cg NOGAbw Teraz opowiem o mistrzostwach őwiata w piîce noţnej, które odbywaîy się akurat podczas mojego pobytu. Od czasu, gdy przyjechaîem zostaîy do rozegrania cztery çwierçfinaîy, póîfinaîy i oczywiőcie finaî. Zanim pojechaîem, zastanawiaîem się, czy będę miaî moţliwoőç obejrzenia meczów. Myőlaîem, ţe w USA moţe nawet wcale nie będć transmitowaç meczów, liczyîem, ţe pewnie będzie moţna odbieraç TV meksykańskć. To by byîo niezîe, byç w USA w czasie rozgrywanych tam mistrzostw i nie móc obejrzeç meczów! W nocy, gdy odjeţdţaîem z Polski, akurat Buîgaria pokonaîa Meksyk i weszîa do çwierçfinaîu, więc spodziewaîem się, ţe moi wspóîlokatorzy -- Iwan i Niki będć gorćco zainteresowani oglćdaniem meczów. Oczywiőcie się nie myliîem. Kupili gazetę z programem kilkunastu stacji TV. Okazaîo się, ţe transmisja jest przeprowadzana w sieci ABC, oraz w kilku stacjach hiszpańskojęzycznych, których w Teksasie jest sporo. No i dobra, mecz Buîgarii z Niemcami byî o 1 po poîudniu (Ha, ha -- a u was w Polsce mecze byîy po nocach!). Kiedy nadszedî czas zjawiliőmy się w őwietliczce studenckiej koîo basenu, która znajdowaîa się w tym samym budynku, co nasz office. Znajdowaî się tam gigantyczny telewizor, o wymiarach chyba tak ze 160 na 120 cm. Przegrzebujćc się przez kanaîy, których byîo chyba ze 100 (z czego z 15 po hiszpańsku), znaleűliőmy ABC. Amerykanie nie byli kompletnie zainteresowani meczem. Oglćdaîem go ja, Francuz Emmanuel, oraz oczywiőcie Buîgarzy, czyli Iwan, Niki, Sîawka, Diana i Margarita. Buîgarzy straszliwie przeţywali mecz. No, ale czy wy byőcie nie przeţywali, jakby Polska graîa w çwierçfinale? Mecze w ABC byîy pokazywane w specyficzny sposób. Klasyczne dyscypliny amerykańskie, takie jak baseball, koszykówka, hokej i oczywiőcie futbol (ma się rozumieç amerykański) sć podzielone na więcej częőci, niţ mecz piîki noţnej -- jest kiedy nadawaç reklamy, a tu -- tylko jedna przerwa, a gra trwa 2 razy po 45 minut. I gdzie dawaç reklamy?! A sponsorzy pîacć i wymagajć. Jak to rozwićzano? Otóţ prawie przez caîy czas trwania meczu reklamy byîy prezentowane w caîkiem sporym okienku w górnym lewym rogu ekranu -- byîy to reklamówki oficjalnych sponsorów mistrzostw -- Snickersa, Coca- Coli, MasterCard i jakichő jeszcze sponsorów, których juţ nie pamiętam. Dűwięku w nich nie byîo, bo jakby moţna byîo oglćdaç mecz? A zatem treőç reklam wygîaszaî... komentator. Wyglćdaîo to tak: Kiedy gra wkraczaîa w mniej ciekawć fazę, gdy wyglćdaîo na to, ţe przez kilkanaőcie sekund nic istotnego się nie wydarzy, pojawiaîy się w rogu reklamy i komentator -- wyraűnie się spieszćc -- zaczynaî swoje wywody, ţe "MasterCard brings the world together" itp. Najőmieszniej byîo, gdy nie sprawdzaîy się przypuszczenia, co do rozwoju sytuacji na murawie i jednak coő się zaczynaîo dziaç pod bramkć. Wtedy komentator gîupiaî, plćtaî teksty reklam, nie wiedziaî, o czym ma mówiç -- czy o Snickersie, czy o akcji na boisku. Naprawdę byîo to bardzo őmieszne. Jeőli dobrze pamiętam, to pierwsi gola strzelili Niemcy, potem Stoiczkow tuţ przed przerwć wyrównaî z karnego. A moţe z wolnego? Nie pomnę, ale w kaţdym razie wyrównaî. Buîgarzy wprost oszaleli. Zaczęli fikaç kozioîki, krzyczeç, őpiewaç, őciskaç się itp. Najbardziej ekspresywny w wyraţaniu swych uczuç byî Iwan. Przez caîy mecz ani na chwilę nie usiadî. W przerwie meczu najpierw byîo studio mistrzostw őwiata. W nim rozmawiali komentatorzy (byîo ich dwóch) z gwiazdami druţyny USA -- Alexi Lalasem (to ten rudy z dîugimi