Targi Poznaïskie AD 2080 ] ] ]ENTER]Targi Poznaïskie ]ENTER]AD 2080 ]] Obudziî mnie haîas na dworcu. Przyjechaî chyba pociâg z Berlina. Poderwaîem swój plecak i skuliîem sië w rogu hali dworcowej. Z peronu wpadî szalony tîum - najpierw pasaûerowie z pierwszej klasy, otoczeni kordonem uzbrojonych po zëby sokistów, a zaraz za nimi reszta. Padîy pierwsze gazy îzawiâce. Ktoô strzeliî, padîo na ziemië paru pasaûerów. Kilku skinhedów dopadîo jednego z sokistów i uûywajâc kijów bejsbolowych zaczëli go biê. Któryô z nich wyrwaî mu pistolet maszynowy i zaczâî strzelaê na oôlep po ludziach. Znów padîo parë osób. Minëîo moûe piëê minut. Hala opustoszaîa, tylko po podîodze walaîo sië kupa ômieci i kilka trupów. Jeden z granatów wciâû trochë dymiî. Usîyszaîem zgrzyt. Odwróciîem gîowë; podnoszono stalowe ûaluzje na kasach. Do hali weszîo paru porzâdkowych z wielkim ômietnikiem na kóîkach. Zaczëli sprzâtaê. Dzieï jak co dzieï. Opadîem na îawkë, obok jakiegoô zapitego goôcia i lekko wystraszonej matki z córeczkâ, której staraîa sië czytaê jakâô bajkë. Usîyszaîem po chwili dûingiel i gîos oznajmiajâcy: "Uwaga! Uwaga! Pociâg osobowy do Poznania zostanie podstawiony na tor 3 przy peronie 2. Planowany odjazd pociâgu godzina 6.30. Powtarzam... " ]]- Pojedziemy jus?]] - spytaîa dziewczynka. ]]- Nie curuô, to jeszcze nie nasz pociâg. ]]- pogîaskaîa jâ mamusia i westchnëîa. Swojâ drogâ sië dziwiîem, ûe samotna kobieta z dzieckiem zdecydowaîa sië na podróû kolejâ. Albo musiaîa byê strasznie uboga, albo teû wyjâtkowo jej sië spieszyîo. Wstaîem i poszedîem w kierunku peronu. Przed wejôciem na perony widniaî napis: "Podróûny! Pozostaw w domu pistolet, nad twoim bezpieczeïstwem czuwa SOK! ". Przeczytaîem ten napis i wîoûyîem rëkë do kieszeni. Poczuîem pod palcami chîód metalu mojego Walthera PPK. Niedawno go kupiîem na "Manhattanie", caîkiem tanio. Wchodzâc na peron minâîem dawno nie uûywane budki straûników. Kiedyô stali w nich sokiôci i sprawdzali kaûdego pasaûera, ale odkâd nagminnie zaczëto budki te wysadzaê w powietrze, zdecydowano o usuniëciu takowej kontroli. Przeszedîem sië wzdîuû pociâgu. Opancerzona lokomotywa, potem wagon pocztowy (teû opancerzony i pilnowany przez specjalny oddziaî czerwonych beretów), a dalej za nimi juû wagony osobowe. Tym razem nie podczepili pierwszej klasy. Moûe nie mieli chëtnych na podróû kolejâ, nawet pierwszâ klasâ. Wybraîem wagon z najmniej powybijanymi szybami. Nie chciaîem, ûeby mnie za bardzo przewiaîo. Dziesiëê minut zabraîo mi doprowadzenie wybranego przedziaîu do porzâdku, w koïcu uznaîem, ûe nadaje sië jako tako do kilkugodzinnej podróûy. Opadîem na siedzenie i wyciâgnâîem kanapki, które przygotowaîa mi mama. Cieszyîem sië, ûe wsiadîem wczeôniej, bo wkrótce na peron wîadowaî sië tîum. Byli wôród nich teû kibice (w Poznaniu odbywaî sië nazajutrz mecz), wiëc kordon sokistów byî wzmocniony. Mimo to parë butelek roztrzaskaîo sië o moje okno, które co prawda pëkîo, ale wytrzymaîo. Byîo gdzieô po siódmej gdy wreszcie pociâg ruszyî. Miaîem wyjâtkowe szczëôcie, bo w moim wagonie byîo caîkiem spokojnie. Tylko pili, ôpiewali i poleciaîo parë petard. Jak w