SILNIEJSI OD BOGA Arthur 10 - Admirale! Admirale! - Co...? Co sië staîo? - wyrwany z gîëbokiego snu admiraî Johannson rozejrzaî sië dokoîa niespokojnie. - Komputery coô wykryîy - w gîosie nawigatora Eddiego sîychaê byîo nieukrywanâ radoôê. - Daj widok na gîówny ekran - zarzâdziî admiraî, poprawiajâc sië w fotelu, z którego omal nie wypadî podczas snu. Na ekranie pojawiî sië obraz planety, podobnej do tysiâca innych, które oglâdaliômy w czasie naszego lotu. Miaîa ona trzy kontynenty, zajmujâce ok. 25% powierzchni planety. - Prawdopodobieïstwo wystëpowania istot rozumnych 99% - zameldowaî Eddie. - Co pan o tym sâdzi doktorze? - zapytaî admiraî. - Cóû, planeta jak wiele innych - odparîem podchodzâc do fotela. - Co z niâ zrobimy? - admiraî wydawaî sië byê, jak zwykle zresztâ, zakîopotany. - A jakie mamy rozkazy? - Do cholery! Niech pan sobie nie ûartuje, doktorze. Czytaî pan ostatnie rozkazy? - Czytaîem. - I co, zrozumiaî pan coô z tego bezsensownego beîkotu? Cholera, czy oni juû zapomnieli jak sië mówi i pisze po angielsku? - zdenerwowaî sië admiraî. - Wydaje mi sië admirale, ûe na Ziemi jëzyk przeszedî podobnâ ewolucjë, jak gatunek ludzki przed tysiâcami lat - popisaîem sië wiedzâ - to caîkiem normalne, zwaûajâc na fakt, ûe od naszego startu na Ziemi upîynëîo juû ok. 500 lat. - Powaûnie? Przecieû wystartowaliômy dopiero..., cholera, zapomniaîem. Ile lat temu wîaôciwie wyruszyliômy? - Dokîadnie czy w przybliûeniu? - W przybliûeniu - admiraî wydawaî sië byê nieco zniecierpliwiony. - Okoîo 10 - odparîem zgodnie z prawdâ. - To dlaczego na Ziemi upîynëîo 600 lat? - 500 admirale. To proste, my podróûujemy przez wiëkszoôê czasu z prëdkoôciâ ôwiatîa - kiedy chciaîem potrafiîem byê bardzo cierpliwy. - Admirale, to co z tâ planetâ? - wtrâciî sië Eddie. - A, planeta. To co z innymi, Eddie. Rozwaliê - rozkazaî admiraî. - Jeszcze jedno doktorze. Czy mógîby mi pan podrzuciê trochë tych pastylek? Poprzednia porcja juû mi sië skoïczyîa. - Oczywiôcie - odparîem, obserwujâc szefa obrony, Igora (a moûe Iwana? nie pamiëtam), programujâcego komputer. - Wyrzutnia gotowa do odpalenia - zameldowaî Iwan (Igor?). - Ognia! - rozkazaî Johannson z wyrazem znudzenia na twarzy. Po 2 minutach i 15 sekundach ekran rozjaôniî sië po czym zgasî. Na ekranie, w miejscu, gdzie przed chwilâ widzieliômy kwitnâcâ ûyciem planetë, byîa pustka. - Cel zniszczony - zameldowaî z dumâ w gîosie Igor. Tak, bez wâtpienia byliômy bandâ wariatów zamkniëtâ w pëdzâcym z prëdkoôciâ ôwiatîa krâûowniku gwiezdnym klasy Ralliant, wyîadowanym rakietami z gîowicami atomowymi o mocy 1000GT kaûda. Zadanie w momencie startu byîo okreôlone w nastëpujâcy sposób: ochrona Ziemi i jej mieszkaïców przed agresjâ obcej cywilizacji. To byîa wersja oficjalna. Nieoficjalnie mieliômy za zadanie rozwalenie kaûdej planety, na której komputery uznaîy za moûliwe rozwiniëcie sië jakiejkolwiek cywilizacji. Zaîoga skîadaîa sië (takûe oficjalnie) z samej "ômietanki" floty gwiezdnej, bëdâcej w rzeczywistoôci zbieraninâ ludzi uznanych w pewnym momencie za niezdolnych do wykonywania sîuûby na statkach miëdzygwiezdnych. A ja trafiîem tutaj