Zemsta Stalowego Szczura.4..H.Harrison 3(rozdziaîy 10, 11, 12)1 2Tytuî orginaîu:1 The Stainless Rat's Rewenge 2Przeîoûyî:1 Jarosîaw Kotarski 2Przpisywaî:1 Krs/sP! 210.1 Dziura byîa w sam raz. Po drugiej stronie zobaczyîem reflektory i oddziaî ûoînierzy z broniâ gotowâ do strzaîu. Co wiëcej, strzelali, i sâdzâc po odgîosach za mnâ, musieli kogoô trafiê. Przytuliîem sië do ôciany i wrzuciîem przez otwór granaty. Gdy dym zgëstniaî, rzuciîem sië najszybciej jak mogîem, do ôrodka. Widowisko byîo pierwszej klasy, dramatycze jak cholera. Jëczaîy syreny, wrzeszczeli ludzie, szczëkaîa broï. Powiëkszaîem to pandemonium, jak mogîem, ciskajâc granaty na prawo i lewo. Zostawiîem sobie ich jeszczë parë, ot, na wszelki wypadek, i wîâczyîem samolikwidator w walizce. Miaî piëê sekund opóúnienia, wiëc cisnâîem jâ i pobiegîem w przeciwnym kierunku. Z tego co pamiëtam, byîa tam straûnica, przed którâ parkowaîy samochody. Modliîem sië, ûeby byî tam jeszcze choê jeden. Z mroku dobiegî odgîos zapalanego silnika. Ruszyîem z kopyta, gubiâc kapelusz. Silnik zawarczaî gîoôniej i poprzez rzednâcy dym ujrzaîem kanciaste pudîo ciëûarówki. Rzuciîem dwa z czterech pozostaîych mi granatów, mierzâc jak najdalej od siebie. Zgodnie z oczekiwaniami kierowca zahamowaî, ledwo ujrzaî tylko przed sobâ wykwitajâce kîëby dymu. Skoczyîem do drzwi i otwarîem je jednym szarpniëciem, drugim zaô wyciâgnâîem kierowcë za szmaty (biaîe - byî w peînym uniformie kucharza). Gdy leciaî na ziemië, mój prawy sierpowy wylâdowaî na jego rozdziawionej gëbie. W chwilë póúniej siedziaîem za kóîkiem. Kiedy wyjechaîem ze strefy zadymienia, zauwaûyîem, ûe juû jest dzieï. Coraz wiëcej ûoînierzy krëciîo sië spokojnie po okolicy. Najwyûszy czas wróciê do starej toûsamoôci - dziadek w wojskowej bazie to doôê szokujâcy widok. Skuliîem sië i szarpniëciem zdarîem brodë. Nagle poczuîem przeszywajâcy ból w okolicy ucha. Rzuciîem sië w bok (razem z ciëûarówkâ, którâ wjechaîa w oddziaî wojska), kâtem oka dostrzegajâc bîysk. Drugie uderzenie dosiëgîo mnie w ramie. Z tylnego okna szoferki wystawaîa odziana w biel rëka ôciskajâca ciëûki garnek. Rozgorâczkowany jazdâ zapomniaîem, ûe kucharz zwykle ma pomagierów. Rëka plâtaîa sië niepokojâco blisko. Trzasnâîem jâ kantem dîoni i przejâîem garnek. Za nastëpnym razem odesîaîem go z powrotem. Z granatem wewnâtrz. Choê na chwilë miaîem spokój. Wyrównaîem kurs, zwolniîem i skrëciîem za najbliûsze zabudowania. Ciëûarówka byîa juû nadmiarem dobrobytu, a nie zdobyczâ, i naleûaîo sië jej pozbyê. Ale nie byîoby dobrze, gdyby znaleziono mnie gdzieô daleko od kwater; mogîo by to spowodowaê niezdrowe zainteresowanie mojâ osobâ. A kwatery oficerów byîy po drugiej stronie bazy. Nagle coô mi zaôwitaîo - blisko stâd byî przecieû ich klub, a jeôli ci pijâcy leûâ jeszcze tak, jak ich zostawiîem... Byîaby to zbyt piëkna okazja, by nie spróbowaê z niej skorzystaê. Wyskoczyîem z hamujâcego wozu, zostawiajâc po drodze pîaszcz i maskë. Wsadziîem czapkë na gîowë, ostatni granat wepchnâîem do kieszeni i skrëciîem za róg. Juû miaîem wniknâê przez tylne wejôcie, gdy usîyszaîem gîosy. Wmurowaîo mnie. - To wszyscy? - Jest jeszcze paru, trudno ich obudziê. I jeden, z którym nie moûna sië dogadaê. Przybyîem za póúno. Jakiô oficer wchodziî wîaônie do budynku, a dookoîa podreptywaîo wielu ûoînierzy odprowadzajâcych skacowanych oficerów do ciëûarówki. Odbezpieczyîem granat i wyszedîem zza rogu. Jeôli uda mi sië doîâczyê do tej druûyny ubogich pijaczków, bëdë bezpieczny. Nikt nie zwróciî na mnie uwagi. Szerokim îukiem cisnâîem granat przed ciëûarówkë. Wybuchî w przyjemny i znany mi sposób. Wszyscy oczywiôcie