3 "Mars" 5 Rozdziaî 3 "Gangersi sâ do dupy" 6 Obudziîem sië póúno. Odetchnâîem z ulgâ. Cisza. Cisza, jak zawsze. W radio leciaî kanaî osiemdziasiâty piâty, z chyba trzystu moûliwych. Przetarîem oczy. W slipkach podreptaîem do kuchni. - Ilo! - wrzasnâîem - Ilo, gdzieô ty sië zapodziaî? Nikt nie odpowiadaî. Nagle usîyszaîem ciche kroki za plecami, i jeszcze inny dziwny dzwiëk, jakby... Odwróciîem sië na piëcie, przyjmujâc pozycjë obronnâ. Aha. To on. Ten pieprzony Polska. - Dziëki. - mruknâîem - O maîo nie dostaîem zawaîu, a ty jeszcze sobie bezczelnie ziewasz. Dziëki. Usiadîem na stoîku w kuchni, grzejâc rëce gorâcâ kawâ. Wîâczyîem TV. Pstryk, i mamy Kanaî 54. Proste, co? Przyjrzaîem sië dokîadnie facetowi, który coô tam gadaî. To byî chyba..... - HELMUT!!! - wrzasnâîem jak opëtany. Polska spojrzaî na mnie ze zdegustowaniem. - Ale sië zmieniî. Zaczâîem przysîuchiwaê sië, co mówiî Helmut. Chîopak gaiî ze Strefy. Znowu ofiary. I nie dziwota. Chciaîo mi sië rzygaê od tego miasta, Londyn byî o wiele lepszy. Tam gangsterzy zabijali za coô... Wróciî Ilo. Torba peîna zakupów, jak zawsze. Polska pognaîa do niego jak szalona. Ilo momentalnie obróciî sië tyîem, by przyjâê "atak" Polski na plechy. Huknëîo. Gdy wyjrzaîem z za rogu Ilo spîywaî ze ôciany, a Polska zaczëîa taïczyê Rytuîaî Psa Szczëôliwego. - He,he! - zaômiaîem sië jak diabeî - Nie te siîy, Ilo... - Zamknij sië! - syknâî Ilo - To byî atak z zaskoczenia... - Helmut jest w telewizji, gada coô ze strefy. - rzuciîem z kuchni. - W telewizji, synku to on jest juû od piëciu lat. - powiedziaî Ilo tonem starego wyjadacza - ...a gada ze strefy codziennie. I juû jego morda mi zbrzydîa. - Twoja mi zbrzydîa po pierwszej minucie, wiëc wychodzë do Miasta. - stwierdziîem wychodzâc z kuchni - Weú to - powiedziaî Ilo, wyjmujâc z reklamówki sîuchawkë od telefonu. - To komunikator, telefon i barek w jednym - Co to za gówno? - zapytaîem z nieufnoôciâ - Przecieû nie jadë za morze - Ale oddalisz sië ode mnie o jakieô trzy dzielnice, a to juû bardzo duûo. Przynajmniej dla ciebie... - Ha! Ha! Ha! - odpowiedziaîem sztucznym ômiechem - Ale z ciebie zabawny goôê, Ilo. Powiedz jeszcze coô ômiesznego.... Kochany Ilo, wciâû te ciëte ûarty... - Nie bîaznuj. W szafce, w Twoim (wyraûnie zaakcentowaî) pokoju znajdziesz ubrabnia. Moûesz iôê, gdzie chcesz. Polazîem do pokoju i otworzyîem drzwi szafki pilotem, jakby to byî telewizor. "Ilo to facet, który ûyje w domu bez klamek" - zdâûyîem jeszcze pomyôleê, zanim szczëka odmówiîa mi posîuszeïstwa, i z gîoônym hukiem uderzyîa w ziemië. Fuck! Ilo w szafce, specjalnie dla mnie (Chyba specjalnie dla mnie) zakupiî kilkanaôcie bluz i garniaków. Kilkanaôcie par spodni i kalesonów dopeîniaîo dzieîo. Chciaîem sië upewniê, wiëc otworzyîem szafkë po prawej. Tego sië obawiaîem... Wypeîniona byîa po brzegi slipkami i skarpetami. Ilo byî wariatem. Maniakiem ubraï, po uszy zapëtlonym w co miesiëczny rytuîaî kupowania nowych ciuchów. Ale mi to nawet odpowiadaîo... Miaîem trudny wybór. Wybraîem jednak kreacjë