Przy czwartym kuflu stwierdziî, ûe nawet piwo mu nie smakuje. Czuî juû w gîowie lekki alkoholowy szmerek, a gîosy wokóî niego zaczynaîy zlewaê sië w jednorodny szum. Odstawiî niedopitâ szklankë i patrzyî bezmyôlnie poprzez witrynë na przelewajâcy sië potok przechodniów mijajâcych bar. Byî rozdraûniony, rozkojarzony i wôciekîy w najgorszy z moûliwych sposobów, wôciekîy beznadziejnie - bo na siebie samego... O wiele îatwiej jest znieôê najwiëkszâ nawet przykroôê, gdy winâ obciâûyê moûna kogokolwiek poza sobâ... "Jak ostatni kretyn! Jak skrajny szóstak! - myôlaî o sobie z obrzydzeniem. - Jak moûna byîo na to pozwoliê daê sië podebraê w tak prymitywny sposób, zîapaê sië na taki trick!". Odkâd uprawiaî swój zawód, a raczej proceder, wiedziaî dobrze, ûe od czasu do czasu ktoô - tam, gdzieô - tam wpada z tego czy innego powodu. Ale, jak dotychczas, byîy to przypadki sporadyczne. Wôród kolegów z branûy krâûyîy o tym róûne legendy i anegdoty. Taka wpadka - to zawsze byîo coô, o czym opowiadaîo sië dîugo potem. A tutaj - masz! Gîupia, kretyïska sprawa... Sner jeszcze raz przebiegî pamiëciâ caîy dzisiejszy ranek (jeôli tak moûna nazwaê czas miëdzy dziesiâtâ, kiedy to wygrzebaî sië z îóûka, a dwunastâ). Dzieï zaczâî sië normalnie. Obudziî sië w kabinie noclegowej ôredniej kategorii (przy jego zajëciu, posiadanie staîego mieszkania byîo niewskazane, a korzystanie z najlepszych hoteli mogîo budziê podejrzenia); potem ruszyî bez celu w kierunku ôródmieôcia, oglâdajâc wystawy sklepów i nogi mijanych dziewczyn. Wstâpiî do fryzjerni, ogoliî sië w automacie, i wziâî elektromasaû, by nadaê swej czterdziestoletniej fizjonomii wyglâd trzydziestolatka. Nie miaî dziô wîaôciwie nic do roboty. Ostatni klient bardzo przyzwoicie wywiâzaî sië ze swych pîatnoôci. Oznaczaîo to moûliwoôê co najmniej miesiëcznego nieróbstwa, ale Sner nie lubiî zbyt dîugo pauzowaê. Nie z chciwoôci bynajmniej, lecz z zamiîowania. Ten rodzaj zajëcia dawaî mu - oprócz ôrodków dla wygodnego i w miarë dostatniego ûycia - pewien szczególny typ przeûyê emocjonalnych, autentyczny dreszczyk emocji, o który nieîatwo w tym uporzâdkowanym i nieomal doskonale zorganizowanym ôwiecie. A wiëc, krótko mówiâc, wyszedî sië przejôê przed poîudniem, wypiê swoje codzienne piwo na rogu Póînocnej i Ronda Saturna; potem miaî jeszcze spotkaê sië z jednym, który byî winien jakieô kilkadziesiât punktów. Sîowem, nic powaûnego, ûadnych niebezpiecznych operacji. Szedî rozluúniony, spokojny, czysty jak îza i nagle, niespodziewanie, ten facet... To byîa niewâtpliwie wina Snera. Po prostu, zbyt byî ro­ zluúniony, zbyt beztroski, zbyt przyjaúnie nastawiony do ôwiata i ludzi - i na chwilë zapomniaî, ûe wôród tych ludzi - przyjacióî zawsze musi sië wpasowaê jakaô menda, jakiô z cicha pëk kapuô, tajniaczek, inspektorek, tfu! I w ogóle, nie wiadomo po co zatrzymaî sië przed witrynâ, w której wystawiono najnowsze modele mikrosystemów informatycznych... Co jego, czwartaka, mogâ obchodziê mikro... jakieô tam? Na të jednâ fatalnâ chwilë zamyôliî sië, zagapiî, nie pilnowaî wîasnej podôwiadomoôci, pozwoliî jej wypîynâê na wierzch, wybulgotaê poprzez të spokojnâ, gëstawâ powîoczkë, którâ sië otoczyî i z którâ tak mu byîo dobrze! W jaki sposób ten gnojek wyczuî ów moment roztargnienia? Czyûby tak doskonale wystudiowana, ôredniotëpawa mina, okazaîa sië zbyt mâdra? Mógî to byê czysty przy­ padek, ale Sner wiedziaî, ûe takie przypadki nie zdarzajâ sië prawie nigdy. Ostatecznie, nie zaczepia sië pierwszego z brzegu przechodnia, by z gîupia frant zadaê takie niby to niewinne pytanko... To byîa niewâtpliwie prowokacja, tylko dlaczego wymierzona wîaônie w niego? Czyûby popeîniî jakiô bîâd? Moûe to na skutek donosu któregoô z klientów? Nie! Sner byî zawsze bardzo ostroûny, klientów traktowaî poprawnie i nigdy nie braî sië do wâtpliwych spraw. Nigdy nie groziî, nie szantaûowaî, nie wymuszaî... Co najwyûej, wycofywaî sië z interesów, czasem dopuszczaî zwîokë w inkasowaniu honorarium, albo nawet machaî rëkâ na zalegîe drobne wierzytelnoôci. Trudno przypuôciê, by ktoô z klientów sypnâî go z osobistych pobudek. Wszystkich miaî w garôci, a poza tym, kaûdy z nich zdawaî sobie sprawë, ûe wczeôniej czy póúniej moûe byê zmuszony do ponownego skorzystania z raz nawiâzanych kontaktów z fachowcem duûej klasy. Taka znajomoôê byîa bardzo cenna dla tych, którzy dziëki specom w rodzaju Snera wspinali sië wyûej czubka wîasnej gîowy. A jednak musiaî byê jakiô donos, anonim czy coô w tym rodzaju. Moûe ktoô z branûy, konkurencja? To takûe maîo prawdopodobne. Konkurencji praktycznie nie ma: klienteli pod dostatkiem, moûna przebieraê. Sner zaliczaî siebie raczej do elity w zawodzie: braî tylko wysokie sprawy, staê go byîo na to. Niewielki przerób, wysokie honoraria, nigdy ûadnej taniej masówki, partaniny dla ubogich. Nie podejmowaî sië îatwizny, ûadne tam "piëê na cztery", czy nawet "cztery na trzy". Operowaî zazwyczaj miëdzy trójkâ a jedynkâ. Jedna, dwie sprawy w miesiâcu - i dosyê. Nie naleûaîo ryzykowaê zbyt czësto, wystawiaê gëby na pokaz, popadaê w rutynë. Sner wolaî opracowywaê kaûdâ sprawë indywidualnie, pomaîu, z rozwagâ i inwencjâ. Byî dumny z tego, ûe rzadko powtarza te same chwyty. Czuî sië