PRZECZYTAJ A NIE POŢAÎUJESZ!!! ...I... Jesienić pojechaîem szukaç plenerów. W plecaku, oprócz najpotrzebniejszych rzeczy i paru drobiazgów, miaîem skîadanć sztalugę, paletę, kilka tub farb, pędzle i oîówki oraz arkusze papieru i pudeîko węgla drzewnego. Odpowiednie miejsce znalazîem w Bieszczadach. Duţy samotny dom otoczony wzgórzami i rudziejćcymi lasami. Szybko dogadaîem się z gospodynić - byîa pękata i dorodna, twarz miaîa wysuszonć i ciemnć od sîońca. Za niewielkć sumkę wynajćîem caîe poddasze: dwa maleńkie pokoiki - w jednym urzćdziîem pracownię, w drugim sypialnię. Miaîem mieszkaç tam przez caîy tydzień. Wieczorem spotkaliÔmy się przy kolacji, przy duţym stole nakrytym lnianym obrusem. Oprócz mnie i gospodyni byîa tam jeszcze nowa twarz: mîoda, 18-letnia dziewczyna. -To moja córka - powiedziaîa gospodyni bez zbędnych wstępów. -Baőka. Uczy się w szkole z internatem w Sanoku. Przyjeţdţa do mnie w wolne dni. - (Byî pićtek). -Basieńko to pan Tomasz. Artysta. -Miîo mi, Tomek jestem - powiedziaîem, őciskajćc podanć mi rękę. Basieńka byîa zdrowć dziewczynć wychowywanć w zdrowych warunkach. Miaîa nieco cięţkć sylwetkę, co nie znaczy, ţe nie byîa zgrabna, miaîa teţ czym oddychaç: okrćgîe piersi z duţć stanowczoőcić wypychaîy cienkć kretonowć bluzkę. Miaîa owalnć, îadnć twarz z doîeczkami w policzkach, bîyszczćce ciemne oczy, wyraziste usta i czarne, őcięte nad karkiem wîosy. -Baőka - odrzekîa. - Pan jest malarzem? -Staram się - odparîem. - Przyjechaîem tu w poszukiwaniu plenerów. Chcę porobiç trochę szkiców. -A obrazy? - zapytaîa. -Czemu nie. Mam wszystko co potrzeba. Chętnie machnę jakiő pejzaţyk. -Maluje pan akty? - spytaîa opuszczajćc rzęsy i uőmiechjćc się nieznacznie. -No cóţ... -Baőka! - powiedziaîa gospodyni srogo. -No co, tak tylko pytam. Nastaîa chwila ciszy. Jedliőmy szybko smaţone grzyby zagryzajćc je grubymi kromkami őwieţego domowego chleba. -A sîyszaî pan o klćtwie? - odezwaîa się nagle Basieńka. -Mówmy sobie po imieniu - zaproponowaîem. - Jakiej klćtwie? -Takiej, która cićţy na domu. U nas, Tomaszu, troszkę straszy. -Baőka! - burknęîa matka. - Nie pîosz mi goőcia! To ţart, oczywiőcie - rozeőmiaîa się, nieco sztucznie. -Ja nie bujam - rzekîa Baőka. -A ja nie wierzę w duchy, ha, ha - odparîem, kończćc jeőç. - kolacja byîa őwietna. Diękuję bardzo. - Wstaîem od stoîu. -Jeszcze się przekonasz. - Baőka zachichotaîa. - Najchętniej straszy na poddaszu. -Umieram ze strachu - wykrzywiîem się do niej. - Macie tu telewizję? -Mieszczuch! - zawoîaîa gospodyni. - Ţyç pan nie moţe bez pudîa grajćcego! A mamy, tylko kiepsko odbiera. -Spróbuję wyregulowaç - zaproponowaîem. -Będziesz jutro malowaç? - spytaîa Baőka. -Po to tu przyjechaîem. ...II... W nocy spaîem jak zabity. Ţadnych duchów nie zauwaţyîem (bo nie istniejć, ha , ha!). Zawsze, gdy przyjeţdţam w góry, gdzie mnóstwo őwieţego powietrza, őpię twardo conajmniej do dziesićtej. Po őniadaniu wzićîem pod pachę teczkę z kartkami, do kieszeni schowaîem węgiel i ruszyîem w plener. Przez