wîosami i brodć), bramkarzem Tonym Meolć i napastnikiem Erikiem Wynaldć, a takţe kontuzjowanym w meczu z Brazylić Tabem Ramosem, który jeszcze utykaî. Piîkarze trochę tam komentowali, ale gîównie odstawiali show -- przede wszystkim znany zgrywus Lalas, który wyczyniaî róţne sztuczki z piîkć, oraz őpiewaî swoje piosenki przy wtórze gitary. W ogóle w USA robi się bardzo duţo, by spopularyzowaç soccera, czyli piîkę noţnć. Puszcza się między meczami reklamy, które nie reklamujć ţadnego konkretnego produktu, a po prostu piîkę noţnć jako bardzo atrakcyjnć grę. Pokazuje się, jak grajć najlepsi zawodnicy, jak grajć dzieci na ulicy, kreuje się soccera jako grę dla kaţdego. Nawet reklamy zwykîych produktów nawićzujć do piîki noţnej. Np. reklama soku cytrynowego: Trwa mecz piîki noţnej, jeden z zawodników wyglćda jak typowy Czarny cwaniaczkowaty raper -- luűne ciuchy, na gîowie chustka a la pirat. Kiedy piîka leci mu wprost na pięknć gîówkę, on nie odbija jej gîowć, a îapie w ręce, chwyta mocno, chowa pod ramieniem (typowy chwyt futbolu amerykańskiego) i zaczyna pędziç przez boisko nie patrzćc na nic. W pewnej chwili tuţ przed nim wyrasta sędzia z wycićgniętć przed sobć ţóîtć kartkć. Zawodnik hamuje z gîoőnym "piskiem opon". Sędzia stoi z wycićgniętć w przedzie ţóîtć kartkć. Gracz luzackim gestem bierze od niego tę kartkę, skîada na niej autograf i z uőmiechem oddaje sędziemu, po czym pędzi dalej z piîkć w rękach. Osîupiaîemu sędziemu ktoő podaje butlę z apetycznym ţóîtym sokiem cytrynowym, którym ten się orzeűwia. Następnie widzimy tego cwanego Czarnego zawodnika, jak pije ze smakiem ten sam napój. Po chwili znowu piîka leci do niego z góry. Juţ wystawia ręce, ţeby jć zîapaç, ale nie udaje się mu to i piîka wpada prosto "na gîówkę", po czym szybuje w stronę bramki i wpada do siatki. Nasz bohater na to z zawadiackim uőmiechem -- "Wow! I should wear my helmet!", czyli "Powinienem ubraç mój heîm!". Akurat w przerwie meczu przybyli znajomi Amerykanie -- Jeff z obsîugi campusu i Czarny student Mike. Kiedy zobaczyli tę reklamę, pokîadali się ze őmiechu. Gdy spytaliőmy się, kim byî ten zawodnik z reklamy, okazaîo się, ţe to znana gwiazda futbolu amerykańskiego. Nie pamiętam niestety jego nazwiska, no ale co w końcu -- ile wy znacie gwiazd futbolu zza oceanu? No ile? No wîaőnie, ja tyle samo. Zresztć niewaţne. Przyznam, ţe ta reklama rzeczywiőcie byîa zabawna i jednoczeőnie reklamowaîa napój i piîkę noţnć. Mike i Jeff zostali na drugć poîowę. Zadawali caîy czas pytania w stylu: czy jak bramkarz dotknie piîki, zanim ta wpadnie do siatki, to czy jest gol? A kiedy jest faul? A czym moţna dotykaç piîki? Byîo to z ich strony bardzo miîe -- okazywaç tyle zainteresowania. Tîumaczyliőmy im co się da, ale gdy przyszîo do spalonego, to nie jestem pewien, czy zajarzyli. W kaţdym razie Jeff przychodziî od tej pory na kaţdy mecz. Nie muszę chyba wam mówiç, jak cieszyli się Buîgarzy z wygranego meczu. Pamiętacie, jak w 1982 Polska weszîa do póîfinaîu. Przypomnijcie sobie, co wtedy czuliőcie. Buîgarzy byli tym bardziej dumni, ţe mecz oglćdali teţ przedstawiciele innych nacji -- ja, Francuz i Amerykanie. Oczywiőcie trzeba byîo uczciç sukces i nasi bracia Sîowianie z Baîkanów urzćdzili maîe co nieco dla swych przyjacióî z Europy i z USA. Jeden z póűniejszych çwierçfinaîów -- mecz Szwecja-Brazylia rozgrywany byî w pobliţu Tyler, w jednej z teksańskich metropolii, przez którć zresztć dostaliőmy się do Tyler. Mowa oczywiőcie o Dallas i stadionie Cotton