N I C W I Ë C E J Devoth/SAS - Powiesiê sukinsyna! A ôcierwo wrzuciê do rzeki! - Na stos z nim! Jak sië trochë przypiecze inaczej bëdzie ôpiewaî! - Zabiê jak psa! Na pal go! Ludzie wykrzykiwali przekleïstwa. Rzucali grudami ziemi i kamieniami. Wymachwiali piëôciami i podrëcznâ broniâ: paîkami, widîami, siekierami. Na ôrodku placu staî mëûczyzna w szarym pîaszczu i ciemnym, skórzanym ubraniu. Jego twarz byîa czëôciowo przesîoniëta opadajâcym rondem kapelusza. Mimo to, widaê byîo krew z rozbitego kamieniem czoîa cieknâcâ mu po policzku. Oparî sië plecami o prëgierz. W rëku ôciskaî kurczowo dîugi miecz z biaîego mithrilu o falistym ostrzu. Nerwowo rozglâdaî sië wokóî w poszukiwaniu drogi ucieczki. Niestety, ludzie otoczyli go i krâg powoli sië zacieôniaî. Z tîumu wysunâî sië wysoki czîowiek w luúnych szatach i kapturem zsuniëtym na oczy. Podniósî do góry rëce. Trochë ucichîo. - Macie teraz przed sobâ winowajcë! To on odpowiada za zarazë! To po jego przybyciu rozszalaîa sië Czarna Ômierê! Czy nie mówië prawdy? Tîum ryknâî wôciekle na potwierdzenie sîów mówcy. W kierunku otoczonego posypaîy sië znów kamienie. - Zamilknijcie! Zapytam go, co ma na swojâ obronë. Rozlegî sië pomruk niechëci. Mimo to, nikt nie odwaûyî sië sprzeciwiê. Mëûczyzna odwróciî sië w kierunku prëgierza i ruszyî w stronë osaczonego czîowieka. Zatrzymaî sië w odlegîoôci dwóch metrów. - Keith Heyss? Chyba sië nie mylë? Poznaîbym cië nawet w piekle. Îowca czarownic podniósî gîowë. Na twarzy jego odmalowaîo sië zdziwienie. Opuôciî miecz, wbiî go w ziemië i oparî sië na nim. - Kim jesteô? Czego chcesz? Pewnie zemsty... - Taak... Jak widzë, wiesz juû o co mi chodzi. Twoja ômierê powinna mi wystarczyê, ale nie wiem czy wystarczy mojej siostrze. Ona umieraîa znacznie dîuûej, niû mogë to zapewniê tobie. Stosy to wasza zawodowa specjalnoôê, nieprawdaû? Sprawdúmy wiëc, jak tam z twojâ pamiëciâ. Mëûczyzna zrzuciî kaptur. Jego ogolona gîowa, oszpecona przebiegajâcâ wzdîuû prawego policzka szramâ byîa dumnie uniesiona. Zaciôniëte usta wykrzywiî w pogardliwym uômiechu. Przymruûone oczy wpatrywaîy sië z wyûszoôciâ w îowcë. - Nie powiem, ûebyô wyîadniaî Vlad. Widocznie okîady z îajna skavenów ci nie sîuûâ. Ale tak, poznajë cië, Vladzie Karenin. - Wesoîo ci, psie - uômiech nie znikaî z jego ust - Zobaczymy jak zaszczekasz na îaïcuchu. - A jednak nie zdechîeô. Ktoô wpakowaî twoje flaki do ôrodka? Kiedy odjeûdûaîem z Yarskowa, potykaîeô sië o swoje jelita i nie wyglâdaîeô na zbyt pewnego siebie. - Jak widzisz nie tak îatwo pozbyê sië kislevskiego wîadyki. Nawet, jeôli pozbawi sië go wîadzy i spróbuje podstëpnie zabiê. Teraz napojë twojâ krwiâ Khorne'a i jego demony. - Chaos zawîadnâî tobâ na dobre. Powinienem byî sië domyôleê, ûe ty teû... - Nie. Nie pomyliîeô sië. Wtedy - nie. Dopiero po ômierci Mariny. Poprzysiâgîem wtedy zemstë. Za kaûdâ cenë. Teraz nadszedî mój czas. Jutro zapîacisz za jej cierpienia. Daî znak w stronë tîumu i oddaliî sië spokojnym krokiem. Zza szeregu wyjechaîo kilku