Gdzie jest Robin ?  xGdzie jest Robin ?  Wiatr lekko dmuchaî w jej opalonâ twarz. Gîowë miaîa uniesionâ w kierunku praûâcego sîoïca. Oczy ochraniaî stary i niemodny juû model okularów przeciwsîonecznych, tego typu jakie noszono w latach piëêdziesiâtych dwudziestego wieku. Miaîa na sobie tylko kusâ bluzkë przewiâzanâ zaraz pod piersiami tak, ûe spora czëôê jej delikatnego i równie opalonego jak buzia brzucha byîa odsîoniëta. Dalej byîy juû tylko mocno poprzecierane dûinsowe szorty, które kilkadziesiât lat wczeôniej by wywoîaîy zawaî u niejednej zagorzaîej obroïczyni cnoty. O nogë oparty staî plecak, równie zniszczony jak reszta ubrania. Obrazu dopeîniaîy wielkie i ciëûkie buty, dawniej chyba czarne, teraz jednak równie mocno poprzecierane i poplamione.   Samochody ômigaîy jeden za drugim po autostradzie przy której Kinga postanowiîa zîapaê sobie transport. Czasem przejeûdûaîy potëûne ciëûarówki, wtedy odwracaîa sië i osîaniaîa twarz rëkami. Czuîa na skórze odsîoniëtej czëôci pleców i nóg drobinki piasku, które kîuîy jak miniaturowy deszcz meteorytów-szpileczek.   Zbliûaî sië akurat zielony mercedes kabriolet. Dziewczyna wystawiîa od niechcenia rëkë z wysuniëtym w kierunku jazdy kciukiem. Samochód nie jechaî zbyt szybko, ale nie liczyîa, ûe sië zatrzyma. Przejechaî obok i Kinga nawet nie obracaîa sië za nim, gdy nagle usîyszaîa pisk opon. Tym razem sië odwróciîa. Mercedes zatrzymaî sië jakieô sto metrów dalej. Podniosîa z ziemi plecak, przerzuciîa go sobie niedbale przez ramië i spokojnym krokiem, niejako z triumfem, podeszîa do poîyskujâcego wypolerowanâ karoseriâ pojazdu.   Za kierownicâ siedziaî mëûczyzna w wieku okoîo dwudziestu paru, moûe trzydziestu lat. Trudno to byîo okreôliê, tym bardziej, ûe byî nieogolony. Zarost typowo parodniowy. Wîosy miaî raczej koloru ciemny blond, choê moûe to tylko gra ôwiatîa. Nieuczesane. Okularów nie miaî, chociaû momentami sîoïce musiaîo mu ôwieciê prosto w oczy. Ubrany byî równieû niechlujnie. Sprany podkoszulek, na tym lniana koszula w kratkë, stare i mocno wytarte dûinsy, zapewne dawniej koloru granatowego. Ogólnie wyglâdaî na prawidîowo zbudowanego, byî caîkiem przystojny i przede wszystkim, Kinga go znaîa. - Czeôê Robin! - powiedziaîa wesoîo. - O! Czeôê! Dokâd jedziesz? - spytaî Robin. - Nad morze jadë. Do przyjacióîki. - odpowiedziaîa Kinga, prawie zgodnie z prawdâ. - Wsiadaj.   Kiedy tylko Kinga opadîa w fotel i zatrzasnëîa drzwi, poczuîa siîë wciskajâcâ jâ w oparcie. Po chwili jednak wraûenie to ustaîo, zaczëîa doznawaê za to miîego powiewu wiatru owiewajâcego jej gîowë. - Dokâd jedziesz? - spróbowaîa zagaiê rozmowë.   Popatrzyîa na Robina. Patrzyî spokojnie przed siebie, nie drgnâî mu ani jeden miësieï twarzy. Spojrzaîa na licznik. Dwieôcie. - Szybko jedziemy. - powiedziaîa znów. - Dawno sië nie widzieliômy, prawda?   Nieoczekiwanie Robin odwróciî w kierunku niej gîowë. Nie patrzyî na drogë. Kinga zrozumiaîa o co chodzi: - Oj, przepraszam. Juû nie bëdë. - spuôciîa gîowë w geôcie skruchy.   Nie odzywali sië do siebie jakiô czas. Nagle usîyszaîa ciche, ale wyraúne: - Przepraszam cië, ale... Póúniej ci to wyjaônië. - Jasne! - rozchmurzyîa sië Kinga.   Robin sië uômiechnâî promieniôcie i nic juû sië nie odezwaî aû do stacji benzynowej.   Na stacji Kinga poszîa do toalety. Gdy wróciîa Robin koïczyî wîaônie nalewaê benzynë. Podeszîa do niego i przyglâdaîa sië jak sprawnie posîuguje sië dystrybutorem. Nie uroniî ani kropelki.   Uômiechnëîa sië do niego. Kiedy jeszcze byli razem w Akademii, zawsze bardzo go lubiîa. Moûe nawet bardzo bardzo. - No co? - powiedziaî. - Przecieû nie narozlewaîem. - Wîaônie widzë. Robisz to bardzo sprawnie. Zresztâ jak zawsze. - uômiechnëîa sië jeszcze raz.   Robin nie odpowiedziaî nic, ale za to równieû sië uômiechnâî. Tak jakoô ciepîo i szczerze. Kinga poczuîa, ûe dzieje sië z niâ w tym momencie coô dziwnego. Szybko odwróciîa sië i postaraîa sië wziâê w garôê. Znaîa to uczucie i wiedziaîa, ûe akurat teraz nie moûe sobie na nic takiego pozwoliê.   Staîa tak jakâô chwilë. Przyglâdaîa sië dwóm facetom, którzy wysiedli z potëûnego tira. Popijali wodë i bezczelnie sië na niâ gapili. Staraîa sië byê nieugiëta i odwzajemniaîa im spojrzenie, ale bardzo chîodne, wrëcz zîoôliwe - "Patrzcie sobie. Tylko popatrzeê moûecie!".   Jej bezkrwawâ i nieruchomâ, ale wyraúnie zaciëtâ potyczkë, przerwaî gîos Robina: - Jedziemy. Samochód napojony.   Wsiadîa trochë zîa na facetów z ciëûarówki, trochë na niego, a przede wszystkim na siebie i zajëcie którego sië akurat podjëîa. - Aach... - machnëîa rëkâ i z zaciôniëtymi ustami pogrâûyîa sië w swoich mrocznych myôlach. - Co sië staîo? - odezwaî sië po chwili Robin.   Odczuîa wyraúnâ troskë w jego gîosie. Nie byîo w tym nic takiego niezwykîego (Robin zawsze byî taki, a juû na pewno wzglëdem niej), ale znów poczuîa to niesamowite i - w kaûdej innej chwili - cudowne uczucie. Milczaîa. Nie odezwali sië do siebie aû do godziny trzeciej, kiedy w ûoîâdkach obojgu uczucie gîodu dosiëgîo szczytu. - Zjadîbym coô. - zamlaskaî cicho Robin.   Kinga z poczâtku wzruszyîa tylko ramionami. Minëli jeden przydroûny zajazd, potem drugi. Wreszcie nie wytrzymaîa: - No dobra. Ja teû jestem gîodna.   Robin uômiechnâî sië i przy najbliûszej okazji zjechaî z autostrady. Okazaîo sië, ûe los im sprzyjaî, bo zajechali do prawdziwej restauracji - "Pod Jeleniem". Humor jeszcze bardziej sië im poprawiî, gdy weszli do ôrodka. Wnëtrze byîo urzâdzone ze smakiem i panowaîa w nim charakterystyczna atmosfera. Duûo zieleni, stonowanego brâzu i kwiatów.   Na ôrodku sali tryskaîa niewielka fontanna. Na dodatek caîoôê byîa klimatyzowana, wiëc panowaî miîy chîodek. - Mówisz wiëc, ûe jedziesz do koleûanki, nad morze? - zapytaî Robin, gdy kelner z zamówieniem sië oddaliî. - Tak. - odparîa Kinga, obawiajâc sië jednoczeônie, aby nie zaczâî wypytywaê o zbyt wiele szczegóîów - A ty dokâd jedziesz? - Ach. Wîaôciwie mam maîâ robotë... - Tak? Dalej jesteô na posadzie w policji? - Yhm. Z tym, ûe teraz jest to Interpol. - No, no. Gratulujë. - pokiwaîa gîowâ Kinga. - A ty? - Cóû... Chyba mogë ci powiedzieê. Sîyszaîeô moûe o SGO "Europe"? - Wow! Niesamowite... - Eeee tam... Praca jak praca.   Zapanowaîa cisza. Patrzyli na siebie przez chwilë. - Wiesz... Ja... - Cii. - Kinga poîoûyîa mu palec na ustach. - Proszë cië. Nie teraz. Przyznam ci sië, ûe teû nie jadë dla przyjemnoôci do tej koleûanki. - Rozumiem. - westchnâî Robin.   