List do Rosy

Ten tekôcior, to jest autentyczny list wygenerowany i wysîany mailem kopertowym przez Grycha i Arkadego w wakacje. Adresowany jest do naszej przyjacióîki Rosy (pozdrowienia :-), która przyjechaîa do nas w wakacje i odjechaîa bez uprzedzenia, zostawiwszy nam tylko krótki liôcik. Tytuîem wyjaônienia, if ktoô nie zna wystëpujâcych osób: Grych, Daro (Rogaô), Anthon, Arkady, Cegîa (nie wystëpuje na sieci) i Monster (Bóg), to grupa uosiów z Warszawy, która mieszka/pije teraz w akademiku Alkatraz.

Byîo czarne, bezksiëûycowe popoîudnie. Deszcz padaî i padaî. Hrabina von Schlochenberg siedziaîa w swoim fotelu, gîaszczâc swojego ulubionego czarnego kota; nogi trzymaîa w misce z wywarem rumianku. Ale nie jest to opowiadanie o hrabinie von Schlochenberg, ani o jej kocie...

Warszawa, Ochota D.C., poniedziaîek, 15:34:59.
(patetyczna muzyka, chór: ...ciemno wszëdzie, gîucho wszëdzie...) W ôwietle reflektorów, pod murami Alcatraz, trzymajâc przed sobâ tajemniczâ skrzynkë oznaczonâ znakiem () przemykaî sië czîowiek w czarnym, znoszonym pîaszczu i filcowych butach. Cicho jak duch przemknâî obok portierni... Wszedî na trzecie piëtro i zatrzymaî sië pod drzwiami opatrzonymi zîowieszczym znakiem 350 (pismem runicznym). Zerwaî pajëczynë z drzwi, które przewróciîy sië z îoskotem. Wchodzâc potknâî sië o leûâcâ w progu stertë koôci, przewróciî sië i przed jego oczyma znalazîa sië butelka po piwie oznaczona czaszkâ i piszczelami.

- Carramba koko dûambo - zaklâî i splunâî. A jego ôlina trafiîa w czaszkë, z której z piskiem wybiegîy szczury albinosy o czerwonych ôlepiach. Gdzieô wysoko na wieûy Alcatraz rozlegîo sië przeciâgîe wycie: "Przebacz mi Rosanno!!!"

- To tutaj - powiedziaî Margaryna Jones, bowiem on byî tym tajemniczym mëûczyznâ.

- Ooo! Margaryna! - zaôpiewaî leûâcy w stercie butelek koôciotrup.

- Zamknij mordë! - brzydko odpowiedziaî Jones i w tym momencie wzrok jego padî na kartkë leûâcâ na podîodze. Serce zabiîo mu ûywiej: to byîa Ostatnia Wiadomoôê... Wreszcie mógî rozwiâzaê zagadkë Odejôcia. Fakty zaczëîy sië rozjaôniaê. Oczyma wyobraúni widziaî zdarzenia majâce miejsce w zeszîym tygodniu:

Warszawa, Ochota D.C., tydzieï wczeôniej. (Muzyka sielankowa, sîoneczko ôwieci)

Wesoîo pogwizdujâc, Grych wchodziî do Alcatraz dzierûâc przed sobâ skrzynkë wypeînionâ przepiëknâ - choê nieco radioaktywnâ - ukraiïskâ marchewkâ. Ptaszki wesoîo êwierkaîy na rurach w korytarzu. Wesoîe panie sprzâtaczki ze ôpiewem na ustach szorowaîy pachnâce kibelki zaômiewajâc sië do îez z dowcipów umieszczonych na drzwiach kabin. (No dobra, starczy tej sielanki...) W dalszym ciâgu wesoîo pogwizdujâc Grych wszedî do wygodnego, miîego pokoju numer 350.

- Rosa! Kupiîem Ci skrzynkë uûywanej marchewki z Ukrainy! - zakrzyknâî u progu. Odpowiedziaîo mu echo... Zaniepokojony wszedî gîëbiej... Rosanny nie byîo... (Zmiana muzyki: Fields of the Nephilim) Skrzynka wypadîa mu z râk - radioaktywne ukraiïskie marchewki z îoskotem potoczyîy sië po podîodze. Wzrok jego padî na Ostatniâ Wiadomoôê, drûâcymi rëkoma siëgnâî po kartkë. Papier parzyî jak opëtany. Úrenice w oczach powiëkszyîy sië, serce mu zamarîo, potem zaczëîo biê szybciej. Grychu zîapaî sië za klatkë piersiowâ i gîoôno rzëûâc zaczâî obijaê sië o ôciany...

