2 "Mars" 4 Young 6 Wszedîem pewnym krokiem w wâskâ uliczkë, oôwietlanâ jedynie biaîym blaskiem pobliskiej latarni. Czuîem ofiarë. Byîa blisko. Na wyciâgniëcie rëki. Wiëc wyciâgnâîem rëkë. Ciche "Pyk!" i kula pomknëîa prosto w jej gîowë. Poczuîem pryôniëcie kropel krwi na ustach. Spojrzaîem na jej twarz. Nie wyraûaîa zdziwienia, ani bólu. Wyglâdaîa raczej, jakby sië ze mnie ômiaîa. A ja nie lubië jak sië ze mnie ômiejâ. Chyba dlatego wystrzeliîem w jej gîowë trzy magazynki. Kiedy przybiegîy gliny caîy czas strzelaîem, a ona caîy czas sië ômiaîa. Dopiero gdy jeden z gliniarzy poraziî mnie taserem oprzytomniaîem, ale byîo juû za póûno. Poczuîem ból w krzyûu i upadîem na ziemië. Gdy sië obudziîem patrzyîy na mnie oczy. Raziîo mnie ostre ôwiatîo halogenów. Jedne oczy popatrzyîy na mnie ze zdziwieniem, a potem zasnâîem. Kiedy sië obudziîem znowu, czuîem sië lekki. Nie byîo juû ôwiatîa. W oddali sîyszaîem echo miarowych kroków. Pomacaîem sië rëkâ po twarzy. Zabrali mi wszystko. Moje drugie ciaîo. Ale teraz wszystko mi byîo obojëtne. Wstaîem, po nogach przeszîy mi dreszcze. Dreszcze... Pomacaîem kolana. Byîy prawdziwe. Usiadîem i zaczâîem myôleê. Wtedy wszedî facet. Byî ubrany w czarny garnitur i czarnâ maskë. Wyglâdaî jak diabeî. Otworzyî teczkë i wyjâî cyrograf. "Niech pan to podpisze. Pieniâdze na zdezaktywowanie wszczepów dostarczyî nam Ilo. Ilo Dowdy" Diabeî sië uômiechaî, zachëcaî do podpisania cyrografu. Wiëc podpisaîem, zresztâ chciaîem wyjôê z twego piekîa. Wtedy pomocnicy diabîa porazili mnie i zasnâîem. Chyba dîugo spaîem. Byîo mi zimno, kiedy sië obudziîem. Jeszcze leûâc obróciîem sië i zobaczyîem zamek Lucyfera. Czuîem jak zimny wiatr chîoszcze mojâ twarz i taïczy we wîosach. Podniosîem sië. Miaîem mój stary, brâzowy pîaszcz po ojcu, zielone skarpetki, pulower z weîny i kapelusz myôliwego. Wszystko po ojcu. Mój ojciec umarî osiem lat temu, w dwutysiëcznym dwunastym. Mojej matki nie chcë pamiëtaê. Zmruûyîem oczy i zaczâîem iôê. Upadaîem i podnosiîem sië i znowu upadaîem. W koïcu doszedîem do Miasta. 5 Rozdziaî 1 "Ilo Dowdy" 6 Wszystko wczeôniejsze byîo jak sen. Zaczâîem normalnie myôleê dopiero u Dowdy`ego. Ten wariat szukaî mnie w caîym Southcity, wydaî masë forsy, ale jednak mnie znalazî. Zaskoczyîem, kiedy Ilo napraî mnie po pysku, i daî sië napiê VILO. Zaczëîo mi sië rozjaôniaê. Trochë pogadaliômy, a w zasadzie tylko on gadaî, a ja tylko kiwaîem gîowâ. Zasnâîem na fotelu, przed telewizorem. Obudziîem sië dzisiaj, leûë teraz na kanapie i pstrykam auto-czymô tam. Nie wiem o co chodzi, ale grunt, ûe kanaîy sië zmieniajâ. Wszedî Ilo, rzuciî torbë z zakupami na fotel i poszedî do îazienki. Dorwaîem sië do torby, byîem cholernie gîodny. Zaczâîem opróûniaê. Taaaa. Prepaki Biotechniki, Wysoko Energetyczne Buraczane Koncentraty