Work -- ˝ąULICAľ° -- "˛Ci którzy ţyç chcć, rozczarujć się. Ci którzy nie zaznali ţycia, juţ go nie zaznajć, Ci,którzy nie czuli bólu, poczujć go Gdy tylko wejdć w Ulicę. Bo tam jest moje Królestwo" (Księga)° Mrok ulicy byî nie do zniesienia. Czerń pomieszana z brćzowymi plamami zniszczonych pîotów, poprzewracanych kubîów na őmieci i wszelkich brudów jakie tylko moţna byîo sobe wyobraziç, sprawiaîa niesamowite wraţenie. Podobnego odczucia doznaje dziecko leţćce w ciemnym pokoju i spoglćdajćce na swego ukochanego misia, który w nocy wyglćda jak niesamowity stwór lub zakapturzony męţczyzna z noţem w ręku. Őwiat pogrćţony w mroku nabiera zupeînie innego, przeraţajćcego wymiaru.W tym őwiecie nie pomagajć nawet mocne nerwy. Z niego się nie wychodzi. Wysoki męţczyzna, odziany w strzęp, który kiedyő z powodzeniem mógî byç ortalionowć kurtkć, szedî niezwykle maîymi krokami.Ulica przeraţaîa go bardziej niţ kiedykolwiek, a przecieţ chodziî tędy tak wiele razy.Czuî, ţe coő jest nie tak,ale staraî się to wytîumaczyç przegranć.Graî caîy dzień i straciî trzeci palec.Tak najczęőciej się kończyîo.Jeţeli ktoő nie byî nazbyt szybki i nie zdćţaî wycićgnćç ręki spod uruchamianej przez sędziego prasy, traciî nawet więcej. To byîa jego ulubiona gra, kiedy byî mistrzem, ale dawniej stawka byîa o wiele razy wyţsza.Teraz po powodzi moţna byîo graç conajwyţej o kilka zdechîych szczurów.Tylko ich byîo pod dostatkiem. Dziő miaî pecha. Zaczepiî strzępem kurtki o kawaîek metalu, a to opóűniîo jego reakcję na tyle, ţe prasa zdoîaîa zmiaţdţyç mu trzeci, najwolniejszy palec. Skaleczonć rękę trzymaî w kieszeni spodni, przesićkniętej krwić. Męţczyzna zataczaî się lekko, najprawdopodobniej z bólu i znacznej utraty krwi. Wycićgnćî rękę ze szkarîatnej kieszeni i uginajćc w îokciu wzniósî do góry.W ciemnoőci kikut palca wygîćdaî jak pomniejszona i zdjęta skórka od banana. Őcięgna ulegîy częőciowemu, lub caîkowitemu naderwaniu, a dolny staw palca rozîupany na dwoje wyzieraî spoza zakrwawionego mięsa.Od górnego stawu palec zwisaî na kawaîku mięőnia jak rozwinięty naleőnik. Najwidoczniej przeszkadzaî męţczyţnie bo co chwilę potrzćsaî nim tak jak gdyby tylko się przylepiî. W końcu stanćî pod murem.Schwyciî kikuta i skręcajćc go pocićgnćî jak najmocniej.Rozlegî się nieprzyjemny chrzęst rozrywanego mięőnia, a na twarzy czîowieka widaç byîo grymas bólu. Jakimő cudem jeszcze nie zemdlaî i powtórnie pocićgnćî za fragment palca.Mięsień trzymaî się zbyt mocno. Męţczyzna zdobyî się na jeszcze jeden, najmocniejszy ruch i mięsień pocićgnćî za sobć pozostaîć częőç paliczka, tak ţe wystawaî on z kikuta jak rdzeń z obranej do poîowy marchewki. Dolna częőç palca pozbawiona zmiaţdţonej koőci, zapadîa się. Męţczyzna krzyknćî.Schwyciî leţćcć w pobliţu blachę i wycelowaî w palec.Obcićî go do tego stopnia, ţe trzymaî się na fragmencie