jako lekarz, teû z jasno sprecyzowanym zadaniem: miaîem troszczyê sië o to, ûeby nikt z zaîogi nie zorientowaî sië, co dokîadnie robimy. Miaîem w tym celu do dyspozycji caîy "arsenaî" ôrodków chemicznych, które byîy mi potrzebne do sporzâdzenia pastylek psychotropowych wîasnego przepisu. Caîy statek, a ôciôle jego zaîoga, sîuûyîy mi za "poligon doôwiadczalny", na którym badaîem wpîyw moich ôrodków na ludzi. Muszë przyznaê, ûe wyniki moich badaï byîy pozytywne: ûadnych skutków ubocznych, zaô zaîoga uwielbiaîa moje tabletki i skutki ich zaûycia. W ten sposób lecieliômy juû 10 lat przez kosmos rozwalajâc po drodze kilkaset róûnych planet. Kontakt z Ziemiâ straciliômy juû bardzo dawno temu. Przychodziîy co prawda jakieô wiadomoôci, ale w miarë oddalania sië od Ziemi byîy one coraz rzadsze i coraz bardziej niezrozumiaîe, jakby pisane w innym jëzyku. Z rozmyôlaï wyrwaîo mnie stîumione pukanie do drzwi. - Proszë - powiedziaîem wstajâc od stoîu, przy którym sporzâdzaîem pastylki. Drzwi otworzyîy sië i do ôrodka weszîa Marylin, nasz astronom, jedna z niewielu kobiet na pokîadzie. Mëska czëôê zaîogi nazwaîa jâ tak ze wzglëdu na uderzajâce podobieïstwo do Marylin Monroe, gwiazdki filmowej z koïca XXw. - Dzieï dobry doktorze - powiedziaîa swoim wspaniaîym, lekko gardîowym gîosem. - Sîucham, pani... - szukaîem zawziëcie w pamiëci jej prawdziwego imienia lub nazwiska, ale nie mogîem niczego znaleúê. Na szczëôcie nie zwróciîa na to specjalnej uwagi. - Ehem, tak... Zostaîam wybrana przez zaîogë do zapytania pana, kiedy mogâ spodziewaê sië nowych pastylek. - Wîaônie skoïczyîem - wskazaîem rëkâ na stóî, na którym leûaîy porozrzucane przyrzâdy i góra tabletek. Podeszîa do niego i nachyliîa sië. Staraîem sië nie patrzeê w jej dekolt, ale byîo to silniejsze ode mnie. Jak zwykle nie zwróciîa na to uwagi. - O, zrobiî pan nowe kolory - ucieszyîa sië. - Tak, majâ trochë inny skîad i dziaîanie. To eksperymentalna seria - uômiechnâîem sië, nie odrywajâc oczu od jej dekoltu. Muszë przyznaê, ûe przezwisko Marylin byîo bardzo trafne. - Mogë sobie trochë wziâê? - wyprostowaîa sië z dziwnym, trochë zalotnym uômieszkiem. - Oczywiôcie. Taaak, caîa zaîoga byîa uzaleûniona ode mnie i moich produktów. Nudziîem sië jak jasna cholera. Nie sprawiaîo mi juû przyjemnoôci tworzenie nowych piguîek, co ja mówië, nawet badanie stworzeï zabranych z jakiejô planety przed jej rozwaleniem, w ramach mojego programu badawczego. Wîaônie skoïczyîem rozprawiaê sië z jednym z nich. Muszë przyznaê, ûe skurwiel byî bardzo mocny. Wytrzymaî prawie wszystkie moje doôwiadczenia, nawet "operacjë na ûywca" i "elektrowstrzâsy". Wytarîem fartuch z krwi (to chyba byîa krew, nie jestem pewien) stworzenia, które w niczym nie przypominaîo ûadnego ze znanych zwierzât i które trudno byîo nawet opisaê. Postanowiîem sië umyê i pójôê na mostek. Moûe tam bëdzie coô sië dziaîo? Niestety, zawiodîem sië. Admiraî Johannson jak zwykle spaî na swoim fotelu, przenoszâc caîy ciëûar prowadzenia statku na mîodego Eddiego. Iwan (a moûe Igor?, nie pamiëtam) jak zwykle sprawdzaî stan uzbrojenia oraz gotowoôê wyrzutni. Inni snuli sië bez sensu