godzinę szukaîem odpowiedniego miejsca. Gdy je znalazîem, rozsiadîem się na gîazie i zaczćîęm rysowaç: drzewa, góry, strumień. Kiedy rysuję, nie zauwaţam co się dzieje wokóî, jestem caîkowicie odizolowany od őwiata nie naleţćcego do rysowanego przeze mnie kawaîka przyrody. Dlatego nie usîyszaîem kroków Baőki. Dopiero po jakimő czasie dostrzegîem jć obok siebie. Wîaőnie kończyîem trzeci szkic. -O, to ty - powiedziaîem. -Obserwowaîam jak rysujesz - wyjaőniîa. -I co? -Podoba mi się. Chociaţ daleko ci do mistrzów. -Dzięki za obiektywizm. - Chwila milczenia. - Ach, wîaőnie, co to byîo z tymi duchami? Ţaden nie wpadî mi w ręce. -Nie zawsze straszy. Bo jest tylko jeden - powiedziaîa to caîkiem powaţnie. - Pojawia się raz na jakiő czas. Opowiedzieç ci tę historię? -Czemu nie, odpowiedz. -To byîo bardzo dawno temu. Dwieőcie, albo trzysta lat... -Îadnie się zaczyna - zauwaţyîem. Spojrzaîa na mnie groűnie, więc się zamknćîem. -Wtedy w miejscu naszego domu staîa wiejska chata. Mieszkaîa w niej piękna diewczyna, najpiękniejsza w caîej okolicy. Miaîa na imię Hanka. Byîa piękna, lecz nieststy, potwornie zarozumiaîa, wielu chîopców z okolicznych wsi staraîo się o jej rękę, a ona cićgle odmawiaîa i wybrzydzaîa. Kiedyő wreszcie przybyî do wsi wielki pan, rycerz czy hrabia nie bardzo pamiętam i olőniony jej urodć zapragnćî zabraç jć ze sobć do swojego zamku, ale ona odmówiîa i jemu. Wtedy on wpadî w szaî i spaliî dwie wsie. I znowu przybyî do Hanki. Gdy i wtedy odmówiîa spróbowaî posićőç jć. Chciaî zmusiç jć do zamćţpójőcia, robićc jej dziecko... -Paskudny byî - stwierdziîem. -Rzuciî się na nić jak szaleniec, pchnćî jć na îóţko, podwinćî jej spódnicę i wszedî w nić brutalnie... -To ludowe podanie? - zapytaîem. -...Zaczćî dyszeç i napieraç coraz mocniej - Baőka opowiadaîa z przejęciem. - Nie zwaţaî na to, ţe wyrywa się, szarpie i gîoőno krzyczy (byîa dziewicć, do tego momentu). A gdy hrabia miaî juţ... - zaczerwieniîa się. -Wiem o co chodzi - uspokoiîem jć. -...Wtedy ona sięgnęîa pod îóţko i dűgnęîa go noţem prosto w serce. -Miaî przyjemnć őmierç... -Nie urodziîa więc dziecka. Ţyîa w samotnoőci i tak teţ umarîa. Po őmierci nie poszîa do nieba, ani teţ do piekîa. Zostaîa na ziemi. I straszy. -Urocze - podsumowaîem. - Pojawia się o póînocy? -Ţartuj sobie - powiedziaîa, zrywajćc się na nogi. - Ale to prawda. Moţe sam się o tym przekonasz. Baőka uciekîa. Pozbieraîem swoje rzeczy i ruszyîem na poszukiwanie nowego miejsca. ...III... W őrodku nocy obudziî mnie chîodny powiew na twarzy. Przez chwile leţaîem nieruchomo, zastanawiajćc się czy to moţliwe, aby okno, które wîasnoręcznie zamknćîem, mogîo się samo otworzyç. Bardzo nie chciaîo mi się wstawaç i sprawdzaç. Wîaőciwie co mi tam, niech wieje. U mnie, pod pierzynkć, jest ciepîo i przytulnie. Wtem zauwaţyîem, ţe w pracowni wydobywa się nikîy blask. Jakby odsîoniętej dîonić zapaîki lub őwieczki. -Hej - powiedziaîem niepewnie, siadajćc. - Jest tam kto? Ţadnej odpowiedzi. Przygotowaîem się do szybkiego