Wyprawa po szczëôcie od Ottona Rozdz. I Trzech podróûników staîo w milczeniu patrzâc za oddalajâcym sië statkiem. Nie ûaîowali tej wyprawy, pomimo ûe zostawili wszystko na cztery miesiâce. Choê spieszyli sië do domów, to jednak widok znajomego nadbrzeûa sprawiaî iû czuli w swoich sercach pewien rodzaj pustki - jak zwykle po peînych niebezpieczeïstw podróûach. Tak to byîo i zdâûyli sië juû do tego przyzwyczaiê. Pierwszy odezwaî sië wreszcie ork. - To naprawdë ostatni raz Kidghor, nigdy wiëcej ûadnych niezbadanych archipelagów. Nigdy. Jak chcesz naraûaê swój reptilioïski tyîek dla jakichô innych domniemanych przedmiotów magicznych to ja sië z tego wypisujë. - Tak. Masz racjë. Jeôli od poczâtku wiedziaîbym co tam zastaniemy - wcale tak bym sië nie rwaî... No, ale przynajmniej mamy to - wskazaî na stojâcâ obok nich niewielkâ, inkrustowanâ skrzynië nie posiadajâcâ ûadnej kîódki, a mimo to zamkniëtâ szczelnie. - Taak. Ciekawe co jest w ôrodku - powiedziaî rozmarzonym gîosem mîodziutki elf. - Moûe jakiô miîy akcent na koniec. - Tym zajmiemy sië póúniej - stwierdziî reptilion, po czym znów zwróciî sië do orka: - Thog, mógîbyô jâ wziâê? Zuûyjë mniej potencjaîu na przetransportowanie nas do domu. - O nie! Sam sië transportuj. Ja idë zaîatwiê jakiô wóz. - Idziesz Celasie? - zwróciî sië do elfa i nie czekajâc na odpowiedú ruszyî w kierunku nadbrzeûnej karczmy. - Dobra. To spotkamy sië w zamku. Widzë, ûe aû tak ci sië nie spieszy - stwierdziî Kidghor, wymówiî odpowiednie zaklëcie i ... juû go nie byîo. Na molo zostaî tylko mîody elf, który czujâc napîywajâcâ wôciekîoôê zaczâî pocieraê kciukiem miedziany pierôcieï - jedynâ biûuterië jakâ kiedykolwiek posiadaî. Nie mógî sobie jednak pozwoliê na ûadne niekontrolowane wybuchy - posiadaî przecieû coô co w przyszîoôci mogîo zawaûyê na losach setek ludzi. Musiaî jednak nad sobâ panowaê. Tak wiëc wzruszyî ramionami i udaî sië ôladami Thoga, choê tak nie chciaîo mu sië jechaê przez kilka dni zamiast szybkiego przeniesienia. Mógî co prawda... - Nie! Tylko w ostatecznoôci. Kiedy nie bëdzie juû ûadnych innych wyjôê! - zbesztaî sië w myôlach. Ta wyprawa miaîa na celu wyuczenie go jak sobie radziê bëdâc zwykîâ istotâ. Rozdz. II Kidghor siedziaî sztywno przed skrzyniâ. Czekaî z otwarciem aû odzyska peînië siî i moûliwoôci. Dzisiaj miaî przyjechaê Thog .Próbowaî juû wszystkich znanych zaklëê aby jâ otworzyê. Bez rezultatu. Zaczâî sië nawet zastanawiaê nad zerwaniem pieczëci chroniâcych. Musiaî sië jednak liczyê z konsekwencjami tego czynu. Nie wiadomo co zawieraîy - stwierdziî tylko obecnoôê bardzo silnej magii. Ale nie chodziîo o samâ skrzynië - tego byî pewien. Po piëtnastu minutach kalkulowania siëgnâî po pierwszâ i ...zesztywniaî. Zauwaûyî ûe wzory na skrzyni sâ jakby zamkami czekajâcymi na odpowiedni klucz. - Dlaczego dopiero teraz? Przecieû to widaê jak na dîoni. Zaczâî sië im uwaûnie przyglâdaê. Po chwili jego oczy zaszîy mgîâ, a twarz przybraîa wyraz jaki zwykle wywoîywaîa hipnoza. Teraz widziaî wszystko nad wyraz wyraúnie i nie mógî w to uwierzyê. Pomimo iû opadîa kurtyna i zobaczyî skrzynië ze wszystkimi jej zabezpieczeniami w formie jakâ mógî rozpoznaê, to jednak byîa ich tak ogromna iloôê ûe nie byî w stanie rozróûniê prawie ûadnego. Nagle skrzynia zaczëîa lekko skrzyê, po czym wybuchîa wielka feeriâ ôwiateî - niektórych niemal oôlepiajâcych. To ôwieciîy wszystkie wplecione dla ochrony zaklëcia. Do tej pory nie wywoîywaîo to w reptilionie ûadnych reakcji, ale widzâc ôwiatîa nabraî nagle jakby naboûnej czci dla tego przedmiotu. Staîo sië tak dlatego, ûe zauwaûyî iû poszczególne fragmenty ledwo sië tlâ a inne wrëcz przeciwnie - aû oôlepiajâ natëûeniem. Moc jakâ poczuî w tej chwili byîa wiëksza niû mógî sobie nawet wyobraziê. A czary zawarte w pieczëciach jako jedyne wydawaîy sië w ogóle nie ôwieciê. Te w których wykryî wielkâ moc! Nie dane mu byîo jednak zastanawiaê sië nad tym dîuûej gdyû scena przed jego oczami gwaîtownie sië zmieniîa. Zaklëcia zaczëîy ze sobâ jakby walczyê dezaktywujâc sië wzajemnie. Trwaîo to w jego pojëciu jakieô trzy minuty, po czym nie zostaîo juû ûadne ôwiatîo - nawet na pieczëciach. Pozostaîa sama skrzynia z wzorami czekajâcymi na klucze. Jeden z nich zdawaî sië falowaê, zmieniaê ksztaît i kolor. Po kilkunastu uderzeniach serca przeksztaîciî sië w odcisk doskonale znanego Kidghorowi przedmiotu - jego wîasnego amuletu. Reptilion byî w transie. Nieôwiadomie zdjâî go z szyi i przycisnâî do skrzyni dopasowujâc do