spojrzeli w tym kierunku. W paru skokach osiâgnoîem grupkë i doîâczyîem do jednego z siedzâcyh na ziemi oficerów, który z podziwu godna objëtoôciâ ignorowaî bodúce zewnëtrzne mamroczâc coô do siebie. Pomogîem mu sië pozbieraê. A potem ûoînierze pomagali mi, bo nie sprawiaîem wraûenia kogoô mogâcego samodzielnie utrzymaê pion. Omal sië nie wykopyrtnâîem, ale powstrzymano mnie w ostatniej chwili. Ten etap moûna byîo uznaê za zakoïczony. Lecz byîo coô jeszcze do zrobienia - kucharz z pewnoôciâ zamelduje, ûe przyîoûyî mi w ucho. Byî juû tam doôê duûy guz. Zacznie sië wiëc szukanie ôladów na gîowie. No i czeôê... Guza sië nie pozbëdë, ale mogë spróbowaê jakoô go zamaskowaê. Wojacy pomogli mi wleúê na pierwszy stopieï, dalej miaîem czoîgaê sië sam. Jak tylko mnie puôcili, nie trafiîem îapâ, gdzie miaîem trafiê i jak bryîa betonu runâîem do tyîu. Nie byîo to miîe, lecz rozbiîem sobie îeb dokîadnie pod ich nogami. Niech teraz ktoô mnie zapyta, skâd ten guz. Palnâîem sië jednak mocniej, niû zamierzaîem. Gdy wróciîa mi ostroôê widzenia, siedziaîem na ziemi, a po mojej twarzy ciurkiem pîynëîa krew. Nie leûaîo to w moich zamiarach, lecz robiîo dobre wraûenie: juû gnaî ku mnie ûoînierz z apteczkâ. Obwiâzywali mi îeb doprowadzili pod pudîo ciëûarówki (ûebym, broï Boûe, powtórnie im sië mie wymsknâî). Powîóczâc nogami dotarîem do najciemniejszego kâta budy i wîaônie stamtâd dotarîo do mnie chrapliwe: - Vaska... - rzecz jasna, byî to mój kumpel z pokoju, rozczochrany i nieszczëôliwy. - Nie masz czegoô do picia? - spytaî zgodnie ze swym porannym zwyczajem. Nie zdâûyîem mu odpowiedzieê, gdy ten pijany autobus zatrzymaî sië. Kiedy oficerowie zobaczyli, ûe zamiast na kwatery przywieziono ich pod budynek komendatury, rozlegîy sië peîne ûalu jëki. Mimo ûe spodziewaîy sië tego, skarûyîem sië równie przeraúliwie. Zaprowadzono nas do poczekalini, skâd miano nas wywoîywaê pojedynczo na rozmowy z bezpieczniakami (z powodu dziwnych, a niepokojâcych zabaw, jakie miaîy miejsce w bazie Glupost). W trakcie oczekiwania daîa sië zauwaûyê wzrastajâca popularnoôê latryny. Równieû z niej skorzystaîem. Gîównie po to, by zostawiê sobie na palcach trochë mydîa, które wtarîem równieû do oczu. Pieklo jak ocet, ale wyglâdaîo dobrze, czyli tak, jakbym byî obudzony z ciëûkiego, pijackiego snu. Wraz z innymi poîoûyîem sië na îawkach i zasnâîem. Obudziîa mnie nagîa cisza, w którâ wdarîy sië odgîosy pojedynczych kroków. Zbliûaîy sië do mnie i... przestaîy dalej. Uchyliîem powieki i zobaczyîem placy w pomarszczonym, jasnoszarym mundurze. Ziewajâc wstaîem i drapiâc sië pod bandaûem zastanawiaîem sië, o co tu chodzi. Skâd ten mundur i skâd ta cisza Posiadacz pleców doczîapaî do przeciwlegîej ôciany, stanâî i odwróciî sië. Z przodu byî równie niesympatyczny: lekka îysina okolona ryûawymi wîosami, pierwsza tîusta faîda podwójnego podbródka, wyblakîe oczy - przeciëtna twarz nie do zapamietania. Jednak gdy sië odezwaî, a miaî gîos surowego dyrektora szkoîy, moi pijaczkowie zachowali absolutnâ ciszë. - Panowie oficerowie, to znaczy ci, którzy nie byli pijani jak ôwinie, sîyszeli byê moûe eksplozje i caîe spowodowane nimi zamieszanie. Powstaîo ono w wyniku dziaîaï osobnika, który wtargnâî na teren bazy i nie zostaî jeszcze zlokalizowany. Nie wiemy o nim niczego konkretnego, ale podejrzewamy, ûe jest szpiegiem z innego ôwiata. Jak moûna byîo sië spodziewaê, oôwiadczenie to spowodowaîo westchnienia i cichy szmer. Mëûczyzna poczekaî, aû nastanie cisza. - Prowadzimy intensywne poszukiwania, a poniewaû wy znajdowaliôcie sië w pobliûu, zamierzamy porozmawiaê z wami, aby dowiedzieê sië tego, co wy wiecie. Moûliwe zresztâ, ûe znajdë owego szpiega wôród was. Przygotowawszy nas duchowo, zaczâî wywoîywaê pojedynczo na rozmowy. byîem wdziëczny mojej przezornoôci, dziëki której nabiîem sobie porzâdnego guza. Nieprzypadkowo zostaîem wywoîany jako trzeci. Bóg wie co, lecz coô musiaîo podpaôê i wzbudziê podejrzenia, skoro wziëto mnie na poczâtku. Powîóczâc nogami wszedîem do pokoju. Wskazaî mi krzesîo przy biurku. - Moûe bëdzie pan îaskaw potrzymaê to w trakcie rozmowy - stwierdziî ôrednio obraûliwym tonem, podajâc mi srebrne jajko nadajnika poligraficznego. Poniewaû Vaska nigdy w ûyciu by tego nie rozpoznaî, ja teû nie wiedziaîem co to jest. Przyjrzaîem sië jajku z mieszaninâ wstrëtu i zainteresowania i ôcisnâîem je w dîoniach. Wewnëtrzne moje reakcje nie byîy jednak takie spokojne: "Majâ mnie! Wie, kim jestem i bawi sië ze mnâ!" Byîem ciekaw, co teû interesujâcego widzi w detektorze kîamstw leûâcym na stole. Gapiî sië weï dîuûszâ chwilë. Spotëgowaîo to mojâ panikë. W koïcu spojrzî gîëboko w moje przekrwawione oczy i skrzywiî sië z niesmakiem. - Miaî pan doôê ciëûkâ noc, poruczniku Hulja. - Oczy znów zwróciîy sië na papiery i detektor. - No tak... Kilka ostatnich kieliszków... - powiedziaîem gîoôno, w myôlach natomiast przemknëîo: "Zastrzelâ mnie. Kulâ w serce". Oczami wyobraúni widziaîem juû moje zwîoki walâce sië w bîoto. - Widzë, ûe ostatnio pana zdegradowano... A gdzie sâ païskie zapalniki, panie Pas Ratunkowy! - Zapalniki? Jakie zapalniki? - "Jestem zmëczony", pomyôlaîem, "chcë spaê". - A païska rana na gîowie? Nasz szpieg zostaî uderzony w okolice ucha. - Spadîem z ciëûarówki, ûoînierze mnie obandarzowali, moûe pan ich spytaê... - Juû to zrobiîem. Pijak, który sië przewraca - typowy przedstawiciel szeregów oficerskich. Niech sië pan wynosi i umyje. Napawa mnie pan wstrëtem. Nastëpny. Niepewnie podniosîem sië na nogi i ruszyîem do drzwi, zapominajâc o trzymanym w rëku jajku. Musiaîem zawróciê i poîoûyê je na biurku. Oszukiwanie poligrafu wymaga treningu i zrëcznoôci, które to przymioty na szczëôcie posiadaîem. Moûna to przeprowadziê w okreôlonych warunkach. Te tutaj byîy idealne - nagîy wywiad przeprowadzony bez testów normalizujâcych. Wywiad rozpoczâî sië, gdy byîem bliski paniki. Baîem sië jeszcze, zanim zadano mi jakiekolwiek pytanie. I to zostaîo idealnie wykreôlone na poligrafie. Ale kiedy zadano mi trefne pytanie - to, które miaîo zdemaskowaê szpiega, a na które byîem przygotowany - odprëûyîem sië i to zostaîo pokazane. Pytania nie mówiîy nic nikomu poza szpiegiem. I kiedy zobaczyî wynik, wywiad byî juû skoïczony. Otrov siedziaî kompletnie trzeúwy, z oczami wielkimi jak spodki. Oparîem sië o îawkë obok niego. - Czego chciaî? - spytaî konspiracyjnym szeptem. - Nie wiem. Pytaî mnie o bzdury, o których nie miaîem zielonego pojëcia. - Mam nadziejë, ûa ze mnâ nie bëdzie chciaî rozmawiaê. - A kto to jest? - Nie wiesz!? - szok, zaskoczenie, totalne osîupienie. - Przecieû wiesz, ûe dopiero przyjechaîem... - Aleû przecieû wszyscy znajâ Kraja! - To...on?! - wykrztusiîem i spróbowaîem wyglâdaê na równie przeraûonego jak Otrov. Po czym, aby skoïczyê temat, wyszedîem do latryny. Wszyscy znajâ Kraja. Kim jest Kraj? 211.1 Przygotowania do inwazji okazaîy sië dla wszystkich ulgâ. Lepsza spokojna wojna niû niespokojny pokój; pokój peîen podejrzeï, które ciâgle jeszcze przelewaîy sië przez Glupost. Nagîe inspekcje, nocne poszukiwania i inne takie. Byîbym naprawdë dumny z wîasnych osiâgniëê (w sianiu zamëtu), gdybym sam nie staî sië ofiarâ moich dziaîaï. Na dwa dni przed dniem B zamkniëte zostaîy bary. Miaîo to uîatwiê doprowadzenie oddziaîów do stanu trzeúwoôci. Kilku