,,Opowiastka''

Ekran rozjaôniî sië, na ciemnym tle rozjarzyîy sië jasnozielone znaki... Wstukaî piëê liter -- swój identyfikator od zamierzchîych czasów. Swoje nazwisko. Teraz hasîo, z przyzwyczajenia dîugie i nielogiczne. Naleûaî do tych, którzy uwaûali, ûe paranoja u uûytkowników Sieci to zdrowa reakcja.

Pojawiî sië uniksowy shell. Poîoûyî rëce na klawiaturze, doznajâc przez chwilë absurdalnego uczucia chwilowej wszechmocy. Nonsens, zadecydowaî. Palce, artretycznie pokrëcone i pokryte starczymi plamami, poruszaîy sië zadziwiajâco zwinnie. Ten terminal, to îâcze to jedyne wyjôcie, to jedyna jego droga ucieczki z wiëzienia, w jakim zamknâî sië dobrowolnie. Och, pielëgniarki byîyby naprawdë oburzone, gdyby dowiedziaîy sië, jak jeszcze nazywaî to miejsce. Nie byî to szczyt luksusu, ale -- jak na niezbyt juû w koïcu nowy Dom Starców -- miejsce nieúle urzâdzone. Oburzone, tak, ale nie zdziwione. Bo przecieû...

...pielëgniarki, wszystkie bez wyjâtku mîode i urocze... Nie cierpiaîy go szczerze, za jego zapiekîâ zîoôê nie wiadomo na co, za nienawiôê, za wyraúnâ niechëê i wszystkie te fochy, którymi gnëbiî otoczenie...

Zachichotaî zîoôliwie. Nikt nie mógî mu tutaj w niczym przeszkodziê, a zresztâ... Litery to przeûytek, tego sië dziô nie uczy powszechnie. Druk? I w takiej formie?

Wstukaî trzy znaki i klepnâî w Return. Jasna linia z rzëdem dziwnych znaków oddzieliîa ostatniâ linjkë ekranu od reszty. Wpisaî komendë i ekran zapeîniî sië strzëpami rozmów. Zadziwiajâce, pomyôlaî, ûe komuô jeszcze chce sië uûywaê tak starego oprogramowania. Starzy ludzie, tak samo nienawistni i tak samo pozbawieni wszystkiego...

Program wypluî krótkâ informacjë.

To niemoûliwe, pomyôlaî. To niemoûliwe. To niemoûliwe.

Ale jednak... Zaciëtâ starczâ twarz rozjaôniî nieoczekiwany bîysk uômiechu. Rysy zîagodniaîy, rëce same uîoûyîy sië na klawiaturze i wystukaîy entuzjastycznâ powitalnâ frazë...


Nastëpnego dnia rano znalazîa go pielëgniarka. Leûaî na podîodze, obok swojego ômiesznego komputerka. Ciaîo byîo juû wychîodzone. Pielëgniarka zdziwiîa sië niepomiernie -- leûaî z uômiechem zastygniëtym na twarzy ôciâgniëtej juû poômiertnym stëûeniem.

A komputer? Byî wyîâczony, przecieû juû od dawna nie dziaîaî. Zepsuî sië wiele lat wczeôniej. Brak czëôci zamiennych. Stary piekliî sië o to strasznie -- ale nikt nie mógî nic poradziê. Zresztâ stary piekliî sië o wszystko.

Poszîa zawoîaê przeîoûonâ. Myôlaîa: ,,To cholerny dziad! Nawet jak wreszcie zdechî, musiaî oczywiôcie narobiê kîopotu. Szukaj teraz lekarza, w niedzielë rano...''


Jubal,
okoîo 18 IX 1997, Koniaków