lub patrzâc przed siebie niewidzâcymi oczyma, przeûywali upojny stan po zaûyciu moich pastylek. Poszedîem do videoteki w nadziei, ûe znajdë moûe jakiô film, którego jeszcze nie oglâdaîem. Zdaîem sobie jednak sprawë, ûe przez 10 lat zdâûyîem juû wszystkie poznaê na pamiëê. Z braku zajëcia postanowiîem po prostu pójôê spaê. W ten sposób upîynâî kolejny rok (A moûe wiëcej?. Straciîem rachubë czasu.) Rozwaliliômy jeszcze kilkadziesiât podobnych do siebie planet. Pewnego razu wyrwaî mnie ze snu gîos admiraîa rozlegajâcy sië przez gîoônik, a wzywajâcy mnie na mostek. Po dotarciu na miejsce zobaczyîem na ekranie gîównym kolejnâ planetë. Jej widok bardzo mi coô przypominaî, ale nie mogîem skojarzyê co. Admiraî jak zwykle nie chciaî podjâê samodzielnie decyzji. - Co pan o tym myôli, doktorze? - zapytaî tak, jak wiele razy przedtem. Zaczëîo mnie nudziê ciâgîe doradzanie temu zdziecinniaîemu staruchowi. - Mamy jasno sprecyzowane cele, admirale - powiedziaîem sucho. - Tak, ta, oczywiôcie - zauwaûyîem, ûe sië nieco zdenerwowaî, bo drûaîy mu rëce i rozsypaî pastylki, które wîaônie miaî zaûyê. - Iwan, proszë wprowadziê namiary do komputera - rozkazaî admiraî. - Gotowe, sir. - Ognia! - wymamrotaî Johannson, zasypiajâc. Iwan odpaliî rakiety i czekaliômy na eksplozjë. Wyglâd planety w dalszym ciâgu nie dawaî mi spokoju. Po kilkunastu sekundach wysiîku umysîowego przypomniaîem sobie. Nie, to niemoûliwe! - To Ziemia - wyszeptaîem. Iwan spojrzaî na mnie jak na wariata. - Co pan wygaduje, doktorze? - zapytaî. - Czîowieku, to Ziemia. Nie poznajesz? - wrzasnâîem. Zamglony wzrok Iwana ôwiadczyî o tym, ûe nie. - Eddie, podaj kurs docelowy statku - staraîem sië mówiê opanowanym gîosem. Eddie postukaî w klawisze komputera, po czym o maîy wîos nie spadî z fotela. - Ma pan racjë, doktorze - wyjâkaî. W tym momencie ekran rozjaôniîa eksplozja. Po chwili ekran zgasî i zobaczyliômy pustkë. - Zdajecie sobie sprawë z tego, co wîaônie zrobiliômy? - zapytaîem powoli. Nikt nie odpowiedziaî. Ciszë przerwaî dopiero chichot Iwana. - Jasne stary. Wîaônie rozwaliliômy Ziemië - zaczâî sië ômiaê na caîe gardîo. Po chwili doîâczyî do niego Eddie. - Chîopie, jesteômy silniejsi od Boga - powiedziaî. Spojrzaîem na niego zaskoczony. - Bóg przez prawie 3 tysiâce lat nie mógî sië pozbyê tego kîopotu, a my wîaônie to zrobiliômy. - Teraz nic nas nie powstrzyma - wrzasnâî uradowany Iwan. - Moûemy rozpieprzyê w pyî caîy pieprzony kosmos. Podobny nastrój ogarnâî caîâ zaîogë. Ludzie zaczëli sië przekrzykiwaê, klepaê po plecach, cieszyê jak gdyby wygrali jakâô bitwë lub wojnë. Teraz dopiero zrozumiaîem jakie skutki wywieraîy moje pastylki na organizm ludzki: robiîy z czîowieka kompletnego idiotë, który nie potrafi zrozumieê najprostszych rzeczy. Zastanawiaîem sië nad moûliwoôciâ zaprzestania produkcji tabletek, ale odrzuciîem të myôl i po tylu latach wszyscy byliômy uzaleûnieni i zaîoga najprawdopodobniej by mnie zlinczowaîa. Doszedîem do wniosku, ûe teraz jest juû za póúno na cokolwiek. Îyknâîem 2 tabletki i poszedîem spaê. Moûe to wszystko okaûe sië tylko jakimô koszmarnym snem... Arthur wklepaî Gregory/BTR