odpowiedniego miejsca. W tym momencie odzyskaî przytomnoôê umysîu i... zostaî z ogromnâ siîâ rzucony w powietrze. Zdâûyî tylko wypowiedzieê krótkâ formuîkë amortyzujâcâ uderzenie i râbnâî z hukiem o ôcianë. Rozdz. III Thog z radoôciâ przywitaî widok zamkowych murów które oznaczaîy koniec podróûy. Chociaû mógî tu byê piëê dni wczeôniej to jednak wolaî të dîuûszâ podróû. Kidghor po prostu nie rozumiaî ûe powrót do domu powinien byê poprzedzony pewnym wyczekiwaniem, dreszczykiem emocji, radoôciâ dotarcia. Dla tego reptiliona dom byî tylko miejscem gdzie staîa jego wieûa. Do niej zresztâ teû nie tëskniî - takiego maga jeszcze nikt chyba nie widziaî. - Pewnie sië nawet z nikim nie przywitaî - pomyôlaî. Mimo tego typu myôli ork byî jednak mocno przywiâzany do Kidgora. Od poczâtku stanowili zgrany duet. Jeden robiî wszystko ûeby drugi przeûyî, a nawet lepiej - ûeby w razie ômierci zostaî wskrzeszony. Dawali tego przykîady nie jeden raz. - No, Celasie - zwróciî sië do siedzâcego tuû obok mîodego elfa - Nastëpnym przystankiem bëdzie twój dom. - Po tej caîej wyprawie jest to chyba najnudniejsze miejsce na caîym ôwiecie. Ten komentarz wywoîaî u Thoga wybuch ômiechu. - No, widzë ûe nauczyliômy cië wiëcej niû powinniômy. To dobrze. Przynajmniej nie doîâczysz do grona tych osiadîych maminsynków. - O to moûesz byê spokojny - stwierdziî mîody elf gîosem "twardziela". Ich rozmowa toczyîa sië dalej aû do bramy, ale po dotarciu do niej raptownie sië urwaîa. Celas dobrze wiedziaî jakie uczucia grajâ w tej chwili prym w duszy orka. Gdy tylko przejechali przez wrota usîyszeli przeciâgîy pisk i zobaczyli mîodâ dziewczynë biegnâcâ w kierunku ich wozu. To byîa Kresha - najmîodsza siostra Thoga. Nie zwracajâc uwagi na przechodzâcego goblina(a kogo tu nie byîo: gobliny, harpie, a nawet dwa trolle. Nie mówiâc juû o kilkunastu oûywieïcach przebywajâcych w podziemiach) biegîa jak bawóî, ûeby tylko byê pierwszâ która przywita powracajâcych podróûników. Jej krzyk byî jakby hasîem na które wszyscy, którzy tylko w jakikolwiek sposób mogliby cieszyê sië z faktu przybycia Thoga, wylegli - szybciej, czy wolniej - na dziedziniec. Radoôê z jakâ witano orka i elfa byîa îatwa do przewidzenia. W koïcu minëîo kilka miesiëcy. Wszyscy ôciskali wszystkich, sîychaê byîo gîoône ômiechy, a po niektórych twarzach ciekîy îzy. Dwaj mîodsi bracia pobiegli w stronë domku dla sîuûby aby po chwili wróciê ze stoîem. Byî to chyba zrozumiaîy dla kaûdego znak i nagle wszystkich naszîa ochota na biesiadowanie. Z wielkim zapaîem zaczëto przygotowania do uczty. Nagle z wieûy dobiegî ogromny huk, który na moment ogîuszyî prawie wszystkich. Po chwili powietrze zaczëîo jakby jonizowaê. Trwaîo to tylko kilka sekund po czym nastâpiîa krótkotrwaîa ciemnoôê, która ustâpiîa miejsca niebu mieniâcemu sië róûnymi odcieniami fioletu. W innych okolicznoôciach byîby to piëkny widok, ale teraz nikomu nie przyszîo nawet do gîowy podziwianie tego zjawiska. Wiëkszoôê przebywajâcych w zamku ulegîa panice i na dziedziïcu zapanowaî chaos. Poôród tego szaleïstwa jedynie Thog, Celas i kilku goblinich weteranów zachowaîo spokój. Gobliny ruszyîy szybko w kierunku orka i elfa aby wysîuchaê poleceï. Byîo to nieîatwe zadanie i zajëîo im chwilë, ale w takich warunkach i tak byli nad wyraz szybcy. W momencie gdy dotarli na miejsce z îopotem skrzydeî wylâdowaîy takûe trzy harpie. One teû wydawaîy sië spokojne. - Jesteômy w jakimô dziwnym miejscu, jakby caîy zamek przeniosîo do innego wymiaru - stwierdziîa z zadziwiajâcym spokojem jedna z kobiet-sëpów. - Te z nas które nie siedziaîy na murach nie zostaîy przeniesione. Tak wiëc poza nami sâ jeszcze cztery. Dwie z nich to dzieci - powiedziaîa druga. - Oûywieïcy sâ spokojni - z naszym panem chyba wszystko w porzâdku - stwierdziî jeden z goblinów. Mówiî o Kidghorze. - Dobrze - powiedziaî Thog. - Wy obserwujcie i rejestrujcie wszelkie zmiany na zewnâtrz - zwróciî sië do harpii. - A wy spróbujcie jakoô zapanowaê nad tym baîaganem - powiedziaî do jednego z goblinów. Celas, stojâcy do tej pory bez sîowa teraz stwierdziî - Idë na wieûë. Ork spojrzaî na niego i powiedziaî - Miaîem dokîadnie taki sam zamiar. - Wiëc nie czekajmy dîuûej. Kiedy dotarli do wieûy wrzawa zaczynaîa juû cichnâê - gobliny dziaîaîy dosyê sprawnie. Schody prowadzâce na górë byîy dosyê wysokie, tak ûe lekko sië zmëczyli zanim dotarli do sali bëdâcej laboratorium reptiliona. Thog przygotowany na wiëkszoôê przykrych doôwiadczeï pierwszy wpadî do