stonowanâ, w czarnych kolorach. Nie mogîem oprzeê sië pokusie obejrzenia sië w lustrze. Wszedîem do îazienki i spojrzaîem z napiëciem, obawiajâc sië Czegoô. Potëûne "Uffff..." wyrwaîo sië z mojej piersi, gdy zobaczyîem swoje odbicie w lustrze. Pokiwaîem gîowâ. Nie byîo tak úle. Trochë zmarszczek, usta bardziej wysuniëtë do przodu, ale ogólnie nieûle. Nie zuwaûyîem pasemek siwych wîosów, wôród "czarnej dûungli owîosienia", jak to miaîa zwyczaj mówiê moja byîa kochanka, Sarah. Zrobiîem minë podrywacza, puôciîem oko do odbicia w lustrze. Wyglâdaîo super. Ale to nie dziaîa na panienki w dwutysiëcznym dwudziestym. Je pokopaîoby dopiero wtedy, jakbyô zrobiî do niej oko umiëônionym poôladkiem. Wyszedîem z îazienki, zajrzaîem do pokoju Ilo, który oglâdaî TV w kuchni, chodzâc w juû nowych kapciach. Zaîoûyîem plecak na ramië, kapelusz i powiedziaîem w locie wychodzâc - Czeôê, Ilo. Wychodzë. Wrócë póûniej. Czekaj na mnie z kolacjâ... Pa, kochanie... Wyszedîem przed dom. Miasto staîo przede mnâ otworem... Niebo byîo koloru oîowiu, jak zwykle. W dzielnicy korporacyjnej, w której mieszkaî Ilo miasto wyglâdaîo na bardzo wielkie. Ponad dîugimi na mile kwadratami domów w strefie walki unosiîy sië budynki korporacji. Arasaka, Militech i jeszcze pare innych kolosów. Byîo daleko do centrum, ale widziaîem dobrze ôwiatîa AVaîek, ûyrokopterów, i innego sprzëtu latajâcego. Centrum wyglâdaîo jak jedna wielka kula kolorowych neonów, w przeciwieïstwie do Strefy, która byîa czarna i ponura. Poprawiîem plecak i ruszyîem wzdîóû dîugiej ulicy. Po lewo i prawo ciâgnëîy sië mieszkania korporacyjne dla moli-pracowników, jednopiëtrowe domy waûniejszych urzëdników, a ponad nimi mur odgradzajâcy to wszystko od Strefy walki. Minâî mnie jakiô patrol korporacyjny, z dwoma glinami o zakazanych twarzach. Z radiowozu dosîyszaîem jedynie dûwiëki radia. Po kilkunastu minutach bîâdzenia dotarîem do stacji kolejki powietrznej, która miaîa mnie zabraê do Centrum. Zapîaciîem kartâ, którâ wczeôniej daî mi Ilo, po czym wsiadîem do wagoniku. Siedziaîo tam jeszcze paru urzëdasów z korporacji. Jeden coô przeglâdaî na kompie, drugi patrzyî na holo - wyôwietlacz na rëce, obsewujâc licznik ciônienia. Trzeci wcinaî prepaka. Zagadnâîem pierwszego z brzegu, z lekkim (!!!) zarostem i zadartym nochalem. - Jedziemy do pracy, co? Spojrzaî na nie roztargniony, miaî z osiemnaôcie lat. - Sîucham? - zapytaî niewyraûnie, jakby ûuî gumë. - Pytam sië, czy jedziemy do pracy? - zapytaîem po raz drugi, tym razem milej. - Eee. Tak. Do pracy, na drugâ zmianë. - odpowiedziaî, nie caîkiem ôwiadomie. - Scot! Zamknij sië! - rzuciî drugi urzëdas, trochë starszy od tego - ...i nie rozmawiaj z ômieciem. Chîopak zamilkî, i z uporem zaczâî znów patrzeê na holo - wyôwietlacz. Poczekaîem jeszcze chwilë, i wîaczyîem przycisk na pulpicie, koîo mnie, by kolejka sië zatrzymaîa. Do centrum byîo jeszcze daleko, ale ja nie chciaîem tam jechaê. Kolejka zatrzymaîa sië. Byî to jedyny przystanek w Strefie walki, z którego przecieû i tak nikt nie