Chmury zasîoniîy niebo. Idâcy korytarzem Arkady byî zdziwiony wiadomoôciami w sîyszanym na korytarzu programie telewizyjnym. Na Warszawë spadî grad wielkoôci kurzych jaj. Na Ûoliborzu wybuchî wulkan. Ogîoszono alarm przeciwpowodziowy. Na Alcatraz spadî jumbo-jet z rodzinâ Muamara Kadafiego. Jëzyki ognia peîzîy po korytarzach. Spanikowani studenci wybiegli ze swych pokoi. Nastaîa panika. Tylko Monster niepomny niebezpieczeïstwa (bo byî zaspany) zapukaî do pokoju 350. W tym momencie huragan "Elizabeth" przybyî z wybrzeûy Florydy wyrwaî drzwi i malowniczo wkomponowaî go w przeciwlegîâ ôcianë.

- Macie papierosa??? - zdoîaî wyrzëziê Monster zabity na ômierê. Arkady mimo wszystko szedî korytarzem do pokoju rozmyôlajâc po drodze.

- Czeôê Monster - powiedziaî Arkady - Co ci tak flaczki wypeîzîy? - zapytaî sië z bîogim uômiechem.

Nic nie zapowiadaîo nadchodzâcego kataklizmu.

- Co sië gîupio ômiejesz, îosiu - rzekî Monster - Skoîowaîbyô jakieô fajki.

- Aleû Bogu, nie moûesz przecieû paliê, twoje pîucka leûâ tam obok! - rzekî zaskoczony Arkady. Odpowiedziaîo mu wymowne milczenie.

- No dobra, pójdë poszukaê - powiedziaî i pewien siebie wszedî do pokoju.

Zapîakany Grychu rzuciî mu sië w progu na szyjë.

- Nie ma, nie ma, nie ma... nie ma! - zawyî Grychu.

- Co nie ma? Fajek nie ma? - zapytaî zdumiony Arkady.

- Nie ma, nie ma, nie ma....... - Grychu chlipoczâc usiadî w kâcie. Nic innego nie umiaî powiedzieê.

- Co nie ma?! - krzyknâî Arkady pytajâco.

- Rosa!!! ... nie ma, nie ma, nie ma - Grychu cicho skomlâc zapadî w autyzm i nie potrafiî nic wiëcej wytîumaczyê.

W umyôle Arkadego zaczëîy sië rodziê straszne myôli i przypuszczenia.

- A wiëc to tak! - zakrzyknâî Arkady i wziâî swój plecak z granatami. Z determinacjâ wyszedî szybkim krokiem na zewnâtrz.

- Paane terminatore! ne strelajte! - zakrzyknâî przechodzâcy obok Cegîa.

- To se ne da srobit! - odpowiedziaî Arkady i wyciâgajâc zawleczkë wsadziî granat w otwartâ ze zdziwienia jamë gëbowâ Cegîy. Neurony Cegîy malowniczo osiadîy na ôwietlówkach. Arkady, pewny ûe to mafia pruszkowska dokonaîa rosanapingu, wsiadî do najbliûszego tramwaju i zaczâî wydatnie pomagaê policji w rozwiâzywaniu problemów zorganizowanej przestëpczoôci w Pruszkowie.

Tymczasem po drugiej stronie Wisîy, w siedzibie firmy Botar Internet rozdzwoniîy sië wszystkie modemy. A nad Wisîâ rozpîakaîy sië wierzby pîaczâce, wieloryby odbywajâce romantyczne tarîo u ujôcia Wisîy popeîniîy zbiorowe samobójstwo przez zaniechanie ûycia, Kasia Kowalska uômiechnëîa sië. Siedzâcy w pracy Daro zignorowaî pierwsze objawy... Tymczasem wszystkie îâcza Internetowe rozgrzaîy sië do czerwonoôci przekazujâc tragicznâ wiadomoôê: "nie ma, nie ma, nie ma..." Daro zaczâî czaiê, gdy w radio podali wreszcie wiadomoôê: "Rosa odjechaîa do Hajnówki".