opornych, a wôród nich Otrov i ja, musiaîo zakonspirowaê swoje zapasy, dziëki czemu udaîo nam sië zachowaê równowagë ducha nieco dîuûej niû pozostaîym. W dniu inwazji miaîem jeszczë maîâ puszkë sproszkowanego alkoholu w opakowaniu po proszku do zëbów. Zostawiîem jâ na czarnâ godzinë. Tyle ûe owa godzina nastaîa wîaônie wtedy, gdy wszelkie zapasy juû zniknëîy, a my z przeraûeniem rozmyôlaliômy o nadchodzâcych tygodniach abstynencji. W koïcu wywoîano nas i pojedynczo skierowano na wyznaczone okrëty. Caîa ta ôcisîa tajemnica z poczâtku mnie ogîupiaîa - inwazja bez planów, manewrów, szkolenia... Ale oôwieciîo mnie: byî to idealny sposób na zachowanie tajemnicy, a przy duûym doôwiadczeniu pilotów i wojsk desantowych mogîo sië nawet udaê. Potem odkryîem, ûe taka procedura naprawdë uîatwiaîa mi ûycie: zmniejszaîa iloôê okazji do popeînienia bîëdu wynikajâcego z nieznajomoôci realiów. Prawdziwâ satysfakcjë sprawiî mi przydziaî na transportowiec wojsk. Wiedziaîem juû, ûe bëdë mógî spokojnie wylâdowaê. Kilka minut póúniej spotkaîa mnie druga radoôê; do kabiny wlazî Otrov i oôwiadczyî, ûe bëdzie moim drugim pilotem. - Wspaniale, a ile masz godzin na transportowcu klasy "Parijan"? Przyznaî sië do ûaîoônie niskiej liczby. Poklepaîem go po przyjacielsku. - Masz szczëôcie. Wujek vaska nie jest samolubem. Dla starego kumpla ûadne poôwiëcenie nie jest za wielkie. Pozwolë ci samodzielnie wystartowaê, a jak sië postarasz, to nawet wylâdowaê. Jego wdziëcznoôê byîa tak wielka, ûe przyznaî sië do posiadania wiecznego pióra wypeînionego dwustuprocentowym alkoholem. Obaj skrzyknëliômi sobie i z uczuciem zadowolenia obserwowaliômy îadujâce sië oddziaîy. Kilka minut póúniej przytuptaî do kabiny jakiô puîkownik z imponujâcâ brodâ i w peînym rynsztoku bojowym. - Pasaûerom wstëp wzbroniony! - zwróciîem mu delikatnie uwagë. - Niech pan zamknie gëbe, poruczniku. Mam taômy z païskim kursem. - Dobrze. Mogë je dostaê? - Coo? Albo pan zwariowaî, albo ûartuje - jedno i drugie jest w czasie wojny karalne. - To chyba przemëczenie. Wie pan, brak snu... - Tak - zgîodniaî nieco. - Trzeba to braê pod uwagë. To nie byîo îatwe dla nikogo, ale mamy to juû za sobâ. Proszë wîâczyê obwód komenderujâcy. Otrov nacisnâî jakiô guzik, a na ekranie wyôwietliîo sië: BACZNOÔÊ (staneliômy w postawie mocno zasadniczej). W chwilë póúniej ukazaîo sië tam: PODAÊ KURS. Puîkownik wyjâî taômë z torby, a my podpisaliômy sië, zaôwiadczajâc, ûe byîa zapieczëtowana. Otrov wsunâî jâ do komputera, a puîkownik chrzâknâî z satysfakcjâ wynikajâcâ z dobrze speînionego obowiâzku. Na poûegnanie wypaliî jeszczë przez ramië: - I ûadnych lâdowaï przy dziesiëciu G, które skretyniali piloci uwielbiajâ, jak mocno mi sië wydaje, bo jak nie, to policzymy sië na sâdzie polowym. Przez siedem straszliwie nudnych dni w drodze (Bóg wie dokâd), na zamroûonych racjach ûywnoôciowych i bez zmiëkczajâcych efektów alkoholu, byliômy dodatkiem jedynie do caîkowicie zautomatyzowanego statku. Nikt do nas nie zaglâdaî. Jedynie dziwi do pomieszceï oddziaîów desantowych zamkniëte byîy na gîucho, a klucz miaî ów znajomy skâdinâd puîkownik. Ostatecznie, jak powszechnie wiadomo, zabawa w wojnë skîada sië z dwóch zasadniczych elementów: graniczâcego z obîëdem poôpiechu i paniki, która ogarniaîa dokîadnie wszystkich, oraz ogîupiajâcego do cna czekania nie wiadomo na co. Obecnie byliômy ogîupiani, miëdzy innymi przez komputer, który nie uznaî za stosowne poinformowaê nas nawet, dokâd lecimy. Puîkownik zjawiî sië znowu w momencie wychodzenia z nadprzestrzeni. - Proszë to wziâúê, sprawdziê i podpisaê - warknâî. Byîa to opisana wielkimi czerwonyni literami taôma