korzystaî. Chyba tylko takie palanty jak ja. Zeskoczyîem zgrabnie, i odwróciîem gîowë do moich kolesiów. Patrzyli zdziwieni, nigdy nie byli przecieû w Strefie. Kolejka odjechaîa zostaîem tylko ja, i Strefa. Sprawdziîem kieszenie. Puste. W plecaku komunikator, ûarcie, i trochë forsy. Jak dziecko - nie pomyôlaîem nawet o noûu. Zdam sië wiëc gdyby co na wîasne piëôci. Piëôci kontra Sternmeyer. Niezîe. Tym czasem chciaîem zobaczyê mój stary dom. Pierwsze kila minut szedîem w ciszy, mijajâc kolejne kwadraty na wpóî zburzonych domów. Byîo cicho i pusto. Nagle, za sobâ usîyszaîem warkot. A raczej kilka, o róûnych czëstotliwoôciach. Odwróciîem sië powoli. Na dîugiej, i szerokiej uliczce, ze stopiëêdziesiât metrów ode mnie ôwieciîy ôwiatîa. Sîyszaîem dzikie wycia i ômiechy. Szybko skryîem sië w ruinach jednego z domów, by z tamtâd obserwowaê sytuacjë. Reflektory zbliûaîy sië, dûwiëki narastaîy. W koïcu dostrzegîem pierwszy motor. Miaî trzy koîa, z przodu zamontowane dziaîko. Prowadziî go facet z dîugimi, rozwianymi wîosami w kolorze brunatnym. Leciaî chyba z trzysta na godzinë. Zanim przeleciaîa caîa zgraja innych cyber - motorzystów. Ostatnich dwóch zatrzymaîo sië na ulicy. Jeden z nich miaî czerwone oczy, i lekko spiczaste uszy. - Coô czuje, Slime! - zacharczaî - Mmmm! Ale îadnie pachnie. Charkoty pozostaîych silników cichnëîy, poczym zamilkîy - Jedziemy, Spark! Szefo nas zarûnie! - rzuciî drugi, na szerokim motorze, z bieûnikowanymi oponami. - Nieeee... Slime coô czujë, i sprawdzi co.. - charczaî dalej pierwszy, jednoczeônie wëszâc nosem. - Ja jadë - uciâî drugi, i ruszyî z piskiem opon. - Slime sprawdzi, co czuje - zaômiaî sië punk. - Mmmmm. Slime jest gîodny. Coô zabîysîo w ôwietle latarni. Z râk punka ze zgrzytem bardzo wolno wyswaîy sië trzy ostrza. Osssstrza. Przeîknâîem ôlinë, i zaczëîem sië cofaê. Ten punk byî na prochach, a ja nie miaîem nawet noûa. Kamienie gîoôno zgrzytnëîy mi pod nogami. To mu wystarczyîo. Rzuciî sië w moim kierunku, chociaû nie mógî mnie jeszcze widzieê. Skoczyîem szybko za murek, który cudem ocalaî przed zburzeniem budynku. Przywarîem ôciôle do niego. - Kici, kici, kici! - wrzeszczaî punk - Gdzcie sië chowasz, kochanie!? Spojrzaî z pod oka. Byî kilka metrów ode mnie, a mimo to mnie nie widziaî. Byî na prochach, moûe coô mu sië pokopaîo ze wzrokiem, moûe czekaî? Skoczyîem z kucek, prosto na klatë. Z dzikim ômiechem uskoczyî, pokazujâc ûóîte zëby. Upadîem na ziemië, boleônie tîukâc sië w bok. Instynktownie zaczâîem coô szukaê rëkâ. Znalazîem kamieï. Punk nie czekaî, przeciâî powietrze, tuû koîo mnie. Nie trafiî? Podniosîem sië, zabolaîo jak diabli. Z boku ciekîa krew. Trafiî. Zadaî drugi cios. Ha! - pomyôlaîem, cyberîapy nie przetniesz. Poczuîem jednak bóî w rëcë, przeszîy mi dreszcze po karku. Jaka cyberîapa? Przecieû mam wszystko wymontowane! - klnâîem na swojâ gîupotë. Widziaîem z lekka na czerwono, zaczâîem sië cofaê, w kierunku motoru. Punk z wolna postëpowaî za mnâ. Zaatakowaî, ja cisnâîem kamieniem. ûeby dostaî! - bîagaîem. Dostaî. Punk