IV Powoli wracaîem do normy. Od tygodnia regularnie chodziîem na siîownię. Zabijaîem wolny czas, którego miaîem pod dostatkiem, na spotkaniach z Jane, na czytaniu ksićţek, oglćdaniu na wideo starych filmów i wiadomoőci w 24 godzinnym biuletynie informacyjnym. Byî to jedyny program i nie daîo się go oglćdaç dîuţej jak dziesięç minut. Przeglćdaîem teţ z nudów banki danych. Mieli niezîy komputer, a w nim tyle danych, ţe nie starczyîoby mi ţycia na przynajmniej pobierzne zapoznanie się z nimi. Na szęőcie nie byîo tam nic ciekawego. W ogóle nie dziaîo się nic ciekawego. Dwa razy znaleűli kogoő. Męţczyznę i dwunastoletnie dziecko. Dziecko byîo na psychiatrii. Nie byîo chore tylko potwornie zastraszone. Zdziczaîe. W jaki sposób przeţyîo? Nikt nie wie. Dziewczynka nie powiedziaîa ani sîowa od kiedy jć tu przywieűli. Poza tym tylko nuda. W końcu nie wytrzymaîem i poszeîem do biura pracy. Lubię nic nie robiç, ale nie dîuţej jak dwa dni. Nazwa biuro byîa trochę mylćca. Raptem komputer i sekretarka. Wręczyîa mi wydruk dostępnych zawodów. Koîo kaţdego byîa liczba. Wyglćdaîo to na pensję. Zapytaîem jć o to. - To jest w pewnym sensie pensja. Komputer będzie jć panu naliczaç automatycznie. W zalęţnoőci od wysokoőci konta roőnie pański status. Moţe pan za nie kupowaç róţne rzeczy. - A cóţ ja takiego mogę tu kupiç. Jak będę coő potrzebowaî to wyjdę na miasto, zawsze tak robiîem. - odparîem. - Moţe pan mieç większe, luksusowo umeblowane, wielopokojowe mieszkanie z basenem i palmiarnić. Moţe pan sobie kupiç wîasny helikopter. Cokolwiek pan sobie zaţyczy. - odpowiedziaîa zupeînie nie zraţona moim tonem. Tak. Helikoptera nie mógîbym zdobyç od tak sobie wychodzćc w miasto. To brzmiaîo caîkiem sensownie. A ten status, to pewnie tak jak w wojsku ranga. To mogîo oznaczaç wîadzę. Wîadza chyba mnie nie interesowaîa. Z drugiej strony pienićdze dawaîy wolnoőç. Teraz pewnie jest to samo. Zmieniîa się tylko nazwa. Zaczćîem czytaç listę. Astronom... Astrofizyk... Nic ciekawego. Cybernetyk... Kto to w ogóle jest cybernetyk. A to chyba taki od robotów. Nie to teţ nie dla mnie. Nie. To teţ nie. Ginekolog. To juţ na pewno. Internista... Mechanik... Monter... Nie. Nie. To teţ nie. Neurochirurg... Operator dűwigu... o jest, pilot. - Chciaîbym zostaç pilotem. - Stwierdziîem dumnie. Na tej kobiecie chyba nic nie robiîo wraţenia. Stwierdziîa znudzonym gîosem bym poszedî do pokoju 1007 tam dadzć mi więcej informacji. V Byîem juţ pilotem. Dostaîem licencję. Leţaîem na îóţku, mojego nowego mieszkania, oglćdajćc jć i czytćc po sto razy swoje nazwisko, gdy nagle odezwaî się umieszczony w pokoju gîoőnik. Pilot Dave proszony do centrali. Trochę mnie to zaskoczyîo. Wiedziaîem, ţe wezmć mnie do akcji. Ale tak szybko. Trudno. Zerwaîem się z îóţka i pognaîem wćskim, dobrze