Bowl. Niestety, nie byîo nas staç na to, by osobiőcie obejrzeç mecz, a na pewno byîoby to őwietne przeţycie. W kaţdym razie, gdy oglćdaliőmy ten mecz, mieliőmy goőci z któregoő ze sportowych kanaîów TV. Tych kanaîów sć dziesićtki, więc nawet nie pamiętam dokîadnie jego nazwy. Pamiętam tylko, ţe w nazwie byîa cyfra 7. "Sports 7", czy "Super 7" -- jakoő tak. Mili panowie kręcili program o tym, jak to studenci z Europy Wschodniej oglćdajć soccera. Miaîa to byç ciekawostka mówićca o tym jak odbierajć piîkę noţnć ludzie z jej kolebki, czyli z Europy. Bardzo miîo się z nimi gawędziîo. Zarówno çwierçfinaîy, jak i póîfinaîy oraz finaî mistrzostw obfitowaîy w rzuty karne, które miaîy rozstrzygaç wynik meczu po remisowej dogrywce. I wîaőnie ten element gry strasznie podobaî się Amerykanom którzy wpadali z ciekawoőci obejrzeç mecze. Buîgarzy niestety przegrali swój póîfinaî z Wîochami i w sobotę 17 lipca mieli graç ze Szwecjć o 3 miejsce. Tego meczu jednak nie mogliőmy obejrzeç, a to dlatego, ţe na tę wîaőnie sobotę nasz wykîadowca dr Lefevre przewidziaî dla wszystkich studentów z Europy wyprawę do Dallas! To wîaőnie dlatego musiaîem odmówiç Marlene odwiedzenia jej w ten weekend i przeîoţyliőmy wizytę na następny tydzień. My -- Polacy mieliőmy jechaç oczywiőcie z naszym nieocenionym Andrew Czarneckim, a reszta towarzystwa ze Stevem Lefevrem i z dr Stefanowć -- która przyjechaîa z Buîgarii, by prowadziç na uniwersytecie wykîady z literatury buîgarskiej. cg SALON WARSZAWSKIbw Wczeőniej jednak, w pićtek czekaîo nas jeszcze jedno wydarzenie, czyli wizyta na przyjęciu u pana Hama, czyli prezydenta uniwersytetu. Nie wiem dokîadnie, jak przetîumaczyç jego funkcję na polski, ale byî to po prostu Najwaţniejszy-Facet-Na-Caîym-Uniwersytecie-W-Ogóle. A zatem wizyta u nie byle kogo. W USA byç zaproszonym do czyjegoő domu to wielki zaszczyt. W pićtek wieczorem zatem ubraliőmy się elegancko, wsiedliőmy do samochodów, dr Lefevre pokazywaî drogę, my z Andrew jechaliőmy za nim. Reszta Europejczyków jechaîa z dr Stefanowć i z męţem Węgierki Kati, który miaî wypoţyczony samochód. Wyjechaliőmy na przedmieőcia, do dzielnicy, gdzie mieszkajć wyîćcznie Biali bogacze. Zajechaliőmy przed biaîy dom w stylu kolonialnym. Jeőli oglćdaliőcie jakieő filmy z czasów wojny secesyjnej, dziejćce się na Poîudniu, to dom pana Hama wyglćdaî podobnie, jak na takich filmach. Przed domem znajdowaî się pięknie utrzymany trawnik, pan Ham staî tuţ za progiem i witaî wszystkich goőci. Sprawiî na mnie wraţenie nieco sztywniackiego urzędnika, ale mogîo byç gorzej. Następnie przedstawialiőmy się juţ obecnym goőciom prezydenta uniwersytetu. Akurat koîo mnie znalazîa się jakaő miîa i îadna pani, więc przedstawiîem się w uprzejmych sîowach. Kiedy usîyszaîa, ţe jestem z Polski, powiedziaîa "Och, bardzo mi miîo, ja mówię po polsku." Brzmienie wîasnego języka w obcym kraju, w momencie, gdy się tego najmniej spodziewamy zawsze robi piorunujćce wraţenie. W pierwszej chwili ma się wraţenie, ţe gîos w ojczystym języku dobiega jakby zza drzwi, jakby byî stîumiony i nierzeczywisty. To po prostu z powodu zaskoczenia. Okazaîo się, ţe owa pani (niestety nie pamiętam juţ jak się nazywaîa, ale w kaţdym razie po polsku) jest tîumaczkć na uniwersytecie i ţe urodziîa się w Polsce i wyjechaîa do Stanów z rodzicami w wieku 2 lat. Po polsku mówiîa jednak znakomicie, nie moţna byîo zauwaţyç nawet őladu angielskiego akcentu, czy wtrćcania angielskich sîów. Na pewno lepiej mówiîa w naszym języku, niţ nasz