zachwiaî sië, lecz ruszyî dziarsko do przodu. Póki mogîem, posîaîem mu kopa w podbródek. Zmiëkî. Zgiâî sië w paîâk, i grzmotnâî w ziemië. Wyskoczyîem, i runâîem dwoma nogami na jego gîowë. Coô plasnëlo.Nie ûyî!? Odszedîem, dyszâc. Gîupota! Czysta gîupota! Zataczajâc sië szedîem dalej. Wsiadîem do motoru, zapaliîem silnik i...wpadîem w ciemnoôê bez dna. Obudziî mnie koponiak wymierzony w gîowë. Nie otwieraîem oczu, udawaîem truposza. Drugi kopniak. Otworzyîem oczy, spojrzaîem do góry. W ciemnoôci widziaîem tylko czerwone, migajâce ôwiateîko, na wysokoôci gîowy oprawcy. - Wstawaj, kurwa! - wycharczaî On gîosem podobnym do punka, z którym miaîem rozprawë. We îbie miaîem techno-party, waliîy jakieô bëbny, krew pulsowaîa w potëpieïczym rytmie. Chciaîo mi sië rzygaê. Przemogîem niemoc, i podniosîem sië na îokciach. Ciemnoôê, caîy czas. Przekrëciîem sië na brzuch, i wstaîem na kolana. Wymacaîem dîoïmi ôcianë, i opierajâc sië wstaîem. - Idziemy! - rzuciî On. - Idziemy! - powtórzyîem za nim. Poszliômy. Trzymaî mnie za rëkë i wlókî po ziemi. Bok juû prawie nie bolaî. Rëka trochë bardziej. Wyszliômy na ôwiatîo. Od razu zamknâîem oczy. ôwiatîo byîo ostre jak cholera. Facet upuôciî mnie, upadîem tîukâc sië boleônie. Sîuch miaîem tak skopany, jakby to byî zjebany mikrofon spikera sportowego. Raz sië wîâczaî, raz podgîaôniaî, potem ôciszaî. Ryk punków, i ômiech dziwek brzmiaî jakoô tak... dziwnie w moich uszach. Nagle krzyki zaczëîy cichnâê. Albo zasypiaîem, albo ktoô ich uciszaî. Caîkiem logiczne, jak na faceta z dziurâ w mózgu - pomyôlaîem. Wszedî szef... Boss, Szefuniu, Dowódca, czy jakoô tam inaczej. Dosîyszaîem dûwiëk, jakby spadaîa bomba. Coô kapnëîo mi na gîowë. To nie byîa bomba, tylko ôlina. Strumyczek powëdrowaî przez czoîo, zatoczyî îuk przy nosie, i oparî sië o moje usta. - Bleeeee! - krzyknâîem z obrzydzeniem. Chyba go nie obraziîem? - pomyôlaîem powaûnie. Coô byîo ze mnâ nie tak. Mierzy do mnie kilkanaôcie luf, a ja sië zastanawiam, czy nie obraziîem ich lidera... - Smark!!! - krzyknâî. Tak. Smark - gigant. Tyle jeszcze wiem, nie musisz mi mówiê - zdâûyîem pomyôleê, scierajâc ôlinë z ust. - Smark!, chodú tu! - zawyî znowu. Z kolorowego tîumu punków na przygiëtych nogach wyskoczyîa jakaô zgarbiona bestia. Twarz sucha, pomarszczoa, dziwne oczy. Czîowiek!? W koïcu raczyî na mnie spojrzeê ten ich pieprzony szefo. Zachrzâknâî, chciaî wyjôê na wodza - charyzmatyka. Jak Hitler. Tyle, ûe Hitlerowi wychodziîo. - Tyu... - pisnâî. Wyszîo mu gîupio, chciaî jak Hitler, wyszîo jak pierdzâca opona. To go podkurwiîo. Wstaî, podszedî do mnie. Pomyôlaî. Kopnâî. Tîum punków zafalowaî. Zabolaîo. Mocno. Cofnâî sië, zaczâî jeszcze raz, normalnie. Z akcentem Elvisa, brakowaîo tylko podniesionej wargi. - Sîuchaj! Zaîatwiîeô mojego syna. Nie wiem czy cië za to chwaliê, czy zabiê... Kaszlnâîem w odpowiedzi. Skoro ten êpun byî jego synem, to ojciec musi byê totalnym zjebem. - Nie myôl sobie, ûe ze mnie zjeb - kontynuowaî tonem filozofa - ...ale musisz jeszcze raz zawalczyê, ûeby