pomieszczenia. Nie musiaî nawet otwieraê drzwi - ich szczâtki byîy wciôniëte w kamieï po drugiej stronie korytarza. Wszystko byîo zdemolowane. Ôciany byîy obsypane róûnymi czëôciami rzeczy których zidentyfikowanie byîo niemoûliwe - przynajmniej dla nich dwóch. Ogólnie wyglâdaîo na to ûe coô sië znowu pomyliîo Kidghorowi przy jemu tylko znanych doôwiadczeniach. Z kâta dobiegîo jëczenie. Celas szybko rzuciî sië w tamtâ stronë - to mógî byê tylko reptilion. I rzeczywiôcie, spod sterty ômieci usîyszaî kolejne jëki i przekleïstwa wypowiadane dobrze mu znanym gîosem. - Skrassh, lamas ka garrd? (tîum. z reptilioïskiego - Cholera, co jest grane?) - Kidghor! Wszystko z tobâ w porzâdku? - zawoîaî elf bojâc sië ûe ten wstrzâs mógî powaûnie uszkodziê i tak juû sponiewieranâ gîowë maga. - Nie drzyj sië tak. Îeb mi pëka. Uchch... - potrzâsnâî czerepem, co spowodowaîo tylko zwiëkszenie bólu, wiëc znów jëknâî. - Chodú, lepiej wyjdúmy na zewnâtrz. - Ale ûeô narobiî - powiedziaî Thog patrzâc zîym wzrokiem na przyjaciela. - Co ci znowu nie wyszîo? Sîowa te jednak chyba nie doszîy do reptiliona bo nagle zerwaî sië z nowymi siîami na nogi z pytaniem - Skrzynia! Gdzie skrzynia! - A... Wiëc o to chodziîo. No tak. Moûna to byîo przewidzieê - mruknâî do siebie ork po czym chwyciî maga za ramiona i potëûnie nim potrzâsnâî co wywoîaîo kolejny jëk - Uspokój sië. Skrzynia stoi pod tamtâ ôcianâ. Wyglâda trochë lepiej niû ty. I rzeczywiôcie - chociaû wszystko byîo zdemolowane, to jednak sama skrzynia wyglâdaîa jakby uderzyîa o ôcianë z o wiele mniejszâ siîâ niû reszta rzeczy. Co wiëcej byîa otwarta, a w ôrodku coô bîyszczaîo. Gdy tylko Kidghor doszedî lekko do siebie i ujrzaî jâ wreszcie z odchylonym wiekiem - wprost oszalaî z radoôci. Zaczâî skakaê po pokoju nie zwracajâc uwagi na nic. Skutek tego byî taki, ûe zaplâtaî sië w pîaszcz i runâî jak dîugi. Ten upadek byî chyba jednym uderzeniem za duûo, bo reptilion zemdlaî. Rozdz. IV Wszëdzie poza zamkiem panowaîa cisza. Wedîug harpii nie istniaîo tu pojëcie góry, doîu, czy jakiegokolwiek innego kierunku. To byîa idealna pustka. Pustka ta zdawaîa sië jednak posiadaê pewien system czasowy. Odpowiadaî on prawie idealnie zwykîej dobie. Podczas "dnia" przewaûaîy raczej jasne odcienie fioletu, natomiast "nocâ" górë braîy ciemne. W ciâgu pierwszych dwudziestu czterech godzin nie staîo sië zupeînie nic. Trzech przyjacióî siedziaîo i zastanawiaîo sië nad sytuacjâ. Na okrâgîym stole przy którym siedzieli leûaîy rzeczy znalezione w skrzyni. Nie byîo tego wiele, ale kaûdy przedmiot wydawaî sië cudem rzemieôlniczym. Thogowi najbardziej rzuciî sië w oczy srebrny miecz, oraz taki sam napierônik. Byîy one chyba bliúniacze, poniewaû na kaûdym znajdowaîy sië takie same znaki - runy, heksy, pentagramy. Tak jakby pracowali nad nimi wspólnie najlepsi kapîani, druidzi, iluzjoniôci, magowie i czarnoksiëûnicy. Niestety - obydwa przedmioty byîy idealne dla Celasa - jakby na zamówienie. Prócz tego byîa jeszcze waza z wyrytymi na niej znakami zodiakalnymi i wklësîymi ôladami râk - prawie idealnie pasujâcymi do jego orczych dîoni. Pod spodem równym pismem we wspólnym jëzyku wygrawerowane byîo zdanie - "UÛYWAJ TYLKO W OSTATECZNOÔCI NIE DAJ BOGOM RADOÔCI" A na obwódce maleïkimi literami: "Gdy rozejdzie sië poôwiata, wezwij legion z kraïców ôwiata." - Ciekawe co to za legion - mruknâî Thog. Ta myôl nie dawaîa mu spokoju juû od kilku godzin. Byî bardziej niû zaciekawiony. Ostatniâ rzeczâ byîa karta pergaminu z napisem w jakimô nieznanym jëzyku OGTHROD NEIF GEBOR YOG KRESH NHG'AM AIV ZHRO Te sîowa wywoîywaîy w czytajâcym je Kidghorze dziwne dreszcze. Wyczuwaî w nich wielkâ moc - nawet wiëkszâ niû w pozostaîych trzech przedmiotach. Najwiëksza moc zdawaîa sië pîynâê z sîowa KRESH - jakby byîo ono czymô wiâûâcym caîy ten napis. Wszyscy trzej siedzieli tak wpatrujâc sië w te przedmioty od kilkudziesiëciu minut i nagle jakby pod wpîywem jakiegoô impulsu kaûdy siëgnâî po rzecz dla niego przeznaczonâ. Tylko elf wziâî dwie i od razu na siebie naîoûyî. Teraz trzeba byîo zajâê sië sprawami dotyczâcymi obecnej sytuacji. - Ûarcia starczy na miesiâc, wiëc nie powinniômy sië o to na razie martwiê - Thog zdawaî raport Kidghorowi - Wszyscy sië juû uspokoili. No moûe poza pegazami, które zaczynajâ sië niepokoiê. Jeszcze nigdy nie siedziaîy tak dîugo zamkniëte w stajni. Myôlë ûe moûna je wypuôciê - nie oddalâ sië od zamku. Jeôli chcesz ûeby jednak udaîo sië oúrebiê Fath to nie moûna pozwoliê na trzymanie jej