Jadalne. Bez róûnicy, w dwutysiëcznym dwudziestym (chyba lata mi sië nie popieprzyîy) caîe to ûarcie smakuje jak gówno, niewaûne czy wyglâda jak kurczak, pomidor, czy kanapka. Po prostu gówno w innym opakowaniu. Zaczâîem zëbami gryúê opakowanie, bo za cholerë rekami nie daîo sië otworzyê. Wszedî Ilo, wziâî ode mnie oôlinionego prepaka i spokojnie przeciâî go na dwie czëôci patrzâc na mnie. - Caîy czas jak naêpany - mruknâî - Nie wiem, kiedy ci przejdzie. - Juû mi przeszîo - wymamrotaîem - Daj lepiej jeôê. Ilo wyciâgnâî îyûkâ zmarzniëty, jeszcze prepak i wrzuciî go do mikrofali. Nastawiî urzâdzenie i usiadî w póîcieniu, w swoim ulubionym starym fotelu. - Gdzie masz kapcie? - zapytaîem. Ilo zawsze chodziî w starych przydeptanych kapciach. - Polska mi zjadî. - odpowiedziaî uômiechajâc sië Ilo. Polska wstaî z kosza i ziewajâc podszedî do miski. Stary, mâdry pies ten Polska, ale lubujâcy sië w kapciach. - Wiesz, co tydzieï kupowaîem mu kapcie do gryzienia, przez caîe piëtnaôcie lat. Juû nawet jak wchodziîem do Marketu co piâtek, to mówiîem "To, co zwykle", a sprzedawczyni dawaîa mi kapcie. No i patrz, raz zapomniaîem i ten gîupi psiak zeûarî mi moje. - Ûarcie chyba juû gotowe - zauwaûyîem nieômiaîo. Byîem okropnie gîodny. Ilo wstaî leniwie, chciaî wyêwiczonym ruchem zaîoûyê kapcie, ale one spoczywaîy juû na dnie przepastnego ûoîâdka Polski. Spojrzaî na psa groúnie i poczîapaî do kuchni. Rozejrzaîem sië po pokoju. Jak zwykle, tylko ôladowo oôwietlony. Ilo miaî forsë, to fakt, ale nie kupowaî rzeczy dla picu. Zawsze podziwiaîem go za jego talent do meblowania pokojów. Ten miaî dwa stylowe fotele. W jednym siedziaî Ilo, a w drugim ja. Potem îadna drewniana szafka z barkiem. Ilo mówiî ûe drewno jest prawdziwe, a nie klonowane. W duûej donicy paproê, ponoê naturalna, jak wszystko inne. Do tej staroczesnoôci Ilo doîoûyî nowe rzeczy, to znaczy japoïskie video - Holo - coô tam. Jakieô wklësîe TV. No i wieûa z wielkimi czterema kolumnami, po jednej w kaûdym rogu. A najlepsze byîo to, ûe w pokoju panowaîa cisza. Kiedy mieszkaîem w Strefie, domy drûaîy od dúwiëków strzaîów i krzyków. Kiedy mieszkaîem w Centrum co noc sîuchaîem przepiëknego, cholernie gîoônego gîosu spikerki z pobliskigo sterowca Militechu zachwalajâcego nowy pic z resortu broni. W ogóle w caîym NightCity byîo gîoôno. Syreny AntyRiotów Arasaki na obrzeûach miast, wyjâce dúwiëki Traumy, krzyki Giwerowców, wrzaski biegnâcych Inkwizytorów przez megafon nawracajâcych do prawdziwej wiary. A tu byîo cicho. Wszedî Ilo. - A niech to, nie bëdë cië karmiî tym gównem. - Powiedziaî - Zagotowaîem paszteciki. Kosztowaîy mnie 500E$, ale niech stracë. - Dobra, dobra. Nie przedîuûaj. - mruknâîem i bîyskawicznie zabraîem sië do jedzenia. Paszteciki byîy pyszne, jak znam Ilo, to powie, ûe naturalne, nie jakieô