1 kiedy noc przykrywa ziemië swym czarnym pîaszczem bogowie ciemnoôci zstëpujâ poôród ômiertelnych kiedy ksiëûyc zalewa ziemië swym czerwonym blaskiem bogowie ciemnoôci zbierajâ swe ûniwo - dusze niewiernych 5 Dzieci Chaosu 6 Noc powoli wkraczîa do miasta. Na poczâtku nieômiaîo mrok wypeîaniaî odludne zauîki, póúniej ciemnoôê wypeîzîa na ulice, by pogrâûyê je w czerni chaosu. Bojaúliwi ludzie pochowali sië w domach, rozkoszujâc sië ciepîem ognia w kominku. Tylko pijani gîupcy wîóczyli sië o tej porze po ulicach. Nawet obcy wiedziaî, ûe w tym mieôcie po zmierzchu chaos i pustka ciemnoôci sâ jedynym panem. 5 * * * 6 W podziemiach ôwiâtyni gromadziîo sië powoli coraz wiëcej wiernych. Po jakimô czasie tîum ubranych w czerï ludzi wypeîniî caîâ olbrzymiâ salë. Na jej ôrodku, na kamiennym podwyûszeniu, znajdowaî sië bazaltowy oîtarz - oîtarz poôwiëcony bogom nocy, synom chaosu i zniszczenia. Zrobiony z czarnej skaîy, zdawaî sië pochîaniaê caîe ôwiatîo, dawane przez zawieszone na ôcianach pochodnie. Jego gîadka powierzchnia emanowaîa kosmicznâ pustkâ, energiâ nieistnienia, która przewiercaîa ôwiadomoôê, zostawiajâc w niej przeraûajâce uczucie niemoûnoôci. Oîtarz byî dla zgromadzonych symbolem niûszoôci czîowieka, jego sîaboôci oraz sîuûby istotom wyûszym - bogom. A z tych jedynie narodzeni razem ze ôwiatem i tak jak on - z chaosu - panowali nad potëgâ wszechôwiata... Bazaltowa bryîa oîtarza zniknëîa w kîëbach dymu. Kiedy sië rozwiaî na twarzach wiernych pojawiî sië niepokój. Na podwyûszeniu staî kapîan, jednak nikt nie pamiëtaî by kiedykolwiek wczeôniej odprawiaî ceremonië. Byî wyûszy i lepiej zbudowany od poprzedniego celebranta. Takûe jego szata liturgiczna róûniîa sië od uûywanej normalnie. Jednak wraûenie, jakie wywarî na wiernych, byîo olbrzymie. Czarna koszula opinaîa ciasno jego ciaîo, podkreôlajâc grube wëzîy miëôni; takûe czarny, haftowany srebrnymi niêmi ornat idealnie leûaî na szerokich barkach nieznanego kapîana. Kaptur caîkowicie chowaî w swym cieniu twarz i nikomu nie udaîo sië jej dostrzec. Tylko budzâce lëk bîyski oczu, pîonâcych jak dwa piekielne niebieskie ognie, wskazywaîy, ûe mrok pod nim nie jest jedynie pustkâ. Jego ciemna, potëûna sylwetka górowaîa teraz nad caîâ salâ. Na oîtarzu leûaîo ciaîo. Owiniëte w czarne szaty wydawaîo sië czëôciâ ziejâcego chîodem kamienia. Niektórzy ze zgromadzonych rozpoznali, kim byî martwy czîowiek i przeraûenie sparaliûowaîo ich ciaîa. Speîniaîy sië sîowa proroka. - Z dnia rodzi sië noc, z nocy rodzi sië dzieï, z ûycia rodzi sië ômierê, a ze ômierci ûycie - ci, którzy stali bliûej oîtarza mogliby przysiâc, ûe kapîan nie poruszyî nawet ustami. Jednak to mógî byê tylko jego gîos - gîos wybranego przez bogów. - Ta noc jest kresem wszystkiego. Nie bëdzie juû wiëcej narodzin, nie bëdzie wiëcej ôwiatîa dnia. Sîoïce juû nigdy nie wypali ûycia. Skoïczyîa sië walka z chaosem, bo skoïczyli sië jego wrogowie. Strach tîumu byî tak wielki, ûe prawie namacalny. Zgromadzeni z lëkiem wpatrywali sië w ciemnâ sylwetkë ze wzniesionymi rëkoma. - Ûegnamy dziô Wielkiego Mistrza. To on prowadziî was do zbawienia, uczyî podstawowych dogmatów wiary. Byî wielkim wojownikiem chaosu - byî wybraïcem bogów. Oni dali mu ûycie i oni mu je odebrali, kiedy speîniî swojâ misjë. Byî naprawdë wspaniaîy, ale dziô musimy go poûegnaê... Niech bëdzie przeklëty przez dobro na wieki! Przeraûajâcy ômiech kapîana zmieszî sië z hukiem pëkajâcego bazaltu. Rozpëtaî sie wicher, który zgasiî wszystkie pochodnie. W nieprzeniknionej ciemnoôci wierni mogli usîyszeê znajomy gîos zmarîego Mistrza: - Niewinny! Przybywaj zbawiê ten cholerny ôwiat! 