konnych. Najemnicy. Ostatnio zbyt czësto ich spotykaî. Rozplenili sië ponad miarë. Ktoô powinien zajâê sië tâ plagâ. Keith pozostaî w miejscu. Obserwowaî przeciwników. Czekaî na atak. Kaûdy z nich miaî umocowanâ na lewym przedramieniu minikuszë. Zaîoûyli strzaîy na ciëciwy. Zbliûyli sië trochë i zaczëli go okrâûaê. Po kilku sekundach skierowali broï w jego stronë. Strzaîki poszybowaîy niemal równoczeônie. Poczuî niewielkie ukîucia w uda. Pochyliî sië i wyszarpnâî beîty bez ûadnych problemów. Groty byîy caîkiem zwyczajne. Wiedziaî juû, o co im chodziîo. Sam czësto tak robiî. Spróbowaî sië ruszyê, ale nogi odmówiîy mu posîuszeïstwa. Bezwîad powoli ogarniaî jego ciaîo. Jeszcze chwilë staî oparty o prëgierz. Krâûâcy wokóî niego jeúdúcy zaczëli powoli rozpîywaê sië, ich kontury sië zamazaîy. Ôwiat zawirowaî wokóî i zapanowaîa ciemnoôê. *** Ocknâî sië przykuty do pala. Najmniej ucieszyî go fakt, ûe wokóî sîupa, do którego przymocowano îaïcuch, ktoô uîoûyî sporej wielkoôci ognisko. Podniósî sië. Najemnicy siedzieli w pobliûu, a jeden z nich bacznie sië mu przyglâdaî. Dobiegaîy do niego fragmenty rozmowy. - ...jutro. Zaraz przed egzekucjâ. - ...doprowadziê... - ...kiedy zapîaci?... Niestety, po chwili rozmowa ucichîa. Aby sië czymkolwiek zajâê, wyjâî ze stosu gaîâú i zaczâî ogaîacaê jâ z odnóg. Sîoïce wyszîo juû zza horyzontu i oôwietliîo sporâ wioskë. Nad niektórymi chaîupami unosiîy sië dymy. Nad kilkoma sterczaîy tyczki z przyczepionymi na ich szczycie czarnymi szmatami. Te domy dotknëîa Czarna Zaraza, w tych domach panowaîa ômierê i ûaîoba. Wedîug mieszkaïców Eisdorfu to on byî jej Siewcâ. Uwaûali, ûe teraz nie muszâ sië niczego obawiaê. W koïcu go dostali. Byîo mu przykro, ûe bëdzie musiaî ich rozczarowaê. A na pewno mu sië to uda. Kiedy w koïcu spalâ go na stosie, tak, jak on paliî odmieïców, nekromantów i suki, w rodzaju siostry Vlada. Wîaônie wtedy ich rozczaruje. Bo zaraza sië nie skoïczy. Chyba... Chyba, ûe odejdzie Siewca. Tylko... Zaraz! Przecieû epidemia wybuchîa dopiero w tydzieï po tym, jak tu przybyî. Juû nastëpnego dnia pojawiî sië w wiosce ten, podajâcy sië za druida, szczur - Vlad... Przerwaî niszczenie gaîëzi i odîoûyî jâ na bok. Musiaî sië powaûnie zastanowiê. Miaî niewiele czasu, a na dodatek byî w powaûnej sytuacji. Jedyne na co mógî liczyê, to odrobina szczëôcia, którego ostatnio tak bardzo mu brakowaîo. *** - ...i skazuje sië go na ômierê na stosie. Tîum wiwatowaî. Ogólna radoôê dosyê úle wpîywaîa na samopoczucie Keitha. Nie mógî zrozumieê tego niezdrowego podniecenia towarzyszâcego egzekucjom. Najgorzej byîo, gdy emocje tîumu udzielaîy sië sëdziom i katu. Wyroki sypaîy sië wtedy jeden za drugim, a kat dokonywaî cudów, by wydobyê zeznania lub przyznanie sië do winy. Wtedy najczëôciej odsetek tych, którzy nie wytrzymali przesîuchania gwaîtownie sië zwiëkszaî. - Uklëknij i proô bogów o przebaczenie, bo nie w ludzkiej jest wîadzy ci wybaczyê. Jakiô chudy, wymoczkowaty klecha przystâpiî do niego z jakâô ksiëgâ. Przestëpujâc