artystâ, nie jakimô tam rzemieôlnikiem. Dzisiejszy przypadek rozstroiî go zupeînie. Nie poszedî na spotkanie z dîuûnikiem, nie dopiî ostatniej szklanki piwa. "Cholera wie, co z tego wyniknie - myôlaî, wciâû rozpamiëtujâc wydarzenie sprzed póîtorej godziny. - Co on moûe z tym zrobiê? Nie powiedziaî ani sîowa, tylko obejrzaî klucz, coô zapisaî, podziëkowaî grzecznie - i poszedî... Moûe trzeba byîo pójôê za nim, zaproponowaê coô..." Snera staê byîo na kupienie caîego pëczka takich maîych szczyli - agenciaków, ale kaûda próba dania takiemu w Klucz byîaby równoznaczna z przyznaniem sië do czegoô... A wówczas, to juû zupeînie nie wiadomo, co taki zrobi. Moûe lepszy oficjalny tok sprawy, niû szantaû... "Za dobrze mi byîo, za dobrze szîo..." - dumaî, wychodzâc z baru. - "Coô takiego zawsze spotyka czîowieka w zupeînie niespodziewanym momencie i z tej strony, z której najmniej sië spodziewa". Rozglâdaî sië odruchowo, jak by z obawy, ûe juû po niego idâ, choê doskonale wiedziaî, ûe to niemoûliwe. "Teraz na pewno wezwâ mnie na weryfikacjë - rozmyôlaî, idâc skrajem ulicy i nie patrzâc juû nawet na nogi mijanych dziewczyn. - Ûegnaj, sîodkie ûycie! Wlepiâ trójkë, jak nic... Gdzie tam trójkë! - zreflektowaî sië po chwili. - Dobrze bëdzie, jeôli nie wyniuchajâ caîej prawdy..." Zbyt dobrze znaî metody badaï, by spodziewaê sië, ûe zdoîa ukryê swâ tajemnicë. Co innego normalna sprawa, co innego - taka podejrzana weryfikacja. "Ciekawe, co mi kaûâ robiê!" - pomyôlaî, juû czujâc sië w nowej sytuacji. Wyobraziî to sobie doôê wyraúnie. Skrzywiî sië na samâ myôl o codziennym wstawaniu o siódmej, o bieganiu na kilka godzin do jednego z tych paskudnych gmachów... albo gorzej jeszcze... "Tyraîbym jak osioî, nie zarabiajâc nawet poîowy tego, co mam teraz. Nie, mowy nie ma, do diabîa! Nie moûna do tego dopuôciê?" Najbardziej ze wszystkiego draûniîo go jednak to, ûe wpadî tak gîupio - on, zerowiec, a nadto we wîasnym przekonaniu i zdaniem towarzyszy w sztuce, jeden z najlepszych lifteróww caîej aglomeracji... Daê sië nakryê, i to zupeînie na luzie, nie podczas peînienia czynnoôci zawodowych - to pachniaîo haïbâ, rzucaîo cieï na caîy lifterski klan... Przemierzaî ulice, nie widzâc i nie sîyszâc niczego wokoîo. Szukaî w pamiëci tej jednej, fatalnej chwili, w której popeîniî bîâd; bo teraz nie wâtpiî juû, ûe musiaî bîâd popeîniê. Ten gliniarz po prostu czekaî tam, na niego wîaônie. Najwyraúniej zasadziî sië tam, na normalnej, codziennej trasie Snera, jak dawni myôliwi przy ôcieûce, którâ zwierzyna zwykîa zdâûyê do wodopoju. Sner musiaî przyznaê, ûe chwyt byî skuteczny, choê kretyïsko prosty. Czyûby policja postanowiîa dobraê sië wreszcie lifterom do skóry i Sner padî ofiarâ nowych metod? "Dlaczego wîaônie ja?" - pytaî sam siebie, zupeînie bez sensu, po czym odpowiadaî sobie, aby sië pocieszyê: "Dlatego, bo jestem kimô, kto sië liczy, nie jakimô tam drobnym windziarzem. Gdyby zaczëli od tych z doîu, byê moûe odnieôliby sukces iloôciowy, ale naîowiliby pîotek, a grubsze ryby zostaîyby ostrzeûone. Chwytajâc takiego jak ja, liczâ na zastraszenie pozostaîych..." Ktoô trâciî go w ramië. Obejrzaî sië, moûe trochë zbyt nerwowo, lecz nie zwalniajâc kroku. - Mam coô dla ciebie - powiedziaî póîgîosem tîusty, îysawy czîowieczek, sunâc o krok za Snerem. Znaî go. Tak, to ten, no, jak mu tam, Prom? Nie, Pron! Drobny lifciarz z dolnych klas, wyciâgajâcy jakichô tam szóstaków i piâtaków. Zupeîna miernota. Sner w zasadzie nie zadawaî sië z takimi. Ale ten czasem dostarczaî dobrych klientów. - Mam robotë trzy na dwa. Sam bym zrobiî, ale to dla mnie trochë za wysoko, a dla ciebie to pestka. Obiecujâcy facet. - Ile? - spytaî Sner machinalnie, lecz natychmiast przypomniaî sobie, ûe go to nic a nic nie obchodzi, przynajmniej teraz. - Dwie setki! - W ûóîtych? - W ûótciusieïkich. - Nieúle. Ale nie wezmë. Dwie setki to rzeczywiôcie byîo sporo, a nawet bardzo sporo - szczególnie, ûe wszystko w ûóîtych. Sner wyobraziî sobie ten niekoïczâcy sië szereg kufli z bursztynowâ zawartoôciâ, który moûna by za to dostaê. - Jak to? - Pron aû sië zatrzymaî, a potem podreptaî do sunâcego nieustannie naprzód Snera i uczepiî sië jego îokcia. - Co ty...? Urlop wziâîeô? - A dajûe mi spokój, do cholery... - Sner zawahaî sië. - Drapnëli mnie i pewnie zwinâ lada moment - dodaî po chwili. - Ciebie? Ton, jakim to byîo powiedziane oraz okrâgîoôê wywalonych gaî Prona poîechtaîy próûnoôê Snera. Przez chwilë odczuwaî wdziëcznoôê dla obleônego typa za ten odruch zdumienia, ôwiadczâcy, ûe wpadka Snera byîa w jego pojëciu czymô najzupeîniej nie wchodzâcym w rachubë. - Mnie! - przytaknâî z gestem mówiâcym "no i co takiego? Nawet najlepszym sië zdarza!" - Przy pracy? - Ûeby to! Zupeînie gîupio, na ulicy. Jedna zbyt mâdra odpowiedú na gîupie pytanie. - I ty nazywasz to wpadkâ? - Pron lekcewaûâco wzruszyî ramionami. - Spisaî mnie. - No to co takiego? - Jak to "co?" Przecieû to jasne: kiedy sië zgîoszë do przekodowania Klucza, poôlâ mnie na weryfikacjë i tak przemaglujâ, ûe... - Do koïca miesiâca masz kupë czasu. Coô sië poradzi. - Nic nie poradzisz. Za póúno - westchnâî Sner z rezygnacjâ. - Póúnawo, ale nie za póúno. Bywaîo gorzej - powiedziaî Pron pogodnie. - Sam miewaîem