2KPaluszki lizaź/Marcin Gierszner FBCB Paluszki lizaź FCCA 16 Grudnia 2000 Zbliūajā siė ōwiėta. Nie bėdā to juū takie ōwiėta jak w zeszīym roku. Ani pīatka ōniegu. Gówno! Sīowo, którego tak czėsto uūywam. Dziėki niemu woīajā na mnie Gówniarz. Jednak jak prawdziwie oddaje ono rzeczywistoōź. Caīy ōwiat to gówno. Oddaīem swojā porcjė ūarcia za ten zeszyt i oīówek... Dawno nie miaīem na czym pisaź... Kiedyō byīem wielki. Byīem znany. Moja firma przynosiīa miliardowe dochody. A teraz co? Gówno! Zaczėīo siė od Jugosīawi raban podnieōli Serbowie, Chorwaci i Muzuīmanie, a skoļczyīo na Stanach i Rosji. Wielkie Bum! Jak zawsze jeden chciaī mieź wiėcej od drugiego. Niewielu przeūyīo. Garstka. A byīo nas prawie szeōź miliardów. Moja ūona, dzieci, znajomi wszyscy oni wyparowali. Ja przeūyīem... Jeszcze do wczoraj chciaīem umrzeź, doīāczyź do moich bliskich. Moja egzystencja nie miaīa sensu. Zabrano mi osoby, które wiele dla mnie znaczyīy. Bez nich mój ōwiat byī pusty. Dziō mam po co ūyź. Miaīem sen. Wiem, ūe mogė ocaliź Ziemiė. Tė peīnā cierpienia i bólu planetė. Pozostaje pytanie czy warto? Chyba jednak trzeba spróbowaź... Miasto to tylko ruiny. Ludzie waīėsajā siė bezsensownie po ulicach. Kaūdy stara siė ūyź przeszīoōciā. Przeszīoōciā i wspomnieniami. Wszyscy razem skupiajā siė jedynie o siódmej rano przed punktami gdzie dajā ūarcie. Jeūeli w ten sposób moūna okreōliź te kawaīki miėsa. Pewnie ludzkiego miėsa. Tam moūna zrobiź interes. Moūna zdobyź trochė potrzebnych przedmiotów w zamian za inne. Ostatnio udaīo mi siė nawet wymieniź pompkė do roweru na dobre buty. Ūal mi siė robi gdy patrzė na to zbiorowisko zniszczonych ludzi. Sam przecieū jestem jednym z nich. Uwaūajā mnie za wariata. No tak, ktoō kto zamienia porcjė jedzenia na zeszyt musi mieź nierówno pod czaszkā. Ludzie ūyjā razem to pozwala im przetrwaź, jednak za īyk wody obdarliby ciė ze skóry. Nie ma podziaīu na biednych i bogatych. Rzādzā silniejsi. W Mieōcie omijano mnie, traktowano jak chorego dziwaka. Miaīem spokój. Co bėdzie gdy podejmė swe poszukiwania? Dzisiaj mój ostatni dzieļ w Mieōcie. Jutro wyruszam szukaź miejsca z mojego snu. 17 Grudnia 2000 Dziō byīo wyjātkowo zimno. Jakieō trzydzieōci stopni w skali celsjusza. Wyōmienita pogoda na podróū. Byī to dobry znak. Ūegnali mnie wszyscy znajomi. Ich sīowa wyraūaīy smutek, ale oczy radoōź. Nie mam im tego za zīe. Bādś co bādś jedna morda do wyūywienia mniej. Wiėcej dla nich. Zaīoūyīem nowe buty, wrzuciīem do torby kilka rzeczy i tak w samych tylko spodenkach Gówniarz ruszyī w ōwiat. Nie miaīem konkretnego planu drogi. Instyktownie wiedziaīem gdzie mam iōź. Przewėdrowaīem jakieō dziesiėź kilometrów. Wszėdzie pustki. Mijaīem miasta w których nie miaīem nawet cienia nadzieji na posiīek. Ludzie unikali mnie. Nie byīo w tym nic dziwnego. Byīem osobā mogācā pozbawiź ich posiīku. Obcym. Nie byīo tam miejsca dla takich jak ja. Wspominaīem ōwiat który pamiėtam. Zielone drzewa, bīėkitne niebo, biaīe chmury. Teraz wszystko byīo czerwonawoszare. Czerwone niebo, szara ziemia. Ludzie wyglādali jak upiory