oőwietlonym korytarzem. Po chwili wbiegîem do centrali. Trzej piloci juţ tam byli. Jednym z nich byî Den, skrót od denaturat, który uczyî mnie lataç. Mówić, ţe ma taki przydomek bo lubi lataç swoim helikopterem po pijaku po nocy. Piloci często kupujć sobie helikoptery. Staç ich na to. Mam nadzieję, ţe mnie teţ będzie. Nie byîo ţadnej narady, ani nic w tym stylu. Gîówny rzuciî mi mapy i powiedziaî, ţe lecę z Denem jako co-pilot w zastępstwie chorego kolegi. Po czym wszyscy podćţyli do windy. Po chwili siedziaîem obok Dena w helikopterze stojćcym w ukrytym pod ziemić hangarze. Za nami siedziaîo czterech ţoînierzy. Nikt nic nie mówiî. Dach hangaru rozsunćî się i wystartowaliőmy. Lecieliőmy nisko. Tuţ nad wierzchoîkami drzew. Patrolujćc wyznaczony nam kwadrat. W oddali widaç byîo miasto. Sîońce, ogromna czerwona kula, spîywaîa sennie za horyzont. W wieczornym őwietle majczćce w oddali miasto wyglćdaîo posępnie. Jak wymarîe. Lecz ono nie byîo wymarîe. Dopiero teraz tętniîo ţyciem. Gdy ludzie-zjawy przemykali ciemnymi ulicami. A opętani przeszukiwali mroczne ruiny w poszukiwaniu jedzenia. Tam wîaőnie lecieliőmy. Den lataî strasznie. Nie wiem czy się popisywaî czy usiîowaî mnie nastraszyç. A moţe coő sobie îyknćî przed lotem. Wolaîem o tym nie myőleç. Zacisnćîem z caîej siîy ręke na uchwycie od drzwi, i wyprostowaîem nogi. Po chwili znowu je zgioîem bo lataîy mi kolana. Po plecach pîynęîy mi struţki potu. Czy ja się baîem? Nie. Ja byîem przeraţony. Wiecie co ten kretyn robiî? Lataî sobie na wysokoőci jakichő pietnastu metrów pomiędzy blokami wirnikiem őcinajćc czubki drzew. - Moţe byő se daî spokój. - Nie wytrzymaîem. - Z czym se mam daç spokój? - Odrzekî z beszelnym uőmiechem od ucha do ucha. Ţoînierze, siedzćcy z tyîu, chichotali gîupkowato. - Skończ wreszcie ty kretynie - Wydarîem się na Dena - i patrz, kurwa, do przodu jak lecisz. Nawet nie wiecie, jak mnie wkurzaî ten jego gîupkowaty uőmiech. Jak ja go mogîem kiedyő lubiç. Nagle Den ostro skręciî gdyţ jeden z ţoînierzy coő zauwaţyî. Po chwili ten sam ţoînierz pochyliî się do mnie. - On tak zawsze straszy koty. Ale to őwietny pilot. Mówię ci, nie ma strachu. To pewniak. Wîaőnie mu chciaîem powiedzieç coő miîego o kotach i pewniakach, ale nie byîo na to czasu, bo lćdowaliőmy wîaőnie na őrodku ulicy. Ulica byîa pusta. Ani ţywej duszy. - Coő ci się chyba... - stwierdziî Den. - Mówię ci, ţe widziaîem - odparî ţoînierz. - Co widziaîeő? - Dwóch ludzi przebiegîo przez ulicę. - Dobra. Przeszukamy te domy. - Odparî inny, najstarszy rangć. Ja zostaîem w helikopterze. Musi byç przy nim minimum trzech ludzi na wypadek ataku. Tym trzecim byî ţoînierz, który mnie próbowaî napawaç optymizmem. - Pewnie się pochowali na widok helikoptera. - rzekîem. - Moţe. - Odpowiedzieî z filozoficznć