róûne kîopoty a prosperujë, Bogu dziëki; siódmy rok w zawodzie. Kto cië spisaî? - Jakiô mîody. Tajniak. - Najskuteczniejszy sposób juû przepadî - Jaki? - Stuknâê, od rëki. Pewnie nawet nie poszedîeô za nim? Otóû to. Tu wîaônie tkwiîa róûnica miëdzy tymi gnojkami z niûszych klas a elitâ, do której naleûaî Sner. Dla tamtych - "stuknâê" byîo wyjôciem oczywistym, które Snerowi nawet by na myôl nie przyszîo. Tak byîo zresztâ zawsze. Dawniej, w epoce banków i kas pancernych, ûaden powaûny, liczâcy sië kasiarz teû nie tykaî mokrej roboty, a byle doliniarz bez skrupuîów ciâî mojkâ po oczach. - Dwa tygodnie, to kupa czasu. Coô ci wykombinujë, a ty mi zrób të maîâ grzecznoôê: weú tego za dwie setki. Szczerze mówiâc, odpaliî mi parë punktów zaliczkowo, bo mu obiecaîem umówiê najlepszego fachowca. Liczyîem na ciebie: Przecieû mnie znasz. Nigdy cië w maliny nie wpuôciîem, nie? No, to jak bëdzie? - A, niech tam. Dawaj go. Za godzinë w hallu hotelu "Kosmos" - zgodziî sië Sner. - Dziëki. A o twojej sprawië bëdë myôlaî. Trzeba sobie pomagaê, jeôli zaczynajâ sië nam krëciê koîo tyîków. "Myôl, myôl, bracie. Swojâ gîówkâ czwartej klasy niewiele wydumasz. A mnie nie zaszkodzi mieê trochë oszczëdnoôci na ciëûkie czasy. Co na Kluczu, to moje. Nawet, jeôli zweryfikujâ i przeklasyfikujâ, to i tak muszâ wszystko przelaê, co do punktu. Chyba, ûe udowodniâ lifting... Wtedy gorzej, duûo gorzej. Ale dowodów nie majâ. Co najwyûej, skarcâ za ôwiadome i umyôlne zatajenie rzeczywistej klasy. Albo i to nie, bo chyba nie ma takiego paragrafu..." .oOo. Pron skrëciî w kolejnâ przecznicë. Patrzâc za nim Sner zastanawiaî sië, jakâ klasë ma naprawdë ten drobny cwaniak. W lifterskim savoir-vivre pytanie o takie sprawy byîo duûym nietak­ tem. Sner skierowaî sië w stronë hotelu "Kosmos". Wprawdzie z klientem umówiî sië dopiero za godzinë, ale to naleûaîo do zawodowego rytuaîu. Klient nie moûe odczuê, ûe lifter jest w kaûdej chwili gotów do usîug. W rezultacie, nie bardzo wiedziaî co zrobi z tâ godzinâ czasu. Snujâc sië bocznymi ulicami ôródmieôcia spostrzegî nagle znajomâ twarz. Kolega sprzed lat, chyba ze studiów. Nawet dobry kolega. Mimo oporów tamtego, po chwili siedzieli juû w maîym bistro na rogu. Sner czuî potrzebë pogadania z kimô oderwania sië od zîych myôli dzisiejszego dnia. Tu dopiero kolega zdradziî przyczynë swej powôciâgliwoôci. - Nie mam ûóîtych - wyznaî szczerze przed automatem z piwem. - Drobiazg. To ja zapraszaîem - uômiechnâî sië Sner. Usiedli z kuflami przy stoliku w kâcie. Sner patrzyî przyjaúnie na kolegë. Przypomniaîy mu sië te dobre czasy sprzed dwudziestu prawie lat. - Co u ciebie Matt? - zagadnâî, ale juû po chwili ûaîowaî tego zdawkowego pytania. Nie zadaje sië takich pytaï czîowiekowi, który nie ma ûóîtych na piwo. - Jak widzisz. Ôrednio! - Matt nie robiî przy tym tragicznych min, co Snera jeszcze lepiej do niego usposobiîo. - Wîaônie wracam z testu. Nie udaîo mi sië. - Co chciaîeô dostaê? - Startowaîem na trójkë, ale... - Po cholerë ci trójka? - Ûeby dostaê pracë. Chcë coô nareszcie robiê! Sner pokrëciî gîowâ w milczeniu. Ûe teû ludzie nie majâ wiëkszych problemów! - To znaczy, ûe nic nie robisz. - Nic. A ty? - Teû mam czwórkë. Ale, jak widzisz, nie narzekam. Matt patrzyî w kufel. - Rozumiesz coô z tego? - powiedziaî nagle póîgîosem, rozglâdajâc sië dokoîa - Bo ja juû sië zgubiîem. Sner nie lubiî rozmawiaê o polityce, szczególnie w publicznych lokalach. Jednak kolega najwyraúniej potrzebowaî wsparcia. Moûe bardziej, niû on, Sner, w dzisiejszym fatalnym dniu. - Wszystko jest w porzâdku Matt - powiedziaî. - Tak miaîo byê i tak jest. Zgodnie z zaîoûeniami. - To, ûe wiëkszoôê ludzi nic nie robi? - Przecieû zawsze o to chodziîo! Od najdawniejszych czasów ludzie próbowali przerzuciê wysiîek fizyczny na zwierzëta, na maszyny... Potem - wysiîek umysîowy - na komputery, systemy informatyczne... No, i prawie sië udaîo! Jeôli ktoô jeszcze tym musi kierowaê, ulepszaê - to przecieû powinni to robiê najlepsi. Dla innych nie pozostaje nic do roboty. - Ta cholerna klasyfikacja... - mruknâî Matt. - Czy to potrzebne? - Posîuchaj. - Sner usiadî wygodnie, zapaliî. - Jeôli nie przemawiajâ do ciebie oficjalne artykuîy prasowe, ja ci to wyjaônië proôciej. Jest kilka podstawowych cech, jakie winno posiadaê idealne spoîeczeïstwo. Jasne, ûe nigdy sië nie osiâgnie ideaîu. Ale trzeba zbliûyê sië do niego maksymalnie. Pierwsza rzecz - to równe szanse. A wiëc powszechny dostëp do wyksztaîcenia. Ten warunek speîniliômy. Mamy powszechne wyûsze wyksztaîcenie. Dawniej sië mówiîo: trzeba mieê "papierek", reszta niewaûna. Kto miaî ten "papierek" - miaî wiëksze szanse. Kto go nie miaî - pozostawaî z poczuciem, ûe ten brak decyduje o wszelkich niepowodzeniach. Usuniëto to úródîo spoîecznych frustracji. Wprowadzono powszechne wyûsze studia. Obowiâzkowe! A jeôli miaîy staê sië obowiâzkowe, trzeba byîo umoûliwiê kaûdemu ich ukoïczenie. Umoûliwiê - to znaczy dostosowaê poziom wymagaï do poziomu studentów. Teraz juû nikt nie powie, ûe nie dano mu szansy. Cóû dalej? Druga draûliwa sprawa, to zarobki. Próbowano róûnie. Dawanie "wedîug potrzeb" - to nieosiâgalny ideaî. Potrzeby sâ nieograniczone: Dawanie "wedîug pracy" - owszem, to dobra