z nogi na nogë oczekiwaî na jakâô odpowiedú. Heyss przyklëknâî. Podniósî gîowë. Musiaî powiedzieê coô, co przynajmniej czëôciowo uîagodzi tîum. - Przebaczcie mi, o bogowie! Nie wiedziaîem co czynië. I Ty takûe mi przebacz, wszechpotëûny Solkanie. Przeklâî sië za ostatnie sîowa. Na dúwiëk imienia boga zemsty, a kojarzonego nieodîâcznie z îowcami czarownic, procesami o pakty z Chaosem i masowymi egzekucjami odmieïców, w tîumie zawrzaîo. Posypaîy sië przekleïstwa i groúby, czego obawiaî sië nie tak bardzo jak bardziej materialnych przejawów niechëci ludzi do jego profesji - kamieni, które równieû poszybowaîy w jego stronë. W tej czëôci Imperium nie lubiano îowców. Nie wiadomo dlaczego. Przecieû tëpili zîo. Owszem, czasem zdarzaîy sië pomyîki, ale myliê sië jest rzeczâ ludzkâ. Moûe nie odpowiadaî im fanatyzm wyznawców Solkana? Rozmyôlania przerwaî mu gîos "druida". - Kacie czyï swojâ powinnoôê. Ûegnaj, îowco czarownic. Ûyczë miîej zabawy. Zîoôliwe uwagi Vlada stojâcego w zmieniajâcych kierunek, lekkich powiewach wiatru, nie robiîy na Heyssie wiëkszego wraûenia. O wiele wiëksze wywarî nim na widok odjeûdûajâcego z wioski oddziaîu konnych. Najemnicy speînili swoje zadanie i Vlad ich zwolniî. To dobrze. Nawet bardzo dobrze. Wîaôciwie, gdyby nie tîum i czîowiek w czarnym kapturze, usiîujâcy zawziëcie skrzesaê ogieï, mógîby powiedzieê, ûe jest wspaniale. W takiej opinii utwierdziîby go teû na pewno brak îaïcucha przykutego teraz do nogi. Zamek wyglâdaî solidnie, wiëc nie liczyî na to, ûe zepsuje sië sam z siebie. Wâtpiî, czy nawet jego bardzo usilna pomoc mogîaby zmieniê ten stan. Tîum teû jakoô nie chciaî sië rozejôê, a z kata byîa uparta sztuka. Dlatego teû nie mógî powiedzieê, ûe jest wspaniale. Ktoô, zniecierpliwiony przedîuûajâcym sië rozpalaniem ognia, przyniósî zapalone îuczywo i podaî egzekutorowi wyroku. Ten, zmieszany, bâknâî coô w ramach podziëkowaï i, pobrzëkujâc zawieszonym u pasa pëkiem kluczy, zabraî sië za robotë. Partactwo, jakiego sië dopuszczaî, mogîaby spowodowaê zawaî serca u niejednego przedstawiciela powaûanej katowskiej profesji, gdyby któryô mógî to obejrzeê. Stos uîoûony z mokrych gaîëzi, zapalony w niewîaôciwych miejscach zaczâî obficie dymiê. Wiatr rozdmuchiwaî gryzâce, ômierdzâce kîëby na wszystkie strony. Czëôê ludzi zniechëcona nëdznym widowiskiem rozeszîa sië do domów. Keith postanowiî dziaîaê. Doskoczyî pod osîonâ dymu do kata usiîujâcego podtrzymaê ogieï metodâ podpalacza, czyli przez zaprószanie go w wielu miejscach jednoczeônie. Rzemieôlnik zaabsorbowany swojâ pracâ nie zauwaûyî go do chwili, gdy ktoô wykopaî mu z râk dopalajâce sië juû îuczywo. Podniósî sië zaskoczony, kaptur zsunâî mu sië z gîowy. Jego otwarte w wyrazie gîupawego zdziwienia usta ukazywaîy bezzëbne dziâsîa. Îowca chwyciî go wyprostowanâ rëkâ za kark i pociâgnâî w swoim kierunku. Kat nie wydaî ûadnego odgîosu, gdy zderzyî sië z nadlatujâcâ z naprzeciwka piëôciâ. Bezwîadnie osunâî sië na miëkkâ glebë, którâ porastaîa tu i tam przerzedzona