skóry.Przez îzy czîowiek oderwaî resztki palca i upadî na kolana. W jakiő sposób nadal byî przytomny. Otuliî zakrwawionć dîoń w zmaltretowanć chusteczkę.Oparî się o mur, tuţ za rogiem jednego ze zdemolowanych domów. Tu byîo ciepîo. Nakryî się znalezionym kartonem i gazetami i usnćî ze őwiadomoőcić, ţe najprawdopodobniej się juţ nie obudzi.Straciî zbyt duţo krwi, aby mógî marzyç o dalszym ţyciu. A jednak się obudziî.Zakrzepîa na ubraniu krew utworzyîa olbrzymi strup, który nie pozwalaî męţczyűnie poruszyç rękć.Musiaî wytęţyç swoje i tak nadwćtlone juţ siîy, ţeby go przeîamaç. Zastrupiaîy kikut niesamowicie bolaî, a spoőrod zakrzepów wystawaîy strzępy ciaîa i mięsa.Na szczęőcie, męţczyzna nie zdoîaî dîugo się napatrzeç, bowiem zza rogu budynku dobiegî go odgîos kroków. Mrocznć nadal ulicę, za domem przyciemniaî jeszcze bardziej czyjő cień.Miarowe kroki dudniîy w uszach osîabionego czîowieka jak bębny.Schowaî się pod karton i wystawiî tylko częőç gîowy. Baî się.Baî się, a skoro przeţyî do tej pory, chciaî ţyç.Wiedziaî, ţe wielu niebezpiecznych ludzi chodzi po tej ulicy. Niegdyő daîby sobie z nimi radę, ale teraz po stracie takiej iloőci krwi nie miaî co nawet myőleç o samoobronie. Odgîos kroków narastaî, aţ w końcu zza rogu wyîoniîa się ciemna postaç. Byîa mrokiem w mroku.Męţczyzna jeszcze bardziej nakryî się kartonem.Postaç nadal staîa.Czekaîa.W końcu odezwaîa się ohydnie skrzeczćcym gîosem -Wyjdű stamtćd.Wiem gdzie jesteő.Nie bój się. Nic ci nie zrobię. Męţczyzna nie reagowaî.Czuî, ţe nie jest to ktoő z kim moţna by zadrzeç. Siedziaî więc cicho nie dajćc po sobie znaku ţycia. - Wyjdű spod tego pudîa. Nie chcesz spotkaç się z Panem? - Czîowiek nie rozumiaî, ale jego pozycja byîa stracona. Wyszedî więc spod swojego dotychczasowego schronienia. - Idű do diabîa. Jestem niewierzćcy. Nie ma dla mnie Pana- odparî. Mylisz się-powiedzaî cień podchodzćc bliţej - ja jestem dla ciebie Panem. - Pieprzysz.Mówiîem ci, idű do diabîa!- zawoîaî męţczyzna. - Ja jestem diabîem!- postaç podeszîa jeszcze bliţej.Czuç od niej byîo spalonym ciaîem.Kiedy znalazîa się blisko przeraţonego czîowieka, tamten krzyknćî. Zobaczyî jej twarz.Popękana, spalona skóra, poprzedzielana jaőniejszymi liniami, w miejscach, gdzie mięso wyzieraîo za nić. Lewy policzek byî zupeînie zdarty, odsîaniajćc koőç i zbielaîe oko, trzymajćce się na czerwonych nerwach. Czoîo postaci byîo pęknięte, tak ţe moţna byîo zobaczyç za nim coő róţowobladego. Mózg. Postaç wycićgnćîa rękę z dîugimi, czarnymi paznokciami i dotknęîa chorego oka. - Wiem czego nie lubisz. Wiem o tobie wszystko!