- Nie lubi mnie! - zakrzyknâî przeraúliwie Rogaô i szybkim kîusem pogalopowaî na wschód. Pociâg do Hajnówki zîapaî za tylne bufory dopiero w okolicach Biaîegostoku. Ostatnim wysiîkiem woli szarpnâî... i oderwaî od skîadu tylko jeden wagon, zabijajâc przy tym tuzin mîodych matek z dzieêmi, zaô koîo, odpadîszy przy okazji od tylnej osi wagonu, uderzyîo w stojâcy na bocznicy wagon z arsenaîem nuklearnym wycofujâcej sië Armii Czerwonej. Piëtnaôcie milionów mieszkaïców Nowego Jorku ustawiîo sië w kolejce u bram Raju. Daro zaîamaî sië. Któû inny mógîby mu pomóc jeôli nie Szefo. Szefo jak cudowna wróûka pojawiî sië tuû przed Darem. Miaî jedwabnâ sukienkë a pod spodem kamizelkë kuloodpornâ. Szefo - czîowiek na kaûdy problem. Jeôli masz problem, to tylko on rozwiâûe go jak wëzeî gordyjski jednym ciëciem swego sprëûynowca.

- Czeôê Daro - powiedziaî Szefo podnoszâc wysoko swój ksztaîtny nos. - Jakieô problemy? - zapytaî.

Blada twarz Dara odpowiedziaîa sama za siebie. Zresztâ jakby nie byîo problemu, to Szefo i tak znalazîby jakiô. Oczywiôcie juû rozwiâzany. Szefo pstryknâî palcami lewej rëki i nagle sîoïce pojawiîo sië na niebie.

- Moûesz spaê spokojnie - powiedziaî. - Mam prababcië, która jest kierownikiem ruchu PKP. Juû przekazaîem jej stosowne informacje - Twarz Szefa byîa pewna siebie, co uspokoiîo nieco Dara. Niestety prababcia Szefa jako osoba wiekowa byîa nieco przygîucha i nie zaîapaîa, o co chodzi prawnuczkowi. Skierowaîa wiëc ekspres Dëboîëka - Tubâdzin na te same tory, co pociâg do Hajnówki. Nic nie zapowiadaîo nadchodzâcej tragedii. Oczywiôcie za chwile Rogaô uratuje Rosannë uwiëzionâ w pëdzâcym pociâgu - ale nie uprzedzajmy faktów. Tymczasem Daro, zorientowawszy sië w niebezpieczeïstwie, mimo zmëczenia pobiegî za pociâgiem i zaczâî go gîuszyê: "Nie lubisz mnie..." Ekspres Dëboîëka - Tubâdzin wreszcie zaczâî go lubiê, razem pobiegli hasaê po kwiecistych îâkach i ôlad po nich zaginâî. Rosanna na razie byîa bezpieczna... Pëdzâcy obok siebie w miîosnym uôcisku Daro i pociâg minëli leûâcego w trawie beztroskiego, stoickiego i cynicznego Kleja.

- Azaliû Daro, aczkolwiek uwielbiam të prëdkoôê, uwaûam, iû powinieneô ograniczyê swoje przyspieszenie do jakowychô dwóch i czterech dziesiâtych gie - powiedziaî spokojnie Kleju i oddaî sië ponownie kontemplacji szyjki od butelki wina "Talizman". A póúniej wszyscy poszli spaê. Tymczasem w Warszawie, w pokoju 350 hulaî wiatr. Sîoïce zasîoniëte chmurami nie dawaîo ôwiatîa ni ciepîa. Ciemnoôê pokoju rozjaôniaîy jedynie poîyskujâce radioaktywnym blaskiem ukraiïskie marchewki walajâce sië po podîodze. Nagle wróciî zapîakany Arkady.

- Zabiîem! Zabiîem wszystkich! - skomlaî Arkady

Grych sië obudziî. Z mëtnym spojrzeniem w oczach zapytaî:

- Co? Rosë teû zabiîeô?

- Tak - zapîakaî Arkady. - Nawet Kasië Kowalskâ zabiîem, ômiaîa sië do ostatniego tchnienia.

Powaga. Powaga na twarzy Grycha nie moûe wróûyê nic innego, jak tylko ômierê. Wstaî. Wyszedî. Wróciî. Wziâî butelkë piwa. Znowu wyszedî. Znowu wróciî. Wziâî sznurek. Wyszedî. Juû nie wróciî, poniewaû poszedî popeîniê samobójstwo. Zrozpaczony stanâî na wiadukcie nad trasâ Îazienkowskâ... skoczyî... i trafiî na ciëûarówkë wypeînionâ puchowymi pierzynami.

- Nawet zabiê sië nie potrafië! - zaryczaî i przegryzî sobie tëtnicë szyjnâ wspólnâ.

Arkady siedziaî sobie w pokoju ôpiewajâc piosenki smutne i sentymentalne typu:

"O Rosanno!
Coô jest nieporównywalna z wannâ
Ani teû z kaszâ gryczannâ, czy teû mannâ
Opuôciîaô nas na zawsze i na wieki
Zamknë teraz swe zmartwione powieki
Elizjum to jedyna droga dla mej duszy
Nic mego zmartwionego serca nie poruszy
Zniknë jak w dûungli jak w dzikiej gîuszy
I nic nie ukoi cierpieï mej wâtîej duszy
Wyciâgam juû sztylet, co tak ôwieci w blasku gwiazd
Sepuku harakiri flaki na ziemi - jeden raz
- W serce!"