z telewizyjnych horrorów. Zniszczona skóra, brak niektórych koļczyn... Gdy TO siė staīo nie byīo mnie tu. Wīaōnie wracaīem z konferencji. Ūona, córka zamieniīy siė w obīok gazu. Byīy na wycieczce. W samym ōrodku wielkiego Bum. Wypluwajāc z ust kurz zdawaīem sobie sprawė z ludzkiej gīupoty. Moūna byīo oszczėdziź wiele istnieļ, ale pycha wziėīa górė. Przez bezmyōlnoōź paru ludzi ōwiat stanāī w obliczu zagīady. Teraz nie byīo drzew, wszystkie zwierzėta wyginėīy. Moūna jeszcze tylko spotkaź kota, moūe dlatego, ūe ūyjā dziewiėź razy. Chciaīem umrzeź. Próbowaīem popeīniź samobójstwo. Wtedy pojawiī siė sen zesīany przez Boga. Odzyskaīem cel ūycia... Z zadumy wyrwaīa mnie maīo usposobiona grupka nastolatków. Niewiele brakowaīo bym staī siė czyimō obiadem. Udaīo mi siė uratowaź dziėki resztce mojego miėsa, które ciėūko zdobyīem jeszcze w Mieōcie Odeszli zadowoleni swojā zdobyczā. Byīo mi ich ūal. Mieli moūe okoīo szesnastu lat. Po ich wyglādzie oceniīem, ūe musieli byź bardzo blisko wybuchu. Skóra zīaziīa im z rāk i twarzy. Niewiele ūycia mieli przed sobā. Nie czuīem do nich zīoōci jedynie wspóīczucie... Muszė jednak troszczyź siė o siebie. W koļcu to Ja idė by ich ocaliź. Teraz zostaīem bez jedzenia. W tym ōwiecie byīo to najwiėksze bogactwo. 18 Grudnia 2000 Spaīem w piwnicach starego budynku. Krėciīo siė tam kilku ludzi jednak nie sprawiali wraūenia wrogo nastawionych. Miīe byīo moje zaskoczenie rano, kiedy okazaīo siė, ūe nic nie zginėīo z mojego ekwipunku. Pogoda dziō byīa normalna. Piszāc te sīowa mam na myōli jasne czerwone bezchmurne niebo i okoīo trzydzieōci osiem stopni celsjusza. Postanowiīem ruszyź w dalszā drogė bez próby zdobycia ōniadania. Ōmiesznie to brzmi: ōniadanie. Byī to przecieū posiīek bėdācy jednoczeōnie ōniadaniem, obiadem i kolacjā. Nazwa pozostaīa chyba tylko z powodu pory jego spoūycia. Po trzech godzinach drogi zauwaūyīem jakieō obozowisko. Paliī siė ogieļ, czuīem zapach pieczonego miėsa. Ōlina sama ciekīa mi po brodzie. Podkradīem siė bliūej. Siedmiu mīodzieniaszków przyūādzaīo sobie kolacjė. Nie miaībym szans jeūeli by mnie zauwaūli. Jestem juū stary nie sprostaībym im. Postanowiīem iōź dalej. Powoli miasteczko zaczėīo znikaź z horyzontu. Szedīem sam przez pustkowie bėdāce kiedyō pewnie jakāō wioskā. Co krok natrafiaīem na puste ruiny typowych wiejskich domków. Niestety wszystkie byīy juū ograbione przez hordy zīodziejaszków. Gīód i pragnienie dokuczaīy mi coraz bardziej. Jutro muszė zdobyź coō do jedzenia i przede wszystkim do picia. W tej temperaturze nie ujdė daleko bez wody. Klimat od wybuchu zmieniī siė w uīamku sekund. Zrobiīo siė strasznie gorāco. Po pewnym czasie ci co przeūyli przyzwyczajili siė do tych temperatur. Czerwony Krzyū organizowaī punkty ūywieniowe niestety nie dla wszystkich starczaīo. Nie byīo ūadnych prób odbudowy Miasta. Nie z powodu braku pieniėdzy one byīy. Powodem byī brak ludzi i ūywnoōci. Wszyscy poczuli siė jak mieszkaļcy gorācej Afryki. Ludzkoōź rychīo zmierzaīa ku upadkowi. Rozmyōlajāc wreszcie znalazīem miejsce na nocleg. W opuszczonym (tak mi