zadumć Den, co mnie lekko zdziwiîo, bo po dzisiejszym locie miaîem go za kretyna. Nagle usîyszeliőmy strzaîy i chyba krzyk. Nie jestem tego pewny bo őmigîa tnćc powietrze robiîy niezîy haîas. - Kurwa. - Rzekî, bardzo wieloznacznie, ţoînierz, po czym odbezpieczyî karabin i wbiegî na klatkę schodowć domu. Chwyciîem umocowany na burcie cięţki karabin i wycelowaîem w otwór drzwi. Nie na darmo bo po chwili wybiegli z niego opętani. Taki karabin to naprawdę wspaniaîa broń, ale na polowanie by się nie nadawaî, abstrachujćc oczywiőcie od tego, ţe trochę waţyî, to miaî tę cechę, ţe z trafionego serić czîowieka zostawaîo naprawdę niewiele. - Idziemy - Rozkazaîem. Po czym wyskoczyîem z helikoptera, zerwaîem karabin z wysięgnika, a taőmę z nabojami zarzuciîem przez ramię. - Stój! Nie moţesz. - Wrzasnćî Den. - Mamy rozkaz spieprzaç w takich sytuacjach. - Sam spieprzaj, ja idę, tam sć ranni. - Przekrzykiwaîem helikopter, biegnćc do drzwi. Wiedziaîem, ţe nie ucieknie. Byîem tego pewien. Niestety się pomyliîem. Skurwiel zwiewaî. Ţyczyîem mu w tej chwili, wszystkiego co najgorsze. Byîem juţ w drzwiach gdy bîysneîo, hukneîo a podmuch rzuciî mnie na ziemię. I caîe szczęőcie bo nad uchem przeleciaîa mi seria z karabinu. Nie miaîem czasu na myőlenie, w jaki sposób ziőciîy się moje ţyczenia, bo, ţe nie byîem czarodziejem to wiedziaîem z pierwszej ręki. Podniosîem broń i nacisnćîem spust. Z lufy szedî taki ogień, ţe korytarz wyglćdaî jak oőwietlony wîćczonym telewizorem. Na ziemi leţaîy trupy, jedne nasze inne wroga. W zwićzku z pewnymi wîaőciwoőciami oîowiu napędzanego do prędkoőci 1200 m/s, do starych trupów wroga doîćczaîy nowe. Istne piekîo. Krwawa posoka chlapaîa na wszystkie strony. Sîychaç byîo wrzask, huk. Lubicie to, nie. Nie? To po co to czytacie. Wstaîem caîy czas strzelajćc. Nie byîo, co prawda, za bardzo do czego, ale wolaîem nie zostaç zaskoczony. Skończyîa mi się taőma, więc zaîoţyîem drugć, i tym razem nie wznowiîem chwilowo ognia. Przeszukaîem dom. Wszyscy, którzy byli w stanie uciekli przez dziury powybijane w őcianach. Byîo to dziwne bo dziury wyglćdaîy na zrobione celowo. Wrociîem na korytarz. Jedno ciaîo ruszaîo się. To byî ten ţoînierz. Dostaî w klatkę piersiowć. Paskudnie. Ţoînierz jęczaî. Spróbowaîem go opatrzyç. Po czym stwierdziîem pewnym siebie gîosem. - Wyjdziesz z tego chîopie. Wcale nie byîem tego taki pewien. Wstaîem i ruszyîem do drzwi, zobaczyç co się dzieje na zewnćtrz. - Nie zostawiaj mnie tu. - Zajęczaî ţoînierz. - Nie zostawię cie tu, idę zobaczyç jak wyglćda sytuacja. - Bîagam, nie zostawiaj. - Przysięgam, ţe nie zostawie. - Wychyliîem się lekko za futrynę. Nie za bardzo by nie dostaç czymő ostrym. Na zewnćtrz nie byîo specjalnie przyjemnie. Na asfalcie leţaîy pîonćce szczćtki helikoptera, a ja wîaőnie