kompan Andrew. Party byîo strasznie sztywniackie, byî to istny "Salon Warszawski" z III częőci "Dziadów" Mickiewicza. Caîa banda sztywniaków -- goőci pana Hama, wszyscy ze sztucznymi uőmieszkami na twarzach, wszyscy krćţćcy wkoîo, gromadzćcy się w grupkach i gadajćcy o wszystkim i o niczym. Jedynymi sensownymi ludűmi byli nasi studenci z Europy -- Buîgarzy, Węgierki i Francuz, owa polska tîumaczka z uniwersytetu, Andrew, dr Coroneu (to ta od naszych studentów-pomocników, juţ o niej wczeőniej wspominaîem), no i oczywiőcie my -- Polacy. Z Amerykanów zwróciî mojć uwagę jakiő cudak-drćgal-chuderlak w przykrótkiej marynarce i zaçpanych, mętnych oczach, który przeţywaî swojć ostatnić podróţ do Moskwy. Ten byî jeszcze do rzeczy. Inni amerykańscy goőcie to egzaltowane paniusie z wyszczerzonym w uőmiechu garniturze zębów. "Co, z Polski? O, jak miîo? Masz na imię Barbara? Ojej, jak miîo! Ja teţ jestem Barbara? Ach! Wy w Polsce teraz budujecie wszystko od nowa! Och, studiujesz zarzćdzanie, będziesz menedţerem, to wy będziecie budowaç nowć Polskę! Och! Cip, cip! Ach! Pupa, pupa!" Zupeînie nie byîo z nimi o czym gadaç. Dobrze przynajmniej, ţe jedzenie i picie byîo dobre. Jak przystaîo na przyzwoity dom z Poîudnia, goőciom usîugiwali Czarni niewolnicy. Tfu! Przepraszam! Sîuţćcy! A to zmieszaç i podaç drinka, a to zebraç pozostawione gdzieő po kćtach talerzyki, a to zapytaç, czy goőciom czegoő nie potrzeba. "Tak jest, proszę pana."; "Juţ przynoszę, proszę pana." itp. U pana Hama naprawdę czuje się, ţe się jest na Poîudniu. Ma się wraţenie, ţe wyjrzawszy przez okno ujrzy się pola baweîny z pracujćcymi niewolnikami. W tej bogatej dzielnicy najwybitniejszych obywateli miasta wszyscy majć Czarnych lub meksykańskich sîuţćcych. Dom Hama teţ byî w porzćdku, jaki on miaî basen, jaki ogród -- jak nie przymierzajćc w Dynastii. Party na szczęőcie nie trwaîo zbyt dîugo -- 2 godziny i byîo po wszystkim. Pan Ham zebraî wszystkich w salonie, wygîosiî mowę na czeőç studentów z Europy, ţyczyî nam miîego pobytu, owocnej nauki itp. Na odchodnym dostaliőmy wszyscy prezenty -- czapeczki uniwersyteckiego klubu golfowego i firmowe termosiki University of Texas at Tyler, do picia zimnych napojów przez sîomkę -- na przykîad na wykîadach. W ţyciu nie byîem na takiej nudnej imprezie, ale zdaję sobie sprawę, ţe obiektywnie rzecz biorćc dobrze się staîo, ţe prezydent nas zaprosiî i ţe się u niego pokazaliőmy. Wróciliőmy na campus i kaţdy myőlaî juţ tylko o jutrzejszej wycieczce do Dallas. Wyjazd miaî byç o 10.30, więc umówiliőmy się, ţe Andrew przyjedzie o 10.00. cg WYCIECZKA DO DALLASbw Rano spotkaliőmy się koîo office'u z dr Stevem Lefevrem, z dr Stefanowć, z naszymi kumplami z Węgier i Buîgarii, no i oczywiőcie z Andrew Czarneckim. Plan byî taki, ţe dr Lefevre pojedzie pierwszy i będzie pokazywaî drogę, a my za nim. No więc ruszyliőmy. Fotokomórka otworzyîa bramę campusu, Lefevre wyjechaî, a za nim od razu wtryniîa się Stefanowa. Andrew jakoő od samego poczćtku za nić nie przepadaî, ale teraz się wőciekî. Poprzedniego dnia miaî okazję zobaczyç, jak kiepskim kierowcć jest ta kobieta i przeczuwaî, ţe moţemy mieç problemy przez to, ţe od Lefevra jesteőmy nić oddzieleni. Kiedy tylko wyjechaliőmy za miasto, Stefanowa od razu zaczęîa zostawaç w tyle za Lefevrem. Byîo to dla nas o tyle niebezpieczne, ţe jeőli powtryniaîyby się pomiędzy nas jakieő samochody, to grupa ulegîaby rozbiciu. Póî biedy jeőli chodzi o dojechanie do Dallas, ale jak moţna sobie poradziç juţ w samym mieőcie nie znajćc drogi? No i oczywiőcie po chwili ktoő jć wyprzedziî. Postanowiliőmy zatem zapobiec niebezpieczeństwu i wyprzedziliőmy ten samochód, póűniej tę gîupić kobietę i teraz trzymaliőmy się tuţ za Lefevrem, a ona juţ nas nie obchodziîa. Szybko wyjechaliőmy na międzystanowć autostradę nr 20, która miaîa nas doprowadziç juţ do samego Dallas. W USA jeűdzi się doőç szybko, praktycznie nie schodzi się poniţej 130-140 km/h. Ale moţna sobie na to pozwoliç na tak utrzymanej drodze. Na kaţdej międzystanowej autostradzie co rok wymieniana jest caîa nawierzchnia. Nie jest to wbrew pozorom nadgorliwoőç. Gdyby tego nie robiono, to bardzo szybko trasa zostaîaby kompletnie rozjeţdţona, gdyţ ruch jest naprawdę ogromny. Bardzo duţć częőç tego ruchu robić trucki -- potęţne osiemnasto-, albo dwudziestodwukoîowe cięţarówki, które sć podstawć transportu w Stanach. Truckami wozi się prawie wszystko, pocićgi sć bardzo maîo uţywane. Pasaţerskimi niemal nikt nie jeűdzi, wszyscy uţywajć wîasnych samochodów lub -- na dalsze trasy -- samolotów, zaő towarowe teţ zostaîy wyparte przez znacznie wygodniejsze w uţyciu, szybsze i mogćce zajechaç pod sam cel podróţy cięţarówki. Pocićg jest naprawdę rzadkim widokiem na Poîudniu Stanów. Nie widziaîem w czasie swego pobytu ani jednego pasaţerskiego i tylko jeden towarowy, ale za to porzćdny -- miaî 6 lokomotyw i ze 2 mile dîugoőci, Andrew powiedziaî, ţe wîaőnie takie pocićgi towarowe tu jeţdţć, jeőli w ogóle się pokaţć. Jeszcze co do trucków -- jest ich naprawdę zatrzęsienie, chyba poîowa samochodów na autostradzie to wîaőni one. Wyglćdajć naprawdę wspaniale -- potęţna kabina z wysuniętym do przodu silnikiem, z tyîu wielka buda dla kierowcy, ogromne pionowe rury wydechowe, które wyglćdajć jak kominy i kilkunastometrowa naczepa. Wszystko bîyszczćce i efektownie pomalowane -- w róţnego typu pîomienie, bîyskawice, drapieţne ptaki, lwy, gepardy itp. rzeczy, majćce podkreőlaç prędkoőç, moc i potęgę wozów oraz męskoőç ich kierowców. Trucki jeţdţć strasznie szybko -- szybciej niţ samochody osobowe. Po prostu kierowcom się spieszy, ţeby zaoszczędziç czas, za co dostajć dodatkowe premie. Z prędkoőcić 130 km/h nie ma sensu się pchaç na szybszy pas autostrady. Od razu usîyszymy ryk klaksonu trucka, gîoőny i przeraűliwy jak w lokomotywie, ţćdajćcy od nas usunięcia się na bok. Jeőli nie jedziemy póîcięţarówkć, a zwykîym samochodem osobowym (tak jak my z Andrew), to po chwili widaç w bocznej szybie ogromne koîa wyprzedzajćcego nas kolosa. Trucki przeciętnie jeţdţć gdzieő tak 150 km/h. Jechaç po takiej autostradzie to naprawdę przyjemnoőç. Czuç, ţe jest się w USA. Pędzi się po drodze, wokóî trawa aţ po horyzont, stada bydîa, pola baweîny, przed tobć zbiegajćce się na horyzoncie pasy drogi, raz po raz wyprzedza cię truck, z naprzeciwka teţ cićgnie ich szereg, w radiu muzyka country, przy drodze wielkie tablice reklamowe, na kaţdym zjeűdzie powiewajć ogromne flagi USA i Teksasu na wysokich masztach, a wokoîo peîno pomp naftowych nieustannie kiwajćcych się w górę i w dóî. Ten nastrój przypomina tzw. amerykańskie kino drogi. W pewnym momencie, gdzieő tak w poîowie drogi zauwaţyliőmy, ţe na naszym pasie zagęszczenie samochodów dziwnie się zwiększyîo, zaő tempo jazdy dziwnie się zmniejszyîo. Jechaliőmy coraz wolniej i wolniej, w końcu osićgnęliőmy takć prędkoőç, ţe maszerujćcy pieszo czîowiek by nas wyprzedziî. No wîaőnie, wyglćdaîo na to, ţe wpadliőmy w korek. Po chwili juţ kompletnie utknęliőmy i wszystkie