zasada. Ale zastosowaê jâ w caîej rozciâgîoôci moûna tylko wówczas, gdy wszyscy majâ pracë. Moûna jeszcze dawaê wszystkim po równo. Teû nieúle ale niezupeînie sprawiedliwie, a ponadto, powoduje to powstawanie róûnych niepoûâdanych antybodúców. W naszym spoîeczeïstwie realizuje sië pewien szczególny "cocktail" tych róûnych zasad podziaîu, przy równoczesnym zróûnicowaniu wymagaï. Wymagamy od obywate- li tym wiëcej, im wyûszy jest ich poziom moûliwoôci umysîowych; zdolnoôci aktywnoôci intelektualnej. Gdy wszyscy majâ równe wyksztaîcenie jedynâ metodâ okreôlenia owego poziomu przydatnoôci intelektualnej jest powszechna klasyfikacja przy uûyciu systemu testów. Stâd - siedem klas przy- datnoôci, od zera do szóstki. Kaûdy moûe byê powoîany do pracy, aczkolwiek, jak wiemy, w praktyce potrzebni sâ tylko ci, którzy mieszczâ sië miëdzy zerem a trójkâ. Z podziaîem dóbr sprawa jest bardziej skomplikowana, lecz, przyznasz, rozwiâzano jâ niezwykle zmyôlnie. Wedle zasady: "kaûdemu po równo" - kaûdy, niezaleûnie od klasy dostaje të samâ iloôê czerwonych punktów miesiëcznie. Obojëtne, czy pracuje, czy nie - bo to nie od niego zaleûy. Wedîug zasady "kaûdemu wedîug jego moûliwoôci" - obywatele otrzymujâ dodatkowo punkty zielone. Tym wiëcej, im wyûszâ klasë intelektu reprezentujâ. Stwarza to bodziec do zwiëkszania swych moûliwoôci, do osiâgania wyûszych klas, a wiëc do zwiëkszenia swej potencjalnej przydatnoôci spoîecznej. Iloôê zielonych nie zaleûy od tego, czy sië pracuje, czy nie. Premiowana jest gotowoôê i odpowiedni poziom przydatnoôci do pracy. A w koïcu ci, którzy pracujâ, wynagradzani sâ dodatkowo, wedle zasady "kaûdemu wedîug jego pracy" punktami ûóîtymi. Muszâ przecieû mieê jakiô bodziec do wydajnego dziaîania. Oto, i masz, w skrócie, nasz doskonaîy system spoîeczno-ekonomiczny. Nikt nie zostaje bez ôrodków do ûycia, jeôli nawet nie ma dla niego pracy i jeôli natura nie obdarzyîa go najwyûszego lotu intelektem... - Îadnie to przedstawiîeô - powiedziaî Matt cierpko. - Naleûy jeszcze tylko dodaê, ûe za czerwone punkty moûna dostaê jedynie podstawowe ôrodki do ûycia: niezbëdnâ odzieû, najprostsze poûywienie i skromne mieszkanie... - Zgoda i zupeînie sîusznie - wtrâciî Sner ironicznie. - Ponadto kaûdy, w zaleûnoôci od klasy, dostaje mniej lub wiëcej punktów zielonych, za które ma prawo nabyê nieco bardziej wyszukane artykuîy: naturalne tworzywa, prawdziwâ szynkë... A ci, którzy wydajnie pracujâ, mogâ za swoje ûóîte punkty dostaê róûne luksusy, a wôród nich dobre piwo... Czy nie uwaûasz, ûe wszystko jest w porzâdku? Matt patrzyî na Snera, wciâû nie mogâc odgadnâê, czy ten broni z przekonaniem przedstawionego systemu spoîecznego, czy kpi sobie z niego. - A ty, jak uwaûasz? - spytaî wprost. - Mnie jest z tym wygodnie - powiedziaî Sner, dopijajâc piwo. - Nie rozumiem, skâd masz ûóîte, jeôli nie pracujesz - zapytaî nagle Matt. Takie pytanie byîo dopuszczalne jedynie miëdzy bardzo zaûyîymi przyjacióîmi, ale Sner nie zamierzaî sië obraûaê. - Przecieû wiesz, ûe moûna wymieniê zielone na ûóîte... - Po kursie czamorynkowym? - Jasne. Nawet czerwone na ûóîte teû czasem sië udaje, cho­ ciaû to bardzo drogo wypada. - Ale... to nie jest dozwolone... - ... ani teû nie zabronione. Przecieû nikogo to nie obchodzi. Sâ legalne automaty rozliczeniowe w których moûesz przepisaê dowolnâ iloôê dowolnych punktów z jednego Klucza na drugi. - Ale... - Matt zawahaî sië chwilë, potem ôciszyî gîos. - ... ty przecieû nie kupujesz ûóîtych punktów na czarnym rynku - Zgadîeô! - zaômiaî sië Sner. - Trzeba mieê tutaj zero - wskazaî swojâ gîowë. - A tutaj - dodaî wydobywajâc swój Klucz - co najwyûej czwórkë. Tyle ci mogë powiedzieê, bo nie jesteô ka­ puô. - Skâd wiesz? - uômiechnâî sië Matt. - Stâd, ûe nie masz na piwo. - Racja. - No, to jeszcze po jednym! - Sner napeîniî kufle. - Gdy zaîatwië pewnâ waûnâ sprawë, spróbujë ci pomóc. Zostaw mi adres albo numer telefonu. .oOo. Jak to dobrze - myôlaî Sner, gdy poûegnawszy Matta szedî na umówione spotkanie - ûe sâ jeszcze tacy, którym chce sië zaspokajaê ambicje i niezdrowâ chëê do pracy. Gdy zostaî. sam ze swymi myôlami, tamta sprawa odûyîa: Wróciî stan poddenerwowania, niepewnoôci... Dotychczas nie dopuôciî w swych rozwaûaniach tej najgorszej ewentualnoôci... Ûycie liftera mimo pozorów, nie jest tak sîodkie i beztroskie, jak mogîoby sië wydawaê. Idealnâ sytuacjâ jest - przy uprawianiu liftingu - posiadanie czwartej klasy intelektu. Zapewnia to doôê juû przyzwoite dochody, a jeszcze nie zmusza do podjëcia pracy. Druga sprawa, to rzeczywisty poziom umysîowy. Najlepiej, oczywiôcie, byê de facto zerowcem. Sner osiâgnâî oba te ideaîy. Zerowcem byî niewâtpliwie, wiedziaî o tym. Czwartâ klasë zabezpieczyî sobie juû dawno temu i przezornie nie wspinaî sië wyûej. To, ûe miaî zaniûonâ klasë, nie byîo przestëpstwem. Trudno udowodniê, ûe ktoô wykiwaî komputer testujâcy. Co najwyûej moûna zarzâdziê weryfikacjë pod szczególnie zaostrzonym nadzorem. Zresztâ, ani wîadzom nie zaleûy specjalnie na tropieniu takich przypadków (ostatnio nawet z trójkâ nie kaûdy ma pracë...), ani teû nie ma wielu takich, którzy chcâ ukrywaê swój wyûszy poziom. Raczej przeciwnie, kaûdy chce wypaôê w testach jak najlepiej, bo