mnie przekonaê, ûe to nie byî fuks. Kaszlnâîem dzielnie, patrzâc z pod krwi. Super, jak tak dalej bëdë kaszlaî krwiâ, zrobi sië tu drugi kanaî sulawski, czy jakiô tam inny. - Smark!, przygotuj sië! - zakomenderowaî. Ze teû zgraja tych cieniów jeszcze sië trzyma pod rygorem Giwerowców. Smark podskoczyî(a) z radoôciâ. Wysunëî(a) ostrze, dîuûsze od wczeôniejszych. I chyba ostrzejsze. Wstaîem. I upadîem. Wstaîem. Wytrzymaîem. Teraz zawirujë, uwaûajcie!! - Dajcie nóû!!! - wrzasnâîem tonem mëczennika. Ok! Spoko, nie aû tyle. Wziâîem najlepszy, i najlepszy. Resztë odkopaîem. No... Teraz moûna walczyê, jak sië wie, ûe coô sië ma w dîoni. Zaczëîâ okrâûaê z prawej. Stary, opuszczony plac musiaî czësto sîuûyê za arenë, bo byîo czerwono od krwi, i biaîo od mózgu. Barwy Polski. Zaprosiîem jâ gestem do ataku. No... Nie chcemy walczyê? A taka byîaô podniecona. W odpowiedzi pokazaîa mi kolce. Z trybun zaczëîy dochodziê pierwsze nawoîywania do ataku. Publicznoôê byîa niecierpliwa. Spoko. Niech majâ. Podskoczyîem, i pchnâîem. Za wolno... Salto w powietrzu i... SALTO? PODWóJNE? JAK JA MAM WALCZYê Z TYM CZYMô??? i... i .. wylâdowaîa spokojnie na ziemi. Ale cyrk, ludzie! A ja jak pajac na samym ôrodku. Dobra! Drugi atak! Gwiazda, fikoîek, i moge jej gówno zrobiê. Kucneîa. Poczekaîa i skoczyîâ. Na....JEZUUU! Na TRZY metry do góry. I zanurkowaîa. Jak strzaîa. Jak strzaîa z kolcami. Unik. Wyszedî. Trafiîa w pustkë. Ja musiaîem sië odwróciê, i straciê rytm. A ona zaczëîa rytmu nabieraê. Drugi skok, szybszy. Ja sztywny unik. Wirowaliômy dookoîa siebie jak taïcerze. Trzeci skok. Zaczâîem sië mëczyê, ona chyba nie. Jak strzyga. Nie wytrzymaîem... - No dalej Smark!!! - wrzasnâîem przeciâgle - Kto cië robiî? Kombajn Biotechniki? Czy ruski ripperdoc? A moûe z ciebie tylko pierdolony klon??? Chyba sie wnerwiîa, twarz jej stëûaîa, a ja dalej rzucaîem przezwiska. Ten mutant byî chyba wyczulony na punkcie swojego wyglâdu, bo cwaîem pognaî na mnie z rëkâ uniesionâ do ciosu. Ja rzuciîem noûem. Jak w cholernie zwolnionym tëpie obserwowaîem, jak sztylet krëci sië, krëci, i trafia mutanta - strzygë - punka w.... Bok! W ûebra. Nie wbiî sië mocno, chlusnëîa jednak krew, jakby ze zrâbanego kranu. Nie straciîa jednak zbyt na szybkoôci, w przelocie ciëîa mnie w ramië. W to drugie. Ból. BóóóóóL. Wnerwiîem sië. Tak, jak kiedyô w Afryce, jak w szpitalu dla czubów, jak w chacie u Ila, jak wtedy, gdy umieraî mi brat. Z sardonicznym uômiechem zdobiâcym mojâ twarz w dwóch skokach byîem przy nawracajâcej dopiero Strzydze, i wbiîem jej nóû w garba. Upadajâc schwyciîa mnie za szyjë, i próbowaîa duôciê. Zrobiîem sië czerwony, jakl arbuz, i z gîowy wyrûnâîem jej w nos. Plasknëîo, uôcisk zelûaî. Znów grznmotnâîem z basi. I znów, i znów, i znów... Uderzaîem nawet wtedy, gdy rëce mnie puôciîy. Wpadîem w szaî, jak przy mojej ostatniej ofiarze. Ryk punków zaamilkî. Chyba wykoïczyîem im najwiëkszego pupilka. Z ociekajâcâ od krwi twarzâ odwróciîem sië do tîumu. Cisza. - KTóRY NASTëPNY? - wycedziîem..... 3 c.d.n 2 Young