odkryîem, ţe Den byî w sumie őwietnym kumplem. Ţal chîopaka. Po krzakach i w oknach domów kryli się opętani próbujćcy z caîych siî poczęstowaç mnie oîowiem. Nie chcćc sprawiç im uciechy wróciîem na korytarz. - Na zewnćtrz się nie przedrzemy. - powiedziaîem. I wtedy pomyőlaîem o tych dziurach w őcianach. Jakby przejőç do drugiego budynku... - Moţesz iőç. - Spytaîem, po czym nie czekajćc na odpowiedű pomogîem mu wstaç. Wlekliőmy się juţ caîy dzień przez labirynt pokojów i korytarzy. Okazaîo się ţe wszystkie domy sć ze sobć poîćczone takimi wybitymi w őcianach przejőciami. Moţna byîo kilometrami iőç wzdîóţ ulicy, nie wychodzćc na otwartć przestrzeń. Wiedziaîem, ţe za nami idć, ale wiedziaîem teţ, ţe nie zaatakujć w zamkniętej powierzchni. Szybko się uczć. To nie moţe byç tylko, wywoîane chorobć, uszkodzenie mózgu. Nie kaţdy umie zestrzeliç helikopter. Jak oni to, do diabîa, zrobili. Majć broń palnć? Moţe nawet rakiety. Ţoînierz krwawiî mimo opatrunku. Nie byîo z nim najlepiej. Miaî chyba gorćczkę i majaczyî. W zasadzie to go musiaîem prawie nieőç. Robiîem częste przerwy na odpoczynek ale to niewiele dawaîo. Sam miaîem teţ doőç. Wlokîem jego pod jednć rękć, a pod drugć ten cholerny karabin. Waţyî pewnie poîowe tego co ţoînierz. Ale prędzej zostawiîbym ţoînierza niţ ten karabin. Tak teţ, niestety musiaîem zrobiç. Ţoînierz umarî następnego dnia rano. Nawet go nie mogîem pochowaç. Nawet tego nie mogîem dla niego zrobiç. Őcisnćîem w dîoni blachy z jego nazwiskiem. Ţegnaj bracie. VI Chyba zgubiîem poőcig. Samemu byîo mi îatwiej. Przez ten pierwszy rok, gdy byîem sam, no prawie sam, jednak się czegoő nauczyîem. Przydaîo się. Wychodziîem z miasta. System domów juţ dawno się kończyî. Szedîem teraz laskiem na obrzeţach miasta. Zarzuciîem karabin na plecy i nogi się pode mnć ugieîy. Usiadîem. Byîem gîodny, spragniony, zmęczony i őpićcy. Przy czym to ostatnie byîo jeszcze do zniesienia. Zrobiîem maîy remanent. Miaîem karabin, pistolet i nóţ. Z bronić byîo nieűle. Amunicji teţ mi starczy. Miaîem apteczkę. Niestety prawie pustć. Bandaţ, antybiotyki, őrodki przeciwbólowe daîem ţoînierzowi. Zero jedzenia i ţadnych pîynów. Mógîbym próbowaç znaleűç jakiő potok, ale i tak nie ţyîbym dîuţej jak dwadzieőcia cztery godziny po napiciu się z niego wody. Wszystko byîo skaţone chemić i pozostaîoőcić po broni biologicznej. Miaîem teţ mapy, które dostaîem w bazie. I caîe szczęőcie. Cóţ, do bazy miaîem tylko okoîo osiemdziesięciu kilometrów. Byîo to stanowczo za duţo na piechotę. Trzeba będzie wróciç do miasta i poszukaç jakiegoő samochodu. Moţe to byç trudne, bo nie widziaîem tam ţadnego. No pomijajćc ţaîosne szczćtki wozów zdewastowanych przez opętanych. Wiele się zmieniîo od kiedy zamieszkaîem w bazie. Podniosîem się i zaczćîem iőç w kierunku