w zamkniëciu. - Wiëc je wypuôêmy - stwierdziî Kidghor po czym zamknâî oczy i bezgîoônie wypowiedziaî zaklëcie. - No i juû sâ na dziedziïcu. Ork pokrëciî z niesmakiem gîowâ - Ty naprawdë jesteô stukniëty. Nawet do takich prostych rzeczy uûywasz magii. To przypomniaîo mu o jednej sprawie - A co z jej dziaîaniem poza murami? - Teû o tym pomyôlaîem. Niestety nic z tego. Chyba ûe dotyczy to czegoô co zaklâîem, lub wyczarowaîem na terenie zamku, a potem przeniosîem na zewnâtrz. - No, to nie jest aû tak úle. A jak twój pierôcieï Celasie? - Dziaîa. Nawet poza murami. No ale on jest úródîem, wiëc to co innego - odpowiedziaî elf z odcieniem lekkiej dumy w gîosie. W tym momencie z dziedziïca daî sië sîyszeê przeraúliwy wrzask. Wszyscy trzej rzucili sië do okna i po ujrzeniu przyczyny która wywoîaîa ten przeraúliwy krzyk - wcale sië mu nie zdziwili. Na samym ôrodku leûaîy trzy ciaîa. Dwa gobliny i harpia caîkowicie poêwiartowane i uîoûone w jakiô dziwny wzór. Nie byî to ani run, ani pentagram, ani ûadna znana komukolwiek z nich figura. - Spójrzcie w górë - usîyszeli gîos z towarzyszâcym mu trzepotem skrzydeî, po czym wiszâca koîo nich skrzydlata kobieta zleciaîa na dziedziniec po swojâ towarzyszkë. Na "niebie" widniaî napis "Kto sië odwaûyî o ômierci bëdzie marzyî". - To mi sië stanowczo nie podoba - stwierdziî z dziwnâ nutâ w gîosie Celas. - Taak... Chyba jednak nie jesteômy tu sami - powiedziaî ze spokojem Thog. - No to teraz zaczynam sië baê - dopowiedziaî Kidghor. Szybko zeszli na dóî. Prawie wszyscy zebrali sië na placu. Reptilion potoczyî wzrokiem po twarzach i spytaî - Czy ktoô cokolwiek widziaî, lub sîyszaî? Cokolwiek? Wszyscy pokrëcili przeczâco gîowami. Na twarzy maga pojawiî sië wyraz bezbrzeûnego zdumienia. Jak to byîo moûliwe? Nikt w caîym zamku nie spostrzegî jak ktoô morduje, êwiartuje i ukîada ciaîa na samym ôrodku placu. Okazaîo sië, ûe wszyscy którzy powinni zobaczyê co sië staîo zostali nagle rzuceni w inny wymiar. Jednak z opisów pozostaîych wyglâdaîo na to, ûe nikt nigdzie nie znikaî. Wszyscy zachowywali sië normalnie. Kidghor poprosiî jednego z goblinów ûeby podszedî. Spojrzaî mu prosto w oczy i wyrecytowaî zaklëcie. - Nic z tego. Nie wyczuwam ûadnych ôladów hipnozy, czy zauroczenia - stwierdziî po chwili. - Dziwne. Bardzo dziwne. - Jeôli tak ma sië dziaê dalej to nie musimy sië juû martwiê o ûarcie - powiedziaî Thog. Jeôli myôlaî ûe to rozîaduje atmosferë, to sië trochë pomyliî. - Musisz coô zrobiê! - krzyknâî jeden z jego braci do maga - skoro to rozpëtaîeô to teraz naprawiaj! - Cicho bâdú! - warknâî orczy wojownik - Ciesz sië ûe to nie byîeô ty. - Na razie wszyscy wracaê do swoich zajëê. Kiedy na ôrodku nie zostaî juû nikt elf odwaûyî sië wreszcie odezwaê. - I co z tym fantem? - Niestety, musimy teraz czekaê na rozwój wydarzeï - powiedziaî reptilion. - W takim razie wracamy na górë - zarzâdziî Thog. Tego dnia nie wydarzyîo sië juû nic co zakîóciîoby spokój mieszkaïców zameczku. Rozdz. V Nastëpny dzieï przyniósî jednak nowe, przykre doôwiadczenia. Okoîo poîudnia do przechadzajâcego sië Kidghora podszedî jeden z mîodych goblinów. Zachowywaî sië dosyê dziwnie. Nie mógî ani chwili wystaê w jednej pozycji - caîy czas sië drapaî. Kiedy przestawaî w jednym miejscu - natychmiast zaczynaî w kolejnym. - Mistrzu, dzieje sië coô niedobrego. Kilkoro z nas zaczëîo mëczyê dziwne swëdzenie. Na poczâtku to nie byîo nic wielkiego, ale teraz narasta i staje sië nie do zniesienia. Na te sîowa mag zatrzymaî sië nagle i rzuciî - Zbierz wszystkich chorych do pomieszczeï na wschodnim skrzydle i niech nikt sië z wami nie kontaktuje. Jeûeli to jest zaraúliwe moûemy mieê wkrótce pewne kîopoty. Za dwie godziny do was przyjdë. Chciaî jeszcze powiedzieê mu o sprawdzeniu zwierzât, ale nagle usîyszaî szczurzy pisk. Pisk nie jednego, dwóch, ale setek szczurów, które zaczëîy masowo wylewaê sië na ôrodek dziedziïca. Tam zaczynaîy walczyê ze sobâ nie zwracajâc zupeînie uwagi na inne istoty. Ich ostre zëby rwaîy ciaîa braci,sióstr, czy nawet swoich matek. Z poczâtku odbywaîo sië to w caîkowitym chaosie, ale po pewnym czasie ich trupy zaczëîy ukîadaê sië w jakiô wzór. W trakcie tego masowego samobójstwa na plac wyszli chyba wszyscy mieszkaïcy zamku. Thog wîaônie podchodziî do reptiliona, gdy ten szeroko otworzyî oczy i rzucajâc sië w stronë szczurów krzyknâî - Nie dajcie im uîoûyê tego wzoru! Wszyscy którzy zrozumieli krzyk zaczëli biec, aby poîoûyê kres tej okropnej rzezi. Próby powstrzymania