BILL, CZ. 2. Harry Harrison 11 - 2 - O szarym ôwicie zamiast wesoîego sygnaîu trâbki obudziîo Billa uderzenie ultradúwiëków, które wprawiîo w drgania najpierw metalowâ ramë pryczy, potem jego samego i to z takâ siîâ, ûe powypadaîy mu plomby z zëbów. Nieprzytomny i drûâcy z zimna zerwaî sië na równe nogi. Jako, ûe byîo lato, podîogë utrzymywano w miîej kaûdemu temperaturze minus kilkunastu stopni. Obóz wojskowy w niczym nie przypominaî sanatorium. Wyglâdajâcy jak zjawy, niewyspani i zziëbniëci rekruci podnosili sië z prycz, a kiedy ustaîa przewracajâca flaki wibracja, poôpiesznie naciâgnëli zbliûone fasonem do pokutnych worków kombinezony z papieru ôciernego, wbili sië we wspaniaîe rekruckie buty i wysypali na porannâ szarówkë. - Jestem tu po to, ûeby was zniszczyê - obwieôciî im peîen okrucieïstwa gîos. Podnieôli wzrok i zadrûeli jeszcze bardziej, ujrzawszy gîównego diabîa tego najgorszego z piekieî. Starszy sierûant Kostucha Drang byî specjalistâ w peînym tego sîowa znaczeniu - od koniuszków ostrzyûonych na jeûa wîosów po wytîaczane podeszwy bîyszczâcych jak lustro butów. Miaî szerokie bary, wâskie biodra, dîugie, zwisajâce jak u jakiegoô straszliwego antropoida rëce zakoïczone potëûnymi dîoïmi, których palce pkryte byîy niezliczonymi bliznami - ôladami po tysiâcach powybijanych zëbów. Patrzâc na të obrzydliwâ postaê, nie sposób byîo wyobraziê sobie, ûe narodziî sië z delikatnego brzucha kobiety. Nie, Kostucha nie mógî sië nigdy urodziê, juû prëdzej zostaî zbudowany na zamówienie rzâdowe. Najgorsza ze wszystkiego byîa gîowa. A twarz! Wîosy zaczynaîy sië najwyûej na szerokoôê palca nad czarnâ gëstwinâ brwi, przypominajâcych këpki krzaków rosnâcych dokoîa czarnych jam kryjâcych oczy, o których obecnoôci ôwaidczyîy jedynie czerwonawe, zîowróûbne bîyski w nieprzeniknionej ciemnoôci oczodoîów. Poîamany, skrzywiony nos sterczaî nad ustami, bardzo podobnymi do ôladu, jaki po chlaôniëciu noûem zostaje na brzuchu nieboszczyka. Obrazu dopeîniaîy wysuwajâce sië spomiëdzy warg trójkâty kîów co najmniej dwucalowej dîugoôci. - Jestem starszy sierûant Kostucha Drang i bëdziecie do mnie mówiê "sir" albo "îaskawy panie". - Mówiâc to, przechadzaî sië niespiesznie miëdzy szeregiem przeraûonych rekrutów. - Jestem waszym ojcem, matkâ, wszechôwiatem i najwiëkszym wrogiem, i wkrótce bëdziecie ûaîowaê, ûeôcie sië w ogóle urodzili. Zmiaûdûë waszâ wolë. Kiedy powiem "ûabka!", bëdziecie skakaê. Moim zadaniem jest zrobiê z was ûoînierzy, a to znaczy nauczyê dyscypliny. Dyscyplina to brak wolnej woli, absolutne posîuszeïstwo, bezmyôlne wykonywanie rozkazów. Niczego wiëcej nie wymagam. Skrzywiî sië, zatrzymawszy przed Billem, który trzâsî sië jakby trochë mniej od pozostaîych. - Nie podoba mi sië twoja twarz. Miesiâc sîuûby pomocniczej w kuchni, w niedzielë. - Proszë pana... - A drugi miesiâc za pyskowanie. Czekaî jeszcze przez chwilë, ale Bill juû sië nie odezwaî. Wîaônie dostaî pierwszâ lekcjë z cyklu "Jak zostaê dobrym ûoînierzem" - trzymaê gëbë na kîódkë. Kostucha ruszyî dalej. - Teraz jesteôcie tylko nëdznymi, tîustymi, cholernymi kawaîami podîego cywilnego miëcha, ale ja zrobië z tego miëcha miëônie, z waszej woli galaretë, z waszych umysîów maszyny. Albo was pozabijam, albo zostaniecie dobrymi ûoînierzami. Wkrótce usîyszycie o mnie róûne historie, an