II Obudziîem się w czymő, co przypominaîo szpitalne îóţko, podőwiadomie wiedziaîem, ţe ten pokój o biaîych, zimnych őcianach nie jest szpitalnć izolatkć, jakiő szczegóî którego nie uchwyciîa moja őwiadomoőç, zapewniaî mnie o tym. Dlaczego usiîowaîem przeszkodziç Jane. Poniewaţ ci ludzie wyglćdali na cywilizowanych. A wnioskujćc z tego, ţe jeszcze ţyję, byli nimi. Zawsze lepiej dostaç się w ich ręce niţ w brudne îapska tej dziczy. Zaraz, zaraz, a gdzie jest Jane. - Jaaaane! - wydarîem się na ile pozwalaîy mi obolaîe pîóca. - Jaaaaaaaaaaannneeeee! - O widzę, ţe juţ się pan obudziî. - Stwierdziî niezaprzeczalny fakt męţczyzna w biaîym kitlu, który wîaőnie wszedî do pokoju - to őwietnie, pewnie jest pan ciekaw co panu jest, a w zasadzie byîo. - Jestem ciekaw co z Jane. - Ach, z tć kobietć, która byîa z panem. - Męţczyzna zorientowaî się po chwili o kogo mi chodzi. - Z nić wszystko w porzćdku. Miaîa tylko zadrapania i stîuczenia, teraz őpi. Pan natomiast miaî: urazy klatki piersiowej, czaszki, krwotok wewnętrzny, zwichnięcie stawu biodrowego i ogólne stîuczenia. O ile to moţliwe w pozycji leţćcej to opadîa mi szczęka. - Mieliőmy z panem wiele kîopotów. Najgroűniejszy byî krwotok. Juţ jednć nogć byî pan u wszystkich őwiętych. Wîaőnie zaczynaîem się zastanawiaç, czy ja czasami nie majaczę, gdy facet stwierdziî, ţe musi juţ iőç a ja mam spaç. Niestety uporczywe rozmyőlania nie dawaîy mi zasnćç. Jakaő grupa ludzi zorganizowaîa się na tyle, ţe majć helikopter. Jeőli nim latajć, a wiem z wîasnego doőwiadczenia, ţe latajć, to muszć mieç do niego paliwo. A nawet jakby mieli paliwo, to bez specjalnej obsîugi, pilotów, infrastruktury mogli by nim conajwyţej przycinaç ţywopîot. W dodatku majć ambulatorium, czy co kolwiek to jest. Majć lekarzy, przynajmniej jednego, jeőli oczywiőcie facet w biaîym kitlu jest lekarzem. Muszć mieç sprzęt, leki, salę operacyjnć. Gdyby nie mieli, to bym juţ gdzeő leţaî karmićc szczury. Wnioski byîy oczywiste. To jest maîe, samowystarczalne państwo. I tu się zaczęîo robiç wesoîo, nie zgadzaîo się to bowiem ze zdrowym rozsćdkiem i logikć. Sensownie prowadzona dedukcja zaprowadziîa mnie do nikćd. Bo jak, do cholery, w chaîupniczych warunkach destylowali benzynę lotniczć. W domu to moţna pędziç bimber, a nie paliwo do őmigîowca, ţe nie wspomnę o lekarstwach. Te rozmyőlania tak mnie zmęczyîy, ţe poczuîem jak oczy same mi się zamykajć, a őwiadomoőc powolutku umykaîa gdzieő w cholerę. Rana na ramieniu piekîa jak diabli. Mimo to przedzieraîem się przez stawiajćcć wőciekîy opór roőlinoőç dţungli. Mięőnie, wyçwiczone przy 2g, drgaîy odmawiajćc posîuszeństwa nerwom. On gdzieő tu jest. Od jakiegoő czasu myőlę o nich jak o ludziach. Od jakiegoő czasu wiem, ţe oni sć inteligentni. Nagle coő szarpnęîo mnie za ramię. Serce uderzyîo mi mocniej, poczuîem chîód, który szybko rozpîynćî się po caîym ciele. To tylko pasek lasera zaplćtaî się w zaroőlach. Szarpnćîem. Pasek przesunćî się klinujćc laser miedzy konarami krzewów. Zostawię go tutaj. Zasobnik jest rozîadowany, więc na nic mi się