siė poczātkowo wydawaīo) budynku. Zastaīem tam zwīoki kobiety i dziecka. Byī to przeraūajācy widok. W Mieōcie wiėkszoōź ciaī pochowano. Zapomniaīem juū jak wyglādaīo spalone ludzkie ciaīo. Uīoūony z kostek wėgla ksztaīt czīowieka. Pobiegīem w kāt gdzie zwymiotowaīem. Wróciīy wspomnienia: ūona, córka, a wraz z nimi wātpliwoōci co do sensu podróūy. Bez nich mój ōwiat byī niczym. Czy warto ratowaź pustkė? Īzy spīywaīy mi po policzku. Z wysiīkiem pochowaīem zwīoki. 19 Grudnia 2000 Wczoraj dīugo nie potrafiīem zmruūyź oka. Przeōladowaīo mnie wspomnienie spalonych ciaī. Rankiem ruszyīem w dalszā podróū. Nie wiedziaīem jak daleko jeszcze do celu. Jedno byīo pewne. Muszė tam iōź. Temperatura pozostawaīa w okolicach czterdziestu stopni. W gardle czuīem brak ōliny. Nie dokuczaī mi gīód, choź juū dīugo nie miaīem nic w ustach. Na pierwszy plan wysunėīo siė pragnienie. Idāc przez wyludnione tereny traciīem nadziejė na to, ūe znajdė choź odrobinė wody. Odczuwaīem zawroty gīowy. Czėōciej musiaīem odpoczywaź. W pewnym momencie zdawaīo mi siė, ūe widzė czīowieka. Krzyczaīem, biegīem w jego stronė. Wszystko to okazaīo siė zīudā. Miraūem mojej wyobraśni. Nie uszedīem daleko. Wielokrotnie mniej niū wczoraj. Zlekcewaūyīem idācego drogā staruszka. Byīem pewien, ūe to znów moja gīowa pīata mi figle. Czīowiek przeszedī obok mnie. Poczuīem jego zapach, a kurz który wzbijaī idāc osiadī na mych butach. Dopiero wówczas zreflektowaīem siė. Gwaītownie odwróciīem gīowė, ale staruszka juū nie byīo. Nie dowiedziaīem siė czy istniaī on naprawdė, czy byī tylko wytworem mojej wyobraśni. Kurz jednak byī prawdziwy. Wieczorem dowlokīem siė do jakiejō starej chatki. Ledwo stojāc na nogach przygotowaīem sobie posīanie. 20 Grudnia 2000 W przeciwieļstwie do wczoraszej nocy sen nadszedī szybko. Byī to wīaōnie ten sen. Ciemne niebo, gwiazdy, których teraz juū nie byīo widaź. Ōwiatīo. Prawdziwe, elektryczne ōwiatīo w oknach. Przed domem uōmiechniėci ludzie. Bezwātpienia byīy to stare czasy. Co gna mnie do tego budynku? Co powoduje, ūe to wīaōnie tam upatrujė szansy na ocalenie Ziemi? Byź moūe ksztaīt przypominajācy mi swój stary dom, byź moūe dziecko stojāce na werandzie, które wyglāda jak moja córka, byź moūe niebo tak bardzo przypominajāce to stare peīne gwiazd. Nie mogė zaprzestaź poszukiwaļ. Dziwne myōli krāūā mi po gīowie. Muszė odnaleśź ten dom ze snu. Aby jednak udaīo mi siė osiāgnāź cel muszė zdobyź odrobinkė wody. Jest znów bardzo gorāco. Jeszcze cieplej niū wczoraj. Na pewno powyūej czterdziestu stopni. Ruszė dalej, moūe natrafiė na kogoō kto odstāpi mi trochė prowiantu. Zwijaīem koc. Przypominaī mi on dywan w naszym mieszkaniu. Ile razy stawaī siė on dla nas miejscem miīosnych igraszek. Wspomnienie to tchnėīo we mnie nowā siīė. Za wszelkā cenė odnajdė ten dom! Byīem juū gotowy do drogi gdy usīyszaīem jakiō gīos na zewnātrz. Ktoō zbliūaī siė do mojej kryjówki. Obserwowaīem ich (bo byli to oni) przez okno. Wyglādali na ludzi w moim wieku. Postanowiīem podejōź do nich i poprosiź o wodė. Nie miaīem wyjōcia. I tak by mnie znaleśli. 