przykîad jak zabiîem i zjadîem rekruta, który odmówiî wykonania mojego rozkazu. Zatrzymaî sië i popatrzyî sië na nich, unoszâc ku górze kâciki swych trupich ust w szataïskiej parodii ômiechu. Z wystajâcych kîów skapywaîa kropelkami ôlina. - Ta historia jest prawdziwa. Odpowiedziaî mu jeden wielki jëk. Przez szereg rekrutów przebiegî nagîy dreszcz, jakby niespodziewanie dosiëgnâî ich powiew lodowatego wiatru. Uômiech zniknâî z twarzy Kostuchy. - Teraz pójdziemy na ôniadanie, tylko najpierw potrzebujë paru ochotników do lekkiej roboty. Kto z was potrafi pilotowaê ômigîowiec? Dwaj rekruci z nadziejâ unieôli rëce i Kostucha kazaî im wystâpiê przed oddziaî. - Dobra, wy dwaj, braê ôcierki, kubîy i do latryny! Reszta bëdzie jadîa, a wy sobie trochë posprzâtacie. Nabierzecie apetytu na obiad. To byîa druga lekcja Billa - nigdy nie zgîaszaê sië na ochotnika. Dni przysposobienia ûoînierskiego mijaîy z jakâô otëpiajâcâ szybkoôciâ i choê mogîo sië to wydawaê nieprawdopodobne, z dnia na dzieï robiîo sië coraz gorzej. Coraz bardziej rosîo teû wyczerpanie Billa - nie mogîo zresztâ byê inaczej, bowiem troszczyîo sië o to wiele zdolnych, sadystycznych umysîów. Gîowy rekrutów ogolono do goîej skóry, a ich genitalia pomalowano pomaraïczowym ôrodkiem antyseptycznym. Jedzenie byîo, teoretycznie rzecz biorâc, poûywne, ale wrëcz niesamowicie niesmaczne, a gdy kiedyô przez pomyîkë podano kawaîek miësa w stanie nadajâcym sië do spoûycia, zostaî on natychmiast wyîowiony z kotîa i wyrzucony, a kucharza zdegradowano o dwa stopnie. Sen przerywaîy rekrutom pozorowane ataki gazowe, wolny zaô czas wypeîniaîo im doprowadzanie do porzâdku ûoînierskiego ekwipunku. Siódmy dzieï tygodnia miaî byê dniem wypoczynku, ale ûe kaûdy z nich zdâûyî juû wczeôniej zarobiê jakâô karë (Bill na przykîad të swojâ sîuûbë w kuchni), wiëc niedziela niczym nie róûniîa sië od innych dni. Na ôwiâtecznâ nudë z pewnoôciâ nie mieli okazji narzekaê. Dopiero grubo po zmierzchu gaszono ôwiatîa i pozwalano im zwaliê sië na miëciutkie, jakby z hartowanej stali, posîania. Bill przepchnâî sië przez blokujâce wejôcie pole siîowe o mocy dobranej z tak szataïskâ precyzjâ, ûe pozwalaîa ona dotkliwie kâsajâcym muchom wlatywaê do baraku, uniemoûliwiaîa im natomiast opuszczenie pomieszczenia. Po czternastu godzinach sîuûby w kuchni nogi drûaîy mu jak w febrze, a rëce, blade i napuchniëte, przypominaîy koïczyny dobrze namoczonego nieboszczyka. Postawiî na podîodze sztywnâ od potu, brudu i tîuszczu kurtkë, po czym wyciâgnâî z kuferka maszynkë do golenia. W latrynie dîuûszâ chwilë zajëîo mu odnalezienie wzglëdnie czystego lustra, wszystkie bowiem pokryte byîy inspirujâcymi napisami w rodzaju: GËBA NA KÎÓDKË - CHINGERSI PODSÎUCHUJÂ, albo JAK BËDZIESZ GADAÎ, CZÎOWIEK W LUSTRZE UMRZE, aû wreszcie wsadziî wtyczkë do kontaktu obok CZY CHCESZ, ÛEBY TWOJA SIOSTRA WYSZÎA ZA CHINGERSA? i przyjrzaî sië swojemu odbiciu w ôrodku litery O. Popatrzyîy na niego przekrwione, podkrâûone oczy. Ponad minutë jeúdziî bzyczâcâ maszynkâ po swoich zapadniëtych policzkach, zanim znaczenie pytania dotarîo do jego otëpiaîego ze zmëczenia mózgu. - Przecieû ja nie mam siostry - parsknâî zirytowany - a poza tym, dlaczego niby miaîaby wychodziê za mâû za jaszczurkë? Byîo to tylko pytanie retoryczne, a jednak z przeciwlegîego