Siedzieli przez jakiô czas w milczeniu. Kelner przyniósî obiad. Zaczëli jeôê. - Ale o czymô chyba moûemy porozmawiaê? - spytaîa Kinga przeûuwajâc kawaîek kotleta. - Na pewno. - oûywiî sië Robin. Jemu teû milczenie w takim towarzystwie nie sîuûyîo. - Oglâdaîaô moûe ostatnio jakiô ciekawy film? - Filmu nie, ale czytaîam fajnâ ksiâûkë. "Czarna zabawa" Edgara Twindena. - O, to ciekawe. Chyba coô czytaîem Twindena, ale nie pamiëtam co. - Z pozoru wydaje sië, ûe jest to zwykîa sensacyjna powieôê, ale okazuje sië, ûe jest w niej coô gîëbszego. - O czym? - Akcja dzieje sië w Afryce pod koniec XX wieku. Bohater jest agentem specjalnym IFOR majâcym za zadanie spenetrowanie od wewnâtrz organizacji militarnych w Rwandzie. Afera wybucha gdy dowiaduje sië o udziale wielkich mocarstw w konflikcie. Natychmiast po tym zostaje porwany i osadzony w jakimô dalekim wiëzieniu. W miëdzyczasie oczywiôcie sië zakochuje... - tu Kinga zawiesiîa gîos niby pod pretekstem przeîkniëcia kawaîka obiadu, w rzeczywistoôci jednak biîa sië w tym momencie z myôlami. - Ciekawe... - wtrâciî sië Robin. - Uratowali go? - Tak. Urzâdzili akcjë ratunkowâ, w której braîa udziaî dziewczyna, w której sië zakochaî. Robin pokiwaî niejako ze zrozumieniem gîowâ i poîykajâc kolejne kawaîki jedzenia, popadî w zadumë. Gapiî sië w okno i o czymô intensywnie myôlaî. Kinga teû sië zamyôliîa. Los chciaî, ûe spotkaîa odpowiedniego faceta w nieodpowiednim czasie. Nie miaîa jak dotâd staîego chîopaka, ale Robin, to byîa zupeînie inna historia. Poznaîa go jeszcze w Akademii Policyjnej w Brukseli, gdzie oboje studiowali. Z tym tylko, ûe ona byîa specjalistkâ od inwigilacji i akcji w terenie, Robin natomiast specjalizowaî sië w systemach bezpieczeïstwa, sieciach komputerowych i tym podobnych technicznych sprawach. Poza tym, byî na prawdë wyômienitym mëûczyznâ. Na dodatek jeszcze przystojnym. Wpadî jej nagle do gîowy szalony pomysî - jeszcze sië z nim przecieû nie przespaîa. Na samâ myôl o tym, wylaîa na siebie kompot. - Co sië staîo? - spytaî Robin. - Nic, nic. Zachîysnëîam sië. Wleciaîo nie tam gdzie trzeba. Juû w porzâdku. - Kinga zaczëîa wycieraê plamë. Nie byîo nadziei, ûe zejdzie, ale dziewczyna miaîa znów chwilkë aby pomyôleê. To, co jej wpadîo do gîowy, zdawaîo sië fantastyczne i jednoczeônie bardzo nie na czasie. Równie dobrze mogîaby od razu oddaê swojâ odznakë. Z drugiej strony, przecieû nikt sië nie musiaî dowiedzieê. - Sîuchaj. Zdaje sië, ûe wieczorem bëdziemy musieli znaleúê sobie nocleg, prawda? - spytaîa. - Hmm. Moûe i tak. - Robin chyba zaczâî liczyê w gîowie kilometry. - Tak. Choêbym nie wiem jak pëdziî, to do wieczora nie dojedziemy. A w nocy nie bardzo chce mi sië jechaê. - Oczywiôcie. - Kinga udaîa zrozumienie. Zaskoczyî jâ. Mogîa daê gîowë w tym momencie, ûe myôlaî o tym samym co ona. - W aucie mam atlas samochodowy. Poszukasz jakiegoô motelu. - powiedziaî wzywajâc kelnera. Czas byîo jechaê. Dalsza podróû byîa juû trochë znoôniejsza, bo sîoïce zaczëîo powoli zachodziê. Zrobiîo sië teû trochë mniej gorâco. Rozmowa natomiast jakoô sië nie kleiîa. Zapadîy prawie caîkiem ciemnoôci, gdy wreszcie dojechali do motelu wyszukanego przez Kingë. Zaparkowali i poszli do domku z napisem "Kierownik". - Dobry wieczór. - powiedziaî Robin. Kinga tylko lekko sië uômiechnëîa. - Dobry, dobry. - odezwaî sië chyba lekko podchmielony gîos kierownika. W rëku ôciskaî puszkë piwa. Obok staî wîâczony maîy telewizorek. Transmisja meczu. - Chcielibyômy pokoje... - zaczâî Robin. - Mam tylko jeden. Dwuosobowy Ale to chyba nie problem? - zaômiaî sië rubasznie kierownik. Robin coô chciaî powiedzieê, ale uprzedziîa go Kinga: - Nie, skâd. To nawet dobrze. Kierownik coô jeszcze pomruczaî, pokrzyczaî na telewizor po czym daî im klucz i ûyczyî miîej nocy. Szli do domku, gdy wreszcie w poîowie drogi Robin spytaî: - Nie bëdzie ci to przeszkadzaê? - Nie, dlaczego? Wrëcz przeciwnie. - odpowiedziaîa zalotnie. Domek okazaî sië byê urzâdzony ôrednio. Jeden pokój z duûym îóûkiem, szafa, stolik, parë krzeseî i fotel. W gîëbi byîa îazienka z prysznicem. Tam teû skierowaîa swoje kroki Kinga. Ku jej zadowoleniu, prysznic miaî oberwanâ zasîonkë i znajdowaî sië na wprost îóûka. - Wezmë prysznic przed snem. Jak chcesz moûesz juû iôê spaê. - powiedziaîa gîoôno, tak aby jâ usîyszaî. Wiedziaîa teû, ûe na pewno tego nie zrobi. - W porzâdku. - usîyszaîa. Ukradkiem wyjrzaîa z îazienki. Siedziaî do niej tyîem na îóûku i ôciâgaî buty. - Wezmë koc i bëdë spaî na fotelu. - dodaî. To sië jeszcze okaûe, pomyôlaîa Kinga. Zaczëîa ôciâgaê z siebie ubranie. Najpierw buty. Uderzyîy z îoskotem o podîogë. Niech zwróci na niâ uwagë. Niech sië popatrzy. Potem bluzka. Rozwiâzaîa supeî i pozwoliîa swoim odsîoniëtym piersiom lekko sië rozchyliê. Pogîadziîa po nich rëkami i jednoczeônie rzuciîa okiem w lustro. Przynëta zarzucona, rybka sië zainteresowaîa. Niby przypadkiem zerkaî na niâ. Leûaî na îóûku i próbowaî czytaê jakiô stary magazyn. Co dodatkowo na niâ podziaîaîo - byî tylko w slipkach. Poczuîa jak sutki twardniejâ jej pod palcami. Bluzka leûaîa juû zrzucona, gdy jej dîonie zsunëîy sië powoli i zmysîowo z piersi przez brzuch do szortów. Guzik i zamek rozpiëîa jednym ruchem. Lekko popchnëîa spodenki i ruszyîa biodrami. Juû leûaîy na ziemi. Zostaîy tylko figi. Staîa dotâd lekko obrócona w stronë Robina. Teraz stanëîa caîkiem tyîem, odkrëciîa wodë i zanim ustaliîa sië odpowiednia temperatura, pozbyîa sië fig, w równie wyrafinowany sposób co reszty ubrania. Zanim weszîa pod prysznic jeszcze raz zerknëîa w lustro. Rzucaîa sië w oczy jego jedyna okryta czëôê ciaîa. Rybka zaczëîa braê. Caîa jej toaleta pod prysznicem, byîa jednym wielkim zmysîowym baletem jej râk, nóg, bioder i kaûdego kawaîka ciaîa. Za kaûdym razem gdy patrzyîa na leûâcego na îóûku Robina, nabieraîa pewnoôci, ûe jego slipy zaraz pëknâ. Tym razem nie hamowaîa swoich uczuê. Wzbieraîo w niej poûâdanie. Wkrótce przestaîa graê przedstawienie dla niego. Ociekajâca po niej ciepîa woda, nieustajâcy ruch râk, w których trzymaîa mydîo. Szyja, piersi, brzuch, zaroôniëte delikatnymi wîoskami îono. Wypuôciîa mydîo, zamknëîa oczy. Szaleïczy taniec râk wezbraî na sile. Wreszcie wsunëîa sobie palec w szparkë miëdzy nogami i zaczëîa sië onanizowaê. Trwaîo to moûe chwilkë. Nagle poczuîa na sobie dotyk. Otworzyîa oczy. Staî przy niej. Caîkiem nagi. - Wîaôciwie zawsze miaîem na ciebie ochotë... - powiedziaî. - To na co czekasz? Weú mnie. - wyszeptaîa lekko zachrypîym gîosem. Pocaîowaî jâ delikatnie ale namiëtnie w usta. W tym czasie jego dîonie zajëîy sië jej wszystkimi spragnionymi pieszczot miejscami. Caîowaî jâ w szyjë, sutki, pëpek - potem zjechaî niûej. Rëkâ zaczâî pieôciê jej wilgotne