to daje ewidentne korzyôci... W przypadku Snera jednakûe, zaliczenie do wîaôciwej klasy oznaczaîoby koniecznoôê pracy i ostate- czny koniec z liftingiem... Nie to jednak byîo najgorsze. Gdyby mu udowodniono, ûe zajmowaî sië tym procederem, sytuacja byîaby nie do pozazdroszczenia. Lifting byî przestëpstwem grubszego kalibru. "Nie, to niemoûliwe. Tego nie moûna udowodniê. Na tym moûna tylko zîapaê" - pocieszaî sië, wkraczajâc do hotelowego hallu. Byîo tu chîodno i przyjemnie. Sner rozsiadî sië w fotelu blisko okna. Obserwowaî wchodzâcych i wychodzâcych. Siëgnâî do kieszeni i wydobyî Klucz. Obracaî w dîoniach wydîuûonâ plastykowâ pîytkë, zakoïczonâ kolistym uchwytem, zawierajâcym czujnik linii papilarnych. Przez chwilë bezmyôlnie wpatrywaî sië w duûâ, biaîâ cyfrë "4" na powierzchni pîytki. - Przepraszam... - usîyszaî nieômiaîy gîos nad sobâ. Pod­ niósî gîowë. Staî przed nim mîody chîopak, blondyn, o krótko przyciëtych sîomkowych wîosach i róûowej cerze. Bîëkitnymi oczami wpatrywaî sië ciekawie w Snera. O kilka kroków za nim czekaî Pron. Gdy Sner spojrzaî w jego stronë, tamten lekko skîoniî gîowë i oddaliî sië w stronë windy. "Czyûby ten lifciarzyna mieszkaî w takim hotelu? - pomyôlaî Sner, patrzâc za nim z dezaprobatâ. - Bîâd. Ale to jego sprawa". - No, dobra - mruknâî do stojâcego wciâû chîopaka i wskazaî mu fotel obok. - Siadaj. Odrobina lekcewaûenia w gîosie, bîyskawiczne przejôcie na "ty" wobec klienta - wszystko to naleûaîo do wypraktykowanego obrzâdku miaîo od razu wytworzyê odpowiedni dystans i szacunek. Byîo poza tym pewnâ moralnâ rekompensatâ dla liftera, dodatkowym honorarium za sprzedaû wîasnej osobowoôci. - Próbowaîem na dwójkë, ale... - zaczâî chîopak, opuszczajâc wzrok. Siedziaî w fotelu sztywno, z dîoïmi zaciôniëtymi na podîokietnikach. - Co robisz? - spytaî Sner obojëtnie. - Jestem asystentem programisty... Z trójkâ nie mam szansy na nic wiëcej... - Chcesz byê programistâ? - No... moûe... - blondyn zarumieniî sië po koïce uszu. - Jednym sîowem, jak najwyûej. Masz ambicjë, chîopcze. Nie ma sië czego wstydziê. - Sner klepnâî go dîoniâ po kolanie. - Pomogë ci przeskoczyê ten próg. Dalej sam musisz sobie poradziê. Blondyn podniósî oczy. Uômiechnâî sië nieômiaîo. Widaê byîo ûe jest wdziëczny juû teraz, za samâ obietnicë. "Czyû któryô z nich mógîby mnie sypnâê? - pomyôlaî Sner. - Przecieû oni mnie wprost kochajâ!" - Chodúmy na górë. W kabinie moûna porozmawiaê spokojnie. Aha jeszcze jeden drobiazg... Zatrzymaî sië przed automatem rozliczeniowym i wsunâî swój Klucz do otworu odbiorczego. Wystukaî na klawiaturze cyfrë "100" i wcisnâî ûóîty przycisk. - Poîowa z góry, reszta po robocie - powiedziaî. Chîopak siëgnâî po swój Klucz. Maleïki, ledwo dostrzegalny moment wahania... Sner uômiechnâî sië. Znaî to dobrze. Wszyscy prawie klienci podobnie przeûywajâ të chwilë. Chîopak wsunâî Klucz do otworu zdawczego. Cyfry w okienku potwierdziîy dokonanie przelewu stu ûóîtych punktów na Klucz Snera. - Chcesz o coô spytaê? - Sner pozwoliî pytaniu zabrzmieê ironicznie. - N... nie - zajâknâî sië chîopak. - Ale ja ci i tak odpowiem - rozeômiaî sië Sner. - Gramy uczciwie. W razie niepowodzenia zwracam wszystko, co do jednego punktu. Ale to sië nie zdarza, przynajmniej u mnie! Dwieôcie ûóîtych punktów wydaje sië byê cenâ doôê wygórowanâ, lecz trzeba wiedzieê, ûe przeprowadzenie dobrego liftu teû kosztuje sporo wysiîku i ryzyka. Dla artysty, jakim niewâtpliwie byî Sner, sprawa "trzy na dwa" nie byîa niczym niezwykîym. Robiî ze dwa razy nawet "jeden na zero". Unikaî tak wysokich klas, ale czasem ponosiîa go ûyîka hazardzisty. Oszukiwanie testerów byîo bowiem czymô w rodzaju hazardu, byîo pojedynkiem zakonspirowanego "zerowca" z innymi, jawnie dziaîajâcymi, którzy usilnie starali sië nie dopuôciê do zawyûenia czyjejkolwiek klasy. Ambitny lifter, ôciskajâcy w garôci swój skromny (aczkolwiek nafaszerowany ûóîtymi punktami) Klucz z "czwórkâ", pragnâî sam dla siebie potwierdziê czasem swâ prawdziwâ klasë. Zrobienie "zerowca" byîo takim wîaônie potwierdzeniem, testem dla liftera, który na co dzieï zajmuje sië "wypoûyczaniem" swego najwyûszej klasy intelektu mniej zdolnym klientom. Ale struny nie wolno przeciâgaê. Poza tym, operacje, "jeden - zero" zdarzajâ sië rzadko. Kosztujâ teû niemaîo. Taka jedna sprawa "ustawia" liftera na pól roku pod wzglëdem finansowym... A klientom teû sië to opîaca: z "zerem" moûna siëgnâê po najlepsze posady. Jeôli ktoô lubi pracowaê, oczywiôcie - albo jeôli ma tak zwane "dobre ukîady". Sner wierzyî, ûe te "ukîady" teû sâ waûne. To nic, ûe o przydziale stanowisk decydujâ obiektywne komputery. Sner miaî juû odnotowane na swym koncie niejedno zwyciëstwo nad obiektywnym komputerem testujâcym... "Dawniej podobno - przypomniaî sobie, wyciâgniëty na tapczanie w hotelowej kabinie, po wyjôciu klienta - takich, jak ja, nazywano "murzynami". Podstawiali sië za ludzi na róûnych egzaminach, pisali za nich rozprawy, doktorskie i prace naukowe... Dlaczego sami nie mogli, czy nie chcieli, robiê tego na wîasny rachunek, lecz windowali w górë innych? Widocznie opîacaîo sië im to, per saldo. Podobnie, jak mnie..." Wywiódîszy tak genealogië swego fachu i osadziwszy jej korzenie w zamierzchîych