Tymczasem Kleju biegaî boso po porannej Rosie...

(zaczynamy czëôê lirycznâ)

Zacznijmy od poczâtku, od pierwszego wâtku,
od pierwszego sîowa, wszystko od nowa.
Tyle trupów wokóî tutaj leûy
I nikt do Monstera z fajkâ nie przybieûy.
Choê Daro martwy juû wyje na wieûy...
O Rosanno! O zorzo poranno!
Muszë Ci wyznaê, muszë sië przyznaê,
Muszë Ci sië zwierzyê.
Bëdë do koïca wyî na tamtej baszcie
Bëdë Ci flagi zawieszaî na maszcie...
Bëdë Twâ alfâ, bëdë Twâ omegâ,
Niechaj Cië dobre i zîe duchy strzegâ!
Bëdë Cië gîuszyî z tyîu i z przodu!
Pokaûë Ci tylne siedzenie samochodu!

(koïczymy czëôê lirycznâ, zaczynamy czëôê idiotycznâ)

Pokój 350. Poniedziaîek. Masa trupów. Wpada Antek.

- Czy ktoô ma ochotë iôê na fajkë? - pyta.

- Ja... - rzëzi Monster zza drzwi.

- Monster, úle wyglâdasz...

- Co ty, kurwa, wiesz o zabijaniu - powiedziaî Monster i sztachnâwszy sië malborasem zmarî na raka pîuc. Antkowe cinquecento wymówiîo mu sîuûby i odjechaîo na planetë, na której zbuntowane cinquecento wiodâ lepsze, pozbawione emocji (i benzyny) ûycie. Antek bez samochodu staî sië po prostu Antkiem bez samochodu (czyli rozpîynâî sië w mieszaninie gazów zwanej niesîusznie w Warszawie powietrzem). Ktoô musiaî umrzeê w tym momencie, wiec byî to Fred. FRED IS DEAD.

Ze spuszczonâ gîowâ, powoli Idzie Grychu z workiem jaboli Wëdruje do Ôródmieôcia, Wëdruje aû z Woli... Ach! Serce, Serce go boli... Och! Rosanno! Ty odjechaîaô Choê przecieû zawsze wiedziaîaô Ûe w mym ûyciu nëdznym Byîaô tym promykiem jednym Który drogë mâ rozôwietla Tra lala, tra lala......

No teraz ûyjâcy wszyscy walnâ trochë tekstów lirycznych w wierszu biaîym Monster dogorywajâcy (nie pozwolimy mu tak szybko umrzeê) krzyczy... ryczy, kwiczy, zaraz plombë zaliczy i umrze na wieki na dnie tej rzeki sîów które palâc nasze zmysîy ... prysîy... (koniec i teraz nowy akapit)

Daro ûyje, a jego serce bije.

W tym momencie nastëpuje powrót do przyziemnej epiki - scenka krajobrazowa: Alcatraz, okolice pokoju 350.

Na przeciwko drzwi przepiëkne, malowniczo wkomponowany w ôcianë tkwi zewîok Monstera, wciâû jeszcze pustymi oczodoîami proszâcy o papierosa...

Wejdúmy do pokoju: na ôrodku leûy Ostatni List Rosanny, wokóî którego ûycie zamiera, a Kasia Kowalska sië uômiecha. W kâcie siedzi koôciotrup Arkadego z gitarâ, jego prawa rëka (a raczej koôci prawej rëki) rytmicznie uderzajâ w struny gitary. Z drugiej strony leûy zewîok Grycha do koïca, uporczywie litujâc sië nad samym sobâ. Oczywiôcie Rogasia nie ma, bowiem hasa z ekspresem Dëboîëka - Tubâdzin po îâkach wschodniej Polski... A Kleju? Kleju jak zwykle leje na caîy kataklizm - po prostu konformistycznie leûy sobie w sianie i ciâgnie winko...

O.K. Koïczymy ten list. Koïczymy teû ze sobâ z rozpaczy po Tobie. Arkadego juû nie ma... Daro dogorywa... Za jakieô 15 sekund nie bëdzie mnie (Grycha)... Tylko Monster (niepomny swojej kilkukrotnej ômierci) stoicko pali sobie papieroska...

THE END To might be continued...

(c) Copyright 1996 Grych & Arkady Inc. Ltd.
All Rights reserved