wstania. -Baőka? - spytaîem bez sensu. - To ty? I wtedy to ujrzaîem. Wyszîa z pracowni jaőniejćc nieziemskim blaskiem. Byîa wysoka, miaîa dîugie jasne wîosy zaplecione w dwa warkocze, dîuga biaîa koszula spîywaîa aţ do podîogi, zasîaniajćc stopy. Serce podskoczyîo mi do gardîa. Spociîem się. -Kim jesteő? - spytaîem. Byîa piękna. Miaîa cudownie symetrycznć twarz i duţe, lőnićce oczy. Koszulę wypychaîy peîne, jędrne piersi, reszty ksztaîtów mogîem się jedynie domyőliç gdyţ skrywaîa je materia ubioru. Zobaczyîem jak porusza ustami. Wydobyî się z nich ledwie sîyszylny szept: "Pomóţ mi...". -Kim jesteő... - powtórzyîem ze őciőniętym gardîem. Nie odezwaîa się. Powolnym ruchem zaczęîa rozplataç warkocze. Kaskada wîosów opadîa srebrnć mgieîkć na jej plecy i piersi. Potem, wcićţ bez sîów, zaczęîa powoli rozwićzywaç troczki koszuli, która w chwilę potem bezszelestnie osunęîa się na podîogę. Staîa przede mnć caîkowicie naga, prawie przejrzysta, nierealna, a jednak istniejćca. Peîne piersi koîysaîy się lekko, pobudzone ruchem, sutki wystćpiîy wyraűnie. Jej ręce opadîy wzdîóţ harmonijnie krćgîych bioder, dotknęîy gîadkich ud. Dîonie bardzo powoli zaczęîy przesuwaç się w kierunku wgórka îonowego, pierwsza dotarîa tam prawa dîoń, zanurzyîa się w gęstych wîosach. Z jej rozchylonych ust wydobyî się cichy dűwięk, który natychmiast pochîonćîem napiętć do granic moţliwoőci uwagć. Do prawej dîoni doîćczyîa lewa, ich palce spotkaîy się na moment, przesunęîy po wargach sromowych, a następnie rozchyliîy je, jak kwiat rozchyla pîatki, gdy wstaje dzień. -Pomóţ mi - szepnęîa ponownie i zaczęîa znikaç. W powietrzu, przez jakiő czas, pozostaî jeszcze dziwny chîód i jakiő nie nazwany zapach. Byîem mokry od potu. Ochîonćîem dopiero po dîuţszej chwili. Minęîo sporo czasu, zanim zdoîaîem przekonaç sam siebie, ţe byî to tylko wymysî mojej wyobraűni, pobudzonej opowieőcić Baőki. ...IV... -Jak się dziő spaîo, panie Tomaszu? - zapytaîa gospodyni przy jajecznicy. -Őwietnie, naprawdę znakomicie - odparîem. - Tutejszy klimat i nastrój tego domu bardzo mi odpowiadajć. Dawno tak dobrze nie spaîem. -To dlatego nie przeniosîam się do miasta - pokiwaîa gîowć. Do kuchni weszîa Baőka. Musiaîa wczeőniej zjeőç őniadanie. Byîa őwieţa i kipiaîa dobrym humorem. -Tomaszu! - powiedziaîa stanowczo. - Dzisiaj niedziela! -Tak przyznaîem. - I co? -I to, ţe jutro wyjeţdţam do szkoîy. Dokîadnie o szóstej. Nie mamy czasu do stracenia! -Proszę? - zdziwiîem się. -Chcę pokazaç ci najwspanialsze widoki, najcudowniejsze miejsca! - Patrzyîa na mie roziskrzonym wzrokiem. - Sam nigdy ich nie znajdziesz! Zaskoczony popatrzyîem na gospodynię. -Radzę panu iőç - powiedziaîa. - Baőka zna caîe góry jak wîasnć kieszeń. Zna takie miejsca, o których nawet ja nie mam pojęcia, a mieszkam tu juţ przecieţ ho, ho!, albo i dîuţej! -Spakuję rzeczy - zdecydowaîem. -Wezmę koc - rzekîa Baőka. -Koc? - uniosîem pytajćco brwi. Ze względu na ograniczonć dîugoőç tekstu cićg dalszy jest przeniesiony do następnego artykuîu.