koïca pomieszczenia, a dokîadnie z ostatniego sedesu w drugim rzëdzie, nadeszîa niespodziewana odpowiedú. - To nie ma oznaczaê dokîadnie tego, co znaczy, tylko chodzi o to, ûebyô czytajâc to jeszcze bardziej nienawidziî nieprzyjaciela. Bill, przekonany, ûe jest zupeînie sam w latrynie, podskoczyî, jak oparzony. Maszynka bzyknëîa ze zîoôliwâ uciechâ i wyszarpnëîa mu kawaîek wargi. - Kto to? Gdzie jesteô? - wykrzyknâî, a potem dostrzegî spiëtrzonâ w najodleglejszym kâcie stertë butów i pochylonâ nad nimi, wymiëtoszonâ postaê. - A, to tylko ty, Jasiu. - Gniew momentalnie minâî i Bill odwróciî sië z powrotem do lustra. Gorliwy Jasio stanowiî tak nieodîâcznâ czëôê latryny, ûe po prostu nie dostrzegaîo sië jego istnienia. Byî to mîodzian o twarzy jak ksiëûyc w peîni i wiecznie rumianych policzkach, z przylepionym do tîustego oblicza uômiechem, który to uômiech byî w obozie szkoleniowym tak nie na miejscu, iû pierwszym odruchem kaûdego rekruta byîo rozszarpaê jego wîaôciciela na kawaîki. Pewnie tak by sië staîo, gdyby Jasia nie chroniîo jego szaleïstwo. Musiaî byê szalony, zawsze bowiem bardzo chëtnie sîuûyî pomocâ kolegom i zgîosiî sië na ochotnika do staîej obsîugi latryny. Maîo tego, wprost uwielbiaî czyôciê buty i proponowaî swoje usîugi po kolei wszystkim rekrutom, tak ûe teraz czyôciî juû co wieczór buty caîego oddziaîu. Gdy wszyscy szli do baraków, otoczony zwaîami butów Jasio zasiadaî w swym królestwie sedesów i rozpoczynaî rozwiniëtâ juû niemal na skalë przemysîowâ dziaîalnoôê, z radosnym uômiechem na twarzy pastujâc, glancujâc i pucujâc. Kiedy gaszono ôwiatîa, pracowaî dalej przy lampce sporzâdzonej z pudeîka po paôcie i domowej roboty knota, a kiedy rano rozbrzmiewaîa pobudka, on juû uômiechaî sië szeroko ze swego staîego miejsca, koïczâc rozpoczëtâ poprzedniego dnia pracë. Nieraz zdarzaîo sië, ûe buty byîy wyjâtkowo brudne i wtedy Jasio w ogóle nie kîadî sië spaê. Brakowaîo mu najwyraúniej piâtek klepki, ale nikt mu nie dokuczaî, bo odwalaî przecieû kawaî dobrej roboty i tylko modlono sië powszechnie, ûeby nie padî z wyczerpania przed koïcem pobytu w obozie. - Skoro tylko o to chodzi, to czemu po prostu nie napiszâ: "Masz jeszcze bardziej nienawidziê nieprzyjaciela"? - zdziwiî sië Bill. Wskazaî kciukiem przeciwlegîâ ôcianë, na której przyklejono plakat zaopatrzony w podpis POZNAJ SWOJEGO WROGA. Przedstawiaî on naturalnych rozmiarów wizerunek Chingersa, jaszczurkowatej istoty o siedmiu stopach wzrostu, przypominajâcej nieco czterorëkiego kangura z gîowâ aligatora. - Zresztâ, czyja siostra chciaîaby wyjôê za coô takiego? I co coô takiego miaîoby po ôlubie zrobiê z tâ siostrâ? Zjeôê jâ chyba, czy jak? Jasio skoïczyî wîaônie jeden but i wziâî sië za nastëpny. Zmarszczyî brwi dla okazania, jak skomplikowane procesy myôlowe zachodzâ w jego mózgownicy, po czym odpowiedziaî: - Eee... widzisz, to nie chodzi o prawdziwâ siostrë. To tylko taki chwyt propagandowy. Musimy wygraê të wojnë. Ûeby wygraê të wojnë, musimy walczyê jak diabli. Ûeby walczyê jak diabli musimy mieê dobrych ûoînierzy. Dobrzy ûoînierze muszâ nienawidziê nieprzyjaciela. I tak to idzie. Chingersi sâ jedynâ odkrytâ przez nas niehumanoidalnâ rasâ, która stworzyîa cywilizacjë technicznâ, wiëc jest oczywiste, ûe musimy ich wymazaê. - Niby czemu to jest takie oczywiste, co? Ja