pod tytuîem "Inwazja". Wpakowaîem jâ do komputera i od razu wszystko ruszyîo szybciej. Po jednej stronie rozbîysîo ûóîtawe sîoïce, po drugiej pojawiîa sië bîëkitna planeta, a poôrodku caîa cliaandzka flota inwazyjna. Nasz szwadron trzymaî sië statku dowódcy jak pisklëta kwoki, a planeta rosîa na ekranach. Nie cieszyîem sië na inwazjë. Tylko szaleniec cieszyê sië moûe z nadchodzâcej wojny. Miaîem jednak nadziejë znaleúê tu odpowiedzi na nurtujâce mnie pytania, w tym - jak to moûliwe? Wierzyîem dotâd, ûe inwazji nie da sië przeprowadziê, a to, ûe wîaônie braîem w jednej udziaî, nie byîo jeszcze doôê przekonywujâcym dowodem. Siîy uderzeniowe zadaîy kîam moim teoriom, wysforowujâc sië do przodu. Gdy planeta wypeîniîa przednie ekrany, ujrzîem wreszcie pierwsze oznaki wojny: maîe iskierki ôwiatîa w bezkresie nocy. Rozpuôciliômy szyk i pojedyïcze transportowce rozpoczëîy desant na okreôlone cele. Pomajstrowaîem przy radiu i przeklnâîem cliaandzkâ przezornoôê. Oto schodziîem do lâdowania wraz, z wypeînionym wojskiem statkiem, nie wiedzâc absolutnie, gdzie wylâdujë. Oczywiôcie dojrzeli nas juû z planety, teraz nie moûna juû byîo tego uniknâê. Tylko co to za planeta? Naszym celem byî jakiô port kosmiczny, do którego kierowaî nas sygnaî ze zrzuconej przez myôliwce osîony radiolatarni. Jego wspóîrzëdne dostaliômy z owâ tajnâ taômâ. - Przekaû puîkownikowi pierwsze ostrzeûenie i podaj mu wysokoôê - poleciîem Otrovowi. Lâdowaliômy prowadzeni przez komputer dokîadnie po stycznej do sygnaîu radioboi. Gdy wyszliômy z chmur, dojrzaîem pierwsze znaki oporu. Wokóî nas zaczëîy wykwitaê czarne kîaczki. Zaczeli sië wstrzeliwaê, przeszedîem zatem na rëczne sterowanie i przyszpieszyîem opadanie, mylâc tym samym komputer opeelu. Nastëpna seria uîoûyîa sië juû wysoko nad nami. Podaîem komputerowi program utrzymania deceleracji jak najdîuûej. Zaprogramowaîem teû opuszczenie sië do wysokoôci zero z opóúnieniem dajâcym 10 G. Oznaczaîo to, ûe bëdziemy spadaê z maksymalnâ szybkoôciâ, a zwalniaê w minimalnym czsie, dziëki czemu skróci sië okres naraûania na ostrzaî w powietrzu. Poza tym puîkownik bëdzie miaî swoje 10 G. Odpaliîy silniki hamujâce. Maszyna zatrzymaîa sië na wysokoôci równej wierzchoîkom drzew, a impet wcisnâî nas w fotele. Gdy tylko zachrzëôciîy podpory, nacisnâîem przycisk rampy rozîadunkowej. Maszyna zadrûaîa, ûelastwo jëknëîo i oddziaîy desantowe weszîy do akcji. Wszëdzie w pobliûu widziaîem leje po bombach i zwaîy gruzu. Osîonë stanowiîy myôliwce bombardujâce, ale nie byîo prawdopodobnâ rzeczâ, by tylko one zîamaîy opór. Chyba ûe ten ôwiat nie posiadaî regularnych siî zbrojnych. Moûe to wîaônie byîa tajemnica sukcesu: wybiera sië planety, które dojrzaîy do oskubania. W sîusznej odlegîoôci za swoimi oddziaîami kroczyî brodaty puîkownik. Miaîem nadziejë, ûe flaki, które powykrëcaîo mu podczas lâdowania, nie wróciîy jeszcze na swoje miejsce. - A teraz trzeba by znaleúê coô do picia! - odezwaî sië Otrov i na samâ myôl ochlaniu gëba rozeômiaîa mu sië w uômiechu. - Pójdë sië rozejrzeê, a ty siedú przy radiu i pilnuj tej wojny. - To samo mówiâ wszyscy pierwsi piloci - poskarûyî sië. - Przywilej stanowiska. Poczekaj, a któregoô dnia i ty z tego skorzystasz. - Bar jest w porcie! - wrzasnâî za mnâ. - Nie ucz ojca dzieci robiê! - odparîem z godnoôciâ i wyszedîem. Wszystkie drzwi otworzyîy sië z chwilâ lâdowania, toteû bez problemów skorzystaîem z rampy. Byîo cicho, oddziaîy inwazyjne wyniosîy sië juû z portu i nigdzie nie byîo ûywego ducha. Odnalazîem bar i na poczâtek wysuszyîem piwo, po czym, dla utrwalenia, antecaïskâ Ladevandet. Ze starych i nowych znajomych ustawionych