futerko. W tym momencie Kinga poczuîa przeszywajâcâ jâ falë rozkoszy. Jeszcze nie ostateczna, ale zapowiadajâca dalszy ciâg. Nie zawiodîa sië. Oparîa sië o ôcianë. Zdaîa sobie sprawë, ûe pomrukuje. Próbowaîa przestaê, ale bez skutku, byîo to od niej silniejsze. Zamknëîa znów oczy. Nagle poczuîa, ûe Robin podnosi sië. Chwyciî jâ za poôladki, uniósî i sprawnym ruchem wepchnâî swojego fallusa w jedyne pasujâce w tym momencie miejsce. - Oooch. - westchnëîa gîoôno Kinga. - Jak dobrze! Byîa chyba trzecia w nocy, gdy Kinga sië przebudziîa. Leûaîa przytulona do niego na îóûku, pod kocem. Spaî. Delikatnie odsunëîa jego rëkë i wysunëîa sië z îóûka. No, no, pomyôlaîa, aleû z niego ogier. Przypomniaîa sobie, ûe zostawiîa w samochodzie plecak. Poszîa do îazienki i podniosîa z podîogi swoje ciuchy. Zarzuciîa je na siebie niedbale i postanowiîa znaleúê jego kluczyki od samochodu. Przeszukaîa w tym celu caîe jego ubranie. Nie byîo tam nic ciekawego. Dokumenty. Guma do ûucia. Parë jakichô rupieci. Kluczyki. Wymknëîa sië po cichu z domku. Mercedes staî zasîoniëty z jednej strony przez obszerne drzewo, z drugiej zaô przez ômietnik. Kinga wyîâczyîa alarm i wsiadîa do ôrodka. Zapaliîa sobie lampkë i zaczëîa sië rozglâdaê. Wreszcie zlokalizowaîa swój plecaczek wciôniëty za fotel. Wyciâgnëîa go i wsadziîa do ôrodka rëkë. Namacaîa swojego Smith & Wesson Model 4508 i odetchnëîa z ulgâ. Swojej broni pilnuj jak oka w gîowie - mawiaî jej instruktor w Akademii. Pozamykaîa wszystko, uaktywniîa alarm i skierowaîa sië z powrotem do domku. Zastanawiaîa sië, czy Robin przypadkiem sië nie obudziî. Spaî mocno kiedy wychodziîa. Ale gîupio by byîo, gdyby po obudzeniu spostrzegî, ûe nie ma ani jej ani kluczyków do auta. Nawet jeôli miaîaby zaraz wejôê. Przeîknëîa ôlinë i ostroûnie nacisnëîa klamkë drzwi wejôciowych. W pokoju byîo ciemno i cicho. Coô jej jednak powiedziaîo, ûe nie wszystko jest w porzâdku. Przeîamaîa jednak w sobie to uczucie i postâpiîa krok naprzód. Zdâûyîa jeszcze tylko usîyszeê zatrzaskujâce sië drzwi i w nastëpnym momencie straciîa przytomnoôê. Kinga nie wiedziaîa ile czasu upîynëîo. Gdy tylko sië ocknëîa, otworzyîa oczy. Uderzyîo jâ silne ôwiatîo. Zmruûyîa powieki. Po chwili, gdy przywykîa do jasnoôci, zorientowaîa sië, ûe jest juû dzieï. Leûaîa w ambulansie. Obok krzâtaî sië sanitariusz. Spróbowaîa sië podnieôê, ale zakrëciîo jej sië w gîowie. - Jak sië pani czuje? - spytaî sanitariusz. - Fatalnie. - odparîa zgodnie z prawdâ Kinga. - Nazywam sië Sanders. - uômiechnâî sië lekko. - Oberwaîa pani bardzo mocno w gîowë, parë centymetrów dzieliîo paniâ od ômierci. Jeôli ktoô chciaî paniâ zabiê, to spartaczyî robotë. - Cieszë sië... Chyba. - westchnëîa. Nie pamiëtaîa dokîadnie co sië staîo. Dostaîa w gîowë czymô twardym, chyba kolbâ pistoletu. Ale nie dopuszczaîa do siebie myôli, aby mógî to zrobiê Robin. Przecieû on... Co z Robinem? - Policja bëdzie chciaîa z paniâ porozmawiaê. - powiedziaî Sanders. - O, juû nawet idzie tu jeden. W takim razie ja sië zmywam. Pozbieram swoje graty. Proszë jeszcze nie wstawaê. - Chwileczkë! - Tak? - Gdzie jest mój przyjaciel? - Nie rozumiem? Nikogo nie byîo oprócz pani w tym domku, jeôli o to pani chodzi. Pójdë juû. Gdy tylko sanitariusz wyszedî, na jego miejsce wgramoliî sië policjant Troszkë chyba zbyt otyîy jak na operacyjnego funkcjonariusza. Pewnie z rezerw. - Jak sië pani nazywa? - spytaî. - Kinga Kowalska... Gliniarz staraî sië byê nawet sympatyczny. Wypytywaî o wszystko, i zapisywaî sobie w notatniku. Kinga opowiedziaîa mu wszystko, prawie, z wyjâtkiem swojego nocnego znaleziska. Zastanowiîo jâ natomiast, ûe nie zapytaî o broï znalezionâ przy niej. Chyba, ûe nic nie znaleúli. - Cóû, dziëkujë pani bardzo. Gdyby sië pani coô jeszcze przypomniaîo, proszë zadzwoniê pod ten numer. - podaî jej wizytówkë. - Albo... - Wiem, 997. - dokoïczyîa Kinga. - Tak, wîaônie - uômiechnâî sië policjant. - Do widzenia. Leûaîa jeszcze chwilkë i staraîa sië nie myôleê o bólu. Nagle coô îupnëîo o podîogë. To wróciî sanitariusz. Wrzucaî wîaônie swoje sprzëty do ôrodka. - I jak? Lepiej? - spytaî. - Trochë. - Mógîbym daê pani ôrodki przeciwbólowe, ale bëdzie pani po nich osîabiona i ospaîa. - Nie, nie. Dziëkujë. Muszë byê na chodzie. Trochë pocierpië. - spróbowaîa sië uômiechnâê. - Tak teû pomyôlaîem. O, idzie jeszcze dwóch. Kinga zerknëîa przez okno. Do ambulansu zbliûaîo sië dwóch ubranych w czarne garnitury mëûczyzn. Dalej na parkingu staîa czarna Lancia. UOP. - O Jezu! - jëknëîa. - Co? Ma pani coô na sumieniu? - spytaî Sanders. - Nie. Tak... Oj... - Kinga nie wiedziaîa co powiedzieê. Zaczëîa sië odczepiaê od kroplówki. - Musi mi pan pomóc. - Nie wiem czy mogë... Co pani robi? - Nie mogâ mnie tu widzieê. - Nie rozumiem... - Sanders najwyraúniej zaczâî wâtpiê w niewinnoôê swojej pacjentki. - Niech pan posîucha. Nie jestem ûadnâ przestëpczyniâ. Naprawdë! Mam coô waûnego do zrobienia, a UOP mi w tym bëdzie chciaî przeszkodziê. Bîagam... Niech mi pan uwierzy! Od tego zaleûy ûycie. - Czyje? - Paru niewinnych ludzi i... - zawahaîa sië. - ...moje. - No sam nie wiem... - Sanders patrzyî na zbliûajâcych sië tajniaków. - Bîagam... - w oczach Kingi pojawiîy sië îzy. Sama sië zdziwiîa, ûe tym razem pojawiîy sië spontanicznie. Z reguîy robiîa to z premedytacjâ. - Na pewno bëdë tego ûaîowaî - mruknâî sanitariusz zatrzaskujâc drzwi. Kinga sîyszaîa rozmowë na zewnâtrz ambulansu. - Halo, proszë pana, proszë nie zamykaê. Jeszcze my chcemy porozmawiaê z tâ paniâ. - Przykro mi, ale jej stan sië pogorszyî, muszë jâ natychmiast odwieúê do szpitala. - To nie zajmie dîugo. - Nie mamy o czym mówiê. Jadë do szpitala. - Kinga usîyszaîa trzask zamykanych drzwi od szoferki. - Który szpital? - Wojewódzki! - przebiî sië przez warkot silnika gîos Sandersa. Ambulans ruszyî. Po jakichô piëciu minutach jazdy zatrzymaî sië. Sanders otworzyî okienko miëdzy szoferkâ a resztâ ambulansu. - Chyba do szpitala mam pani nie wieúê? - Nie, dziëkujë bardzo. Kiedyô sië odwdziëczë. Naprawdë. - Eeeech, trudno. I tak juû bëdë miaî kîopoty, ale skoro mówi pani, ûe to sîuszna sprawa... - Tak. Jeszcze raz dziëkujë. - powiedziaîa Kinga wysiadajâc z ambulansu. - W porzâdku. Proszë tylko uwaûaê na gîowë! Kinga pomachaîa mu jeszcze na poûegnanie i rozejrzaîa sië. Staîa niedaleko przystanku autobusowego. Wedîug mapki koîo rozkîadu jazdy, znajdowaîa sië dziesiëê kilometrów od Grudziâdza. Nie pozostawaîo nic innego jak poczekaê na autobus i dotrzeê do miasta. A tam zdobyê potrzebne rzeczy. I moûe dowiedzieê sië czegoô o Robinie. Niepokoiîo jâ to, co sië z nim