Thomasa Stearnsa Eliota wierszy kilka...

PIEÔÏ MIÎOSNA J. ALFREDA PRUFROCKA

Gdybym przypuszczaî, ûe sîucha istota,
Co sië z tych ciemnic na sîoïce wybije
Nie drgnâîby wiëcej pîomieï mego knota.
Lecz, ûe z czeluôci tych stopy niczyje
Nie powróciîy ûyciem odzyskanem
Bez trwogi tobie mâ haïbë odkryjë
[Dante, "Piekîo", pieôï XXVII, w.61-66]

Idúmy wiëc, ty i ja
Kiedy wieczór na niebie rozpostarty trwa
Jak pacjent eterem uôpiony na stole;
Idúmy przez jakieô wyludnione uliczki,
Gdzie mamroczâce zacisze
Bezsennych nocy w pokojach na godziny,
I knajp ze skorupami ostryg w trocinach:
Uliczki ciâgnâ sië jak nudna dysputa,
Z podstëpnâ intencjâ
Aby cië wpëdziê w nëkajâce kwestie...
Och, nie -- "Co to?" -- nie pytaj
Idúmy juû i zîóûmy wizytë.

W salonie, gdzie kobiety krâûâ dokoîa
Rozmowa wokóî Michaîa Anioîa

Ûóîta mgîa, co pociera grzbiet o szyby
Ûóîty dym, co pociera swój pysk o szyby okien,
Wpeîza jëzykiem w zauîki wieczoru,
Liûe kaîuûe, co w rynsztokach stojâ,
Zbiera na grzbiet sadzë prószâcâ z kominów,
Wôlizguje sië pod taras, podrywa do skoku,
A widzâc, ûe to cicha noc paúdziernikowa,
Zwija sië wokóî domu i zasypia
I zaprawdë bëdzie to czas
Dla ûóîtych dymów rozsnutych ulicâ,
Ocierajâcych grzbiety o szyby okien;
I bëdzie czas i bëdzie czas,
By przygotowaê twarz na spotkanie twarzy, które spotkasz;

Czas zabijania i tworzenia,
Czas pracy i czas dîoni,
Które unoszâ sië i w twój talerz pytania roniâ;
Czas dla ciebie i czas dla mnie,
Jeszcze czas na sto niepewnoôci,
Sto objawieï i poprawek
Zanim podadzâ tost i herbatë.

W salonie, gdzie kobiety krâûâ dokoîa
Rozmowa wokóî Michaîa Anioîa

I zaprawdë bëdzie to czas
Zastanowienia: "Czy sië oômielë?", "Czy sië oômielë?"
Czas aby zawróciê i zejôê ze schodów
Z plamkâ îysiny na czubku gîowy --
   (Powiedzâ: "Jakûe mu wîosy zmarniaîy!")
Mój ûakiet, koînierzyk sztywno dopasowany pod brodâ,
Mój drogi a skromy krawat, zwykîâ szpilkâ podpinany --
   Powiedzâ: "Jakûe mu schudîy rëce i nogi!"
Czy sië oômielë
Wszechôwiat niepokoiê?
Oto jest czas w minucie
Decyzji i poprawek, które minuta odwróci.
Albowiem poznaîem juû wszystkie, znam wszystkie --
Popoîudnia ranki i wieczory
Îyûeczkami kawy odmierzyîem ûycie
Znam gîosy konajâce zamierajâcym tonem
Co cichszy niû muzyka z oddali salonu
Jakûe sië wiëc oômielë?

Albowiem poznaîem juû oczy, znam wszystkie --
Oczy co cië utrwalâ w formuîce zdania,
I gdy jestem nazwany, rozpiëty na szpilce,
Gdy przyszpilony wijë sië na ôcianie,
Jak wtedy mogë zaczâê
Wypluwanie niedopaîków dni mojego ûycia?
Jakûe sië oômielë?

Albowiem poznaîem juû rëce, znam wszystkie --
Rëce w bransoletach, obnaûone, biaîe
(Lecz w ôwietle lampy puszek ciemnych wîosów!)
Czy to sukni zapach
Tak bardzo mnie rozprasza?
Rëce leûâce na stole lub okryte szalem.
Czy mam sië wiëc oômieliê?
I jak zaczâê?


Czy powiem, ûe szedîem o zmroku wâskimi uliczkami
I widziaîem jak dymy unoszâ sië z fajek
Samotnych mëûczyzn w koszulach, wychylonych z okien...

Byîbym parâ strzëpiastych szponów,
Umykajâcych po dnie milczâcego oceanu.


Popoîudnie, wieczór, drzemie tak spokojnie!
Ugîaskany dîugimi palcami
Uôpiony, zmëczony... albo mami
Wyciâgniëty tutaj, na podîodze przy mnie i przy tobie?
Miaî siîë przemóc ten sîaboôci moment?
Lecz choê pîakaîem i modliîem sië, poôciîem i pîakaîem
Choê ujrzaîem na póîmisku mâ gîowë (nieco wyîysiaîâ)
Nie jestem prorokiem -- i tu nie ma to wielkiego znaczenia;
Widziaîem chwilë bîysku mojej wielkoôci,
Widziaîem, jak wiekuisty sîuga trzyma mój pîaszcz i chichocze,
I krótko mówiâc, czuîem przeraûenie.