za barem uloûyîem zgrabny stosik i zabraîem sië do poszukiwania torby. W efekcie tych staraï znalazîem sië twarzâ w twarz z jakimô przeraûonym mîodziankiem. - Ne mortigu min! -- ryknâî rozpaczliwie. Esperanto opanowaîem juû jakiô czas temu, toteû skorzystaîem za sposobnoôci, aby nabyê praktyki. - Przybyliômy tu, aby was wyzwoliê, wiëc nie uczynimy wam krzywdy. Jak sië nazywasz? - Pire. - A jak sië nazywa ten ôwiat? - Byîo to moûe dziwne pytanie, jeôli wziâê pod uwagë, ûe zadaî je butny zdobywca, lecz mîodzian byî zbyt przeraûony, by logicznie myôleê. - Burada. - Ôwietnie, cieszë sië, ûe mówisz prawdë. No i cóû mógîbyô powiedzieê o Buradzie? Pogapiî sië na mnie z rozdziawionâ gëbâ i trwaî tak przez dobrâ chwilë, zanim wylazî z szafki. Pogrzebaî potem w niej i podaî mi ksiâûeczkë. Na okîadce byî trójwymiarowy obrazek oceanu i peîne wdziëku drzewa, które rosîy na samym brzegu. Wraz z dotkniëciem obrazek oûyî: fale uderzyîy o zîocisty piasek, a drzewa poruszyîy sië pod tchnieniem niesîyszalnego wiatru. Z chmurek uformowaîy sië litery i przeczytaîem napis: PIËKNA BURDA -- ÔWIAT WAKACJI DLA ZACHODNIEJ SFERY. - Szaber i kontakty z wrogiem - oznajmiî od drzwi gîos znanego mi, obmierzaîego puîkownika. Trzymaî palec na spuôcie rozpylacza i wpatrywaî sië we mnie z wyrazem twarzy, który moûna byîo okreôliê wyîâcznie jako ôwiïski uômiech. - No i lâdowanie przy dziesiëciu G. To ostatnie nie jest wystarczajâcym powodem do rozstrzelania, ale dwa pierwsze z pewnoôciâ tak. 212.1 Pire wydaî zdîawiony okrzyk i usiîowal wejôê na ôcianë. Uômiechnâîem sië moûliwie jak najchîodniej, zorientowawszy sië, ûe moje dîonie pozostajâ poza zasiëgiem widocznoôci, i rozkazaîem mîodzikowi stanâê pod przeciwlegîâ ôcianâ. W chwili odwracania sië z powrotem do puîkownika jednâ rëkâ wysunâîem z kabury pistolet. Rozpylacz puîkownika znajdowaî sië troszeczkë wyûej niû poprzednio. - Myli sië pan - powiedziaîem - i obraûa przy okazji oficera lotnictwa. Zabezpieczaîem alkohol, aby nie dostaî sië w niepowoîane rëce i aby uchroniê od pijaïstwa païskich ûoînierzy. Przy okazji zîapaîem wiëúnia - to wszystko, co mam do powiedzenia, puîkowniku. - Wystarczy, ûe na rozprawie powiem, ûe zîapaîem pana na szabrownictwie i zmuszony zostaîem do uûycia broni podczas próby ucieczki. - Tego nie da sië zrobiê - oôwiadczyîem îagodnie podnoszâc broï na wysokoôê jego oczu. - Ostrzegam, ûe strzelam dobrze, a ta zabawka moûe rozwaliê panu îeb. Zatkaîo go. Pire zapiszczaî w kâcie i usîyszaîem gîuchy îaskot, pewnie zemdlaî. Nie wiadomo, jak skoïczyîa by sië ta scena, gdyby w polu widzenia nie zjawiî sië ûoînierz z radiostacjâ. Puîkownik zîapaî sîuchawkë i wruciî na wojnë, a ja dúwignâîem narëcze flaszek i wyszedîem drugimi drzwiami. Zaniosîem to na statek i oddaîem Otrovowi z komentarzem: - Nie wychylaj od razu wiëcej niû dwie flaszki. Po czym postanowiîem skorzystaê z okazji, iû bitwa jeszcze trwaîa i wszyscy zajëci byli sobâ. Poszedîem sië trochë powîóczyê po oklicy. Przewodnik, który uprzednio przekartkowaîem, szybko wyrzuciîem. A nuû znajdzie sië drugi puîkownik. Dowiedziaîem sië jednak z tej ksiâûeczki, ûe znajdujë sië w mieôcie zwanym Sucak i ûe caîa ta planeta nastawiona jest na turystykë. Przygnëbiajâce. Wiele czasu upîynie, zanim turyôci powrócâ na te sîoneczne plaûe. Musiaîem odszukaê jakiegoô odpowiedzialnago mieszkaïca Sucak City, który nie doôê, ûe jeszcze ûyî, to nie byî równieû wiëúniem. Musiaîem spytaê go o parë rzeczy. Szedîem wypalonymi juû ulicami, mijajâc kolumny jeïców i trupy leûâce na chodnikach. W koïcu to nie ja znalazîem mieszkaïca, a mieszkaniec mnie. Skrëciîem z gîównej ulicy w