nie przyda, a jest cięţki jak diabli. Nagle zamarîem w bezruchu nasîuchujćc. Idzie tu. Sîyszę trzaskajćce gaîęzie, pomruk jaki wydaje. Cieszy go smak őwieţej krwi. Ale ta krew pîynie w moich ţyîach, a puki pîynie nie będzie mnie îatwo zabiç. Őlizgacz jest juţ blisko. Widzę jak jaőnieje między drzewami. Zdćţę. Pasek nie chce puőciç, im bardziej się szarpię tym mocniej w nim zaplćtuję. Sięgam po nóţ. Po chwili jestem wolny, ale nie biegnę do őlizgacza. Za mnć stoi on. Jest przynajmniej dwa razy szybszy. Uciekajćc straciîbym wszelkie szanse. Rzuciîby mi się na plecy. Őcisnćîem mocniej nóţ i powoli odwracam się do niego twarzć. Jego ponadziewany zębami pysk, rozjaőniîo coő na ksztaît uőmiechu. Nikt nie jest na tyle gîupi ţeby walczyç z nimi twarzć w twarz. Ja nie mam wyjőcia. Jest tylko jedna rzecz która moţe mi pomóc. Zaskoczenie. Naglę rzuciîem się na niego, usiîujćc dosięgnćç go noţem. Lecz on byî szybszy. Uskoczyî w bok, jednoczeőnie przecićgajćc mi po grzbiecie swoimi dîugimi pazurami. Upadîem zwijajćc się z bólu. Przegraîem. Ostatnia nadzieja zawiodîa. Nie daî się zaskoczyç. Poczuîem sîodki smak krwi na ustach. Oczy sasnuîa mgîa. Siedziaîem na îóţku zlany zimnym potem. Dyszaîem cięţko i czuîem jak serce wali mi w piersi. Rękć wymacaîem wîćcznik őwiatîa, który byî nad îóţkiem. Powoli przypominaîem sobie gdzie jestem, a to co przed chwilć byîo moim őwiatem stawaîo się tylko gîupim koszmarem. Po chwili zgasiîem őwiatîo i zasnćîem. III Leţaîem sobie na îóţku rozkoszujćc się bîogim lenistwem, gdy do pokoju weszîa pielęgniarka w osobie Jane i poîoţyîa na moim îóţku őniadanie. - Czeőç. Jak się czujesz? - spytaîa - Moţesz juţ przyjmowaç staîe pokarmy, więc przyniosîam ci őniadanie. Nurtowaîo mnie masę pytań, na które nie znaîem odpowiedzi. Zaczćîem się więc zastanawiaç od którego z nich zaczćç. Nie mogćç się zdecydowaç zaczćîem od jedzenia. Byîem potwornie gîodny. Jane siedziaîa zaőmiewajćc się, gdy ja poţeraîem jakćő papkę. Normalnie nie wzićîbym tego do ust. Ale to chyba normalne jak się dîugo leţy pod kroplówkami. Gdy skończyîem, Jane wzieîa tacę i zaczęîa zbieraç się do wyjőcia. - Muszę iőç - powiedziaîa z przepraszajćcym wyrazem twarzy - Wpadnę póűniej. - Hej, co tu jest grane? - krzyknćîem za zamykajćcymi się drzwiami. W niedomkniętych drzwiach ukazaîa się gîowa Jane. - Wîaőnie idzie Borys, on ci wszystko wytîumaczy. Po chwili ukazaîa się gîowa, jak sćdzę Borysa, a póűniej reszta jego ciaîa. Borys wzićî sobie jakiő stoîek i usiadî koîo îóţka. Wyglćdaî na typowego pracownika naukowego w jakimő państwowym instytucie. Starszy męţczyzna, siwiejćcy w niechlujnie ubranym kitlu i z krzywo zaîoţonymi okularami. Po chwili poprawiî okulary i przemówiî. - Jak się pan czuje panie... e panie... Nie zamierzaîem uîatwiaç mu zadania i ze zîoőliwć uciechć patrzyîem jak się męczy. - Nazywam się Borys - zaczćî z innej beczki - jestem tu pracownikiem naukowym. I tu oczekiwaî, ţe się przedstawię. Ja jednak z nie oczekiwanym sadyzmem znęcaîem się nad nim psychicznie. - No i? - Jak się pan nazywa? - wypaliî Borys, po czym zrobiîo mi się ţal tego nieőmiaîego czîowieka. Poczuîem się okropnie poniewaţ wiedziaîem ţe jest przemiîy. - Dave. - Stwierdziîem sucho, ţeby nie daç tego po sobie poznaç. - A więc, jak się pan czuje panie Dave? - Dobrze. - To dobrze. Zacznę moţe od poczćtku. Jak zapewne pan zauwaţyî, niecaîy rok temu, a dokîadnie 23 maja 1995 wybuchîa III Wojna Őwiatowa. - Faktycznie, nie trudno to byîo zauwaţyç - odparîem. - Nie wdajćc się w strzegóîy Ziemia staîa się poligonem, na którym wypróbowano wszelkie, moţliwe rodzaje broni masowej zagîady. Jednakţe częőç ludzi przeţyîa. A to dlatego, ţe zdćrzono wykorzystaç tylko drobnć częőç potencjaîu tej broni. Wielkie mocarstwa, przewidujćc, iţ taka ewentualnoőç moţe nastćpiç, miaîa awaryjne scenariusze na, nazwijmy to realia ţycia w őwiecie postnuklearnym. Amerykanie mieli scenariusz pod kryptonimem Dark ice, Niemcy mieli swój Welt a Rosjanie Bieîyje noczie. Otóţ wszystkie te kraje pobudowaîy ogromne bunkry, w których mieszczć się fabryki, laboratoria, szpitale, wszystko samowystarczalne. W niecaîy miesićc po zakończeniu wojny przedstawiciele pozostaîej przy ţyciu elity intelektualnej spotkali się razem, by zastanowiç się nad tym co w zaistniaîej sytuacji robiç. Doszîo do poîćczenia wszystkich oőrodków w jeden. A takţe do kilku bardzo ciekawych uzgodnień. Po pierwsze ţe, ţycie na Ziemi jest na dîuţszć metę niemoţliwe i ţe z ekonomicznego punktu widzenia tańsze będzie zaadoptowanie Marsa niţ oczyszczenie Ziemii. A w tej chwili mamy techniczne moţliwoőci dokonania tego. - Tak tylko najpierw trzeba na Marsa polecieç. - A w czym tkwi problem? - zadaî podchwytliwe pytanie Borys. - Widocznie w czymő tkwi, skoro nikt jeszcze na Marsa nie poleciaî. - Bîćd. 24 listopada 1995 na Marsie wylćdowaî lćdownik z dwuosobowć zaîogć. Dwa miesićca wczeőniej zaczeîa dzaîaç bezzaîogowa jednostka badawcza na orbicie Marsa, która byîa bazć dla większego oőrodka zaîogowego. Docelowo mamy zamiar osiedliç się na Marsie. - Zaraz, zaraz. - jęknćîem nienadćrzajćc - więc dlaczego nikt wczeőniej tego nie zrobiî, skoro to takie proste. - Bo nikt tak naprawdę nie chciaî. - Co? - oburzyîem się - jak to nikt nie chciaî. - No niech pan pomyőli, po co komu podróţ na Marsa. - Jak to po co, rozwój nauki, wiedza, nowe technologie... Zaczćîem sobie wreszcie uőwiadamiaç, ţe to nie miaîo sensu. Ţeczywiőcie podróţ na Marsa, nie byîa nikomu potrzebna. Z wyjćtkiem oczywiőcie garstki napalonych naukowców, którzy chcieli się czegoőtam dowiedzieç o budowie wszechőwiata. Zaraz, coő tu nie graîo. - A co pan powie o Galileuszu, Koperniku, Pascalu, Keplerze i chociarzby Kolumbie. - odparîem z chytrym uőmieszkiem. - Zacznijmy od końca. - odrzekî spokojnie - Kolumb odkryî Amerykę wiedziony chciwoőcić i rzćdzć wîadzy, jeőli nie swojć to swoich sponsorów. I to jest őwietny przykîad. Dochodzimy do sedna problemu - opîacalnoőci inwestycji. - Tego mi pan nie musi tîumaczyç studiowaîem ekonomię. - To wspaniale. - szczerze się ucieszyî - niech pan wyobrazi sobie bakterię. Ona stara się przeţyç