zwierzât byîy jednak daremne, gdyû w momencie rozkopania wzoru z ciemnych kâtów stajni, piwnic i zabudowaï mieszkalnych zaczëîy wybiegaê kolejne rzesze piszczâcych stworzonek. Tym razem jednak nie atakowaîy siebie wzajemnie. Czëôê z nich zaczëîa gryúê usiîujâcych przerwaê rytuaî, natomiast reszta ukîadaîa sië na wzorze próbujâc go odtworzyê wîasnymi ciaîami. W pewnej chwili Kidghor krzyknâî - To nie ma sensu! Cofnijcie sië! Na ten jego rozkaz wszyscy szybko rozbiegli sië i stanëli czekajâc w pogotowiu w razie innych poleceï. On sam natomiast zostaî w ôrodku kotîujâcej sië masy szczurów, wzniósî w górë rëce i zaczâî recytowaê zaklëcie. Zwierzëta czujâc ûe chce im przeszkodziê rzuciîy sië na niego ze zdwojonâ siîâ szarpiâc i gryzâc nogi i dóî pîaszcza. On jednak nie zwracaî na nie uwagi. Z coraz wiëkszâ zaciëtoôciâ recytowaî sîowa zaklëcia. Widaê byîo ûe walczy ze sobâ aby nie przerwaê plecionej przez siebie magii. Jego gruba skóra byîa juû tak pociëta, ûe wydawaîo sië iû nie wytrzyma bólu i nie uda mu sië. A jednak mówiî dalej. Nagle opuôciî energicznie rëce wzdîuû ciaîa koïczâc tym czar. Wszystko w promieniu kilku metrów od niego poczëîo pîonâê. On teû, lecz dziëki swojej szacie byî odporny na dziaîanie ognia. Futra maîych stworzeï zaczëîy dymiê wydzielajâc obrzydliwy smród. Mimo migoczâcej na ôrodku ôciany pîomieni szczury nie przestawaîy wybiegaê z róûnych zakamarków. Jak szalone rzucaîy sië w ogieï i ginëîy nie mogâc uîoûyê wzoru. - Skâd ich tyle w takiej dziurze jak ta? - pomyôlaî Thog. - Przecieû nie moûe ich byê nieskoïczenie wiele. I jakby przepowiedziaî - w tym momencie pisk ustaî i ostatnie z fali wskoczyîy w ogieï palâc sië na popióî. Chwilë póúniej Kidghor przerwaî czar. Wyglâdaî okropnie. Ledwo trzymaî sië na nogach, a caîa dolna czëôê zarówno odzienia, jak i skóry byîa w strzëpach. Dwa gobliny szybko doskoczyîy do niego, zîapaîy pod ramië i poprowadziîy w stronë drzwi zamkowych. Wszystko wydawaîo sië byê opanowane. A jednak. W ciâgu kilku godzin ze skrzydîa gdzie przebywali izolowani daîy sië sîyszeê dzikie wrzaski i wycia. - Muszâ naprawdë cierpieê - powiedziaî Celas do Thoga siedzâc przy nieprzytomnym magu - Naprawdë dziejâ sië tu dziwne rzeczy. Juû nie mogë powstrzymywaê dreszczy. Jeszcze kilka dni i mogë zaczâê wariowaê. - Nic ci nie bëdzie. Jesteô taki jak ja - mimo ûe nieco sië fizycznie róûnimy. Thog próbowaî nie pokazywaê po sobie zdenerwowania, ale niezbyt mu to wychodziîo - caîa jego rodzina, poza nim, chorowaîa. Nie obchodziîa go ciëûarna pegazica, czy mîode harpie. Nic go nigdy z nimi nie wiâzaîo. Ale jego matka, bracia i siostra - to co innego. Byli dla niego wszystkim. Staraî sië jednak nie popadaê w przygnëbienie. Zajmowaî sië wszystkim, byleby tylko nie myôleê o tym co moûe sië z nimi dziaê. Wrzaski przycichîy koîo póînocy. Jeûeli wczeôniej nikt nie mógî zasnâê wîaônie z ich powodu, to teraz ta dziwna cisza nie pozwalaîa zmruûyê oczu. Rozdz. VI Rano ocknâî sië Kidghor. Byî jeszcze sîaby, ale mógî bez problemu wstaê z îóûka. Na wiadomoôê, ûe na lewym skrzydle nie sîychaê juû ûadnych krzyków stwierdziî ûe musi sië tam natychmiast udaê. Gdy wszedî na komnaty przywitaîy go gîosy wszystkich chorych. Wyglâdali normalnie i sprawiali wraûenie caîkowicie zdrowych. Po zadaniu wszelkich niezbëdnych pytaï stwierdziî - Musicie tu zostaê jeszcze okoîo dwudziestu czterech godzin. Jeûeli nic sië nie bëdzie dziaîo - wrócicie na swoje miejsca. Wiedzâc ûe nie powinni protestowaê - nie robili tego, ale ich miny wyraúnie ôwiadczyîy o tym, ûe niezbyt im sië to podoba. Okoîo poîudnia do jego okna podfrunëîa jedna ze zdrowych jeszcze harpii i krzyknëîa - Mamy kolejnych chorych! - Niech doîâczâ do innych! - odkrzyknâî, a potem westchnâî i stwierdziî - To nic nie da. To sprawka tego miejsca. W tej wîaônie chwili ôwiat gwaîtownie pociemniaî, a po kilku sekundach na dziedziniec spadîa ulewa. Elf podbiegî do okna i wystawiî rëkë. Po chwili szybko jâ cofnâî, a z jego twarzy moûna byîo wyczytaê przeraûenie. - Krew - powiedziaî wycierajâc z ogromnym obrzydzeniem rëce o firanki. Thog podszedî powoli do okna, wyjrzaî na zewnâtrz i stwierdziî - No, panie magu, ciekawe jak sobie poradzisz z tym. Reptilion szybko zerwaî sië z miejsca i podbiegî do okna. - Na bogów... - wyszeptaî. - Najpierw ciaîa, potem szczury, a teraz krwawy deszcz - ktoô coô chyba od nas chce - powiedziaî Celas. Na samym ôrodku zamku, tam gdzie wczeôniej widniaî symbol utworzony z trzech martwych mieszkaïców, a