21 Grudnia 2000 Kreōlė te sīowa z trudem. Okazaīo siė, ūe wody jescze trochė mieli, ale brakowaīo im gīównego dania. Miaīem nim zostaź. Nie byīo sensu podejmowaź walki. Jeden z nich miaī spluwė. Starego poczciwego "kaīasza". Postanowili mnie nieco pokopaź przed pociėciem na kawaīki. Pierwszy cios w brzuch zwaliī mnie na kolana. Zanim zdāūyīem siė zwināź na ziemi i nieco osīoniź jeden z nich kopniėciem zmieniī mojā geometriė nosa. Krew spīynėīa mi na brodė i poczuīem sīony smak w ustach. Po dwóch nastėpnych kopniėciach w gīowė straciīem przytomnoōź. Ocknāīem siė wieczorem. Nie byīem zwiāzany widocznie nie mieli nic pod rėkā. Jeden z tych skurwieli znalazī mojā torbė i wysypaī jej zawartoōź. Leūāc bez ruchu obserwowaīem caīā sytuacjė. Wziāī do rėki zdjėcie mojej rodziny, zapaliī je od ogniska. Chwilė póśniej przypaliī nim papierosa. Coō tknėīo mnie. Zaczėīėm dusiź w sobie zīoōź. Chciaīem zerwaź siė i zabiź drania. Na szczėōcie zwyciėūyī rozsādek. Postanowiīem jeszcze nieco poleūeź udajāc nieprzytomnego. Poczuīem jak īza spīywa mi po policzku. Wciāū miaīem przed oczyma widok palācego siė zdjėcia... Jakieō dwadzieōcia minut póśniej jeden z nich podszedī do mnie i kopnāī w kolano. Tego bólu nie umiaīem wytrzymaź. Krzyknāīem. Od razu podbiegīa reszta. Ten dupek, który spaliī zdjėcie wyciāgnāī nóū. Parė sekund szarpniny. Znów zainkasowaīem kilka kopniėź. Jedno w okolicy krocza pozostaīe w twarz. Moja krew pobrudziīa ich ubrania. Przy ostatnim ciosie juū prawie nie czuīem bólu. Nie mogīem straciź przytomnoōci w tym tkwiīa moja szansa. Skurwiel obciāī mi wszystkie palce lewej rėki. Powoli. Delektowaī siė moim bólem. Zwaliīem siė na ziemiė nie tracāc jednak przytomoōci. Podeszli do ogniska. Moje palce przypiekali nad ogniem. Jeden z nich nieopacznie zostawiī "kaīasza" obok mnie. Zebraīem w sobie siīy. Podpierajāc siė na resztkach lewej dīoni chwyciīem karabin. Miaīem nadziejė, ūe jest naīadowany... Byī. Pierwszy wpadī w ognisko. Trzech nastėpnych ledwie zdāūyīo siė obróciź. Czwartego zostawiīem sobie na deser. To byī ten od zdjėcia. Jak ōwietnie wyszkolony pies speīniaī moje ūyczenia. Po tym jak sam (za mojā delikatnā namowā oczywiōcie) obciāī sobie kilka paluszków wyrównaīem rachunek kopniėź. Swojā drogā moje nowe buty sprawowaīy siė caīkeim dobrze. Ostatecznie zakoļczyīem masakrė kulkā w ōrodek czoīa. Wypiīem trochė ich wody. Zapaliīem znaleśonego papierosa. Caīa ta scena wydaīa mi siė komiczna. Zaczėīem siė gīoōno ōmiaź. Paluszki lizaź! Póśniej jeszcze kilka razy traciīem przytomnoōź. Zaīoūyīem na dīoļ prowizoryczny opatrunek z kawaīka moich spodenek. Byle tylko nie wdaīo siė zakaūenie. O dziwo czuīem siė teraz bardziej pewien. Miaīem trochė wody, papierosy (byī to naprawdė luksus) no i karabin. Za nic nie mogīem siė zmusiź do zjedzenia palców tego drania. Ciāgle mnie mdliīo. Majāc jednak mojego nowego przyjaciela "kaīasza" juū wkrótce powinienem zdobyź coō na przekāskė. 