staîo. Pociecha byîa przynajmniej taka, ûe nie znaleúli jego trupa. Byîa wiëc szansa, ûe ûyî. W mieôcie okazaîo sië, ûe z tym "zdobyciem" potrzebnych rzeczy moûe byê problem. Zastanawiaîo Kingë to, co sië staîo z mercedesem Robina. Na pewno zabraîa go policja, w takim razie powinien staê na policyjnym parkingu. Samochód nie byî jej potrzebny, a w kaûdym razie nie ten, ale jako dobry glina, Robin powinien mieê gdzieô w nim ukrytâ broï. Miaîa przy sobie kartë kredytowâ, wiëc bez problemów mogîa kupiê sobie jakieô ubranie. Pomyôlaîa, ûe dobrze by byîo je zmieniê. Okazaîo sië jednak, ûe sklepy sâ jeszcze zamkniëte, wiëc postanowiîa zajâê sië poszukiwaniem policyjnego parkingu. Nie byîo to trudne, szczególnie, ûe napatoczyî sië jakiô policjant. Kinga wcisnëîa mu bajkë o kraksie jakâ miaîa po drodze i o tym, ûe zostawiîa w samochodzie waûne dokumenty. Policjant okazaî sië na tyle miîy, ûe zaprowadziî jâ na miejsce. Rzeczywiôcie na parkingu staî zielony mercedes. Problemem mogîo byê tylko dostanie sië do niego. Popatrzyîa na straûnika siedzâcego w budce koîo szlabanu. Wyglâdaî doôê naiwnie. - Dzieï dobry. - zagaiîa. - Dzieï dobry. O co chodzi? - Widzi pan... Tam gdzieô stoi mój maîy FIAT... Ôciâgnëli mi go z ulicy... - Úle pani zaparkowaîa? - Tak, chyba tak... - Zapîaci pani i bëdzie w porzâdku. - Widzi pan, w tym rzecz, ûe w samochodzie zostaîy moje dokumenty, a bez nich nie mogë wyciâgnâê pieniëdzy z banku, ûeby zapîaciê mandat... I sam pan rozumie... - Mam paniâ tam wpuôciê? - No... Tak... Ja tylko na chwilkë, wezmë dokumenty i zaraz mnie nie ma. - Musi pani poczekaê chwilkë, aû przyjdzie mój zmiennik. Wtedy bëdë mógî pójôê z paniâ. Tego nie przewidziaîa. Przecieû jasne jest, ûe on bëdzie chciaî jej pilnowaê. - A nie mogîabym sama... Szybko obrócë. Przecieû nie ukradnë samochodu... - Kinga zrobiîa w tym momencie niewinne oczy. - Nie, to wykluczone... - Proszë pana, bardzo... Zaraz w banku ma byê wykup akcji Stobrzëku S.A., bëdzie taki tîum, ûe nie doczekam sië na pieniâdze. - No dobrze, ale za piëê minut widzë tu paniâ, bez samochodu! - Oj, dziëkujë panu bardzo! Juû mnie nie ma. Kinga przeszîa pod szlabanem i gîëboko westchnëîa. Juû przestaîa wierzyê, ûe goôê sië zgodzi. Podeszîa do mercedesa. Nagle zdaîa sobie sprawë, ûe nawet nie sprawdziîa, czy ma kluczyki! Wsadziîa rëkë do kieszeni. Odetchnëîa. Zaczëîa systematycznie przeszukiwaê samochód. Dopiero w schowku pod bagaûnikiem odkryîa maîâ teczkë. Szybko wydobyîa jâ z bagaûnika i pozamykaîa wszystko tak jak byîo. Kluczyki wsadziîa za wycieraczkë. - Widzi pan! - pokazaîa straûnikowi aktówkë, gdy przechodziîa obok budki. - Moje dokumenty i papiery z pracy. Niedîugo wrócë! Straûnik uômiechnâî sië i pokiwaî jej rëkâ. Kinga nie oglâdaîa sië juû, tylko szybkim krokiem staraîa sië znaleúê jak najdalej od parkingu. Kiedy dotarîa do centrum, akurat otwierano sklepy. Wstâpiîa do pierwszego lepszego salonu z odzieûâ dûinsowâ. Pogrzebaîa trochë, poprzebieraîa, wreszcie kupiîa dîugie spodnie, flanelowâ koszulë i plecak. W drugim sklepie nabyîa czarny golf. Poszîa potem do parku, w celu przepakowania rzeczy. Po drodze kupiîa sobie hamburgera. Zajrzaîa teû do teczki. Ucieszyî jâ widok identycznego Smith & Wesson jak jej. Robin miaî podobny gust. Kinga po namyôle stwierdziîa, ûe dobrze by byîo wróciê do motelu i obejrzeê sobie wszystko jeszcze raz. Moûe policja coô przeoczyîa. Nie chciaîa wracaê tam znów stopem lub autobusem, wiëc najlepszym co jej wpadîo do gîowy byîo wynajëcie samochodu. Zajëîo jej trochë czasu odnalezienie odpowiedniego przedsiëbiorstwa, ale gdy juû je znalazîa, okazaîo sië, ûe wybór jest caîkiem spory. Wybraîa jednak coô nie rzucajâcego sië w oczy - stary ale zupeînie sprawny tarpan honker z nowym silnikiem. Gdy dotarîa do motelu, spostrzegîa, ûe policja zabezpieczyîa teren dookoîa, a przed domkiem staî jeden straûnik. Jasne byîo, ûe niczego jeszcze nie ruszano. Samochód zostawiîa na parkingu i wysiadîa niby pod pretekstem pójôcia do toalety. Gdy tylko jednak zeszîa z oczu straûnika, schyliîa sië i zakradîa sië pod strzeûony domek. Ku jej zdziwieniu, okno byîo nie zamkniëte. Wsunëîa sië bezszelestnie do ôrodka. Oczom Kingi ukazaî sië straszny widok. Wszystko poprzewracane, krzesîa poîamane, lampka rozbita w drobny mak. Znalazîa swój stary plecak. Byî pusty. Znalazîa natomiast jeszcze coô, maîâ karteczkë, którâ musieli przeoczyê zarówno nocni goôcie, jak i policja. Napisane byîo na niej tylko parë sîów - "MafPol - Robin". Zamarîa na chwilë. "MafPol"... Co to mogîo byê? Moûe miaîo to coô wspólnego ze sprawâ nad którâ pracowaî. Tak czy inaczej, mogîa to byê jakaô wskazówka. Przypadek sprawiî, ûe spotkaîa Robina, przypadek sprawiî, ûe wyszîa w nocy z pokoju, i znów przypadek sprawiî, ûe kolba pistoletu jednego z porywaczy Robina, nie trafiîa dokîadnie w cel. A ûe Robin zostaî porwany, nie miaîa wâtpliwoôci. A przynajmniej nie chciaîa myôleê o innej moûliwoôci. Nie znalazîa nic wiëcej w pokoju motelowym, wiëc równie bezszelestnie co poprzednio przeszîa przez okno i poszîa do samochodu. Posiedziaîa jeszcze chwilkë nie wîâczajâc silnika i myôlaîa intensywnie. Co robiê? Co miaîo wyûszy priorytet? Odnalezienie starego przyjaciela, czy zadanie które miaîa wykonaê - odnalezienie niejakiego Kazimierza Bindera ksywa "Iwan". Wreszcie doszîa do wniosku, ûe "Iwan" moûe chwilë poczekaê. Uruchomiîa samochód i pojechaîa z powrotem do Grudziâdza. Zacznie poszukiwania stamtâd. Jeôli ktoô porwaî Robina, prawie na pewno byîa to mafia. A na pewno miaîa tam swój "oddziaî". Wysoce prawdopodobne byîo teû, ûe nie zabrali go nigdzie daleko. Nie byî nikim waûnym, po prostu jeden z agentów, za którego wkrótce bëdzie moûna coô przehandlowaê. Chyba, ûe bëdâ chcieli wykorzystaê jego wiedzë. Postanowiîa popytaê w kaûdym razie o jakieô opuszczone domy czy magazyny w okolicy. Kinga siedziaîa w jednym z jakichô podrzëdnych lokali do póúnego wieczora. Popijaîa soczek za soczkiem i czekaîa. Czekaîa, aû pojawi sië ktoô, kto byê moûe doprowadzi jâ do mafii. Jak dotâd nie miaîa szczëôcia. Próbowaîo jâ poderwaê jakichô dwóch podchmielonych szczeniaków, ale spîawiîa ich jednym wymownym gestem dîoni. Wreszcie, do knajpy wtoczyî sië jakiô îysy grubas. Ubrany byî w podkoszulkë i ciut za ciasne dûinsy. Rozejrzaî sië po lokalu, podszedî do jednego ze stolików i kopnâî go lekko nogâ. Siedzâcy przy nim szybko poderwali sië i zniknëli gdzieô na parkiecie. Chwilë potem do stolika podeszîo dwóch lepiej ubranych facetów. Byîa z nimi jakaô dziewczyna. Ubrana byîa jak typowa dziwka, ale nie