potem próbowaîy go odtworzyê serojady - krew lejâca sië z góry tworzyîa kaîuûe w ksztaîcie wîaônie tych linii. - Moûe spróbujesz to powstrzymaê? - Moûe... No dobra. Najpierw... - i tu zaczâî szeptaê coô w dawnej mowie. Kiedy skoïczyî ziemia lekko zadrûaîa i krew wsâczyîa sië w niâ jak w gâbkë. Oczywiôcie kaîuûe poczëîy sië tworzyê od nowa, ale to jakoô nie przejëîo maga, bo juû rozpoczâî mówiê inne - trochë dîuûsze zaklëcie. W momencie kiedy skoïczyî nad znakiem rozpostarîa sië kopuîa która nie pozwalaîa na zetkniëcie sië pîynu z podîoûem. - Mam nadziejë ûe to minie w ciâgu kilku godzin - powiedziaî. I faktycznie po póî godziny krew przestaîa lecieê z nieba. Trzeba sië byîo zajâê chorymi. Z trzydziestu istot bëdâcych na zamku tylko dziewiëê w ogóle nie zachorowaîo. Nie liczâc oczywiôcie oûywieïców, którzy nie znali czegoô takiego jak choroba. Mimo to byli jednak pod staîâ, aczkolwiek dyskretnâ obserwacjâ. Podobnie zresztâ jak i chorzy. Tej nocy koszmar którego wszyscy sië obawiali staî sië prawdâ. Rozdz. VII Okoîo drugiej w nocy caîy zamek spowiîa mgîa. Wraz z niâ wszëdzie daîo sië sîyszeê szepty. Jakby niewidzialne istoty opanowaîy zamek. Pierwsze zareagowaîy harpie budzâc wszystkich swoim wrzaskiem. Zrobiîy to chyba w ostatniej chwili, gdyû dokîadnie po upîywie czasu potrzebnego na przebudzenie sië i dotarcie do okna zamkowa ziemia zaczëîa pëkaê i w miejscu gdzie juû kilkakrotnie ktoô próbowaî stworzyê znak mocy wytrysnâî w górë stwór przypominajâcy czîowieka, lecz trochë nazbyt umiëônionego. Skóra jego byîa przeúroczysta, widaê byîo wszystkie organy jakûe róûne od ludzkich. Pomimo mgîy byîo go doskonale widaê, gdyû emanowaî trupiobladâ poôwiatâ. Gdy tylko pojawiî sië w caîej okazaîoôci spod jego stóp wydobyîy sië iskry, które wniknëîy w ziemië powodujâc dalsze jej pëkanie. Z kaûdego pëkniëcia wyskakiwaîa umorusana w ziemi, lekko przygarbiona z dîugimi skudîaconymi wîosami postaê. Wiëkszoôê osób przebywajâcych na zamku dobrze wiedziaîa co oznacza zmasowany atak GHOULI. Wszyscy zdolni do walki - chorzy, czy zdrowi - rzucili sië po swój orëû. Celas zauwaûyî ûe znaki na jego nowej broni i zbroi lekko sië zaczerwieniîy rozgrzewajâc srebro. Thog byî juû gotów aby zbiec na dóî, ale jego wzrok padî na ôwiecâcâ sië wazë. Przypomniaî sobie napis i chwyciî jâ - po czym wybiegî. Kidghor stwierdziî ûe zostanie na górze i bëdzie rzucaî zaklëcia z wieûy. Miaî jednak niewielki problem - byî mistrzem ognia i doskonaîym adeptem elektrycznoôci, które niestety sîabo dziaîaîy na ghoule. Zanim Thog z Celasem zbiegli na dziedziniec walka juû sië rozpoczëîa. Tuû za nimi biegli inni zasilajâc szeregi obroïców. Kidghor staî w oknie i obserwowaî sytuacjë. Po drugiej stronie dziedziïca staî tylko jeden goblin i dwa wargi - jego wierni wilkopodobni towarzysze, jak i wierzchowce. Od gîównych siî wroga odîâczyîy sië dwie grupki. Jedna, skîadajâca sië z dziesiëciu istot, skierowaîa sië wîaônie ku niemu, natomiast inna - liczâca piëê - ruszyîa w kierunku stajni. Mag zauwaûyî, ûe jeden z wargów spojrzawszy na ôwiecâcâ postaê zamarî bez ruchu. To samo spotkaîo kilka siedzâcych na dachu harpii. Reszta z wrzaskiem zaczëîa uciekaê. Zostaîy tylko dwie które prawdopodobnie oparîy sië strachowi na widok tego potwora. Czekaîy jednak, aû ktokolwiek wybiegnie na dziedziniec. Atak na te bestie w tej chwili równaî sië samobójstwu. W reptilionie demon nie wzbudzaî ûadnego rodzaju strachu. Nie raz juû musiaî walczyê z o wiele okropniejszymi stworzeniami, wiëc wiedziaî ûe panika mogîa oznaczaê ômierê. Jego umysî pracowaî na przyspieszonych obrotach. Zastanawiaî sië co ma zrobiê. Najpierw postanowiî wezwaê jakiegoô potwora. Byli jednak najprawdopodobniej w innej sferze egzystencji, takûe mógî mieê z tym problem. Skupiî sië na czymô maîo potëûnym, ale groúnym w walce wrëcz i wypowiedziaî zaklëcie. Ku jego lekkiemu zaskoczeniu udaîo sië i niedaleko od grupki zbliûajâcej sië do samotnego goblina pojawiî sië gigantyczny pajâk. - To na chwilë powinno je zatrzymaê - pomyôlaî. Nagle spod nóg przeôwitujâcego potwora znów sypnëîy sië iskry i pojawiîo sië kilka nowych ghouli. Zapowiadaîo sië bardzo nieciekawie. Teraz mag zajâî sië uwiëzionymi w stajni pegazami. Uûywajâc siî mentalnych otworzyî boksy i miaî nadziejë ûe uda sië im uciec zanim dopadnâ je te skudîacone pokraki. Niestety staîo sië inaczej. Gdy tylko skrzydlate konie opuôciîy stajnië demon wypowiedziaî sîowa zaklëcia paraliûujâcego, którego formuîa byîa nieznana