przecznicë, która wyglâdaîa doôê podejrzanie. Z tabliczki wynikaîo, ûe nazywa sië to Matbaacilik-sasurtmek - ûadna ulica o tej nazwie nie mogîa byê niczym dobrym. Potwierdziîo sië to za najbliûszym zaîomem muru. Skrëciwszy, natknâîem sië na mîodâ kobietë z automatem ôrutowym w dîoniach. Wyglâdaîa, jakby nie trzymaîa go po raz pierwszy, toteû grzecznie podniosîem râczki, zanim jeszcze sië odezwaîa. - Poddaj sië albo cië zabijë! - Juû sië poddaîem, nie widzisz? Jestam po waszej stronie, niech pokój zapanuje na Buradzie! Parsknëîa pogardliwie na të tyradë (rzeczywiôcie kretyïskâ, lecz nie zdoîaîem na poczekaniu wymyôliê nic mâdrzejszego) i automatem wskazaîa drzwi. Nawet w gniewie byîa piëkna. Miaîa na sobie jakiô ciemnogranatowy uniform za zîotymi insygniami na rëkawie. Grzecznie przeszedîem przez drzwi i równie grzecznie oddaîem jej pistolet. Mógîbym coô zrobiê z jej rëkâ i automatem, ale nie odczuwaîem potrzeby posiadania dwóch samopaîów. Jak dîugo sâdziîa, ûe jest górâ, tak dîugo byîa szansa na w miarë swobodnâ rozmowë. Weszliômy do jakiegoô biura, gdzie leûaîa druga dziewczyna w mundurze. Nogawka jej spodni byîa odwiniëta i odsîaniaîa bardzo brzydkâ ranë i przesiâkniëte krwiâ bandaûe. - Masz jakieô lekarstwa? - zapytaîa moja wîadczyni. - Mam - otwarîem pakiet pierwszej pomocy i zabraîem sië do roboty. - Ale chyba niewiele pomogâ. Straciîa duûo krwi i wymaga pomocy lekarza. - Ciekawe, gdzie mam go znaleúê? Moûe u was? - Moûe, ale ma za powolny i sîaby puls. Wâtpië, ûeby przeûyîa. - Jeôli nie przeûyje, to bëdzie wasza wina! - W jej oczach pojawiîy sië îzy, ale rusznica nadal skierowana byîa w mojâ stronë. - Pamiëtaj, ûe próbowaîem jâ uratowaê. Moûesz mi mówiê Vaska. - Taze -- odparîa automatycznie. - Sierûant Gwerdii przed ich przewrotem. - Ich? - poczuîem lekki zamët. - masz na myôli nas, armië planety Cliaand? - Oczywiôcie, ûe nie. Ale po co ja z tobâ gadam, zamiast porzâdnie cië ukatrupiê! - Nie powinnaô. To znaczy - nie powinnaô mnie zabijaê. Czy uwierzyîabyô, gdybym ci powiedziaî, ûe jestem przyjacielem? - Nie. - Ûe jestem szpiegiem z innego ôwiata, który aktualnie przyîâczyî sië do ich Armady? - Powiedziaîabym, ûe jesteô bezwartoôciowe ôcierwo, które usiîujë za wszelkâ cenë uratowaê swojâ skórë. - No, tak czy inaczej patrzâc, teû racja - zgodziîem sië dochodzâc do wniosku, ûe nic tu nie zdziaîam, posîugujâc sië argumentami, które trzeba przyjmowaê na wiarë. - Taze... - odwróciliômy sië. To ranna wyszeptaîa jej imië i znieruchomiaîa. Nie ûyîa. Poczuîem, ûe ja teû jestem juû martwy. Taze uniosîa broï i zobaczyîem, jak bielejâ jej kostki u palców. Po czym zrobiîem bîyskawicznie kilka rzeczy: zanurkowaîem pod broï i skoczyîam na dziewczynë. Automat wypaliî omal nie urywajâc mi gîowy, ale tylko raz. Zîapaîem jadnâ rëkâ za lufë, drugâ wymierzyîem dziewczynie cios kantem dîoni, trafiajâc w miësieï ramienia. Potem wykonaîem jeszcz kilka rzeczy, których normalnie nie robi sië kobietom (chyba ûe w nagîej potrzebie), i w efekcie tych czynnoôci staîem sië posiadaczem i automatu, i pistoletu, a ona leûaîa pod ôcianâ. Minie jeszcze kilka dobrych minut, nim odzyska wîadzë w palcach. Niewiele brakowaîo, a zîamaîbym je. - Przeparaszam. ale musiaîem - Schowaîem pistolet i rozîadowaîem automat. - To, co ci powiedziaîem, to prawda. Jestem po waszej stronie i próbujë wam pomóc. Ale najpierw to ty bëdziesz musiaîa udzieliê mi pomocy. Byîa mocno zmieszana, ale i zainteresowana. Otarîa rëkawem oczy i otwarîa je szeroko, gdy podaîem jej automat. Zdziwiîa sië jeszcze bardziej, gdy dostaîa równieû amunicjë. - Byîbym wdziëczny, gdybyô trzymaîa póki co te rzeczy osobno. W