domu. Przez okno widziaîem, ûe w wagonie na koïcu wybuchî poûar, a póúniej dowiedziaîem sië, ûe w innym kibice doprowadzili do krwawej jatki z uûyciem ciëûkich karabinów maszynowych. W poîowie drogi zapaliîy sië wszëdzie migajâce, czerwone lampki z napisem "Kontrola biletów". Znowu strzaîy sië nasiliîy, prawdopodobnie konduktorzy dostali te nowe pistolety maszynowe i stawili zacieklejszy opór kibicom niû zwykle. Musiaîo tak byê faktycznie, bo widziaîem tylko jednego z nich jak wylatywaî z pociâgu. Po jakimô czasie konduktorzy dotarli i do mnie. Jeden z nich byî ranny, drugiemu zsuwaîa sië kamizelka kuloodporna. Sprawdzili mój bilet i poszli dalej. Sîyszaîem potem jeden strzaî, ale wolaîem sië nie wychylaê. W Poznaniu na dworcu akurat byîa strzelanina. Pîonâî pociâg z Warszawy. Oddziaî straûaków próbowaî gasiê poûar. Byîo im jednak ciëûko, bo kaûdy ôciskaî w garôci swój pistolet maszynowy. Co jakiô czas strzelali do próbujâcych sië zbliûyê szalikowców. Lokomotywa z wagonem pocztowym odjechaîa w bezpieczne miejsce, natomiast mnie czekaîo przedostanie sië na teren targów. Nie byîo to proste. Wiedziaîem, ûe czeka mnie barykada i zapora ogniowa, co najmniej. Tak byîo rok wczeôniej. Tym razem byîo o tyle gorzej, ûe byî jeszcze mecz. A szalikowców wciâû przybywaîo. Przejôcie przez perony byîo caîkiem proste. Wystarczyîo nie zostaê trafionym jakâô zbîâkanâ kulâ lub odîamkiem. Sporo byîo tu róûnych porzuconych bagaûy wiëc byîo za czym sië kryê. Potem przejôcie podziemne. Niestety, trafiîo ono wîaônie we wîadanie skinheadów. - Cholera... - zaklâîem pod nosem. Nie przewidziaîem, ûe bëdë potrzebowaî ciëûkiego sprzëtu juû na poczâtku. Zawsze potem udawaîo sië coô zdobyê w sklepiku dworcowym lub w toaletach. Ale ûeby zaraz na peronie? Usiadîem za zwalonymi na stertë îawkami i ze zrezygnowaniem wbiîem zëby w kolejnâ kanapkë. Marne miaîem szanse na przedostanie sië do budynku dworca. A przynajmniej przez nastëpne kilkanaôcie godzin. A na czasie mi trochë zaleûaîo. Po godzinie dwudziestej pierwszej bowiem, zalewano fosë dookoîa targów. No i strzelano do kaûdego kto sië zbliûaî. Z haubicy. Chyba ogarnëîaby mnie czarna rozpacz, gdyby nie pewne nieoczekiwane zdarzenie. Koîo mnie przebiegî jakiô dzieciak. Po chwili usîyszaîem ôwist. Zanim dotarîo do mnie co to jest, caîym dworcem targnâî wybuch. Îawki zwaliîy sië na mnie, ale na szczëôcie nic sobie nie poîamaîem. Wygrzebaîem sië spod nich i rozejrzaîem. Zejôcie do podziemii byîo wyraúnie szersze. Nie dobiegaîy teû stamtâd ûadne haîasy. Gdzieniegdzie leûaîy zwîoki. Przewaûnie mocno pokrwawione. No ale tak to jest. Ten gówniarz musiaî mieê skâdô "ôwistawkë". Tak to sië nazywa w ulicznym ûargonie. W rzeczywistoôci jest to wojskowa bomba rozpryskowo-burzâca. Zaciekawiîo mnie, jak taki dzieciak uzyskaî dostëp do takich materiaîów. Jednakûe moje zaciekawienie nie trwaîo dîuûej niû póî sekundy. Czas to pieniâdz - tak kiedyô mówiono. Teraz, oznaczaî on przewaûnie ûycie. Pobiegîem do podziemii. Minâîem kilkanaôcie trupów skinheadów. Podniosîem z zagraconej podîogi kilka granatów i uzi. Trafiîy one do plecaka. W nastëpnej chwili znalazîem sië juû na