I czy to byîoby uwagi warte
Po filiûankach, herbacie, konfiturach,
Wôród porcelany, o tobie i mnie rozmówek,
I czy byîoby uwagi warte
Napoczynanie takich kwestii z uômiechem,
Zgniatanie wszechôwiata w gaîkë,
Aby go toczyê w pytania nieodparte:
Mówiâc: "Jestem Îazarz i przychodzë z martwych,
Przychodzë rzec wam wszystko, wszystko wam opowiem" --
Skoro ktoô kîadâc poduszkë pod gîowë
Moûe powiedzieê: "To nie jest to, o czym myôlaîem,
To nie to wcale".

I czy to jednak jest uwagi warte,
Czy to jest uwagi warte,
Po zachodach sîoïca, podwórzach, zroszonych ulicach
Po opowieôciach, herbatach, spódnicach wleczonych przez posadzki
Po tym i jeszcze po tak wielu?
Nie potrafië wyraziê ôciôle, co myôlaîem,
Lecz gdyby latarnia magiczna rzuciîa na ekran schemat nerwów,
Czy byîoby uwagi warte
Gdyby ktoô poprawiajâc poduszkë lub odrzucajâc szale,
Odwrócony do okna powiedziaî:
"To nie to wcale
Nie to, o czym myôlaîem, wcale".


Nie, nie jestem ksiëciem Hamletem ani byê myôlaîem;
Jestem czîonkiem orszaku, to ten
Co sprzyja wydarzeniom, otwiera jednâ czy dwie ze scen,
Doradza ksiëciu, bez wâtpienia porëczne narzëdzie,
Nader ulegîy, chëtny poleceniom
Polityczny, roztropny, skrupulant;
Peîen wzniosîych sentencji ale tëpy nieco;
Czasem, po prawdzie, niemal ômieszny --
Czasem prawie Bîazen.

Starzejë sië... starzejë...
Spodnie z podwiniëtym mankietem wdziejë.

Od tyîu zaczesaê wîosy? Odwaûyê sië brzoskwinië zjeôê?
W biaîych spodniach flanelowych po plaûy sië przejôê,
Nasîuchujâc, jak syreny ôpiewem zwoîujâ sië gdzieô.

Nie sâdzë aby dla mnie zaôpiewaîy
Widziaîem jak w morze jechaîy na fali
Czeszâc biaîe wîosy fal na lâd gnanych
Kiedy wiatr wzdymaî wody czarne i biaîe.

Myômy w komnatach morza zwlekali,
Rusaîki wiîy nam brunatne i czerwone diademy,
Aû przebudzâ nas ludzkie gîosy, i toniemy...

(przeîoûyî Michaî Sprusiïski)

RAPSODIA WIETRZNEJ NOCY

Dwunasta,
Dokâd siëga ulica
Zawarta w ksiëûycowâ syntezë,
Szeptane zaklëcia ksiëûyca
Roztapiajâ pokîady pamiëci
Wszystkie jej jasne skojarzenia,
Jej podziaîy i uôciôlenia,
Kaûda latarnia, którâ mijam
Jak fatalistyczny bëben bije
I przez obszary mroku
Póînoc pamiëciâ wstrzâsa
Jak szaleniec potrzâsa uschîâ pelargoniâ.

Póî do drugiej,
Latarnia uliczna beîkoce,
Latarnia uliczna mamrocze,
Latarnia uliczna mówi: "Spójrz na të kobietë,
Co waha sië ku tobie w ôwietle bramy
Rozwartej nad niâ jak grymas.
Widzisz skraj jej sukni
Podarty i utytîany piachem
I widzisz kâcik jej oka
Co pokrëtne jak szpilka zgiëta".

Pamiëê brzeg miota
Natîok splâtanych rzeczy;
Splâtana gaîâú na brzegu
Gîadko objedzona i bîyszczâca
Jakby ôwiat wydawaî
Tajemnicë swego szkieletu
Sztywnâ i biaîâ.
Zîamana sprëûyna na dziedziïcu fabrycznym,
Rdza co przywiera do ksztaîtów z siî opadîych,
Twarda, sprëûona, gotowa do chwytu.

Póî do trzeciej,
Latarnia uliczna mówi:
"Zauwaû kota, co sië rozpîaszczyî w rynsztoku,
Wysuwa jëzyczek
I poûera drobinë zjeîczaîego masîa".
Tak rëka dziecka, machinalnie,
Przyciâga i chowa zabawkë umykajâcâ bulwarem.
Nie mogîem dojrzeê niczego w oczach tego dziecka.
Widziaîem na ulicy oczy
Gdy chciaîy wejrzeê w okiennicy szpary,
I kraba pewnego popoîudnia w stawie.
Starego kraba z naroôlâ na grzbiecie
Chwytaî koniec ûerdzi, którâ dlaï spuôciîem.