zamian coô ci powiem. Istnieje pewna organizacja, o której pewnie nie sîyszaîaô, a która interesuje sië poczynaniami planety Cliaand. A owe poczynania to miëdzyplaneterne inwazje. Burda jest piâta na liôcie i wyglâda na to, ûe wszystko poszîo zgodnie z planem. Jak zawsze dotâd. Chcë wiedzieê, jak oni to robiâ. Jak, mimo waszych systemów obronnych, udaîo im sië to osiâgnâê. - To wina Konsolosluka! - przerwaîa mi potrzâsajâc broniâ. - Nie twierdzë, ûe Partia Kobiet nie popeîniaîa bîëdów, ale nie takie... - Obawiam sië, ûe straciîem wâtek. czy nie mogîabyô wyraûaê sië precyzyjniej? - Mëûczyúni! - splunëîa, a oczy rozbîysîy jej wôciekîoôciâ i znowu wyglâdaîa atrakcyjnie. - przez wiele lat na tej planecie prowadziîa oôwiecone rzâdy Partia Kobiet. Nikomu nie byîo úle. Gospodarka sië rozwijaîa, obroty z turystyki byîy wysokie. Moûliwe, ûe mëûczyúni byli dyskryminowani, nie pracowali we wszystkich zawodach, ale od niedawna mogli juû braê udziaî w wyborach. No i co z tego? Na innych planetach kobietom wiedzie sië tak samo, a nie robiâ z tego powody rewolucji. Ta ich partia - Konsolosluk, wîaziîa wszëdzie, rozpuszczaîa kîamstwa. Zdobyli sobie popularnoôê i uzyskali parë miejsc w parlamencie. Zaczâî sië zament. A potem doszîo do jednodniowej rewolucji i przyjëli wszystko pod swojâ kontrolë. Jedyne, czego chcieli, to puszyê sië jak pawie i czuê sië wyûszymi. Miernota. Nie wiedzâ nic o walce ani o rzâdzeniu! Zabronili nam, kobietom, wielu rzeczy. Zrobili tu taki konkursowy bajzel, ûe mucha nie siada! Ale jak te ôwinie wylâdowaîy, to wiëcej tych mëûczyzn uciekîo, niû walczyîo. Na dodatek poddawali sië z byle powodu. - Moûe musieli? - Figa! Ofiarty i tyle! To wszystko îadnie pasowaîo do moich podejrzeï. Poszczególne kawaîki îamigîówki uîoûyîy sië w jednâ caîoôê. Jak wszystkie genialne pomysîy, tak i ten byî prosty i zarazem skuteczny. Naleûaîo jeszcze sprawdziê, czy faktycznie podboje planety Cliaand wîaônie na tym sië opierajâ. Zwróciîem sië do Taze: - Bëde jeszcze potrzebowaî twojej pomocy. Pozostanë w Kosmicznej Armadzie, bo tutaj mogë sië najwiëcej dowiedzieê. Ale nie odlëcë z tej planety. Tu oni sâ najsîabsi i tutaj muszâ zostaê pobici. Sîyszaîaô kiedyô o Korpusie Specjalnym? - Nie. - No to juû usîyszaîaô. Zamierza wam pomóc, a ja pracujë wîaônie w tej firmie. Wiedzâ, ûe flota inwazyjna ruszyîa i z pewnoôciâ juû tu przylecieli. Byîa to jedna z rzeczy, jakie planowaliômy. Teraz krâûy wokóî tej planety automatyczna stacja przekaúnikowa. Czy masz dostëp do nadajnika ôredniej mocy? - Tak. Ale powiedz mi, dlaczego mam ci wierzyê? Przecieû ty moûesz kîamaê! - Mogë. Ale ty teû moûesz spróbowaê mi uwierzyê. - Naskrobaîem, co trzeba, na jakimô formularzu. - Zostawiam cië teraz, by wróciê na statek, zanim zacznâ sië zastanawiaê, dlaczego nie ma mnie w najbliûszej knajpie. Oto wiadomoôê, którâ przekaûesz na tej czëstotliwoôci. Na pewno uda ci sië to zrobiê. To doôê proste. Nic przez to nie tracisz, a moûesz przysîuûyê sië swojej planecie. - Wybacz mi, ale tak trudno w to uwierzyê, ûe jesteô szpiegiem i ûe chcesz nam pomóc. - Moûe mu pani wierzyê z caîym spokojem. On jest szpiegiem, dajë pani na to moje sîowo - dobiegîo w tejûe chwili od drzwi, które miaîem za plecami. Poczuîem sië jak skoïczony idiota. Tak sië zapomnieê? Odwróciîem sië powoli. Staî tam ubrany na szaro Kraj. Dwaj inni, teû w owym twarzowym kolorku, wystawali mu zza ramion, trzymajâc wycelowanâ w mojâ skromnâ osobë broï. Kraj odezwaî sië ponownie. - Obserwowliômy cië, szpiclu. Czekaliômy na takâ wîaônie szczerâ rozmowë. Jak widzisz - cierpliwoôê popîaca. Teraz moûemy sië juû zabraê za twój Korpus Specjalny!