hali dworca. Okazaîem w bramce bilet i wszedîem miëdzy kasy. Kupiîem sobie od razu bilet powrotny. Rozejrzaîem sië po hali. Jak zwykle trochë podróûnych, klub kibica z Lublina, rezerwiôci okupujâcy budkë z piwem. Sklep "military" byî zamkniëty. Inwentaryzacja. A to pech. Kupiîem sobie w spoûywczym parë buîek i kieîbasë. Miaîem juû nie traciê wiëcej czasu i wyjôê na ulicë, kiedy od strony peronów znów rozgorzaî haîas. Rezerwiôci jakby na to czekali. Wyciâgneli z worków kaîachy, przeîadowali i pobiegli w tamtym kierunku. Pomyôlaîem sobie, czy jak bëdë wracaî, to czy zostanie coô jeszcze z tych peronów? Na ulicy wyglâdaîo caîkiem spokojnie. Jak w ôwiëto narodowe. Dopalajâcy sië samochód, opuszczona barykada. Asfalt porozrywany bombami, poskrëcane tory tramwajowe. Po tym co zostaîo z chodników chodziîo trochë ludzi. Nawet parë osób zauwaûyîem bez kamizelek kuloodpornych. Na skrzyûowaniu staîy dwa policyjne Scoty. Niebiescy stali obok i palili papierosy. Sielanka. Pomyôlaîem nawet, ûe moûe w tym roku na targi wejdë caîkiem szybciutko i bez jednego wystrzaîu. Jak sië moûna domyôliê, myliîem sië wtedy. No i opîaciîem to rozwalonym ramieniem. Ale po kolei. Mimo, ûe byîo spokojnie, to przez ulicë przechodziîem nad wyraz ostroûnie. Minâîem pîonâcego mercedesa, podszedîem do torów tramwajowych. Potknâîem sië o jakiô drut i upadîem. Uderzyîem sië boleônie w bok, moûe i nawet zîamaîem ûebro. Pomyôlaîem wtedy, ûe to strasznie gîupie, poîamaê sobie ûebro w tak frajerski sposób. Podniosîem prawâ rëkë, ûeby sië chwyciê za wystajâce tory i nagle poczuîem ciepîo. Gorâco! Kiedy opuôciîem prawe ramië, a wîaôciwie kiedy mi samo opadîo, zobaczyîem wyszarpany spory kawaîek skóry, pomieszany z materiaîem kurtki. Wszystko byîo teû przypalone. Nawet wtedy nie czuîem bólu. Wytrzeszczyîem tylko oczy ze zdziwienia, potem popatrzyîem w kierunku skâd dostaîem. Tam gdzie jeszcze przed chwilâ staîy policyjne Scoty, teraz znajdowaîa sië spora kupa pîonâcego zîomu. Przed tâ kupâ staî jakiô goôê z ciëûkim karabinem w rëku. Siaî seriami po caîej ulicy. Przypomniaîem sobie, ûe metr za mnâ znajduje sië podîuûny lej. Wtyrlaîem sië do niego czym prëdzej. W miejscu gdzie leûaîem jeszcze parë sekund wczeôniej, wyprysîy maîe wybuchy. Wojskowe pociski. Znów. Przestawaîo mi sië to podobaê. Tymczasem postanowiîem coô zrobiê z rëkâ. Moûe i bym sië nie wykrwawiî, bo rana zostaîa przypalona, ale tak czy siak, zaczynaîa boleê. Wyciâgnâîem z plecaka apteczkë i zajâîem sië swoim ramieniem. Tak to juû jakoô jest, ûe czîowiek nie ma wielozadaniowoôci jak komputer. Leûaîem wiëc sobie, opatrywaîem ranë i sîuchaîem haîasów z ulicy. Strzelali, co jakiô czas wykwitaîy nowe wybuchy. Ktoô krzyknâî, ktoô przebiegî w pobliûu. Nagle trochë ucichîo, ale jakoô nie zwróciîem na to uwagi. Dopiero lufa przyciôniëta do mojego czoîa kazaîa mi przerwaê cerowanie dziury w ramieniu. ]]- Co my tu mamy? ]]- usîyszaîem zachrypniëty gîos. ]]- Inteligencik... ]] W tej chwili bîogosîawiîem swojâ mamë, która powiedziaîa, ûe na dresy bëdzie trochë za chîodno. I kazaîa mi zaîoûyê starâ kurtkë ojca, z podpinkâ. Gdybym miaî na sobie dres, byîbym juû w tym