22 Grudnia 2000 Wczoraj caīy dzieļ odzyskiwaīem siīy. Dziō znów byīem w stanie ruszyź w dalszā drogė. Nie pochowaīem tych drani. Tylko szkoda moich siī. Dokīadniej przeszukaīem ich majdan. Niestety nie byīo tam juū niczego godnego mojej uwagi. Rėka nie wyglādaīa najgorzej. Jeūeli moūna tak oczywiōcie powiedzieź o rėce bez palców. Pogoda byīa dobra. Trochė zimniej niū zawsze. Uznaīem to za dobry znak. Pognaīo mnie na poīudnie. Chyba przez piėź godzin nie spotkaīem ūywej duszy. Wszėdzie znajdywaīem zwīoki ludzi. Byīem juū chyba blisko epicentrum wielkiego Bum. Ciaīa byī coraz trudniejsze do rozpoznania. Przypominaīy zwykīe kamienie. Szybko siė mėczyīem. Wciāū nie mogīem zaspokoiź pragnienia. Woda znów siė skoļczyīa. Zuūywaīem jā szybciej niū zazwyczaj. Przedwczorajsze spotkanie dawaīo znaź o sobie. Wreszcie zauwaūyīem ludzi. Odczekaīem do wieczora. Pod osīonā ciemnoōci zakradīem siė w pobliūe ich obozowiska. Byīa to kobieta i jakiō dzieciak. Obserwowaīem ich okoīo póī godziny. Nie wyglādali grośnie. Jednak najwaūniejszā rzeczā dla mnie byīo to, ūe mieli co jeōź. Poszedīem w ich kierunku. Chīopak zerwaī siė z jakimō scyzorykiem w dīoni. Poczāī biec w mojā stronė. Dopiero widok mierzācej w niego lufy "kaīasza" podziaīaī uspokajajāco. Kobieta przywoīaīa go do siebie. Podszedīem bliūej. Daīem im do zrozumienia, ūe nie mam zīych zamiarów. Poprosiīem tylko o trochė wody i kawaīek miėsa. Kobieta powiedziaīa, ūe nie majā miėsa. Kīamaīa. Nie mogīa wiedzieź, ūe obserwowaīem ich juū od pewnego czasu. Widziaīem jak kryīa ūarcie pod kamieniem. Chīopca wciāū miaīem na muszce. Powiedziaīem, ūe jeūeli nie da mi miėsa chīopak umrze. Nie posīuchaīa. Nie wiem co we mnie wstāpiīo. Nagle poczuīem ból odcinanych palców, smak krwi, zapach pieczonego miėsa. Nie mogīem tego znieōź. Chciaīem to jak najszybciej zakoļczyź. Pociāgnāīem za spust. Chīopak dostaī w szyje. Padī na ziemiė nawet nie krzyczāc. Kobieta pobiegīa do niego. Odwróciīem siė i poszedīem w stronė kamienia pod którym ukryīa miėso. W tym momencie poczuīem ból w ramieniu. Ta suka ugodziīa mnie noūem. Uderzyīem jā w twarz. O dziwo utrzymaīa siė na nogach. Poprawiīem nogā. Zwinėīa siė z bólu. Krzyknāīem, ūe jestem odkupicielem naszych grzechów idė by uratowaź ōwiat, a ona ūaīuje mi odrobiny jedzenia. Przyīoūyīem jej karabin do gīowy. Krzyczaīa. Sekundė potem nastaīa cisza... Pod kamieniem gówno byīo. Jakieō obrazki ōwiėtych, grzebieļ i stara gazeta. Byīem pewien, ūe chowaīa tam ūarcie. Cóū nikt nie jest doskonaīy. Dziō nie miaīem juū oporów przed zjedzeniem palców chīopaka. Gīód zwyciėūyī. 23 Grudnia 2000 Wiedziaīem, ūe jestem blisko. Znów miaīem sen. Bardziej wyrazisty niū zawsze. Juū niedaleko powinieļ byź dom. Jednak nie mogīem dojrzeź co bėdzie w ōrodku. Pogoda nie zmieniīa siė od wczoraj. Rzadko siė to zdarzaīo. Zrobiīem zapas ūarcia. Niestety wciāū brakowaīo mi wody. Kobieta i chīopak trochė mieli, ale to napewno nie starczy mi na dalekā drogė. Moūe odnajdė swój cel przed wyczerpaniem zapasów. Wėdrowaīem przez pustkowie. Istna pustynia pustyļ. Nie byīo tu widaź nawet ruin budynków. Ku memu zaskoczeniu czerwone niebo teū mogīo wyglādaź piėknie. Brakowaīo tylko ptaków. Jutro pierwsze