-mówićc to skierowaîa swój paznokieç w stronę oka, a potem wbiîa go tak gîęboko, ţe wraz ze őluzem i masć krwi z oczodoîu powypadaîy kawaîki mózgu.Kiedy caîe oko spîynęîo po twarzy ciemnej postaci, ta zaczęîa z impetem dîubaç w pustym oczodole wycićgajćc stamtćd resztki mózgu.Potem to co zostaîo na czarnym paznokciu, zjadîa z gîoőnym cmokaniem. Męţczyzna staî przeraţony z szeroko otwartymi ustami.Na jego rozum, to coő dawno powinno nie ţyç. Jćkajćc się zapytaî - Kim do cholery jesteő - Kim? - Jestem zîem. Widzisz przed sobć szatana. Postaç zaőmiaîa się gîoőno, gubićc fragment wargi i nosa, tak jak gdyby chorowaîa na trćd. - O kurwa.Caîy się sypię.Widzisz?-to mówićc diabeî po raz kolejny sięgnćî do czegoő, co kiedyő byîo twarzć i oderwaî z gîoőnym chrzęstem resztę ust i nosa.Z ran posypaîy się czarne robaki, wpeîzajćc do dziury w czole.Jednego z nich chwyciî i wessaî jak spagetti. - Wiesz -postaç rzekîa rozbawiona - przeklinam to gówno, ale jest caîkiem smaczne. Szatan zaőmiaî się.- Wesz jak cię lubię, ale chyba pójdziesz ze mnć. - Nnnieee pppójddeę- wyjćkaî męţczyzna. -Pójdziesz- krzyknćî szatan.- i to szybciej nisz myőlisz. Rozbawiony wycićgnćî ze zniszczonego pîaszcza maîy hak.Chwyciî go i jednym ruchem wbiî w górne podniebienie czîowieka.Trzask pękajćcej koőci poprzedziî nagîy strumień krwi, który wylaî się z ust jęczćcego czîowieka.Postaç jeszcze bardziej wbiîa hak, tak ţe jego koniec przebiî skórę koîo nosa ofiary. Męţczyzna chciaî krzyknćç, ale zamiast tego z jego gardîa wydobyî się mokry chlupot. Ból byî oszaîamiajćcy, ale organizm nie pozwalaî silnemu czîowiekowi straciç przytomnoőci.Jeţeli tak by się staîo, to upadajćc rozerwaîby sobie resztę twarzy i umarî w potwornych męczarniach. Szatan odezwaî się: -Wiesz, wîaőciwie nie wiem dlaczego cię męczę.Zresztć czy to cię boli?!. Twarz diabîa przybraîa teraz inny wyglćd.Męţczyzna znaî jć dobrze, aţ za dobrze. To byî jego ojciec.Ten znienawidzony pierdziel, który przychodziî codziennie schlany jak őwinia, a potem braî te swoje pieprzone druciki i wpychaî je w swoje ciaîo. Potem caîy zakrwawiony podchodziî do maîego chîopca i przebijaî mu skórę na prawym przedramieniu, a potem dîubaî metalem dîugo i namiętnie w ręce dziecka. Byîy dni, ţe bawiî się dwoma drutami. A najmniejszy krzyk, to jeszcze większy ból. Ale on umarî dwadzieőcia lat temu. Dlaczego więc teraz staî przed męţczyznć i wyglćdaî tak jak niegdyő. -Halucynacje! Znowu te pierdolone halucynacje". Ale ten ból, kurewski ból... Ojciec przemówiî: -Pamiętasz te chwile.Tylko ja i ty, a potem...- wyjćî z kieszeni znajomy podîuţny, metalowy drut, na końcu wygięty w haczyk -...a potem mój drucik?. Pobawimy się?.Zawsze byîeő kutasem i zasîugujesz na takie zabawy. Męţczyzna usiîowaî się poruszyç i zaprotestowaç, ale ból w ustach byî nie do zniesienia. -Choç! Przypomnimy sobie stare dobre czasy!