trawa. - Partacz - Keith nie mógî sië powstrzymaê od wyraûenia swojej dezaprobaty dla caîkowitego braku nawet podstawowej wiedzy o fachu u miejscowego "mistrza". Choê, prawdë mówiâc, byî za to wdziëczny losowi. Szybko odpiâî od pasa leûâcego klucze i krztuszâc sië dymem poszukaî tego wîaôciwego. Znalazî. Trzësâcymi sië z emocji rëkoma zaczâî grzebaê w zamku. - Nie tak szybko. Podniósî gîowë. Wypuôciî z râk klucze. No, tak. Mógî sië tego spodziewaê. Vlad staî kilka kroków od niego. Poza zasiëgiem îaïcucha. Na dodatek z nieprzyjemnie wyglâdajâcâ kuszâ. Zaîadowanâ. Najemnicy i kusze. Cholera, jak nienawidziî tych dwóch rzeczy. Razem i oddzielnie. Dlaczego zawsze musiaî sië na nie natykaê? Vlad byî dosyê blisko. A jednoczeônie zbyt daleko. Gdyby chociaû zamek byî otwarty. Zacisnâî dîoï na wilgotnej ziemi. - Nie myôl, ûe jeôli nie chce cië ogieï, ja zrezygnujë z zemsty. Wolaîbym oczywiôcie... Gówno go obchodziîo, co wolaîaby ta wesz. Dlaczego niektórzy ludzie sâ tacy gadatliwi? Niewiele myôlâc, przerwaî wypowiedú Karenina ciskajâc mu w twarz garôê cuchnâcej jak wszystko wokóî dymem gleby. Odruchowe osîoniëcie twarzy i przymkniëcie oczu byîo dokîadnie tym, czego oczekiwaî. Na dodatek kusza wypaliîa i strzaîa poszybowaîa hen, daleko w niebo. Szarpnâî nogâ. Gîëbokie westchnienie ulgi wyrwaîo mu sië mimowolnie z piersi, gdy okowy puôciîy. Vlad wypluwaî piach i tarî oczy. Tym gorzej dla niego. Nie wahaî sië kopnâê go krocze. Wîoûyî w to caîâ siîë, jaka mu pozostaîa. Kislevczyk opadî na kolana stëkajâc i nieprzyzwoicie masujâc sië miëdzy nogami, by zîagodziê ból. - A wiëc przyîâczyîeô sië do bandy Chaosu. Odpowiedziaîo mu bolesne pojëkiwanie. Moûe kopnâî trochë za mocno? - Bardzo boli? - zapytaî troskliwie. Vlad kiwnâî gîowâ. Wyglâdaî jakby miaî za chwilë zwymiotowaê. Keith postanowiî pomóc mu w godnym znoszeniu cierpienia. - No, Vlad, bâdú mëûczyznâ. Wiesz przecieû, ûe to co robië, to mój obowiâzek. Garstka ludzi, jaka pozostaîa na placu, z obojëtnoôciâ oglâdaîa caîe zajôcie. Ogieï go nie chciaî, wiëc byî niewinny. Takie proste i tak oczywiste. - Sam teû nie traktujë tego jako rozrywki - podniósî z ziemi ostro zîamany kawaîek osiki. Co za idiotyczny pomysî - uûywaê osiki do takich celów. Przecieû to drzewo nie chciaîo sië za nic paliê. Nic dziwnego, ûe stos podymiî i zgasî. Zbliûyî sië do stojâcego na czworakach Vlada. - Wybacz mi, ûe to zrobië, ale wykorzeniono w nas litoôê dla psów Chaosu. - Nnn... ni... nie... - stëknâî Karenin. Próbowaî sië podnieôê, ale Keith bezdusznie kopnâî go w ûoîâdek. Dopiero teraz Vlad zwymiotowaî. Îowca czarownic przyklëknâî przy nim i wzniósî gîowë. - Giï w imië Solkana. Przeklëty niech bëdzie Chaos i jego sîugi. Wzniesione w górë, zaimprowizowane ostrze opadîo wbijajâc sië pod lewâ îopatkë leûâcego. Keith otarî twarz z kropel krwi, podniósî sië i ruszyî drogâ w kierunku Nuln. Wiatr przyjemnie chîodziî mu twarz i wróciîo jego szczëôcie. Czego jeszcze potrzebowaî? Niczego. Nie chciaî od ûycia nic wiëcej. Devoth/SAS