najbliţszej drogi. Moţe przy drodzę coő znajdę. Zdala od miasta nie ma chyba tylu opętanych. Drzewa przerzedziîy się i zobaczyîem autostradę. Stawiaîem krok za krokiem a automat wesoîo pobrzękiwaî o asfalt. Tu musieli zaatakowaç bronić chemicznć, bo byîo kilka rozwalonych aut w rowie. Szybka őmierç. Byîo gorćco. Za gorćco. Straciîem poczucie czasu. Szedîem i szedîem, mijajćc co jakiő czas wraki samochodów, jeden, dwa, trzy, totalny zîom. Nagle mym oczom ukazaî się caîy polonez. Calusieńki. Rzuciîem cekaema i pognaîem do samochodu. Staî na poboczu. Troche przechylony. Po chwili wiedziaîem dlaczego. Zîapaî facet gumę na tylnim kole i wîaőnie jć wymieniaî. Leţaî w rowie, a w zasadzie leţaîo to co z niego po roku zostaîo. Dokończę za niego. Nawet kluczyki byîy w stacyjce. Trudno się zresztć dziwiç. Przekręcam. Ţţţţţţţyt. Akumulator ledwo őwieciî kontrolkami. Niech to szlag. Wróciîem po karabin, po czym przeszukaîem samochód. Jakbym trochę myőlaî to bym przeszukaî kaţdy samochód z leţacych po rowach, ale byîem zbyt zmęczony i gîodny na jasne myőlenie. Na szczęőcie ten samochód przeszukaîem. To co zobaczyîem w bagaţniku zaparîo mi dech. O tym marzyîem. Caîy kontener coli w puszkach. Miaîa obrzydliwy smak. Pewnie byîa przeterminowana. Ale jakoő mi to nie przeszkadzaîo i îapczywie wypiîem cztery puszki zanim zaczćîem przeszukiwaç dalej. Szlag by trafiî moje îakomstwo. Pod kontenerem coli byî taki sam z wodć mineralnć. Wypiîem jeszcze dwie puszki by przepiç smak coli. Niestety nie byîo ţadnego jedzenia. Zaczćîem szukaç dalej. W skrytce byîy landrynki. Zeţarîem wszystkie. Po tej dawce glukozy czuîem się juţ caîkiem dobrze. Odpoczćîem chwilę i zabraîem się za ruszanie samochodu. Przekręciîem kluczyk i zaczćîem pchaç samochód. Mimo samozaparcia i siîy woli nie chciaî rozpędziç się na tyle bym mógî go zapaliç. Usiadîem zrezygnowany. Wypiîem kolejne dwie puszki wody i spróbowaîem od nowa. Droga trochę schodziîa w dóî i w końcu po niezîych akrobacjach wskoczyîem do rozpędzonego samochodu, wrzuciîem dwójkę i puőciîem sprzęgîo. Hurra ! Gaz do dechy i jedziemy. Cićg dalszy nastćpi. Tylko jeszcze nie wiem kiedy. Jeőli podoba wam się tego typu twórczoőç. To napiszcie. Adres gdzieő tu jest. WAYNE! Czego wy tu jeszcze szukacie? Przecierz mówiîem ţe cićg dalszy nastćpi, ale troche póűniej, a nie dwadzieőcia linijek niţej. Aleő ty uparty. NO DOBRA JUŢ, DOBRA. MASZ POCZYTAJ SE! NA ZDROWIE. jhdfrcnunfazhfiknewriudp9guwnre9yoiuhrdpx9miuefp09qewuu0mhp,wyu 92ß03423u0r9w iem0xu09ewur 0uxmuw098r0904802809q8q09458mcm09q34mc9384tmc0983re09dwxjfkjf fwejfoqjewoifuoi7wqohiu hiufhnuzfi uzn iuzziufmoiudfom iugoiufroidv oijfoiejvowejpovkpvkperkmgeemrgkkekfu Opisz co tam wyţej wyczytaîeő. Moţę zrobimy o tym film? WAYNE/ILS WYZWOLENIA 22 40-756 KATOWICE POLSKA