ōwiėto. Narodziny Mesjasza. Pierwsze ōwiėto bez rodziny. Zawsze na tė uroczystā chwilė wracaīem do domu. Teraz teū szedīem do domu. Byī on nie mniej waūny od tego starego. To w nim mogīem znaleśź ratunek. Zastanawiaīem siė dlaczego znalazīa siė tutaj ta kobieta. Nie byīa mocno poraniona. Nie mogīa znajdowaź siė tutaj w czasie wybuchu. Byź moūe teū czegoō szukaīa. Byź moūe teū wracaīa do domu. Nie wiedziaīem jak siė to staīo. Jak mogīo dojōź do tego, ūe staīem siė tacy jak reszta. Staīem siė bestiā. Wyrzuty sumienia zniknėīy jednak szybko. Moim celem byīo przeūyź, a oni stali na mej drodze. Zagraūali mojemu ūyciu. Na szlaku nie widziaīem juū nawet skaī. Oszczėdzaīem wodė jak mogīem. Prawie nic nie piīem. Znów pojawiīy siė majaki. Postanowiīem zakoļczyź podróū na dziō. Kīadāc siė spaź zauwaūyīem na horyzoncie ōwiatīo. Prawdziwe ōwiatīo. Juū wiedziaīem. To byī cel mojej podróūy. 24 Grudnia 2000 Niewiele spaīem szybko wyruszyīem w dalszā drogė. Chciaīem jak najprėdzej dostaź siė do tego domu. Nie mówiīem tego wczeōniej gīoōno, ale bezustannie wierzyīem, ūe oni ūyjā, ūe to wīaōnie mojā rodzinė zastanė w tym budynku. Oni uratowaliby ōwiat. Mój wīasny, maīy ōwiat. Pogoda nie byīa tak īaskawa jak wczoraj. Gorāco jak diabli. Nie zwaūaīem juū na brak wody. Byīem tak blisko celu. Do miasta dotarīem przed zmierzchem. Od razu zauwaūyīem dom. Identyczny jak w moim ōnie. Baīem siė tam wejōź. Baīem siė zastaź zwykīy opuszczony dom. Wiedziaīem jednak, ūe muszė. Nie po to przebyīem taki kawaī. Muszė tam wejōź. Otwarīem drzwi. Pustka. Nie wiedziaīem czego szukaź. Wszedīem na piėtro. Kilka pokoi. Wszėdzie nic. Byīem zrozpaczony. Nie byī ich tu, nie byīo tu niczego co mogīo by uratowaź ōwiat. Masa bezsensownych przedmiotów. W porywie wōciekīoōci zaczėīem wszystkim rzucaź. Ze ōcian spadaīy wiszāce jeszcze obrazy. Mój gniew nie znaī granic. Przebyīem caīe kilometry tylko z powodu jakiegoō gównianego snu. Straciīem palce, zabiīem bezbronnych ludzi... Wówczas dostrzegīem swój bīād. To wszystko moja wina. Zabiīem kobietė z dzieckiem. Zabiīem ich bez powodu... Staīem siė niegodny Boga. To byīa próba. Miaīem cierpieź tak jak On ten który siė dziō narodzi. Zabiīem teū tych drani. Oni mieli ūyź. To Ja miaīem umrzeź jak nasz Odkupiciel. Nikt nie daī mi prawa odbieraź komuō ūycia. Byīem nadziejā ludzkoōci, ale zawiodīem... Teraz wiedziaīem co robiź. Miaīem jeszcze kilka naboi w karabinie. Uklėknāīem. Oparīem "kaīasza" kolbā o ziemie. Lufė przyīoūyīem do brody. Īzy zaczėīy mi spīywaź po policzkach. Zaczėīem gīoōno recytowaź: "Spowiadam siė Bogu Wszechmogādzemu... ". Palec powoli zaciskaī siė na spuōcie. Nagle usīyszaīem gīos. Gīos z piėtra. Szybko pobiegīem na górė. Poczātkowo miaīem kīopoty z rozpoznaniem miejsca z którego dochodziī. Jednak po chwili wszedīem do pokoju. Zauwaūyīem stojācā w kācie koīyskė. Podszedīem bliūej. Z koīyski spoglādaīy na mnie oczy pīaczācego niemowlaka. Wziāīem go na rėce i pocaīowaīem w czoīo. Wreszcie zrozumiaīem. FDCB Marcin Gierszner Sierpieļ 1995 FCCA ->this article was imported by Insert/Amnesty<-