wiekach, poczuî sië jakby nieco pewniejszy: nie zginie lifterski fach, majâc tak dîugie i bogate tradycje. Doszedî do wniosku, ûe przed poîudniem zbyt sië przejâî incydentem z tajniakiem. Prowokacja, której ulegî, nie musiaîa byê przecieû wymierzona przeciwko niemu, jako lifterowi. Równie dobrze mogîo chodziê o zwykîâ kontrolë kluczy: ostatnio sîychaê byîo o pojawieniu sië faîszywych. Moûe byîa to po prostu wyrywkowa kontrola przypadkowych przechodniów. Tylko... to pytanie! Pytanie byîo na poziomie co najmniej dwójki, jak wyjëte z testu... A on, Sner, bez zastanowienia, machinalnie, z zawodowâ biegîoôciâ odpowiedziaî na nie przypadkowemu rozmówcy! On, rzekomy "czwartak"! Moûe jednak chodzi o Klucze? Sprawdzajâ ich autentycznoôê... Sner miaî Klucz najprawdziwszy w ôwiecie, bez ûadnych podróbek, podmagnesowaï, nic z tych rzeczy. To byî przyzwoity, legalny Klucz obywatela czwartej klasy intelektualnej, co miesiâc przedstawiany do przekodowania i nigdy nie kwestionowany ani przez wîadze, ani przez automaty handlowe, kasowe czy rozliczeniowe. A ûe byîo na nim sporo ûóîtych punktów...? Za to jeszcze nikomu gîowy nie urwano... To sprawa osobista. Wolno, do cholery, dostaê czasem coô w prezencie od ûyczliwych przyjacióî! Przyîapaî sië na tym, ûe ukîada sobie w myôlach mowë obroïczâ, wiëc szybko zajâî sië rozwaûaniami na inny temat. Trzeba byîo uîoûyê jakiô plan dla tego chîopaka... W sytuacji niezbyt jasnej, póki nie wiadomo czego chce policja Sner postanowiî nie ryzykowaê osobiôcie. Z chîopakiem umówiî sië na dzisiejszy wieczór w jednej ze stacji badaï testowych poza ôródmieôciem. Wiedziaî, ûe najlepiej dziaîa sië w póúnych godzinach, gdy personel techniczny jest zmëczony, oglâda telewizjë i nie zwraca tak bacznej uwagi na petentów. Przebiegî pamiëciâ wszystkie znane sposoby liftingu, które wypróbowaî juû w praktyce i zdecydowaî, ûe najlepsza bëdzie w tym przypadku metoda "na piguîki". Siëgnâî do kieszeni kurtki, wiszâcej na krzeôle, wydobyî sprzët i sprawdziî jego dziaîanie. Byîa czwarta, Do spotkania z klientem pozostaîo sporo czasu. Sner leûaî z rëkami pod gîowâ. Brakowaîo mu jednak czegoô do peîni zadowolenia. Po dîuûszej dopiero chwili skonstatowaî, ûe od ôniadania, przetkniëtego rano w hotelowym barze, przez caîy dzieï niczego oprócz piwa nie miaî w ustach. Zwlókî sië z tapczanu, narzuciî na ramiona kurtkë i rozejrzaî sië po pokoiku. Nigdy nie zostawiaî niczego w hotelowych kabinach, wychodzâc nawet na chwilë. To teû byî zawodowy nawyk. Lifter nosi caîy swój warsztat pracy w kieszeniach. Oprócz gîowy, oczywiôcie, którâ ma na karku. Zjechaî windâ do baru, wsunâî Klucz do automatu i zadysponowaî sandwicze z kawiorem i sok pomaraïczowy. Staî przez chwilë, oczekujâc na realizacjë zamówienia. Spojrzaî na pîytë automatu i zmartwiaî. W okienku jarzyî sië napis: "Klucz niewaûny". Od dziesiëciu lat nie zdarzyîo mu sië coô podobnego. Kiedyô wprawdzie przeoczyî termin przekodowania Klucza, ale to byîa czysta formalnoôê i w ciâgu póî godziny sprawa sië wyjaôniîa... Wyjâî Klucz z automatu i obracaî go w dîoniach. Ten sam numer. Jego Klucz... Co sië staîo? Czyûby ten tajniak...? Nie, on przecieû tylko zapisaî numer. A zresztâ, póúniej, przez caîy dzieï Klucz byî dobry... Mogîo byê tylko jedno wytîumaczenie: Klucz zostaî zastrzeûony w centrali. Jego cechy przekazane do wszystkich automatów i od tej chwili Sner nie dostanie kropli piwa ani kromki suchego chleba, dopóki nie zgîosi sië do najbliûszej stacji kontrolnej. W ten sposób zmuszajâ go, by sië zgîosiî niezwîocznie. Bo jak dîugo moûna wytrwaê w takiej sytuacji w ôrodku miasta? "Do cholery. Przecieû nie mogë sië tam zgîosiê!" - pomyôlaî chowajâc trefny Klucz do kieszeni. Przypomniaî sobie o Pronie. Podszedî do pulpitu recepcji i zapytaî o niego. Tak, zajmuje tu kabinë, jest u siebie. Sner zadzwoniî do Prona i poprosiî go na dóî. - Zablokowali mi Klucz - powiedziaî. Poûycz parë ûóîtych. - W porzâdku. Dziëkujë, ûe wziâîeô sprawë tego chîopaka. - Co chcesz dostaê? Sner ponowiî zamówienie, zabraî wszystko na tacë i skierowaî sië do windy. Byî wôciekîy, ûe on, król lifterów, musi prosiê o poûyczkë takiego szmaciarza, takâ kreaturë... Ale robiî dobrâ minë. Juû w windzie zorientowaî sië, ûe z niewaûnym Kluczem nie dostanie sië do wynajëtej uprzednio kabiny. Znów musiaî prosiê Prona, tym razem o goôcinë. - Dobra, chodú - zaprosiî go maîy kanciarz. - Postaram sië zaraz dowiedzieê czegoô w twojej sprawie. Rozmawiaîem juû z jednym takim... Sner usiadî na brzegu tapczana i pochîaniaî kanapki, a Pron telefonowaî. - Zaîatwione - powiedziaî, odkîadajâc sîuchawkë - pójdziesz o ósmej wieczorem do tej stacji przy placu Astronautów. Bëdzie tam czekaî odpowiedni... fachowiec. Pomoûe ci. To bëdzie trochë kosztowaîo... - Musi, jasne - zgodziî sië Sner. - Kto to jest? - Chîopak z branûy. Mîody, ale zdolny. - Jak on to zaîatwi? - Nie bój sië, czysta sprawa. Bëdziesz miaî zweryfikowanâ czwartâ klasë i przekodowany Klucz. Wystarczy? - O niczym innym nie marzë. - No, i dobrze. Bëdziesz miaî spokój... do nastëpnej wpadki. - Tfu, tfu odpukaê w nielaminowâ pîytë paúdzierzowâ! - Sner postukaî palcem w spód blatu stolika. - Myôlisz, ûe gdybym sam sië zgîosiî, przetestowaliby