samochody się zatrzymaîy. Nie mieliőmy pojęcia, co byîo przyczynć korka, gdyţ sznur samochodów sięgaî aţ po horyzont. Co jakćő minutę posuwaliőmy się o kilkanaőcie metrów do przodu. W takim tempie zajechalibyőmy do Dallas za kilka dni. Co bardziej niecierpliwi i krewcy kierowcy zaczęli zjeţdţaç po nasypie autostrady na prawo, gdzie równolegle cićgnęîa się mniejsza, jednopasmowa jezdnia. Chcieli podjechaç nić do przodu w nadziei, ţe "wyprzedzć" korek. Takich mćdrych byîo jednak na tyle wielu, ţe rychîo z jednego korka zrobiîy się dwa i teraz nawet ktoő, kto przebywaî tylko jakiő lokalny dystans po tej równolegîej drodze, zostaî zablokowany na amen przez samochody z autostrady, które tam wjechaîy. Za moment nadleciaî helikopter, który na autostradach międzystanowych jest na normalnym wyposaţeniu policji drogowej i peîni patrole, wypatrujćc korków. Co bowiem mogîaby zrobiç policja w sprawie rozîadowania korka, jeőli uţywaîaby samochodu i sama utknęîa wraz z innymi? Helikopter nadleciaî zza nas i poleciaî na poczćtek korka. Widzieliőmy, ţe gdzieő tam daleko w przodzie lćdowaî. Wreszcie posuwajćc się w őlimaczym tempie zobaczyliőmy miejsce, przed którym korek się zatrzymaî. Stćd samochody pojedynczo byîy przepuszczane przez policję dalej. W czasie tego posuwania ta gîupia Stefanowa, która jak pamiętacie jechaîa za nami, skusiîa się na wjechanie na drugi -- szybszy pas, który chwilowo byî mniej zatîoczony. Wyprzedziîa nas, ale potem zatkaîa się na amen, chciaîa wróciç na nasz pas, ale daîa się wykiwaç i ze dwa samochody wepchnęîy się pomiędzy nas, a nić. Kiedy byliőmy juţ blisko policji, zobaczyliőmy stojćcy helikopter i kilka radiowozów obok trucka z porysowanć i pogniecionć blachć pokrywy silnika i coő, co chyba kiedyő byîo samochodem, a teraz tkwiîo wbite w przegrodę między pasmami autostrady. Byî to sprasowany do gruboőci 50 centymetrów blok ţelastwa, który -- sćdzćc po wyglćdzie i wielkoőci -- stanowiî niegdyő budulec sporej terenowej póîcięţarówki. Próbowaliőmy zagadnćç policjantów kierujćcych ruchem, kiedy z prędkoőcić 5 km/h obok nich przejeţdţaliőmy, ale powiedzieli tylko "Move, move!", czyli coő w rodzaju "Dalej, ruszaç się!". Nie chcieli nam nic powiedzieç, ale byîo oczywiste, ţe truck zderzyî się z tym samochodem i przygwoűdziî go w peînej prędkoőci do betonowej przegrody pomiędzy przeciwnymi pasami ruchu autostrady. Trzeba przyznaç, ţe wyglćdaîo to straszliwie i od tego czasu juţ nie namawialiőmy Czarneckiego na jeţdţenie szybkim pasem ruchu, czyli tym, którym poruszajć się trucki. Wydostaliőmy się wreszcie na wolnć częőç drogi i pojechaliőmy dalej. Stefanowa jakimő fuksem do nas dobiîa i znowu jechaliőmy razem w cztery samochody. W pewnym momencie ujrzaîem coő, co wydaîo mi się nieco dziwaczne. Byîo to duţe stado zwierzćt na pastwisku, ale zwierzętami tymi nie byîo typowe teksańskie bydîo "longhorns", ale... wielbîćdy, a őciőle rzec biorćc dromadery. Okazaîo się, ţe w Teksasie jest caîkiem sporo wielbîćdzich farm, gdzie hoduje się te zwierzęta dla weîny i dla mięsa. Gdy zobaczyîem wielbîćdzić farmę, to nie zdziwiî mnie póűniej widok stad innych ciekawych zwierzćt, a mianowicie strusi, które to równieţ sć na Poîudniu bardzo popularne. Ich mięso jest bardzo drogie w eleganckich restauracjach, a z piór robi się wiele poţytecznych rzeczy. Jak przejrzycie artykuî "American Adverts" to znajdziecie trochę ciekawych ogîoszeń, które z pewnoőcić was zainteresujć, jeőli macie zamiar zaîoţyç hodowlę tych ptaków. Tak