wykluczone, ûe byîa kochankâ jednego z nich. Albo obu. Grubas cofnâî sië troszkë, ale nie za daleko. Bez wâtpienia sîuûyî jako obstawa. Kinga wiedziaîa juû z kim rozmawiaê. Ale postanowiîa jeszcze chwilkë ich poobserwowaê. Goôcie zachowywali sië doôê spokojnie, jeden z nich wciâû obmacywaî siedzâcâ z nimi panienkë. Wydawaîo sië jednak, ûe rozmawiali o czymô waûnym. Nagle jeden z nich wyciâgnâî z kieszeni telefon komórkowy. Chwilë rozmawiaî. Wreszcie skoïczyî. Byî wyraúnie wkurzony. Drugi, ten z dziewczynâ, machnâî rëkâ, teû coô powiedziaî, po czym wstaî. Rzuciî na stolik banknot, kiwnâî na grubasa i wyszli. Zostaî przy stoliku tylko jeden. Wyraúnie byî zîy. Prawdopodobnie miaî kîopoty. Kinga wstaîa od stolika i lekko chwiejnym krokiem, bardziej nawet niû by chciaîa, podeszîa do stolika wypatrzonego mëûczyzny. - Czeôê. - rzuciîa na przywitanie. - Moûna? Facet popadî chyba w pierwszej chwili w konsternacjë, ale szybko sië opamiëtaî: - Jasne. Siadaj maîa. Coô ci zamówiê? - Yhm. Moûe byê margarita. - szepnëîa mu do ucha Kinga, nachylajâc sië tak, aby zobaczyî kawaîek jej biustu. - Kinga jestem. - Aha, Steve. - powiedziaî gapiâc sië bezczelnie w jej dekolt. - Miîo mi. Masz jakieô kîopoty? Widziaîam, ûe jesteô zdenerwowany. - mówiîa Kinga sîodkim gîosikiem. Jednoczeônie myôlaîa intensywnie co dalej. I dlaczego facet kaûe na siebie mówiê Steve?? Pewnie nazywa sië po prostu Stefan, ale to zbyt niepowaûnie brzmi. - Nie twój zasmarkany interes, maîa! - Steve sië wyraúnie zdenerwowaî. - Uspokój sië... - dziewczyna pogîadziîa go po policzku. - Potrzebna ci jakaô rozrywka. A ja chcë sië bardzo rozerwaê. - I co proponujesz? - zapytaî. Gîos mu wyraúnie zîagodniaî. Kinga wyczuîa, ûe daî sië zîapaê. Rzeczywiôcie, po godzinie spëdzonej w lokalu, i wypiciu sporej iloôci alkoholu, Steve byî gotowy na wszystko. Najbardziej oczywiôcie miaî ochotë na Kingë i nie dawaî jej spokoju. Parë razy próbowaîa z niego coô wycisnâê, ale albo sië zaraz bardzo denerwowaî, albo nie zwracaî uwagi. Pozwoliî sië jednak zaprowadziê do wîasnego mieszkania. Tam Kinga rzuciîa go na îóûko. Zebraî w sobie jednak trochë w sobie i spróbowaî dobraê sië do niej siîâ. Okupiî to utratâ przytomnoôci po sprawnym ciosie w kark. Kinga dziëkowaîa swojej przezornoôci, bo gdyby nie wylewaîa pod stóî przynoszonych przez kelnerkë kolejnych drinków, to nie poszîo by jej teraz tak îatwo. Rozejrzaîa sië po mieszkaniu Steva, czy teû Stefana, jak nazywaîa go w myôlach. Panowaî tam jako taki porzâdek, widaê byîo, ûe miaî chyba jakâô pomocnâ kobiecâ dîoï. Znalazîa broï i amunicjë, produkcji rosyjskiej; trochë gotówki. Juû miaîa opuôciê to mieszkanie, gdy nagle dostrzegîa pod telefonem notes. Bingo - pomyôlaîa. Telefony do paru burdeli, do jakiegoô sklepu wëdkarskiego i jeden tylko z wykrzyknikiem. Byî teû jeden e-mail. Zdziwiîa sië trochë, ûe tacy idioci uûywali Internetu, ale z drugiej strony i maîpë moûna nauczyê pewnych prostych czynnoôci. Po przepisaniu sobie tych waûniejszych, jej zdaniem, numerów i adresów, Kinga wyszîa z mieszkania Stefana. Doczîapaîa sië do tarpana i po dokîadnym zamkniëciu sië wewnâtrz postanowiîa sië zdrzemnâê. Rankiem poszîa do pobliskiej kawiarni z Internetem i po zamówieniu ôniadania usiadîa do komputera. Telnetowaîa sië na swoje konto na komputerze w Brukseli, tam miaîa odpowiednie oprogramowanie. Okazaîo sië po maîej chwili, ûe adres, który znalazîa w notesie Steve'a, byî jak najbardziej adresem miejscowym, z Grudziâdza. Wîaôcicielem byîa firma spedycyjna "MafPol". No proszë. Wiëc to nazwa firmy. Kinga ciekawa byîa czego dotyczyîo zadanie Robina, zwiâzane w jakiô sposób z "MafPolem". Adresu zarzâdu, czy czegoô takiego nie byîo, ale byîo za to ôliczne zdjëcie wielkiej ciëûarówki, za którâ znajdowaîy sië jakieô magazyny. Na ciëûarówce byî wielki napis "MafPol", wiëc zdjëcie byîo oryginalne. A przynajmniej robione na zlecenie owej firmy. - W tych magazynach nic nie ma. - usîyszaîa nagle. Obok siedziaî mîody chîopak, z dziwnie wygolonymi wîosami na gîowie. Ubrany w postrzëpione ubranie. W rëku ôciskaî pudeîko dyskietek. - Jak to? - spytaîa. - Ta firma to jeden wielki pic. Byîem tam kiedyô z kolesiami, ale tam sië nic nie dzieje. Pogonili nas. - Kto? - Ja tam nie wnikam. - Rozumiem. Gdzie sië znajdujâ te magazyny? - Widzi pani... Nic za darmo. - chîopak sië uômiechnâî szelmowsko. - Co? - úrenice jej sië zwëziîy. - Co ty sobie myôlisz? - Spokojnie! Nie wiem co pani sobie pomyôlaîa... - uômiechnâî sië znów. - Ale nie o to mi chodziîo. Ja mam dziewczynë. - Wiëc co? Pieniâdze? - Po co? Widziaîem jak pani uûywa NetCracka. Niewielu ludzi go ma. - Ach. - westchnëîa Kinga. - Jasne. Chwileczkë. Zaczëîa kopiowaê pliki pomocnicze i wreszcie plik gîówny. Chîopak caîy czas patrzyî co robi i mogîa sië zaîoûyê, ûe mógîby wszystko powtórzyê z diabelskâ dokîadnoôciâ. Mimo to nie zamierzaîa daê mu tego programu, ot tak. Dziëkowaîa w myôlach swojemu szefowi, który zawsze kazaî zabezpieczaê takie programy puîapkâ póîgodzinnâ. Po póî godzinie od uruchomienia na innym koncie, program sië wykasowywaî. Ale chîopak miaî sië o tym dowiedzieê dopiero za póî godziny. - Gotowe. - powiedziaîa Kinga. - Teraz mi powiedz gdzie to jest. - Wyjedzie pani na Bydgoszcz. Jakieô trzy kilometry od granicy miasta bëdzie zjazd w prawo, a zaraz potem w lewo, koîo takiej rzeczki. I koîo tej rzeczki pani skrëci. Potem prosto i bëdzie tablica ostrzegawcza. Wtedy pani juû na pewno trafi. - Dziëki. - poklepaîa go po ramieniu i wyszîa z kawiarni. Rzeczywiôcie, parë kilometrów od rogatek znajdowaîa sië niewielka, ale asfaltowa dróûka. Znak przed niâ oznajmiaî, iû jest to droga do wysypiska ômieci. Kawaîek dalej Kinga zauwaûyîa natomiast drugâ, skrëcajâcâ w lewo, tym razem pokrytâ piaskiem. Skrëciîa w niâ. Jechaîa jakieô dobre piëê minut, wreszcie zobaczyîa, ûe las sië rozrzedza. Zobaczyîa przed sobâ szlaban. Zatrzymaîa sië i wysiadîa. Okolica byîa bardzo cicha. Ûaden ptaszek nawet nie êwierknâî. Kinga podeszîa do szlabanu. Byîa na nim przywieszona tabliczka. "ZAKAZ WSTËPU". Oprócz tego ktoô domalowaî na niej nieudolnie trupiâ czaszkë. Po chwili namysîu, stwierdziîa, ûe lepiej bëdzie samochód zostawiê gdzieô tutaj, a dalej udaê sië pieszo. Wycofaîa wiëc tarpana w pobliskie krzaki, a pistolet wsadziîa sobie z tyîu za pasek. Miaîa juû raúno ruszyê przed siebie, gdy nagle o coô zahaczyîa nogâ. Zamarîa. Spojrzaîa w dóî. Dotykaîa metalowej linki przeciâgniëtej miëdzy drzewami. - O Jezu... - szepnëîa. Ostroûnie cofnëîa nogë. Bez wâtpienia byîa to linka do zapalnika jakiegoô materiaîu