Póî do czwartej,
Lampa beîkoce,
Lampa mamroce w ciemnoôci,
Lampa huczy:
"Spójrz na ksiëûyc
La lune ne garde aucune rancune,
Mruga kiepskim okiem,
Uômiecha sië do zauîków,
Gîaszcze wîosy traw,
Ksiëûyc utraciî pamiëê.
Wyblakîe znaki ospy rysujâ jego twarz,
Jego rëka skrëca papierowâ róûë,
Która pachnie i kurzem i wodâ koloïskâ
Jest samotny
Caîâ swâ starâ nocnâ woniâ,
Która koîuje i koîuje po mózgu".

Powraca wspomnienie
Bezsîonecznej, suchej pelargonii
I kurzu w szczelinach,
Aromatu kasztanów na ulicach,
I kobiecej woni w zasîoniëtym pokoju,
I papierosów w korytarzach
I koktajlów woniejâcych w barach.

Lampa mówi:
"Czwarta,
Tutaj jest numer na bramie.
Pamiëê!
Ty masz klucz,
Lampka rzuca cieï na schody.
W górë!
Îóûko posîane, szczoteczka do zëbów na ôcianie,
Postaw buty przed drzwiami, ôpij, do ûycia przygotuj sië!"

Ostatni noûa skrët.

(przeîoûyî Michaî Sprusiïski)

PRÓÛNI LUDZIE

"Pan Kurtz... on umrzeê"
"A penny for the Old Guy"

I

My próûni ludzie
My wypchani ludzie
Podpieramy sië wzajem
Niestety w gîowach sîoma
Kiedy do siebie szepczemy
Ciche i bez znaczenia
Sâ nasze wyschîe gîosy
Jak wiatr dmâcy przez osty
Jak szczurze îapki na rozbitym szkle
W naszej suchej piwnicy

Ksztaîty bez formy cienie bez koloru
Zastygîa siîa i gesty bez ruchu
Ci ktorzy weszli nie spuszczajâc oczu
W inne Królestwo ômierci
Wspomnâ jeûeli wspomnâ
Nie dusze gwaîtowne
Lecz wydrâûonych ludzi
Lecz wypchanych ludzi

II

Oczu napotkaê w snach ja sië nie odwaûë
W sennym królestwie ômierci
Nigdy sië nie ukaûâ
Tam oczyma bëdzie
Blask sîoïca w kalekiej kolumnie
Tam drzewo w koîysaniu
I gîosy tam bëdâ
Jak wiatr w liôci szumie
Bardziej odlegîe bardziej uroczyste
Niû gwiazda, co traci blask

Obym nie staî bliûej
Sennego ômierci królestwa
Niech wdziejë jak wszyscy
Takie wymyôlne przebranie
Sierôê szczurzâ krucze pióra
Patyki jak w polu strach
Niech chylë sië jak wieje wiatr
Nie bliûej

Niech sië oddali ostatnie spotkanie
W mrocznym królestwie

III

Oto kraina kaktusów
Kraina kaktusów
Gdzie przed wzniesionymi
Posâgami z kamienia
Dîoï umarîego wzywa îaski gîazu
Pod migotaniem spadajâcej gwiazdy
I czy jest tak wîaônie
W innym królestwie ômierci
Budzimy sië samotni
W chwili kiedy ciaîo
Przenika czuîoôê
I wargi co chcâ pocaîunków
Do strzaskanego modlâ sië kamienia

IV

Tu nie sâ oczy
Oczu tutaj nie ma
W mrocznej dolinie gwiazd umierajâcych
W tej dolinie próûnej
Zîamanej szczëce naszych dawnych królestw

W tym ostatnim miejscu spotkania
Szukamy sië po omacku
I sîów unikajâc
Stajemy w piasku nad rzekâ obrzmiaîâ

Niewidomi zanim
Oczy nie zjawiâ sië znowu
Jak gwiazda nieustajâca
Stulistna róûa
Mrocznego królestwa ômierci
Nadzieja tylko
Pustych ludzi

V

I okrâûamy kolczasty kîâb
Kolczasty kîâb kolczasty kîâb
I okrâûamy kolczasty kîâb
O piâtej godzinie rano

Pomiëdzy myôlâ
A rzeczywistoôciâ
Pomiëdzy zamiarem
A czynem
Kîadzie sië Cieï
                 Albowiem Twoje jest Królestwo

Pomiëdzy pomysîem
A dzieîem
Pomiëdzy wzruszeniem
A odczuciem
Kîadzie sië Cieï
                 Ûycie jest bardzo dîugie

Pomiëdzy ûâdzâ
A spazmem rozkoszy
Pomiëdzy moûnoôciâ
A istnieniem
Pomiëdzy istotâ
A jej zstâpieniem
Kîadzie sië Cieï
                 Albowiem Twoje jest Królestwo

Albowiem Twoje jest
Ûycie jest
Albowiem Twoje jest

Oto jak koïczy sië ôwiat
Oto jak koïczy sië ôwiat
Oto jak koïczy sië ôwiat
Nie z trzaskiem lecz ze skomleniem

(przekîad Andrzeja Piotrowskiego)