A Jeden dzien/Cobra ˛ Jeden dzień z ţycia Budziola ł oooooooooooooooooooooooooooooo ą Wstaî o nieprzyzwoicie wczesnej porze - byîa 13-ta. Jak zwykle rano przywitaî go okropny ból gîowy i znajoma suchoőç w pysku. Oczywiőcie nie pozwoliî aby stan ten trwaî dîugo. Za îóţkiem czekaîa na niego rezerwowa butelka wody brzozowej. Dwoma wielkimi îykami opróţniî jć do dna. Od razu poczuî się lepiej. Przecićgnćî się, aţ zatrzeszczaîy stawy. Podszedî do lustra i podrapaî się po gîówce. Luknćî w lustro, z którego spoglćdaîa na niego zaroőnięta gęba umieszczona pod îysć, nieforemnć czaszkć, ozdobionć tatuaţem przedstawiajćcym jego totem - dwie skrzyţowane piszczele i trupić gîówkę. W tle widniaîy dwie pięknie wykaligrafowane literki - SS. Przez sterty őmieci przedarî się do urzćdzenia, które speîniaîo rolę lodówki, a moţe nawet kiedyő nić byîo. Otworzyî brudne, archaiczne pudîo. Ze őrodka buchnćî odór zepsutych artykuîów spoţywczych. Pogrzebaî îapć w czeluőci lodówki. Wygrzebaî puste opakowanie po serku homo, miseczkę zawierajćcć bliţej niezidentyfikowanć, przegniîć substancję oraz zapleőniaîy bigos. Trzasnćî niedomykajćcymi się drzwiczkami. W jednej ręce trzymajćc swoje őniadanie, zgarnćî z krzesîa jakieő stare ciuchy na podîogę. Podobnie uczyniî ze őmieciami zalegajćcymi stos skrzynek, speîniajćcych funkcję stoîu. Rozsiadî się jak lord i po odgarnięciu co większych poîaci pleőni, wszamaî ze smakiem bigosik. Jednak ten posiîek mu nie wystarczyî. Musiaî iőç po zakupy. Wprzódy podszedî jednak do okna i őcićgnćî z niego koc. Zalaî go potok őwiatîa. Z obrzydzeniem zmruţyî oczy. Z okna roztaczaî się piękny widok na őmietnik, który byî kiedyő podwórkiem. Podszedî do îóţka. Z gwoűdzia wbitego w őcianę őcićgnćî swojć starć, podartć papę z wymalowanć na plecach swastykć. Spod îóţka wycićgnćî îańcuch, na końcu którego przytwierdzona byîa stalowa kula rozmiarów pięőci. Sprawdziî tylko jeszcze, czy w wewnętrznej kieszeni skóry jest brzytwa i byî gotowy do wyjőcia na zakupy. Kopniakiem otworzyî drzwi i zbiegî po schodach. Po wyjőciu na ulicę, ruszyî w stronę őródmieőcia. Z zadowoleniem pomyőlaî, ţe chyba rzeczywiőcie naleţy do lepszej rasy, bo ludzie widzćc go uznawali jego wyţszoőç i zostawiali mu wolny chodnik. Jeden hardy goőciu miaî chyba co do tego wćtpliwoőci, ale gdy zaliczyî îańcuchem przez pysk i gdy rozstaî się z portfelem, zmieniî zdanie. Zbierajćc zęby z ulicy krzyczaî: - Heil Hitler!!! Heil Hitler!!! Nie zwracajćc więcej uwagi na swego nowego wielbiciela, poczîapaî dalej. Pocićgnćî tęgiego îyka z flaszki zabranej jakiemuő leţćcemu w bramie pijaczkowi. Nie musiaî nawet o nić specjalnie prosiç - wystarczyîo, ţe pokazaî brzytwę. Czasami zastanawiaî się, czemu wywiera ona taki magiczny wpîyw na ludzi. Zbliţyî się do jakiegoő sklepu. Oznajmiî swoje przybycie, rzucajćc w witrynę pustć juţ butelkć. W őrodku zapanowaîo dziwne zamieszanie i nastćpiîo zjawisko, które moţna okreőliç jednym mianem - exodus. Wkroczyî do opustoszaîego sklepu i skierowaî swe kroki do stoiska monopolowego. Do zîapanej po drodze siatki, zaîadowaî co popadîo - gîównie butelki zawierajćce nalewkę na siarce. Wychodzćc zîapaî jeszcze bochenek chleba. Wyszedî na ulicę. Nagle go zamurowaîo. Zobaczyî niesamowite zjawisko. Miaîa na sobie takć samć papę jak on. W uchu dyndaîo jej ze trzydzieőci agrafek. Do drugiego miaîa przymocowany maîy granat przeciwpiechotny. W nosie ţyletka. Na jej wygolonej do goîej skóry gîowie widniaîa