tam nie chcë nikogo wymazywaê, tylko wróciê do domu i zostaê Operatorem Mechanicznym Roztrzâsaczy Obornika. - Eee... nie miaîem akurat ciebie na myôli. - Jasio otworzyî kolejnâ puszkë purpurowej pasty i wsadziî w niâ paluch dokîadnie tego samego koloru. - Myôlaîem o ludzkoôci w ogóle. Jeôli my ich nie wymaûemy, to oni nas wymaûâ. Twierdzâ co prawda, ûe wojna jest sprzeczna z ich nakazami religijnymi i ûe walczâ tylko w obronie wîasnej i faktycznie, nigdy nie zaatakowali pierwsi. Ale co bëdzie, jak pewnego dnia strzeli im do gîowy zmieniê religië? Jak bëdziemy wtedy wyglâdaê? Najlepiej ich wymazaê, póki jeszcze nie jest za póúno. Bill wyîâczyî maszynkë i opîukaî twarz letniâ, rdzawâ wodâ. - Ciâgle coô mi tu nie gra. No dobrze, wiëc ta siostra, której nie mam, nie wychodzi za ûadnego z nich. Ale jaki sens ma na przykîad to - NIECH TEN PRYSZNIC CZYSTY BËDZIE, NIEPRZYJACIEL SÎUCHA WSZËDZIE, albo to - pokazaî napis nad urynaîem, gîoszâcy: GDY ROZPOREK TU ROZPINASZ, WRÓG NOTOWAÊ JUÛ ZACZYNA. Nie chodzi mi o to,ûe nie mamy tu nawet takich sekretów, po które komuô chciaîoby sië fatygowaê choêby jednâ milë, a cóû dopiero 25 lat ôwietlnych, ale jak taki Chingers moûe byê szpiegiem? Jaka charakteryzacja zmieni siedmiostopowâ jaszczurkë w rekruta? Wâtpië, czy daîoby sië przebraê jakiegoô Chingersa za Kostuchë, chociaû podobieïstwo jest spore, a cóû dopiero... Ôwiatîo w latrynie nagle zgasîo i starszy sierûant Kostucha Drang, niczym upiór wywoîany z zaôwiatów dúwiëkiem swego imienia, ryknâî ochrypîym gîosem: - Do ôpiworów! Do ôpiworów, zawszone îachudry! To wojna, to nie zabawa! W ciemnoôci rozjaônionej tylko czerwonawym blaskiem bijâcym z oczu Kostuchy Bill z trudem znalazî drogë do swojej pryczy. Zasnâî od razu, kiedy tylko jego gîowa dotknëîa poduszki wykonanej chyba z jakiegoô spieku wëglików krzemu i, jak mu sië zdawaîo, w chwilë póúniej zerwaî sië na równe nogi, wyrzucony z îóûka uderzeniowâ falâ pobudki. Podczas ôniadania, kiedy pracowicie kroiî podawany im substytut kawy na czâstki na tyle maîe, ûeby moûna je byîo w miarë bezboleônie poîknâê, telewizja podaîa informacjë o okupionych powaûnymi stratami walkach w sektorze Bety Liry. W jadalni rozlegî sië ponury jëk, bynajmniej nie z nadmiaru patriotyzmu, tylko dlatego, ûe kaûda tego rodzaju zîa wiadomoôê mogîa tylko przyczyniê sië do pogorszenia ich sytuacji. Nie mieli pojëcia, w jaki sposób, ale byli przekonani, ûe tak wîaônie sië stanie. I mieli racjë. Poniewaû ranek byî nieco chîodniejszy niû zwykle, poniedziaîkowâ paradë przeîoûono na godziny poîudniowe, kiedy tylko rozgrzana do przyjemnej temperatury ûelazobetonowa nawierzchnia placu êwiczeï przyczyni sië wyraúnie do znacznego wzrostu liczby omdleï i darów cieplnych. Nie byîo to jednak wszystko. Stojâc na bacznoôê w jednym z ostatnich szeregów Bill dostrzegî, ûe nad trybunâ honorowâ rozpiëto klimatyzowany namiot. Mogîo to oznaczaê tylko jedno: przyjedzie jakaô szycha. W bok wwiercaîa mu sië osîona spustu jego atomowej strzelby, z nosa skapywaîy mu krople potu, a kâtem oka mógî dostrzec, jak co chwila to tu, to tam ktoô pada jak ôciëty i jak sanitariusze pospiesznie odciâgajâ bezwîadne ciaîa do czekajâcych ambulansów. Tak ukîadano delikwentów w cieniu pojazdu, a kiedy sië ocknëli, kazano im natychmiast wracaê do szeregu.