wybuchowego, albo co najmniej alarmu. Tak czy siak, miaîa wyjâtkowe szczëôcie, ûe nie zadziaîaîo. Albo przynajmniej tak sië jej wydawaîo. Poprawiîa pistolet za paskiem i tym razem z wiëkszâ uwagâ poszîa w kierunku wyznaczonym przez drogë za szlabanem. Po jakichô dwustu metrach dotarîa do caîkiem sporej polany, wrëcz nawet pola. Na ôrodku staîy dwa potëûne hangary, oprócz tego byîa teû chyba kotîownia, z wysokim kominem i dwa mniejsze budynki, znajdujâce sië trochë na uboczu. Koîo jednego z hangarów staîa ciëûarówka z naczepâ, czarny mercedes i dwa motocykle. Widocznie ktoô tu byî. Kinga miaîa gîëbokâ nadziejë znaleúê tu teû i Robina. Cicho zakradîa sië w okolice jednego z magazynów i zaczëîa szukaê jakiegoô wejôcia. Dotknëîa rëkâ blaszanej ôciany i syknëîa z bólu. Caîy dzieï na sîoïcu, spowodowaî znaczne nagrzanie sië ôcian. Kinga odsunëîa sië od ôciany o parë centymetrów i zaczëîa posuwaê sië dalej. Poszukiwania uwieïczone zostaîy sukcesem, gdy natrafiîa na lekko przerdzewiaîe drzwi, zamkniëte tylko na zasuwkë. Zasuwka z poczâtku stawiaîa opór, wreszcie ustâpiîa pod wpîywem lekkiego kopniaka. Wewnâtrz panowaî póîmrok i cisza. Po chwili Kinga zorientowaîa sië, ûe znajduje sië w czymô w rodzaju pomieszczenia gospodarczego. Zniszczony regaî, jakieô narzëdzia, parë wiader. W gîëbi znajdowaîy sië drzwi, z zakratowanym okienkiem. Podeszîa do nich, starajâc sië w nic nie wdepnâê. Popatrzyîa przez okienko. Widok byî cokolwiek niesamowity. Kompletnie pusta hala, w jednym kâcie parë beczek i jakiô kontener. Natomiast niezwykîe byîo to, co znajdowaîo sië na ôrodku. Staîa tam kanapa, szafa oraz telewizor. Od telewizora ciâgnâî sië dîugi przewód niknâcy gdzieô przy ôcianie. Kinga miaîa juû stamtâd wyjôê i przyjrzeê sië nastëpnym budynkom, kiedy zachrobotaîy wielkie drzwi gîówne do hali. Dziewczyna przywarîa do okienka. Do ôrodka wtoczyîa sië powoli duûa limuzyna, ale inna niû ta, która staîa na zewnâtrz. Kiedy tylko sië zatrzymaîa, wysiadî z niej elegancko ubrany mëûczyzna, o wîosach lekko blond. Lewâ rëkë miaî dziwnie zgiëtâ, jakby sparaliûowanâ. Nachyliî sië do okna w drzwiach kierowcy i powiedziaî: - Pozbâdú sië ciaîa i caîego samochodu. Za duûo w nim krwi. Na nic juû nam sië nie przyda. Samochód zaraz potem wyjechaî. Natomiast mëûczyzna podszedî do kanapy i zrzuciî z siebie marynarkë. Otworzyî szafë, wyciâgnâî stamtâd butelkë, zapewne z jakimô trunkiem i usiadî. Wîâczyî telewizor, chwilë przeîâczaî kanaîy, lub czytaî jakieô informacje, wreszcie rzuciî od niechcenia pilota i pociâgajâc co chwila z butelki zagîëbiî sië w treôê oglâdanego programu. Kinga chwilë zastanawiaîa sië co robiê. Wyglâdaîo na to, ûe miaîa przed sobâ co najmniej jakiegoô szefa. Kto wie, czy nie samego "dyrektora" "MafPolu". Nie sâdziîa jednak, ûe jeôli podejdzie teraz do niego i przystawi mu broï do gîowy, to dowie sië czegokolwiek. A juû na pewno nie przeûyîaby nastëpnych dziesiëciu minut. Ostatecznie wróciîa do pierwotnego planu - wyszîa z magazynu z zamiarem obejrzenia sobie reszty budynków. Nadal na dworze nie byîo ûywej duszy, natomiast zrobiîo sië trochë ciemniej. Podkradîa sië do jednego z mniejszych budyneczków, z czerwonej cegîy. Drzwi byîy tym razem zamkniëte na kîódkë, a napis na nich ostrzegaî przed wysokim napiëciem. Ze ôrodka dochodziî równomierny warkot jakiegoô dziaîajâcego na wysokich obrotach urzâdzenia. Z rezygnacjâ minëîa wiëc ten budynek i przeszîa do nastëpnego, drugiego magazynu. Zanim weszîa do ôrodka, takim samym wejôciem jak poprzednio, zauwaûyîa, ûe w pozostaîych mniejszych budynkach, tych znajdujâcych sië na uboczu, ôwieciîo sië ôwiatîo, oraz dochodziîy stamtâd gîosy. Tam musieli siedzieê wszyscy - z wyjâtkiem "szefa", który raczyî sië samotnie telewizjâ i alkoholem. Kinga weszîa wreszcie do hangaru. Okazaîo sië, ûe tym razem pomieszczenie gospodarcze zamieniîo sië w jakâô rozdzielnië, czy coô w tym rodzaju. Duûo kabli, wyîâczników, bezpieczników i wskaúników. Kinga nie przejawiaîa nigdy nadmiernego zainteresowania tego typu rzeczami, wiëc i tym razem ograniczyîa sië jedynie do spostrzeûenia tego. Wyjrzaîa ostroûnie przez okienko w drzwiach prowadzâcych na magazyn. Magazyn ten byî zastawiony prawie caîkowicie. W jednej czëôci staîy jakieô skrzynie i kontenery, dalej dwa duûe silosy, wreszcie jasno oôwietlone duûe szafy z migajâcymi lampkami, parë stoîów zastawionych komputerami, parë krzeseî i jakaô dziwna konstrukcja, podobna do fotela z przymocowanymi przewodami i uchwytami. Kinga nie bardzo rozumiaîa do czego miaîoby to wszystko sîuûyê. Liczyîa na to, ûe jeôli podejdzie bliûej dowie sië czegoô wiëcej. W hangarze nie byîo nikogo. Ostroûnie uchyliîa drzwi. Skrzypnëîy lekko, ale dalej otworzyîy sië bezgîoônie. Zrobiîa dwa kroki przed siebie i nagle wdepnëîa w jakâô kaîuûë. Zatrzymaîa sië aby jâ ominâê, nagle przygasîo ôwiatîo reflektora oôwietlajâcego komputery. Pochyliîa sië trochë i rozejrzaîa dookoîa. Cisza, jeôli nie liczyê wentylacji elektroniki. Kiedy sië wsîuchaîa dokîadniej, usîyszaîa teû kapiâcâ gdzieô wodë. Odetchnëîa trochë i pewniejszym krokiem zbliûyîa sië do komputerów. Okazaîo sië, ûe trzy z czterech komputerów byîy wyîâczone, natomiast na tym wîâczonym dziaîy sië ciekawe rzeczy. Ekran bîyskaî co chwila, pokazywaî sië na nim rzâd bezîadnie wypisywanych liter, piszczaî gîoônik i caîa procedura sië powtarzaîa. Kinga pomyôlaîa, ûe sië zawiesiî. Podeszîa bliûej i nagle na ekranie pojawiî sië napis: "Witaj". Zaskoczyîo jâ to. Kursor zachëcajâco migotaî, jakby proszâc: "Wpisz coô!". Napisaîa wiëc "Czeôê". "Jak sië masz?" - uzyskaîa odpowiedú. "Dobrze. Kim jesteô?" Przez dîuûszâ chwilë nie uzyskaîa odpowiedzi. Wreszcie pojawiî sië napis: "Nie wiem. Pomóû mi." "Jak?" "Nie wiem co sië staîo. Nic nie pamiëtam. Nie wiem kim jestem." "Gdzie jesteô?" "Tutaj." Kinga rozejrzaîa sië. Na pewno nie byîo nikogo w hangarze. "Nie ma tu nikogo." "Ja jestem tutaj. W ôrodku." Dziewczyna wytrzeszczyîa oczy. Jak ktoô moûe byê w komputerze? Albo to jest jakiô bardzo dobry program... albo ktoô jâ robi w konia. "Jesteô programem?" "Nie. Nic nie pamiëtam... Coô sië wydarzyîo... To bardzo bolaîo." Nie wiedzieê czemu Kinga zaczëîa mieê bardzo zîe przeczucia. Przyszîo jej na myôl coô bardzo nieprzyjemnego. "Czy mówi ci coô imië Robin?" - spytaîa. Nie doczekaîa sië odpowiedzi, gdyû usîyszaîa dudniâcy gîos: - Nie ruszaj sië! Kinga poderwaîa sië z krzesîa i rzuciîa szczupakiem pomiëdzy szafki. Usîyszaîa strzaîy. Kilka z nich odbiîo sië rykoszetem od szaf. Wyciâgnëîa swojâ broï. Odbezpieczyîa. Chwilë îapaîa oddech, wyjrzaîa ostroûnie