przepiękna swastyka. Uőmiechnęîa się do niego pokazujćc przy tym dzićsîa w miîym, czarnym kolorze. - Sie masz. - rzekîa do niego cudownie seplenićc - brakowaîo jej trzonowych zębów. Dodawaîo jej to niesamowitego uroku. Staî jak wmurowany, nie mogćc wydobyç sîowa ze őciőniętej krtani. Wreszcie największym wysiîkiem woli wykrztusiî: - Hej. Mam wino. Idziemy do mnie. - Mam lepszy pomysî. Jest koîo czwartej. O siódmej będzie demonstracja antyfaszystowska. Trzeba będzie coő z nić zrobiç. Będzie niezîa zabawa. Przyjadć ludzie z bandy rudego Himmlera. Idziesz? - Spoko. Ruszyli wycićgniętym krokiem. On caîy czas zerkaî na nić spod oka. Wprost nie mógî oderwaç wzroku. Byîa oszaîamiajćco piękna. - Poczekaj - rzuciî do niej i pobiegî z powrotem. Za rogiem wpadî do jakiegoő domu. Kopniakiem wywaliî pierwsze drzwi z brzegu. Z krzesîa przy telewizorze poderwaîa się z krzykiem drobna staruszka. Kopnćî jć w okolice splotu sîonecznego. Potem wyrwaî jej sztucznć szczękę ze zîotym zębem. Pobiegî z powrotem do tej skończonej pięknoőci czekajćcej na niego. - Proszę - rzekî, wręczajćc jej trofeum. - To dla ciebie. - Dzięki to naprawdę miîe. - Pocaîowaîa go czule, a jemu aţ się nogi rozjechaîy z wraţenia. Cudownie smakowaîa nikotynć, starym kacem i doőç őwieţym ţyganiem. Wspaniaîe poîćczenie. Juţ wiedziaî, ţe będzie mu się to őniîo w najrozkoszniejszych snach. Ona wycićgnęîa z ucha granat, odbezpieczyîa i wrzuciîa przez najbliţsze okno. Miîy wybuszek rzuciî w nich odîamkami szkîa. Gdy się otrzepali, w wolne juţ teraz ucho wpięîa sobie agrafkć szczękę. - I jak? - Totalny odjazd. - No. Takiej jeszcze nikt nie ma. Poszli dalej. Gdy doszli na plac, gdzie miaîa byç demonstracja, nikt się jeszcze nie zjawiî. Poszli więc do parku opróţniç zawartoőç siatki. Jego ulubionć îawkę zajmowaî jakiő na tyle nieostroţny îachmyta, który na swoje nieszczęőcie nie uciekî na ich widok. Îysy okazaî się szarmancki - pozwoliî skopaç îazęgę swojej towarzyszce. Z kontentacjć obserwowaî, ţe robiîa to z duţć wprawć i mistrzowskim talentem. Zasiedli na wolnej juţ îawce. - Jak cię woîajć - spytaîa po drugim winie. - Budziol. A ciebie? - Gorćce Wary. - Piękne pseudo. Wiesz, jesteő piękna. Zostaniesz mojć kobietć. - Masz chatę? - Spoko. Fajny pokoik. - To O'K. Pójdę dziő do ciebie. A potem zobaczymy. Mogę ci przyprowadziç póűniej mîodszć siostrę. Ale to się jeszcze zobaczy. Z jeszcze większym zapaîem zabrali się za opróţnianie siatki. Gdy zbliţyîa się ustalona pora, oboje juţ nie bardzo kumali, co się dookoîa dzieje, ale na plac trafili. Zabawa trwaîa w najlepsze. Budziol wycićgnćî îańcuch, rozkręciî go nad gîowć i z rykiem rozjuszonego ţubra wpadî w kotîowaninę. Ocknćî się w jakiejő bramie. Nad nim pochylaîa się Gorćce Wary. Odezwaîa się pierwsza. - Juţ O'K? - O kurwa jak mnie îeb napierdala. Co się staîo? - Jakiő hippis z pacyfć na koszulce zajebaî ci w îeb kijem do baseballa. Juţ się nim zajęîam. Za szybko nie wstanie o wîasnych nogach. Chyba mu przetrćciîam kolana. Fajnie byîo. - Dobra, ale co teraz robimy. - Moţe skoczymy do jakiegoő monopolu i pójdziemy do ciebie? - Juţ nie mogę się doczekaç. Ruszyli szybkim marszem. Nastaîa noc. Nad nimi őwieciîy pierwsze gwiazdy, których blask przedarî się przez smog. Wiaî lekki wietrzyk. Byîo pięknie. Budzilo pomyőlaî, ţe spędziî piękny dzień, a teraz czekaîa go jeszcze piękniejsza noc. Poczuî, ţe jest szczęőliwy. " Chyba faktycznie naleţę do rasy panów. " ˛ Cobraą/łInquisitor ¶