to wreszcie z 45 minutowym opóűnieniem dotarliőmy do tablicy z napisem "DALLAS". Po wjechaniu do miasta nadal jechaliőmy nadal 130 km/h tć samć autostradć nr 20, która przechodzi przez caîe Dallas. Od tej chwili naleţaîo bardzo uwaţaç i trzymaç się Lefevra, gdyţ jeőli np. przegapilibyőmy odpowiedni zjazd z autostrady, to nie byîoby moţliwoőci tam wróciç, kolejny zjazd byîby z milę dalej i juţ raczej byőmy się nie spotkali tego dnia z resztć ludzi. Ruch samochodowy i komplikacja dróg sć wprost niesamowite. Teraz dopiero porzćdnie zobaczyîem wielkie miasto od wewnćtrz, gdyţ w Nowym Jorku widziaîem z okien autobusu tylko slumsy, a potem jeszcze Nowy Jork i Dallas z lotu ptaka, ale nie bezpoőrednio. Miasto jest wprost ogromne, sprawia przygniatajćce wraţenie. Kiedy jedzie się jeszcze przedmieőciami, to na horyzoncie widaç zarys centrum wypeînionego drapaczami chmur. Caîy czas jedzie się autostradć, która ma w mieőcie po osiem pasów w kaţdć stronę, musieliőmy więc naprawdę uwaţaç, ţeby nie zgubiç naszego przewodnika. Przejeţdţa się przez potęţne napowietrzne skrzyţowania dróg, które w najdziwniejszy sposób wijć się i przeplatajć. Trzeba naprawdę mieç refleks i niezîy îeb, ţeby się w tym wszystkim orientowaç i w takiej pięciopoziomowej plćtaninie dróg na skrzyţowaniu wybraç wîaőciwy kierunek. Dîugie odcinki autostrady prowadzć nie po ziemi, a uîoţone sć na sîupach. Jeőli np. pomyli się drogę i nie wjedzie się na takie powietrzne odgaîęzienie, to moţna jechaç 5 mil doîem wzdîuţ drogi, którć chcieliőmy jechaç i nie mieç moţliwoőci dotarcia tam. Naprawdę, dopiero teraz zobaczyîem, co to jest ruch samochodowy. Ruch w Warszawie w porównaniu z tym to trasa dla rowerzystów. Kiedy wjedzie się do centrum, to ma się wraţenie, ţe poruszamy się na dnie ogromnego wćwozu. Niebotyczne drapacze chmur przesîaniajć prawie zupeînie niebo i wokoîo widaç jedynie szkîo i lustrzane szyby, którymi powykîadane sć powierzchnie tych budowli, oraz setki i tysićce őwietlnych reklam i ruchomych neonów, które nawet w dzień sć nieűle widoczne. Poruszajćc się w tej miejskiej dţungli dotarliőmy do pierwszego miejsca, które mieliőmy obejrzeç. Byî to mianowicie największy w Dallas luksusowy dom towarowy "Galleria". Celowo uţywam sîowa "dom towarowy", nie byî to bowiem zwykîy supermarket, a zgromadzone pod jednym dachem na gigantycznej powierzchni na czterech piętrach najróţniejsze mniejsze, większe i ogromne sklepy -- zazwyczaj doőç drogie, i bardzo eleganckie. Zwie się to "shopping-center". W wielkim mieőcie nie ma tyle powierzchni, co w Tyler, ţeby kaţdy jeden sklep fundowaî sobie wielki parking przed swym budynkiem. Zamiast tego sć parkingi piętrowe, które czasem majć po kilkanaőcie kondygnacji w górę i kilka w dóî. Kiedy wjechaliőmy do parkingu, to trzeba byîo jechaç prawie na samć górę, ţeby znaleűç wolne miejsce, gdyţ na dole wszystko byîo zajęte. To naprawdę őmieszne wraţenie -- jeűdziç samochodem po budynku, w dodatku caîy czas skręcajćc, wjeţdţajćc na podjazdy i przeciskajćc się przez wćskie korytarze. Ma się wraţenie, jakby się podróţowaîo po labiryncie w grze RPG, a zaraz zza rogu wyskoczy jakiő dziwny stwór. Parkingi piętrowe, które widziaîem w Dallas sć o wiele wyţsze od tych, które moţna zobaczyç w większych miastach w Polsce, więc jeőliby ktoő nie wiedziaî, ţe to parkingi, to wyglćdaîoby to dla niego, jakby w Dallas samochody parkowaîy caîymi tabunami na dachach domów, gdyţ wozy wjeţdţajć aţ na sam szczyt parkingów. Kiedy wyszliőmy wreszcie we