zza szafy. Zbliûaîo sië do niej dwóch mëûczyzn ze spluwami w garôci. Wymierzyîa dokîadnie i seriâ czterech strzaîów poîoûyîa ich obu. Zalegîa na chwilë cisza i juû miaîa sië podnieôê, gdy nagle do podîogi przydusiîa jâ seria z pistoletu maszynowego. Czëôê odbiîa sië od podîogi, wiëkszoôê jednak ugrzëzîa gdzieô w komputerach i szafach, powodujâc kilka zwarê. - Nie po komputerze, kretynie! - usîyszaîa wyraúnie lekko piskliwy gîos. Strzaîy ustaîy. Kinga zastanawiaîa sië co robiê. Niestety nie zdâûyîa wymyôliê, bowiem dostaîa czymô w gîowë i straciîa przytomnoôê. Obudziî jâ silny policzek. Gîowa bolaîa jâ strasznie, nie byîa pewna, czy nie miaîa wstrzâôniëtego mózgu. W kaûdym razie wróciîa jej ôwiadomoôê, co byîo juû niezîym osiâgniëciem. Siedziaîa na tym dziwnym, okablowanym fotelu. Nie byîa niczym przypiëta. Obok staî "szef", ubrany tym razem w biaîy fartuch, oraz dwóch goryli. Dodatkowo zauwaûyîa klëczâcego na podîodze i szukajâcego czegoô innego faceta w fartuchu, grubaska. Co chwilë cicho popiskiwaî i jëczaî. To on musiaî wtedy krzyknâê. - Poôpiesz sië! - ponagliî go szef. - Nie mogë tego znaleúê... Ci durnie nie potrzebnie strzelali z automatu. - zasapaî grubasek. - Zamknij sië i szukaj. Do mnie naleûy ocena ich dziaîania. Ty masz za zadanie ponownie uruchomiê bioskaner. Szef odwróciî sië w stronë Kingi: - I co nam powiesz ciekawego, zîociutka? - Gdzie jest Robin? - odparîa pytaniem na pytanie. - Ojejku... Wiëc on miaî na imië Robin? - zaômiaî sië szef. - Biedaczek. - Jak to "miaî"? - dziewczyna podskoczyîa z krzesîa. Niestety szef chwyciî jâ za wîosy i odciâgnâî jej gîowë w tyî. - Nie byî nam juû potrzebny. Napatoczyî sië przypadkiem... Tak jak ty. - znów sië rozeômiaî. - A akurat cierpieliômy na brak ochotników. - Puôê mnie ty skurwysynu! - warknëîa Kinga. - Wiesz, jesteô ôliczna... Ale masz pecha. Takich panienek mam chyba z dziesiëê i nie potrzebujë wiëcej. Oddam cië wiëc w rëce profesora. - z udawanym zawodem w gîosie powiedziaî szef. Chwilë sië jej jeszcze przyglâdaî, wreszcie rzuciî jâ z powrotem na fotel. - Przywiâûcie jâ. - Mam! - krzyknâî grubasek i podniósî sië z kolan. - Ôwietnie. - szef wyraúnie byî zadowolony. - Rób co masz robiê. Ja tymczasem idë sië wyspaê. Mëczâcy ten dzieï. - Tak jest. - zapiszczaî znów profesor i zaczâî z zapaîem grzebaê w jednej z otwartych szaf komputera. Tymczasem goryle nie tracili czasu i przywiâzali opierajâcâ sië Kingë do fotela. Po chwili byîa caîkiem unieruchomiona. Czuîa sië trochë tak jak na krzeôle elektrycznym. Profesor jakby zgadî jej myôli. - Wyglâda to jak krzesîo elektryczne, co? - zamknâî szafkë i podszedî do fotela. Dziewczyna wzruszyîa ramionami. - Pani kolega teû byî taki twardy... Do czasu. Niestety, to bëdzie bolaîo. Ale w tych warunkach nie potrafië nic innego zrobiê. Zresztâ na ciaîach nam nie zaleûy. Waûne jest tylko to co jest tu. - popukaî w czoîo. - Co to wszystko jest? - Kinga postanowiîa sië odezwaê. Moûe zyska w ten sposób trochë czasu. - To mój wynalazek. - grubas wyraúnie sië oûywiî. - Tylko tak potëûny i genialny umysî jak mój mógî coô takiego wymyôliê. To jest przyszîoôê! To jest najdoskonalsza broï na ôwiecie! - Nic nie rozumiem. - wybâkaîa dziewczyna. Zaczâî jej ôwitaê w gîowie pomysî. - Gîupia jesteô i tyle. - udaî uraûonego profesor. - W kaûdym razie, dziaîa to mniej wiëcej tak, ûe przenosi umysî, ôwiadomoôê ûywego czîowieka do komputera... - O Jezu.... - jëknëîa Kinga. Juû wiedziaîa kim byî wzywajâcy o pomoc nieznajomy z komputera. - Jezus... He he... On potrafiî zmieniê wodë w wino, ale ja mogë wyposaûyê zwykîe komputery, programy, w spryt i inteligencjë, w moûliwoôê przewidywania, poîâczonâ z olbrzymiâ pojemnoôciâ pamiëci i szybkoôciâ przetwarzania! - Tak.. To fascynujâce... - Kinga postanowiîa spróbowaê. Odchyliîa gîowë, na tyle na ile mogîa, uômiechnëîa sië i rozchyliîa zachëcajâco usta. - Jest pan fascynujâcym czîowiekiem... Chyba mnie to podnieca... Profesor byî wyraúnie zbity z tropu. Jeszcze przed chwilâ dziewczyna chëtnie by wszystkich pozabijaîa, nagle najwyraúniej nabraîa ochoty na maîe co nieco. Podrapaî sië po gîowie i rozejrzaî po hangarze. Byîo pusto. Straûnicy stali zapewne za drzwiami. - Wie pan profesorze... - Kinga westchnëîa cicho i oblizaîa delikatnie wargi koïcem jëzyka. - Gdybym tylko nie byîa przypiëta... - Nie mogë, Kramicki by sië chyba mocno zezîoôciî... - mëûczyzna w fartuchu powiedziaî to bez przekonania. Walczyî ze sobâ. Kinga robiîa co mogîa, pracowaîa ciëûko mimikâ swojej twarzy i cichutkimi pojëkiwaniami. Chyba profesorowi nie nadarzaîy sië zbyt czësto takie okazje, bo rozejrzaî sië jeszcze raz nerwowo i oswobodziî jâ z fotela. Miaî zamiar sië dobraê do jej lekko rozchylonej bluzki, kiedy dostaî potëûnego kopniaka w jâdra, poprawionego uderzeniem îokcia w potylicë. Padî na podîogë jak worek kartofli. Nie ruszaî sië. Agentka sekcji wschodniej "Europe" musiaîa dziaîaê szybko. Przysiadîa do jednego z komputerów i zaczëîa rozpaczliwie szukaê jakiegoô kontaktu z Robinem. Mijaîy minuty. Wreszcie odnalazîa go, a wîaôciwie on "Kto tam?" "To ja. Kinga. Pamiëtasz mnie? Prosiîeô o pomoc" "Tak. I co?" "Przypomniaîeô coô sobie?" "Niewiele, ale nauczyîem sië panowaê nad sobâ. Potrafië robiê róûne rzeczy. Mogë podróûowaê po Internecie!" "Sîuchaj. Masz na imië Robin. Jestem twojâ przyjacióîkâ. Jechaliômy razem nad morze. Porwano cië i z pomocâ tej piekielnej maszynerii wsadzono twojâ ôwiadomoôê do komputera. Kojarzysz coô?" "Chwileczkë." Znów mijaîy minuty. Usîyszaîa stëkniëcie za sobâ. Wstaîa i tym razem spokojnym chwytem i uciskiem kciuka zmusiîa ocykajâcego sië profesora do dîuûszego snu. Zanim zdâûyîa wróciê przed komputer, coô zaiskrzyîo, ekran bîysnâî kilka razy. "Co sië dzieje?" - spytaîa. "Juû. Wróciîa mi pamiëê. Kingo... Wiesz..." "Poczekaj z tym dobrze? Musimy.... To jest, ja muszë sië stâd wydostaê." "A co z moim ciaîem?" "Niestety... Przykro mi Robinie... nawet nie wiesz jak bardzo... Ale widziaîam jak sië go pozbyli." "Trudno. W kaûdym razie, faktycznie lepiej bëdzie, jeôli stamtâd znikniesz." "A ty?" "Nie martw sië. Przecieû mogë podróûowaê po sieci." "Jak cië znajdë?" "Ja znajdë ciebie. O nic sië nie martw. I zmykaj. Ja teû stâd prysnë. Trzymaj sië." "Pa." Kinga otarîa îzë krëcâcâ sië w oku. Robin jednoczeônie ûyî i nie. Paradoks spowodowany nadmiarem nowoczesnej techniki. Kiedyô ûycie byîo chyba o wiele prostsze. Filozoficzne rozwaûania przerwaî jej chrobot otwieranych drzwi. - Profesorze! Jak tam? Dîugo jeszcze? - usîyszaîa odbijajâce sië echem pytanie. Oderwaîa kilka kabli od