momencie mokrâ plamâ. Facet zastanawiaî sië tymczasem czy rozwaliê mnie teraz, czy póúniej. To mi caîkiem wystarczyîo. Siëgnâîem rëkâ do plecaka i wyciâgnâîem ... kanapkë. ]] - No! Bez takich numerów! ... O.. Co masz? ]] - Kanapka. - stëknâîem. - Z szynkâ. Lufa oddaliîa sië od mojej gîowy. Mój niedoszîy egzekutor kucnâî i wyrwaî mi z rëki papier z jedzeniem. Zaczâî gîoôno mlaskaê. Chyba nie przypuszczaî, ûe taki inteligencik jak ja moûe coô narozrabiaê. A ja nie traciîem czasu. Wyciâgnâîem uzi i wypruîem caîy magazynek w jego gîowë. Opadî bezwîadnie. Zabraîem jego karabin i znów przypadîem do dna leja. Nad gîowâ przeleciaîy mi dwie serie z automatu. Wyjrzaîem. Na ôrodku skrzyûowania staî opancerzony samochód z cekaemem na wieûyczce. Na bocznych ôciankach miaî namalowane symbole jednej z orgaznizacji skrajnie prawicowych. To takie klocki, pomyôlaîem. Ale co oni tu robiâ? Przecieû to tylko targi i mecz. Spojrzaîem teû w kierunku bramy targów. Byîa oddalona ode mnie o jakieô sto metrów. Tak blisko. I na razie nie mogîem sië ruszyê. Nad okolicâ panowaîo dziaîko z wozu pancernego. Zaczynaî sië zmrok. Musiaîem szybko coô wymyôliê. W nocy nie miaîem wielkich szans na przeûycie w tym miejscu. Policja najwyraúniej nie spieszyîa sië zbytnio. A moûe napotkali na silny opór na moôcie. Nie miaîem co na nich w kaûdym razie liczyê. Zaczynaîem sobie zarysowywaê plan. Miaîem przy sobie karabin, oraz kilkanaôcie granatów. Zawsze to coô. Gdyby sië udaîo odwróciê uwagë tych z wozu choê na póî minuty. Poîoûyîem sië pîasko i zagryzîem ostatniâ kanapkë. Jeûeli rzucë parë granatów na prawo od skrzyûowania, to moûe sië uda. Jak bëdë szybko biegî i rzucaî granatami, to istniaîa moûliwoôê, ûe dotrë pod osîonë bramy. Nagle ktoô na mnie wpadî. - Co do cholery... - zaklâîem. Odepchnâîem od siebie napastnika i przytknâîem do niego lufë karabinu. Wyjrzaî spod ramienia i skuliî sië, jakby czekaî, aû wypalë. - Odwróê sië. - powiedziaîem. ]] - Jak masz mnie zabiê, to zrób to szybko. Miejmy to za sobâ. ]] - usîyszalem kobiecy gîos. Zatkaîo mnie. Po chwili rzeczywiôcie miaîem przed sobâ mocno umazanâ, ale jakûe delikatnâ twarz mîodej dziewczyny. Miaîa moûe z dwadzieôcia lat. - A kto powiedziaî, ûe mam cië zabiê? ]] - Przecieû tu wszyscy zabijajâ wszystkich...]] - Kîóciîbym sië... Ale to teraz niewaûne. Jak masz na imië? ]] - Ania.]] - Kamil. - wytrzeszczyîa na mnie oczy. - No co? Tak mam na imië. Co ty tu robisz? ]] - Ja... ja...]] - zajâknëîa sië. Nagle úrenice jej sië zwëziîy i zmienionym gîosem dodaîa. - A nic. Tak przechodziîam. - I ja mam w to uwierzyê? ]] - Wierz w co chcesz.]] - Ok. Jeôli tak wolisz. Ja tylko chcë sië dostaê na targi. Nic wiëcej mnie nie interesuje. - powiedziaîem i odwróciîem sië do niej plecami. Udawaîem, ûe obserwujë bramë. Minëîa doôê dîuga chwila. Robiîo sië coraz bardziej ciemno. Musiaîem sië naprawdë poôpieszyê. Ale ta dziewczyna.. Ania... wcale mi w tym nie pomagaîa. Nie chciaîem jej tu zostawiê. Kimkolwiek byîa. ]] - Ty naprawdë chcesz dostaê sië na targi? ]]- szepnëîa. - Tak. Przyjechaîem specjalnie po to. No i w tym miejscu utknâîem. Moûe i bym coô wymyôliî, ale... ]] - Ale