mnie przed przedîuûeniem waûnoôci Klucza? - Na pewno. - Sâdzisz, ûe nie mógîbym... zasymulowaê? Udawaê idioty? - O, nie,. mój drogi! - Pron uômiechnâî sië szeroko. - Teraz juû nie. Wycwanili sië. Juû wiedzâ ûe niektórym bardzo zaleûy na zaniûeniu klasy. W przypadkach takich, jak twój, poddajâ faceta testom w stanie hipnozy, patroszâ caîâ podôwiadomoôê... Wywlokâ twoje "zero", choêbyô nie wiem jak je ukryî... Nie wolno ryzykowaê. - Pójdë. Jak wyglâda ten twój czîowiek? - Pozna cië, sam do ciebie podejdzie - zapewniaî Pron. - Teraz muszë wyjôê. Mam jednâ paskudnâ sprawë do zaîatwienia. Moûesz tu zostaê. Wychodzâc, zatrzaônij drzwi. Sner podziëkowaî. Miaî wciâû sporo czasu do spotkania z klientem. Chciaî choê chwilë odpoczâê odprëûyê sië przed oczekujâcâ go robotâ. Gdy Pron wyszedî, Sner wyciâgnâî sië wygodnie na jego tapczanie. .oOo. Z drzemki wyrwaîo go miarowe stukanie do drzwi. Spojrzaî na zegarek. Byîo wpóî do szóstej. Za trzy kwadranse powinien sië spotkaê z klientem. "Kto to moûe byê?" - pomyôlaî, otwierajâc. Za drzwiami nie byîo nikogo. Chciaî je zamknâê i wtedy usîyszaî cienki gîosik, dobiegajâcy gdzieô z doîu. Nim sië zorientowaî, co sië dzieje, poczuî zimny dotyk metalu na przegubie dîoni i usîyszaî metaliczny brzëk. Cofnâî sië, usiîujâc zatrzasnâê drzwi, lecz nim sië zamknëîy, do pokoju wlazîo coô o ksztaîcie i wielkoôci piîki futbolowej, poruszajâce sië na cienkich pajëczych nogach. To z tego czegoô wydobywaî sië ów cienki gîosik. Przegub Snera, ujëty byî w metalowâ bransoletkë, poîâczonâ cienkim îaïcuszkiem z tym dziwacznym stworem. Teraz dopiero dotarîa do ôwiadomoôci Snera treôê tego, co mówiîo kuliste monstrum. - Jest - pan - zatrzymany. Proszë - sië - podporzâdkowaê. Proszë - stosowaê - sië - do - poleceï. Niesubordynacja - bëdzie - karana - elektrowstrzâsami. - Co za cholera! - warknâ! Sner, usiîujâc pozbyê sië bransoletki, ale zainkasowaî ostrzegawczy impuls elektryczny i natych­ miast przestaî manipulowaê przy swoim przegubie. - Jestem - aresztomat - numer - sîuûbowy - zero - zero - jeden - ciâgnâî robot piskliwym, urywanym gîosikiem. - Jestem - nowâ - formâ - realizacji - zabezpieczenia - podejrzanego - do - czasu - wydania - nakazu - aresztowania. Nie - ograniczam - swobody - zatrzymanego - a - jedynie - uniemoûliwiam - ukrycie - sië - przed - organami - ôcigania. - Wiëc... mogë stâd wyjôê? - Sner patrzyî na robota i intensywnie myôlaî, co robiê dalej. "Jakiô cholerny prototyp. Co za dzieï, do diabîa... Czego oni chcâ ode mnie?". - Oczywiôcie - proszë - bardzo - ale - razem - ze - mnâ - odparî robot na zadane pytanie. Sner wziâî swoja kurtkë i ruszyî ku drzwiom. Aresztomat, jak pies na smyczy podâûyî za nim na swych szeôciu pajëczych nóûkach. Szedî nawet doôê zgrabnie i nie utrudniaî poruszania sië. "Jakim cudem znaleúli mnie tutaj? - pomyôlaî Sner, wychodzâc z pokoju. - Czyûby... O, do diabla, zaraz!" - Hej, ty glino na szczudîach czy jak ci tam! - Sner nie liczyî sië ze sîowami. Nikt nie moûe oskarûyê go przecieû o obrazë funkcjonariusza w osobie tego potworka. - Kogo miaîeô wîaôciwie zatrzymaê? - Obywatela - Karta - Prona - wyrecytowaî aresztomat. Sner odetchnâî. - Wiëc puôê mnie, do cholery. Nie jestem Pron. - Numer - pokoju - sië - zgadzaî. Proszë - wsunâê - swój - klucz - w mój - otwór - kontrolny. Sner wydobyî pospiesznie Klucz z kieszeni. - Ten - Klucz - jest - niewaûny - stwierdziî robot. - Aleû przecieû jest na nim zakodowany mój numer ewiden­ cyjny, a nie twojego Prona. - Nie - mam - instrukcji - na - takâ - okolicznoôê. - Proszë - udaê - sië - ze - mnâ - do centrali. Sner czuî juû, ûe nie wygra z tym bydlakiem. Zaczynaîo mu sië spieszyê. Oceniî na oko dîugoôê îaïcuszka na póîtora metra. "Cokolwiek zrobië, nie udowodniâ, ûe to ja. Prona teû sië nie bëdâ czepiaê, bo go tu nie byîo" - pomyôlaî. Zjechaî windâ na dóî i ruszyî bocznymi ulicami w stronë stacji testów, gdzie miaî oczekiwaê dzisiejszy klient. Nieliczni o tej porze przechodnie oglâdali sië za nim z dziwnymi uômieszkami. Aresztomat dreptaî Przy nodze. Jakiô dzieciak gîoôno poinformowaî matkë: - Mamo, zobacz, wariat prowadzi robota na smyczy! Sner juû wiedziaî, co zrobi. Zszedî powoli po schodach na peron kolejki podziemnej. Peron byî pusty. Spojrzaî na tablicë informacyjnâ. Najbliûszy pociâg miaî nadejôê za trzy minuty. Sner ze swâ elektronicznâ "kulâ u nogi", a wîaôciwie u rëki, ustawiî sië na brzegu niskiego peronu. Po chwili juû tylko metr îaïcuszka zwisaî mu u przegubu. Przebiegî, dla bezpieczeïstwa, o kilka uliczek dalej, a potem wstâpiî do stacji obsîugi pojazdów i poprosiî o poûyczenie obcëgów. Po minucie juû tylko gustowna bransoletka zdobiîa lego lewy przegub. Îaïcuszek nie byî zbyt solidny. Konstruktorzy liczyli na elektrowstrzâsy. Natomiast lifterzy specjalizowali sië w przechytrzaniu konstruktorów. .oOo. Chîopak byt blady i stremowany. Sner udzielaî mu ostatnich wskazówek. - Kiedy juû sië zarejestrujesz i bëdziesz przechodziî przez korytarzyk do kabiny testowej, poîknij biaîâ kulkë, a zielonâ wciônij w lewe ucho. W korytarzyku nie ma ûadnych kamer, nikt tego nie spostrzeûe. Potem, juû w kabinie, usiâdziesz w fotelu, zaîoûysz heîm ze sîuchawkami i uruchomisz tester. Tîumaczyîem