techniczne gówno. - Te paszteciki sâ naturalne. Nie jakieô techniczne gówno. - powiedziaî Ilo i zabraî sië do jedzenia. Boûe! Czy aû tak dobrze znaîem tego faceta? Ilo skoïczyî jeôê, popiî sokiem i zaczâî. - Moûemy nareszcie normalnie porozmawiaê. Nie krzyw sië tak, trzeba omówiê wiele spraw. Po pierwsze: Co sië z tobâ staîo. Po drugie: Co jeszcze pamiëtasz. Po trzecie: Co zrobimy teraz. - Muszë opowiadaê po kolei, czy w porzâdku alfabetycznym? - Nie chciaîo mi sië tîumaczyê przed Ilo z wszystkiego co zrobiîem. - Jak chcesz, byle sensownie - odpowiedziaî Ilo. - Okey. - zaczâîem na wdechu. - Wszystko po kolei. 5 Rozdziaî 2 "Historia moja i Ilego" 6 - Kiedy widzieliômy sië ostatnio... - zastanawiaîem sië gîoôno. - siedem lat temu? Nie. Osiem i póî, jeôli dobrze liczë. Tak, tak. Osiem i szeôê miesiëcy dokîadnie. To byîo w kwietniu dwutysiëcznego jedenastego. Pamiëtasz Ilo, wtedy skoïczyliômy naszâ dziaîalnoôê. Miaîem juû trzydziestkë na karku. Powiem ci dokîadnie jak to byîo naprawdë. Wyznam ci wszystkie grzechy, jeôli mogë tak powiedzieê. W kwietniu, kiedy rozstaliômy sië w Londynie od razu pojechaîem do Kamerunu, do Ngaundere. Wtedy nie trudno byîo o pracë, a grosz sië przydaî zawsze. Miasto w którym mieszkaîem (z resztek forsy, z ostatniej naszej pracy) nie byîo jeszcze objëte tak zwanym Wewnëtrznym konfliktem Póînocno - Afrykaïskim. Wojska Czadu zajëîy dopiero Marouë i moûna sië byîo ich spodziewaê za jakiô czas. Przystâpiîem wiëc jako ochotnik do Elitarnych Wojsk Republiki Kamerunu. Wtedy sië trochë zatraciîem, a wszczepy techniczne byîy korcâce przynajmniej dla mnie. Zaleûaîo mi na forsie, na ûyciu i na nowej technice jednoczeônie, wiëc przyjëîem te wszczepy, jak maseîko. Jakieô japoïskie oczy, coô do korpusu. Niewaûne zresztâ, czuîem sië dobrze z technikâ. Potem wojska Czadu wstâpiîy do Ngaundere, i walczyîem w doborowym szwadronie z innymi najemnikami. Po drugiej stronie wystëpowali raczej mîodzi, poborowi ûoînierze, wiëc wiesz, jak to sië mówi: "praca, jak kaûda inna". Walczyîem dla Kamerunu jakieô osiem miesiëcy. W charakterze komandosa, jeôli pozwolisz mi tak siebie nazwaê. Potem byîy problemy z wypîaceniem forsy za kontrakt, ale jakoô sobie poradziîem. Juû wtedy zaczëîem fiksowaê od tych cyberwszczepów, ale jeszcze na maîâ skalë. Miaîem forsë, lubiîem Afrykë, a poza tym w jej poîudniowej czëôci byîo spokojnie. Pojechaîem wiëc do Zambii, gdzie miaîem przyjacióîkë, Evë. Kiedy przybyîem na miejsce, okazaîo sië, ûe nie ûyje. Pracowaîa dla Biotechniki, na oddziale podwyûszania jakoôci gleb. Tam spotkaîem jej zastëpczynië, nie pamiëtam jej imienia. Wydaîa mi sië zimnâ sukâ. Sorry, jeôli cië obraûam, Ilo, ale opowiem ci wiëcej. Doszedîem do siebie szybko, ale i tak nie wiedziaîem co ze sobâ zrobiê. Wróciîem wiëc do Czadu, i