ja ci przeszkodziîam?]] - No nie... ]] - Jasne.. Rozumiem. Zaraz sobie stâd pójdë.]] - Czekaj! - chwyciîem jâ za ramië i przycisnâîem do gruntu. Syknâîem z bólu. Odezwaîo sië moje ramië. - Gîupia. Zginâê chcesz? ]] - Co ci sië staîo? ]]- dotknëîa palcem zaschniëtej krwi na kurtce. - Nic takiego. Zostaw. Musimy stâd czym prëdzej sië wydostaê. ]] - My?]] - No przecieû cië tu nie zostawië. - uômiechnâîem sië. Popatrzyîa na mnie swoimi duûymi oczami i teû sië uômiechnëîa. ]] - Wiesz co? Jesteô w porzâdku. ]]- powiedziaîa. - Mam nadziejë, ûe ty teû. Ale skoïczmy to, bo sië popîaczë. - siëgnâîem do plecaka. - Masz tu piëê granatów. Chyba wiesz jak sië je... ]] - Wiem. Nie ma obawy. I zanim przystâpimy do reszty plany .. Muszë ci coô powiedzieê.]] - Tak? - popatrzyîem na niâ z obawâ. Co wymyôli? Wyciâgnie nóû i poderûnie mi gardîo? ]] - Widzisz, ja tu nie znalazîam sië caîkiem przypadkiem. Podkîadaîam îadunki w kilku miejscach. Dziô na targi przyjeûdûa bardzo waûny transport. Liga Naziprawicy oraz kilka pomniejszych organizacji postanowiîy ten îadunek przechwyciê. Stâd to zamieszanie. ]] - Îadunki? Transport? Liga Naziprawicy? Oûesz w mordë... Aniu? Czy ty jesteô jakiô Rambo albo coô? ]] - Nie... ]] - zachichotaîa cichutko. - ]]No coô ty. Po prostu kiedyô juû to robiîam, bo mój dziadek byî saperem. No i przede wszystkim, na takâ dziewczynë jak ja z duûym brzuchem nikt nie zwracaî uwagi. ]] - Duûy brzuch? ]] - A jak myôlisz, îadunki musiaîam gdzieô upchaê, nie? ]] - Bardzo sprytnie. ]] - No ale nic. W kaûdym razie, za...]] - popatrzyîa na zegarek. - O rany. ]] Juû za dwie minuty îadunki eksplodujâ. Musimy sië streszczaê. - A nie moûemy zaczekaê aû wybuchnâ i wtedy... ]] - Nie bardzo. Co najmniej trzy z nich leûa zbyt blisko nas. Gdzie mam rzucaê te granaty? ]] - Szkoda.. - zamyôliîem sië troszkë. - Rzucaj na prawo od skrzyûowania. Ja bëdë cië osîaniaî. Poleciaîy najpierw dwa, potem jeszcze jeden. Ja pruîem z karabinu aû do wyczerpania magazynka. Wybuchy szarpnëîy wozem opancerzonym, ale nie spowodowaîy ustania ognia z dziaîka. Zmieniîem magazynek i wciâû strzelajâc kazaîem Ani rzuciê granat wprost pod wóz. Na sekundë przed eksplozjâ wyskoczyliômy z leja. Rzuciîem jeszcze dwa granaty i Ania teû kilka. Staraliômy sië je tak rozrzuciê, ûeby stanowiîy dla nas coô w rodzaju zasîony. Strzaîy z dziaîka co chwilë cichîy. Ale wtedy sîychaê byîo nieprzerwany ogieï z karabinów rëcznych. Biegliômy dîugimi susami przez te dzielâce nas od bramy sto metrów. Na jakieô dwadzieôcia metrów od bramy, podmuch wybuchu rzuciî nas na chodnik. Potem nastëpny i nastëpny. Zakryliômy gîowy i czekaliômy aû sië to skoïczy. Wreszcie poderwaliômy sië i dopadliômy do bramy. Straûnicy wepchnëli nas do ôrodka. Ktoô poklepaî mnie po ramieniu. ] - Dobra robota. ]]- usîyszeliômy. W tej samej chwili brama otworzyîa sië szerzej i na teren targów wpadîy dwa Scoty, trzy ciëûarówki i znów dwa Scoty. Opancerzone i gësto obsadzone ochroniarzami. ]] - Udaîo sië!]] - Ania rzuciîa mi sië na szyjë i ucaîowaîa w oba policzki. - A jakûe. Czy dostanë za to darmowy bilet wstëpu? ]ENTER]Marty ENTER]Koszalin, wrzesieï 1997