komputera, sprawdziîa jeszcze szybko kieszenie profesora i nie znalazîszy nic powoli zaczëîa sië skradaê miëdzy szafami z elektronikâ. - Profesorze! - znów ten sam gîos z koïca hangaru. Kinga dostrzegîa, nie spostrzeûonâ przedtem, rampë niemal pod dachem, prowadzâcâ dookoîa hangaru i w dwóch miejscach w poprzek. Kîadki byîy umieszczone nad reflektorami i lampami, i sîuûyîy zapewne do wymiany ûarówek. Lub teû do innych celów. Agentka rozejrzaîa sië za jakimô wejôciem na górë. Przy bramie gîównej byîy schody, ale wkrótce wypatrzyîa teû, prawie na wprost siebie metalowâ drabinë. Byîa wyjâtkowo sîabo widoczna, co akurat jâ ucieszyîo. Byîa w poîowie wysokoôci drabiny, gdy usîyszaîa dolatujâce z doîu krzyki i przekleïstwa. Znaleúli profesora i nie znaleúli jej. W krótkim czasie zjawiî sië teû Kramicki. - Macie jâ znaleúê! Nie obchodzi mnie jak! - krzyczaî. - A profesora zamknâê do karceru! Bandziory rozbiegli sië po hangarze i poza nim. Jak na razie nie przyszîo teû ûadnemu do gîowy wchodzenie na górë. Kinga jednak zdawaîa sobie sprawë, ûe prëdzej czy póúniej to nastâpi. Chodziîa pomaîu, tak aby nie haîasowaê, po rampie i szukaîa jakiegoô wyjôcia. Miaîa wyjâtkowe szczëôcie, bo znalazîa klapë wyjôcia na dach. Niestety, klapa byîâ zaklinowana. Po chwili namysîu zawiesiîa sië rëkami na stalowej belce dachu i nogami wykopaîa klapë. Narobiîa przy tym strasznego rabanu. - Tam jest! Na górze! - usîyszaîa jeszcze. W tym samym momencie padîy pierwsze strzaîy. Chyba jakimô rykoszetem dostaîa lekki postrzaî w ramië, ale nie zatrzymaîa sië ani na chwilë. Wyskoczyîa na dach. Byîo juû zupeînie ciemno. Niestety, zza chmur wyjrzaî ksiëûyc i Kinga staîa sië widoczna jak na dîoni. Po chwili jednak chmury znów przesîoniîy go. Dziewczyna biegîa po dachu, dotarîa do jednej krawëdzi. Na dole krëcili sië juû ludzie "MafPolu". Pobiegîa na przeciwlegîâ krawëdú. Nie zdâûyîa sië nawet wychyliê, bo okolicâ targnâî wybuch. Przewróciîa sië i poczuîa, ûe spada. Chwyciîa sië zdrowâ rëkâ za rynnë. Rynna zatrzeszczaîa, ale wytrzymaîâ. Okolicë rozôwietliî nagle blask. Reflektory. Duûo. - Rzuêcie broï! Policja! Jesteôcie otoczeni! - usîyszaîa gîos z megafonu. Nagle nie wiadomo skâd wyleciaîy dwa ômigîowce, omiatajâce okolicë mniejszymi reflektorami. Jeden z nich przeleciaî blisko hangaru na którym wisiaîa Kinga. W drzwiach ômigîowca siedziaî uzbrojony w ciëûki karabin policjant. Sîabîa jej rëka. Mogîa sië nie utrzymaê. A wysokoôê byîa spora. W najlepszym razie poîamie sobie wszystkie koôci. Tymczasem z doîu dobiegaîy jej jeszcze odgîosy strzelaniny, silników samochodów terenowych oraz syren policyjnych. Zaciskaîa z wysiîku usta, ale postanowiîa sië jeszcze nie puszczaê, przynajmniej przez chwilë. Nagle usîyszaîa z doîu: - Proszë skakaê! Zîapiemy paniâ! Skoczyîa. Zapadîa sië w faîdy poduszki powietrznej nadmuchanej przez paru policjantów. Ktoô jâ podniósî. Poîoûyli jâ na nosze. Ktoô powiedziaî: - Ona krwawi... Jest ranna w ramië. I w gîowë teû! Dajcie jej zastrzyk i kroplówkë... - usîyszaîa jeszcze, po czym straciîa przytomnoôê. Ocknëîa sië w karetce. Tym razem byîa bardziej obolaîa. Ale miaîa jaôniejszy umysî. - I znów sië spotykamy. - powiedziaî Sanders. - O! - spróbowaîa sië uômiechnâê Kinga. - Ma pani wyjâtkowy dar pakowania sië w kîopoty. - Tak... Chyba tak. - Ale tym razem nie wymiga sië pani od szpitala. Nie ma mowy. - Nie mam takiego zamiaru. - Cieszë sië. - uômiechnâî sië Sanders i poklepaî jâ lekko po rëce. - Dobry wieczór, panno Kowalsky! - usîyszaîa znajomy gîos. DO karetki wpakowaî sië wyjâtkowy kawaî chîopa, dwa metry wzrostu i sto kilo wagi. - Kapitan Petersen! - I cóû pani wyczynia, co? - powiedziaî lekko zaniepokojonym gîosem. - Miaîa pani chyba innâ pracë... A znajdujemy paniâ w siedzibie "MafPolu", który miaî byê rozpracowany przez inspektora Deboux... - Tak.. widzi pan, ja... - Widzë, widzë! Inspektor Deboux nie ûyje, a pani jest ranna! - powiedziaî z goryczâ Petersen. - Ale... - Kinga ugryzîa sië w jëzyk. Czy oni powinni wiedzieê o tym, ûe Robin znajduje sië w komputerze? Poza tym i tak by nie uwierzyli. - Tak? - Nic... nic... Chciaîam wiedzieê, skâd sië tutaj wziëliôcie? - Cóû. Przygotowani byliômy juû od dîuûszego czasu. Deboux miaî nam daê tylko sygnaî, ûe zdobyî potrzebne dowody. - I co? Daî? - Hmm... To jest wîaônie dziwne. Miaî po prostu zadzwoniê, albo wysîaê sygnaî radiowy, a informacjë dostaliômy pocztâ elektronicznâ. Zakodowanâ, z jego kodem! Nie wiem jak to moûliwe... Tym bardziej, ûe Deboux nie ûyje od dobrych kilkunastu godzin. Ale to paniâ nie powinno interesowaê. Zajmâ sië tym ci od papierków. W kaûdym razie, Kramicki dostanie doûywocie. - Tak, to dobra wiadomoôê. - westchnëîa Kinga i przymknëîa oczy. EPILOG: Kinga leûaîa w îóûku szpitalnym z klawiaturâ na kolanach. Pielëgniarka spytaîa, czy podaê coô do jedzenia, ale odmówiîa. Byîa zbyt zajëta. Rozmowâ. "A Petersen jak sië zdziwiî, jak dostaî ode mnie pocztë... Niezîe to byîo." - pisaî Robin. "Tak... Juû wtedy, przy hangarach, zastanawiaî sië kto mu podesîaî informacjë" "Wiesz Kingo, grzebaîem sporo w sieci, i dowiedziaîem sië na razie tyle, ûe nie jest moûliwy proces odwrotny temu jakiemu mnie poddano..." "Czekaîam kiedy o tym wspomnisz. Tak myôlaîam, ûe to nie bëdzie takie proste. Moûe kiedyô." "Moûe. W koïcu teraz jestem wîaôciwie wieczny, prawda?" "Tak. Racja. Widzisz ma to swoje zalety." "I caîâ masë wad. Nie mogë cië na przykîad pocaîowaê..." Kinga zamyôliîa sië. Moûe nie zdawaîa sobie dotâd z tego sprawy, a moûe fakt, ûe nadal rozmawia z Robinem, powodowaî, ûe tego nie zauwaûaîa. Nie mogîa juû z nim wyjôê na spacer, nie mogîa sië przytuliê. Nie mogîa sië z nim kochaê. Byî tylko samâ czystâ ôwiadomoôciâ, z którâ mogîa wymieniê parë zdaï za pomocâ komputera. "Robin, nie mówiîam ci tego nigdy.... Kocham cië." "Ja ciebie teû. Ale to nic nie zmieni teraz juû, chyba..." "A jednak... Zmienia i to duûo." "Masz racjë. Sîuchaj... Istnieje taka moûliwoôê. Mógîbym byê ci pomocny w pracy." "W jaki sposób?" - Kinga byîa lekko zaskoczona. Ale ucieszyîa jâ ta zmiana tematu na nieco lûejszy. "Mogîabyô wszczepiê sobie implant. Niewielki. Za jego pomocâ, bëdë mógî sië z tobâ porozumiewaê. Praktycznie bëdë caîy czas z tobâ. No i pomyôl teraz... Mój nieograniczony dostëp do globalnej sieci w twojej gîowie. No i oczywiôcie ja sam. Jak ci sië to podoba?" "Robin... Nie wiem co powiedzieê. To jest... To jest chyba najwspanialsza rzecz, jakâ mogîeô mi w tej chwili oferowaê." "Drobiazg." - uômiechnâî sië Robin, Kinga to wyraúnie poczuîa. KONIEC FxMarcin "Marty" Gnat