wynajâîem sië po drugiej stronie. Pracë solosa moûna byîo wtedy zaîatwiê szybko. Zdezaktywowali mi wszczepy, a zamontowali swoje. Przyjâîem ich wiëcej, niû poprzednim razem. Czarni chîopcy z Czadu okazali sië sprytni. Zrobili mi skan mózgu, naszprycowali i masz. Straciîem swoje piëê lat. Walczyîem jak zaczarowany, nie wiedziaîem co sië ze mnâ dzieje. Czasem tylko odwiedzaîa mnie jakaô istota, z którâ rozmawiaîem. Nie ômiej sië Ilo, tak byîo. Konflikt Czad-Kamerun skoïczyî sië w dwutysiëcznym osiemnastym, wtedy to rozpoczëîo sië zacieranie ôladów po wykorzystywaniu wojsk - êpunów - maszyn, do których i ja naleûaîem. Ten fragment pamiëtam. Jechaîem na furgonetce, z dziesiâtkami innych nieprzytomnych ze strachu ûoînierzy. Opancerzony furgon wysypaî ciaîa na ziemië, i straûnicy zaczëli strzelaê seriami do nas. Ja miaîem szczëôcie. Skoïczyîo sië na trzech kulach w boku. A w zasadzie zaczëîo sië na tych trzech kulach, bo potem musiaîem sië wydostaê z tego bagna. Kiedy furgon odjechaî po nastëpnâ partië, wygrzebaîem sië ze sterty ciaî i zaczâîem iôê przed siebie. Zemdlaîem po krótkim czasie, a gdy sië obudziîem, leûaîem juû w jakimô sîomianym domku. Opatrzyli mnie i wyleczyli. W wiosce mieszkaî lekarz-misjonarz Albert Smoth... Nie pamiëtam nazwiska. W ogóle zbyt wielu rzeczy nie pamiëtaîem z tego okresu. Wyciâgnâî mi te kule, zaîatwiî moûliwoôê telefonowania do Zambii. Dzwoniîem do mojego kumpla, Scottiego. Byî dziennikarzem, zresztâ chyba jest nadal. Pracuje bodajûe dla 54 kanaîu. Przyjechaî po mnie, odwiózî mnie do siebie, do Zambii. I powiedziaî, co miaî do opowiedzenia. Mianowicie, wiedziaî, ûe krëciîem sië przez trzy miesiâce za zabójstwem Evy. Miaî na ten temat swojâ teorië. Ta zimna profesionalistka, którâ spotkaîem na miejscu Evy, wedîug Scottiego byîa poôredniâ jej zabójczyniâ. Uff... Scottie jeszcze trochë wëszyî i przekazywaî mi informacjë na jej temat. Znalazî w koïcu jakiô piëêdziesiëcioprocentowy dowód. To mi juû wystarczyîo. Wiesz, faszerowanie sprzëtem i prochami bojowymi zrobiîo ze mnie czîowieka nerwowego. Znalazîem stary numer skrytki pieniëûnej i wyîowiîem trochë forsy. Potem wcisnâîem sobie cybernogi i rëce, coô do korpusu, jakieô dopalacze. I czekaîem. W koïcu, kiedy ta suka pojechaîa do San Francisco, ruszyîem za niâ. Wiedziaîem juû co mam zrobiê. No i w San Francisco jâ dopadîem, prawie nic juû z tego nie pamiëtam. To moja skromna historia. - No, no - rzekî Ilo - naleûâ ci sië brawa za îadnâ opowieôê. Mogë uzupeîniê twoje wiadomoôci na temat ostatnich szeôciu miesiëcy twojego ûycia. Pojechaîeô za niâ nie do San Francisco, tylko do Nowego Yorku. A ta ofiara, to byîa Elvina Samsong. Wystrzeliîeô w jej gîowë z piëê dziesiâtek naboi. Wyrwanie cië z îap policji i korporacji, a potem z objëê cyberpsychozy kosztowaîy mnie wielkâ sumë. Ale coô za coô. Jesteô mi winien przysîugë. - Ach tak? - zawoîaîem wôciekîy - Papa Ilo znów ratuje ôwiat. Mogîeô robiê co do ciebie naleûy. - No i wtedy nie byîoby cië tutaj i nie byîoby rozmowy. - uciâî Ilo - Widzisz, straciîem osiem lat ûycia. A co z tobâ? - zapytaîem juû îagodniej. - Szkoda gadaê, ale zagadam, co mi szkodzi. - wychrypiaî Ilo, ale zaraz sië poprawiî i odchrzâknâî. - Po tym jak zniknâîeô, szukaîem cië w Afryce. Ale nic. Czîowieku, ci Murzyni to dziki naród. Jadë jeepem, a tu nagle taki czarny wyskakuje, i coô tam gada do mnie. Chciaîem go olaê, powiedziaîem tylko jedno zdanie po nigeryjsku, i znaczyîo "Odejdú chamie, bo dostaniesz w krocze". To on sië szarpie ze swoim mundurem i wyszarpuje jakiô dokument. Potem ôciâga karabin z pleców i îup! Do opon. Ja dajë nogë w hamulec i nura w rów. Schowaîem sië, jeep walnâî w drzewo. Zanim zlecieli sië inni byîem juû daleko. A ty w tym piekle osiem lat... Podziwiam cië... - Przynajmniej jedna pochwaîa od wczoraj. Nic, tylko klâîeô na mnie. ûadnego tortu, napojów, baloników. - Jeszcze byô chciaî baloniki... Niewaûne, miaîem dosyê tej cholernej Afryki, wiëc olaîem poszukiwania i wróciîem do NightCity. U nas przez osiem lat teû byîo trochë problemów. Choroby pyîowe, wojny korporacyjne, fala kwaônych deszczów, gîód. Zresztâ, wiesz sam... Pracë miaîem, robiîem techniczne bajery dla Disney Corp. ômieszne, co? A forsa jak myôlisz, skâd sië bierze? No i robiîem szeôê lat, mam forsy, jak lodu. Kontrakt sië skoïczyî dwa lata temu, jestem chyba bezrobotny. - Uuuuuuu... Krótka historia, a w dodatku nieciekawa. - skrytykowaîem - Coô ty robiî przez ten czas? Spaîeô? - Teû, ale tylko po nocach. Miaîem spokój. Posîuchaj, jaka cisza - powiedziaî Ilo. - Ale jest jescze jedna waûna sprawa. Tylko usiâdú wygodnie w fotelu i nie spadnij. To, co ci teraz powiem, moûe wydaê sië dziwne, ale pomysî jest dobry. Chcë reanimowaê grupë. - Eh! - zadîawiîem sië winem- Re... Re... Rae...??? - Tak, dokîadnie. Nie ôliï sië! Mam doôê siedzenia cicho. Trzeba dziaîaê, póki moûna. Przeîknâîem, wytarîem czoîo chusteczkâ (U Ilego byîo gorâco) i ze spokojem wysylabizowaîem (Tfu, pieprzone sîowo) - RE - A - NI - MO - WAê? - wytîumacz mi dokîadnie, bo albo ty bredzisz, albo ja mam gorâczkë... - To chyba masz gorâczkë. Sprawa jest prosta i nudna. To raz. Ty nie masz roboty. To dwa. Ja nie mam roboty. Trzy. Donald juû nie pracuje. Cztery. Helmut juû nie pracuje. Piëê. Trzeba coô zrobiê. Jasne? - Szeôê. Jak sîoïce - wymamrotaîem. Ilo mnie zdziwiî, ale ja sam zdziwiîem siebie samego. NAPRAWDË chciaîem coô zrobiê. Coô SENSOWNEGO. - I co? - zapytaî Ilo z szelmowskim uômieszkiem, widzâc mojâ minë. - Wchodzisz? - Chciaîeô, ûeby to zabrzmiaîo oficjalnie, co? Niech ci bëdzie - powiedziaîem z dumâ - Wchodzë. 3 c.d.n 2 Young