wnętrzu parkingu z klimatyzowanych samochodów, stwierdziliőmy, ţe powietrze nie jest zbyt przyjemne -- nie doőç, ţe upaî taki, ţe wőciec się moţna, to jeszcze do tego zapach spalin, samochodów i rozgrzanych plam oleju nie stwarzaî w budynku parkingu przyjemnego nastroju. Czym prędzej poszliőmy do windy, pojechaliőmy trochę wyţej i wysiedliőmy juţ w rzeőkim klimatyzowanym powietrzu korytarza prowadzćcego do jednej z kondygnacji centrum handlowego "Galleria". No, muszę przyznaç, ţe gdy tam wszedîem, to wraţenie byîo przygniatajćce. Ogromna, ogromna, ogromna hala, przykryta przezroczystć kopuîć, przez którć widaç strzelajćce wokóî w niebo drapacze chmur o lustrzanych powierzchniach, odbijajćce się w sobie nawzajem. "Galleria" nie przez przypadek tak się nazywa, gdyţ kaţda z czterech kondygnacji wyglćda następujćco -- wokoîo wzdîuţ őcian powierzchnie sklepów, a w őrodku wielka dziura od ziemi aţ po sklepienia. Po prostu jakby wzićç dom z normalnymi, oddzielnymi piętrami, a potem na őrodku podîogi kaţdego z pięter wycićç owalnć dziurę dokîadnie w tym samym miejscu na kaţdym piętrze, pozostawiajćc pas podîogi wzdîuţ őcian. W zwićzku z takć konstrukcjć przebywajćc na jednym piętrze moţna byîo przynajmniej fragmentarycznie zobaczyç, co dzieje się na innych kondygnacjach. W "Gallerii" znajduje się 61 sklepów z odzieţć, w większoőci naleţćcych do najznamienitszych domów mody na őwiecie. Wőród tych sklepów moţna znaleűç najróţniejsze -- z ubraniami dla kobiet, dla męţczyzn, dla dzieci, dla kobiet w cićţy a nawet dla kobiet o "nietypowych" rozmiarach, które w USA sć wîaőnie raczej typowe. Potem mamy 6 sklepów z antykami, ale nie sć to takie graciarnie, które poprzednio opisywaîem. Tu kupuje się najelegantsze meble, obrazy, szkîo, srebra, porcelanę itp. Dalej jest 17 księgarni i sklepów pamićtkowych, 9 sklepów z kosmetykami, 2 tytoniowe, 4 optyczne, 11 elektronicznych (sprzęt grajćcy itp.), 8 jubilerskich, 8 z artykuîami skórzanymi, jak torby, walizki, portfele itp., 7 muzycznych, 17 obuwniczych, 5 sportowych, 3 zabawkowe, 30 restauracji. Oprócz tego kilkadziesićt innych sklepów, nie podpadajćcych pod te kategorie -- komputerowe, wędkarskie, salony samochodowe i inne. Razem ponad 200 sklepów, z których większoőç na tyle duţa, ţe je same moţna nazwaç domami towarowymi. Oprócz tego mamy czterogwiazdkowy hotel z caîć infrastrukturć, kilkadziesićt zakîadów typu salon pięknoőci, fryzjer, fitness-center itp., a takţe kino z pięcioma salami projekcyjnymi, banki, komenda policji Na dolnej kondygnacji na őrodku znajduje się wielki sztuczne lodowisko, na którym przygrywa muzyka i tabuny ludzi (gîównie dzieci) jeţdţć caîy czas na îyţwach. Wszystko razem jest pięknie urzćdzone, wszędzie wokóî mnóstwo kwiatów, dywanów -- Francja-elegancja. Jeőli się tego nie widziaîo, to naprawdę trudno uwierzyç, ţe moţe istnieç tak gigantyczny sklep -- no bo w ostatecznym rachunku jest to po prostu sklep. Ţeby wszędzie zajrzeç na chwilę, trzeba by chyba caîego tygodnia. Jedyne, co tam kupiîem to 4 widokówki z Dallas po $0.25 za sztukę i podwójnego Big Maca z duţymi frytkami i Coca-Colć za $2.45 w MacDonaldzie na lunch. To byîy caîe moje zakupy w wielkiej "Gallerii", ale tam nie trzeba nic kupowaç, a wystarczy się poprzechadzaç, ţeby miîo spędziç czas. Kiedy nadeszîa umówiona godzina zebrania się, czyli 13.00, brakowaîo Iwana, na którego trzeba byîo czekaç ze 20 minut, ale nie moţna go byîo zostawiç, bo mogîoby z nim byç krucho. ........ cdn dalej ..........