jak najmniejszym kosztem. - Cholera. Zaczynam rozumieç do czego pan zmierza. Caîa ta nasza cywilizacja, nauka, technika byîa tylko produktem doboru naturalnego rzćdzćcego őwiatem od jego zarania. Caîy nasz őwiat jest tylko efektem najstarszego prawa przyrody, ţe przeţywa najsilniejszy, najinteligentniejszy, najszybszy, najbogatszy. - Tak jest! - wrzasnćî - Juţ od dawna byîo moţliwe wynalezienie leku na AIDS i raka. Juţ od dawna moţliwe byîy loty na Marsa i dalej. Znacznie dalej. Juţ od dawna moţliwe byîo stworzenie inteligentnego komputera. Tylko koszty dalece przekraczaîyby potencjalne zyski. To dlatego badania nad AIDS trwaîy latami - darî się jak nawiedzony polityk - bo naukowcy otrzymywali zbyt maîe dotacje, akcja byîa na mikroskopijnć wręcz skalę w porównaniu z potrzebami. - Moţna prosiç ciszej - Poprosiîem starajćc się przekrzyczeç Borysa, który caîy czerwony z pianć na ustach, obrazowo machaî rękoma. - Przepraszam. - Odpowiedziaî Borys zawstydzony i usiadî spuszczajćc gîowę. - Jestem w to tak zaangaţowany. Rozumie pan, speîniajć się moje odwieczne marzenia. Moja ciekawoőç i rzćdza wiedzy jest silniejsza ode mnie. Rozumie mnie pan? - Tak, tak - Odrzekîem. - Ale jeőli wtedy nikt nie miaî wystarczajćcej iloőci pieniedzy, to teraz nie ma jej tym bardziej. Jest anarchia, przemysî pada, pienićdz raptownie traci jakćkolwiek wartoőç. - Oczywiőcie ma pan rację. Dlatego nie uţywamy juţ pieniędzy. Wszystko co jesteőmy w stanie wytworzyç jest za darmo, liczy się tylko ludzka praca. Czîowiek jest najwyţszć  wartoőcić. - Czyli wracamy do komunizmu. - I to w jak najbardziej czystej formie. Nawet Marks o tym nie marzyî. - To znaczy, ţe mogę nic nie robiç i wy dacie mi chleb i schronienie? - Zapytaîem, wiedzaîem, ţe to niemoţliwe i chciaîem wiedzieç czego chcć w zamian. - No niezupeînie. W naszym őwiecie tylko podstawowe minimum jest za darmo. Za luksus trzeba pîaciç. Inaczej większoőç leţaîaby do góry brzuchem. - Więc czego chcecie. - Pana. Pańskich umiejętnoőci. Pańskich mięőni i pańskiego mózgu. Wszystko inne mamy. Brakuje nam tylko ludzi. To dlatego robimy cićgîe patrole i szukamy, wszędzie ich szukamy. - Z jakim skutkiem? - Marnym. Normalni ludzie juţ dawno powymierali. Ci co się przystosowali, zrobili to na tyle dobrze, ţe nie jesteőmy w stanie ich znaleűç. Częőç przez przypadek trafia w nasze ręce. - Tak jak my? - Tak. - A ci szaleńcy? - Na poczćtku ich takţe îapaliőmy. Domyőla się pan, ţe nie byîo to îatwe. Niestety wywoîane chorobć uszkodzenie mózgu byîo trwaîe. - Co będę robiç? - spytaîem z niechęcić. - Sam pan wybierze zawód. Jeőli będzie pan chciaî moţemy pana nauczyç obsîugiwaç komputer... - Tego mnie nie musicie uczyç. -...albo pilotowaç helikopter. Jeőli tylko ma pan odpowiednie predyspozycje zrobimy z pana pilota. Zaczćîem sîuchaç z zaciekawieniem. Zawsze chciaîem byç pilotem. - Kiedy będzie pan juţ caîkowicie zdrowy pójdzie pan do wydziaîu pracy po dalsze informacje. Muszę juţ iőç. Gdyby miaî pan jeszcze jakieő pytania z pewnoőcić przyjdę jutro. c.d. w następnym artykule...