ci juû, jak to dziaîa: kiedy pytanie dotrze do twojego ucha, zielona kulka odbierze je i przekaûe do biaîej, którâ bëdziesz miaî w ûoîâdku. Biaîa kulka jest czymô w rodzaju lasera krystalicznego, emitujâcego promieniowanie rentgenowskie, zmodulowane sygnaîem zielonej. Kabina jest ekranowana, wiëc fale o czëstotliwoôci radiowej nie mogâ z niej wyjôê. Czëstotliwoôci rentgenowskie przechodzâ bez przeszkód, bo konstrukcja jest doôê lekka, ale musisz siedzieê tak, aby twój ûoîâdek znajdowaî sië na wprost wywietrznika w ôcianie. Musisz odpowiednio ustawiê fotel. Bëdë tu, po drugiej stronie ôciany i natychmiast odbiorë sygnaî. Mojâ odpowiedú usîyszysz w lewym uchu. Bëdë mówiî powoli: Powtarzaj dokîadnie kaûde sîowo. Nie spiesz sië, limit czasu jest wystarczajâcy. Aha! Musisz pamiëtaê, ûe mogâ cië obserwowaê w czasie testowania, wiëc zachowuj sië zupeînie normalnie i swobodnie. To wszystko. Klepnâî chîopaka po ramieniu, przesunâî w kieszeni przeîâcznik, wîoûyî do ucha mikrosîuchawkë i oddaliî sië w stronë skweru z krzewami ligustru, ciâgnâcego sië wzdîuû ôciany pawilonu Stacji Badaï Testowych. Po dwudziestu paru minutach byîo po wszystkim. Sner usîyszaî w sîuchawce sakramentalne "proszë wyjôê z kabiny" i wiedziaî juû, ûe sië udaîo. Pytania nie byîy trudne. Nie czekajâc na klienta, z którym umówiî sië na nastëpny dzieï w celu zainkasowania reszty honorarium (nieczynny Klucz uniemoûliwiaî operacjë przelewu). Sner ruszyî w kierunku placu Astronautów. Nie znaî tamtejszej Stacji, nigdy tam nie pracowaî, a aktualizacjë swego Klucza przeprowadzaî zwykle w ôródmieôciu. Przed budynkiem krëciîo sië - jak zwykle w takich miejscach - sporo dziwnych indywiduów. Tajniacy i kombinatorzy, mniej wiëcej w liczebnej równowadze, zgodnie koegzystujâcy i nie wchodzâcy sobie w drogë, dopóki nic sië nie dziaîo. Drobni lifciarze, colorchangerzy, keymakerzy... Sner naciâgnâî rëkaw na swojâ nieszczësnâ nowâ bransoletkë. Miaîa jakiô paskudny zatrzask, którego bez klucza nie zdoîaî otworzyê, a nie miaî pod rëkâ piîki do metalu. - Dwanaôcie czerwonych za jeden ûóîty! - rzuciî schrypniëty drab, mijajâc Snera. - Sam bym kupiî za tyle! - burknâî, nie odwracajâc gîowy. Wiedziaî, ûe ostatnio ûóîte dochodzâ do piëtnastu czerwonych. - Zrobië "cztery na trzy" za sto zielonych, z gwarancjâ! Nowoczesnâ metodâ! - zapewniaî jakiô lifter, nie odrywajâc wzroku od sîupa ogîoszeniowego. Sam nie wyglâdaî lepiej, niû na piâtaka. - Kluczyk dla szanownego pana? Czwóreczka trójeczka? Dobra robota, pasowany, do kaûdego paluszka. Zupeînie tanio! - Jakiô keymaker nachalnie reklamowaî swój towar. - A moûe wytryszek do automatów alkoholowych? - Sner? - na póî pytajâco mruknâî miody chîopak w seledynowej wiatrówce. - Tak? - Sner uniósî wzrok i zwolniî kroku. - Od Prona. Chcesz utrzymaê swojâ czwórkë, tak? - Ten sam protekcjonalny ton i poczucie wyûszoôci, które Sner tak czësto demonstrowaî w kontaktach z klientami. - Zaîatwië ci to - ciâgnâî seledynowy. - Bez pudîa! Sner skrzywiî sië z niesmakiem. "Do cholery, na co mi przyszîo: byê klientem takiego ômierdziela" - pomyôlaî, ale zaraz uômiechnâî sië z przymusem. - Za ile? - spytaî rzeczowo. - Piëêset ûóîtych. Albo dwa patyki zielonych. . - Z byka spadîeô - warknâî Sner, ale zaraz dodaî grzeczniej: - panie kolego? - Taka taryfa. A co, nie kalkuluje sië? - Jakâ masz klasë? - Uczciwâ czwórkë. Ani póî klasy wyûej. - Ja mam zero, rozumiesz? A za "trzy na dwa" biorë sto piëêdziesiât! - Ale ja robië "zero na cztery", to teû trudna robota. Jak ktoô musi mieê formalnâ czwórkë, to nie da rady beze mnie. Twoje zero nic ci nie pomoûe. A ja, nawet w hipnozie, nie bëdë lepszy niû na czwórkë! - Ale, do cholery - zniecierpliwiî sië Sner - przecieû co innego lifting, a co innego takie tam... - To sië teraz nazywa "downing". Nowa specjalnoôê. Odtâd zaczëli sprawdzaê podejrzanych o lift, downerzy sâ w cenie. Jak cië, bracie, raz wyzerujâ, to amen. Pogoniâ do gîówkowania za parë ûóîtych i nie bëdzie czasu ani na lift, ani na dolce vita... Downer zamilkî, bo jakiô tajniak zainteresowaî sië ich przydîugim dialogiem. Odeszli na bok, w stronë parku. - To jak? - zagadnâî downer. - Decyduj sië. Czas to punkty. - Jak to zrobisz? Na podstawkë? Czy na wcisk? - Nie twoje zmartwienie. Kaûdy fach ma swoje sekret. - Czterysta. - Dla ciebie, niech bëdzie. Jesteô kumpel Prona, to niech tam... "Cholera jasna, teû mi kumpel! - Sner zagryzî wargi. - Wlazîem w lepsze towarzystwo". Byî wôciekîy. Tyle punktów! I ûeby on, Sner, musiaî pokornie targowaê sië z takim gówniarzem. On, zerowiec! - Prona zwinâ jeszcze dziô. O ile juû nie siedzi - rzuciî mimochodem. - Skâd wiesz? - Dopadli mnie w jego kabinie. Przez pomyîkë. - Gliny? - Nie, jakiô taki maîy elektryczny bydlak. Sner odchyliî mankiet i pokazaî bransoletkë. - Tyle z niego zostaîo. - Widziaîem juû ten nowy wynalazek - powiedziaî downer. - Nie przyjmie sië. Aha, jeszcze tylko mata zaliczka. Dwie setki z góry, reszta potem. - Przecieû mam trefny klucz, Pron ci nie mówiî? Ûaden automat nie zrobi przelewu, wszystkie dostaîy zastrzeûenie. - Nie ma sprawy. Znam tu jednego pasera niedaleko. Ma na melinie wîasny automat rozliczeniowy, domowej roboty. Za dychë zaîatwi. To jak? Idziemy?