5 * * * 6 Ksiëûyc wzeszedî tej nocy inny. Nie byî srebrzyôcie biaîâ tarczâ - zdawaî sië pîonâê rudoczerwonym ogniem. Rzucaî krwawy blask na pogrâûone we ônie miasto. Taki ksiëûyc nie mógî zwiastowaê nic dobrego. 5 * * * 6 W purpurowym ôwietle zamajaczyîa jakaô dzieciëca sylwetka. Moûe szeôcioletni chîopiec szedî wolno opustoszaîâ ulicâ, ciâgnâc za sobâ brudnego pluszowego misia. Rozserzonymi strachem oczyma, dziecko wpatrywaîo sië w ciemnoôê. Po brudnych policzkach ôciekaîy îzy. - Tato ! - chîopiec zawoîaî cicho, zduszonym przez pîacz gîosem. Wiatr bawiî sië jego dîugimi, siëgajâcymi ramion, jasnymi wîosami. Odpowiedziaîo mu dalekie ujadanie psa. - Tato, gdzie jesteô? - czuî sië bardzo samotny, nawet echo nie chciaîo powtarzaê jego sîów. Spadajâca gwiazda przeciëîa niebo jasnâ smugâ ôwiatîa."Chcë odnaleúê tatusia" pomyôlaî chîopiec. Wiedziaî, ûe spadajâce gwiazdy zawsze speîniajâ ûyczenia... 5 * * * 6 Przed karczmâ stali trzej mëûczyúni. - Widzieliôcie jak mu wyrûnâîem - mówiî jeden mocno przepitym, podnieconym gîosem. - Krztusiî sië swoimi zëbami. Ha, ha... - jego ômiech nie miaî nic wspólnego z radoôciâ. - Cicho! Ktoô idzie... - szepnâî drugi i w jego rëku bîysnâî sztylet. Zza zakrëtu wyszedî jasnowîosy chîopczyk, przytulajâcy zabîoconego misia. Spojrzaî na obcych lëkliwie, jednak nie zawróciî. - Kurwa! Ale mnie przestraszyîeô. Co ty tu robisz gówniarzu? Ojciec cië nie nauczyî, ûe o tej porze sië ôpi? - Zostaw go w spokoju. To tylko dzieciak. - Muszë odszukaê tatusia - odpowiedziaî chîopiec cicho i zniknâî za zakrëtem. - Ha, ha, ha... - pijak wybuchnâî ômiechem. - Sîyszeliôcie?! Szuka tatusia! Ha, ha... Pewnie twój stary leûy teraz pod ciepîâ pierzynâ z kolejnâ dziwkâ!... - nagle urwaî, zrozumiaî bowiem swój bîâd. Nastëpny podmuch wiatru rozdmuchaî jego prochy... 5 * * * 6 Krople deszczu ôciekaîy po mokrych kosmykach wîosów chîopca. Nie doôê, ûe taka ciemna noc, to jeszcze musiaîo sië rozpadaê. Dziecko czuîo jednak, ûe na szczëôcie juû niedîugo odnajdzie ojca. Daleko widaê byîo ciemne sylwetki drzew miejskiego cmentarza... Kiedy przekraczaî furtkë nie baî juû sië ciemnoôci. Bîyskawice raz po raz rozôwietlaîy ôwiat. Szedî powoli, uwaûnie patrzâc na groby. Nie byîy zbyt wymyôlne - proste tablice z napisem "Ave Maria". Ludzie nie mieli po prostu wyobraúni. Kolejna bîyskawica oôwitliîa cmentarz. W jej ôwietle chîopiec dostrzegî grób inny niû wszystkie. W cieniu dwóch potëûnych starych buków wznosiî sië monumentalny pomnik. Olbrzymi krzyû z czarnego marmuru wyglâdaî, jakby byî trochë "do góry nogami", jednak nie psuîo to wraûenia. Na pîycie wyrzeúbione dwa splecione wëûe wpatrywaîy sië w chîopca rubinowymi oczyma. - Tatusiu, czy jesteô tam? - chîopiec zawoîaî z nadziejâ. - Tatusiu?! Oôlepiajâca bîyskawica uderzyîa w stary buk. Chîopiec poczuî przyjemny dreszcz elektrycznoôci. Huk grzmotu zlaî sië w jedno z odgîosem pëkajâcej ziemi. Przez ôrodek pomnika przebiegaîa teraz szeroka szczelina. Chîopcu byîo trochë szkoda, ûe zniszczyî tak îadny grób. - Jestem... - w szczelinie pojawiîa sië potëûna sylwetka. - Tatusiu! Wreszcie! Nawet nie wiesz ile sië ciebie naszukaîem. - Póúniej mi opowiesz. Teraz musimy juû iôê. - postaê poîoûyîa dîoï na ramieniu chîopca i obaj ruszyli w kierunku miasta. - Tatusiu? - Tak synku? - Gdzie tak dîugo byîeô? - Ludzie to miejsce nazywajâ Piekîem. - A czy byîa tam mamusia? - Nie synku. - Kiedyô jâ teû bëdë musiaî odszukaê... 2 Sloodge/TheFect paúdziernik 1995