- ojciec-diabeî wyjćî caîy pęk podobnych drucików. Nie zwaţajćc na stękajćcego i zakrwawionego czîowieka jeden z nich wbiî mu w lewy policzek. Męţczyzna wydaî z siebie kolejny bulgot. Ojciec natomiast z pasjć wierciî metalem w policzku miotajćcego się syna. Potem przekrzywiî drut, tak ţe widaç byîo delikatne zgrubienie pod skórć męţczyzny, najwyraűniej zmierzajćce w kierunku oka. Chwilę potem oko nabrzmiaîo, a spod powieki wypîynęîo kilka kropel krwi.Wydawaîo się, ţe narzćd wzroku maltretowanego czîowieka eksploduje, ale przez chwilę nic się nie dziaîo. Dopiero potem podwarzone prawie ţe wypadîo z oczodoîu, ale przed tym metal przebiî galaretowate oko i wyszedî przez űrenicę. Męţczyzna zaczaî się rzucaç na wszystkie strony rozrywajćc sobie nozdrza.Jego twarz wcale nie przypominaîe tego czym kiedyő byîa. Hak wyrwaî caîy nos z górnć szczękć, a drut rozerwaî póî policzka i zatrzymaî się na czerwonych nerwach wzroku, na których zwisaî kawaî galaretki, kiedyő będćcej okiem.W bólu czîowiek miotaî się jak ryba wyjęta z wody.Klęknćî i szarpaî drut wystajćcy z twarzy.Nie widziaî juţ, jak ojciec sadysta z powrotem zamienia się w diabîa.Tym razem w odrapanym ręku trzymaî olbrzymi nóţ.Podniósî męţczyznę za wîosy i wbiî ostrze prosto w jego brzuch, a potem mocno pocićgnćî dîoń z noţem w górę, rozcinajćc takţe klatkę piersiowć ofiary.Pierwsze z ciaîa czîowieka wypadîy jelita. Cićgnęîy się niczym kieîbasa. Krzyczćc, męţczyzna próbowaî wîoţyç je do őrodka, ale one przeőlizgiwaîy mu się między palcami.Potem staraî się zatrzymaç ţoîćdek, ale ręka diabîa pozbawiîa go wszystkich ţeber.To byî zupeîny koniec.Wszystkie waţniejsze organy wewnętrzne męţczyzny wypadîy na wilgotnć ziemię.Miaî jeszcze na tyle siî, ţeby schyliç się po serce, wiszćce na fragmentach ţyî i tryskajćce krwić jak fontanna w Genewie.Czîowiek opadî na kolana, spuőciî gîowę i zaczćî umieraç dopiero wtedy, gdy szatan oderwaî serce od plćtaniny ţyî.Upadî w masę krwi, oraz wnętrznoőci,które walaîy się wszędzie w promieniu kilku metrów. Szatan przyjrzaî się sercu, a potem polizaî je swym zapryszczonym językiem. Dopiero wtedy schowaî je do podartego pîaszcza.Z kieszeni wystawaîo mu drugie, tylko trochę mniejsze, cićgnćc za sobć póî metra tętnicy.Resztkami swych siî, męţczyzna podniósî powiekę odsîaniajćc jedno oko, i usiîowaî zgadnćç w jaki sposób zginęîa poprzednia ofiara diabîa. Ale niestety nie mógî sobie tego wyobraziç.Z uczuciem ulgi odszedî z tego parszywego őwiata. Szatan staî jeszcze chwilę nad zwîokami męţczyzny, potem rozdeptaî leţćce w pobliţu jelito, wylewajćc na ziemię litry czarnawej, nieprzetrawionej treőci. Następnie odwróciî się, zaőmiaî i wszedî za róg budynku, gdzie jeszcze póî godziny temu leţaî sobie prawie zdrowy czîowiek.Szatan schowaî się w cieniu zniszczonego pîotu i czekaî.Nadchodziîa bowiem kolejna ofiara. ą Larry° Oooooppsss!!! Korekta do dupy, a my juţ zamknęliőmy edycję tekstów. Ciekawe, dlaczego Cygnus w niektórych miejscach nie zauwaţyî spacji po kropkach? Cholera jasna!!! A kolorki gdzie się podziaîy? Co jest korektorku???!!!