reptilionowi, wiëc nie mógî przeciwdziaîaê. Przeniósî wzrok na pajâka. Zbliûyîo sië do niego czterech przeciwników. Akurat tylu ile mógî uûyê odnóûy. Niestety aby móc coô zrobiê któremukolwiek z nich musiaî przytrzymaê go dwoma i ugryúê swoimi szczëkoczuîkami. To oznaczaîo ûe jeden z nich bëdzie miaî szansë na swobodny atak. Kidghor poganiaî w myôlach wszystkich aby szybciej przywdziewali pancerze i ruszyli do walki. Nagle w powietrzu rozlegî sië dziki nieludzki wrzask. To pajâk miaûdûyî jednego z potargaïców. Mag przypomniaî sobie jaki wpîyw taki krzyk ma na zwykîe istoty. Rzuciî wiëc szybko zaklëcie wyciszajâce na tamten obszar i momentalnie jazgot sië urwaî. Zabezpieczyî w ten sam sposób resztë zamku i przesîaî telepatycznie Thogowi informacjë o sytuacji wraz z ponagleniem. - Jestem juû przy drzwiach - odpowiedziaî tamten. Ork i elf byli pierwszymi którzy wybiegli na zewnâtrz. Tuû za nimi pojawili sië inni. Wojownik uczestniczyî juû w niejednej bitwie zarówno z goblinami, harpiami, trollami, czy innymi mniej lub bardziej pospolitymi stworzeniami - jak i jako ich przeciwnik, wiëc znaî co nieco sposoby ich walki. Stanâî w drzwiach i ruchami râk wydawaî wybiegajâcym rozkazy. Na chwilë spojrzaî na dwie grupki ghouli po drugiej stronie zamku. Wielki pajâk zdawaî sië traciê siîy, a coraz nowsze kudîacze dobiegaîy do niego. Pegazy staîy bez ruchu i miaîy zginâê w ciâgu kilkunastu sekund. To samo z samotnym goblinem, choê ten nie byî sparaliûowany. Ork wyciâgnâî przed siebie wazë, poîoûyî rëce na odpowiednich miejscach, zamknâî oczy i mocno sië skupiî. Poczuî ûe przez chwilë ciëûar wazy sië zwiëkszyî. Potem opór nagle zmalaî, a wojownik poczuî na swoim ramieniu dîoï elfa. - Thog, patrz. Ork poderwaî gîowë i zobaczyî. Po drugiej stronie dziedziïca pojawiîo sië dziewiëê stworzeï: rak, skorpion, kozioroûec, baran, byk i lew - wszystkie wielkoôci dorodnego bawoîu. No moûe poza rakiem i skorpionem, które byîy nieco mniejsze. Poza tymi stworzeniami byî jeszcze centaur z îukiem (zapewne strzelec) i para rosîych wojowników w piëknych zbrojach i z krótkimi mieczami. Thog spróbowaî im wydaê w myôlach jakieô polecenie i... posîuchaîy. Mógî sië na razie zajâê tâ stronâ placu, gdzie bitwa sië wîaônie rozpoczëîa. Bitwa... To byîo okreôlenie bardzo niedokîadne. Bardzo. Wiëkszoôê istot po raz pierwszy widziaîo ghoula, nie mówiâc o biegnâcej hordzie tych stworzeï, które w oczach miaîy obîëd a z pozbawionych warg ust wystawaîy im obôlinione, powykrëcane kîy. Jeûeli dorzuciê do tego dîugie na kilkanaôcie centymetrów pazury - widok byî faktycznie przeraûajâcy. Prawie wszyscy otworzyli usta w niemym krzyku (o - krzyczeli i to gîoôno, niestety nikt nie mógî nic usîyszeê dziëki wyciszeniu) i rzucili sië do ucieczki. Rozbiegli sië jak mrówki - we wszystkich kierunkach. Do walki stanëîo szeôê stworzeï: Thog, jeden z jego braci, Celas, troll, oraz najstarszy(i najlepszy) z goblinów wraz z swoim wargiem. Nad ich gîowami zawisîy jeszcze dwie harpie. Ta grupka miaîa broniê sië przed przeszîo dwudziestoma kilkoma ghoulami. I kiedy wydawaîo sië ûe nie moûe juû byê gorzej demon znów wypowiedziaî zaklëcie. Na niego wyciszenie nie dziaîaîo - byî potëûniejszy od Kidghora i jego magii. Na jego sîowa goblin wraz ze swoim zwierzëciem, skrzydlate kobiety, oraz mîody ork zamarli sparaliûowani. Na trollu i elfie sîowa te nie wywarîy ûadnego efektu. Thog poczuî ûe caîy sztywnieje, lecz w tym momencie waza którâ trzymaî do tej pory w rëku zaczëîa go ogrzewaê i zniknëîa. W panice spojrzaî na drugâ stronë placu, ale przywoîane przez niego stworzenia byîy tam nadal. W jego umyôle rozbrzmiaîy sîowa Kidghora - Pracujë nad odwróceniem zaklëcia paraliûu, ale jeôli chcesz pomóc bratu nie moûesz pozwoliê ûeby do niego dotarîy. Zaraz przyôlë posiîki. - Jakie posiîki? - spytaî, ale kontakt zostaî przerwany. Ork nie miaî czasu na jakiekolwiek inne myôli, bo ghoule wîaônie dopadaîy do sparaliûowanych. Jak szalony rzuciî sië do walki. U jego boku stanâî Celas, a gdzieô z prawej zbieraî swoje ûniwo troll. - O niego nie muszë sië przejmowaê - z jego zdolnoôciami regeneracyjnymi poradzi sobie lepiej od nas. Gdy tylko elf przyjâî postawë z jego ciaîem zaczëîy dziaê sië dziwne rzeczy. Miëônie naprëûyîy sië samoistnie, a twarz przybraîa wyraz który sprawiî, ûe widzâce go ghoule na chwilë sië zatrzymaîy. Te, które nie posiadaîy wzroku, lecz kierowaîy sië tylko aurâ! Wszystkie znaki na jego pancerzu i mieczu zapîonëîy z niezwykîâ jasnoôciâ, a on sam nie kontrolujâc swoich odruchów skoczyî w kotîujâcâ sië masë martwiaków. Wyglâdaîo to tak jakby to on przejâî dowodzenie. Pîonâcy miecz ciâî na lewo i prawo z szybkoôciâ jakiej to ciaîo nigdy jeszcze nie doôwiadczyîo. Stwory ciemnoôci nie mogîy mu wyrzâdziê ûadnej krzywdy. Nie zwracaî uwagi na nic innego - liczyîo sië tylko zabijanie. Thog ciâî po raz kolejny. Z miejsca gdzie jeszcze przed chwilâ znajdowaîa sië gîowa buchnëîa brunatna posoka. Smród gnijâcych ciaî stawaî sië nie do wytrzymania. Atakowaîy go cztery martwiaki, wiëc nie mógî sprawdziê czy brat jest bezpieczny. Ich ostre jak sztylety pazury i powykrëcane zëby staraîy sië dotrzeê do gardîa, tak ûe musiaî sië caîkowicie skupiê na walce. Przez sekundë mignëîa mu obok twarzy îapa trolla i rozdarte zwîoki poleciaîy tam skâd przyszîy. Ale na miejsce zabitego pojawiaî sië nowy. W pewnej chwili jeden z atakujâcych go martwiaków zanurkowaî i z impetem wbiî sië gîowâ w ûoîâdek pozbawiajâc orka oddechu. Wojownik otworzyî szeroko oczy i tracâc równowagë poleciaî do tyîu. Zdâûyî tylko wyszarpaê swój nóû i wbiê go pod ûebra leûâcego na nim kudîatego oûywieïca. Na uîamek sekundy odchyliî gîowë do tyîu i spostrzegî, ûe jeden z wargów powróciî. Akurat we wîaôciwej chwili, poniewaû jakiemuô ghoulowi udaîo sië dostaê do jego brata. Nie mógî jednak dîuûej obserwowaê przebiegu wydarzeï, gdyû na jego ciaîo wskoczyîo trzech ôliniâcych sië ômierdzieli. Jednego zrzuciî z siebie traktujâc go szablâ i nogâ, natomiast w ciele drugiego zanurzyî sië nóû. Trzeci jednak siëgnâî brzucha i rozdarî na strzëpy jego kolczugë. Ork próbowaî wyszarpaê broï z tym razem zdecydowanie martwego ciaîa, lecz wiedziaî, ûe zëby tamtego bëdâ szybsze. W tej jednak chwili ôwietlisty miecz zatoczyî îuk i bezgîowe zwîoki napastnika osunëîy sië na ziemië. Bîyskawicznie stanâî na nogi wyprowadzajâc przy tym szerokie ciëcie od doîu celujâc w skaczâcego na niego martwiaka. Ostrze przejechaîo od krocza do czubka gîowy. W tej jednak chwili z obydwu stron jego ramion siëgnëîy pazury. Zostaî pochwycony, a potem po raz drugi obalony i - tym razem skutecznie - przygnieciony do ziemi. Podobnie miaîo sië zaraz staê z trollem, choê ten tak îatwo sië nie dawaî. Celas byî jakby dalekim obserwatorem. W czasie walki to nie byîo jego ciaîo. Nie mógî uwierzyê, ûe to on z takâ gracjâ wywija mieczem i z tanecznâ precyzjâ unika ciosów. Wokóî niego lataîy rëce, nogi i - najczëôciej - gîowy. Pîonâca zbroja sprawiaîa jego przeciwnikom widoczny ból za kaûdym razem gdy którykolwiek odwaûyî sië jâ choêby dotknâê. Z mieczem byîo trochë inaczej, to on dotykaî ich zagîëbiajâc sië w ciaîach. W pewnym momencie elf dostrzegî leûâcego znów na ziemi Thoga. Juû raz mu pomógî. Musiaî tylko lekko zapanowaê nad ciaîem. Do tej pory nie uûywaî pierôcienia, ale chyba nadszedî odpowiedni moment. Nie mógî pozwoliê na ômierê osoby, która byîa mu przyjacielem przez ostatnich kilka miesiëcy. Wystarczyîo sië tylko lekko skupiê. Ale najpierw niech poleci ta gîowa. No - teraz moûna. Skupiî sië i wypowiedziaî sîowa uaktywniajâce wiëkszoôê zaklëê zawartych w jego jedynej biûuterii. W jednej chwili sparaliûowanych oddzieliîa od walczâcych kamienna ôciana, w samym ôrodku oddziaîu ghouli pojawiî sië kamienny golem, a Thoga pokryîa kamienna skóra. Poza tym lekkie trzësienie ziemi pod demonem wstrzymaîo na chwilë pojawianie sië nowych martwiaków. To jednak starczyîo najwyûej na kilkanaôcie sekund, ale co potem? Ork wyczuî w atakujâcych jakâô zmianë. Nagle stali sië lûejsi. Minëîa najwyûej sekunda kiedy zrozumiaî z jakiego powodu. To elf rzuciî na niego czar wykorzystujâc moc pierôcienia. Ale nie byî to jedyny powód. Ghoule na chwilë jakby zamarîy, a w jego gîowie rozlegî sië gîos Kidghora - A oto i posiîki. W tej wîaônie chwili zza wyczarowanej przez Celasa ôciany wybiegîy... zamkowe oûywieïce. Jak mógî o nich zapomnieê! Przecieû one teû stanowiîy obsadë obronnâ tego miejsca! Byîo ich siedemnaôcie i stanowiîy mieszaninë najróûniejszych istot. Poza dwoma szkieletami - których rasy niestety nie moûna byîo odgadnâê - reszta to zmienione w zombich cztery trolle, trzy pary goblinów na wargach i piëcioro orków. Ta siîa stanowiîa dla przeciwnika powaûne wyzwanie. Kidghor staî w oknie wieûy i kontrolujâc poczynania jego oûywieïców staraî sië zniwelowaê dziaîanie czaru paraliûu. Zastanawiaî sië teû dlaczego demon tylko stoi i sam nie walczy. Doszedî do wniosku, ûe nie moûe wykonywaê zbyt wielu magicznych czynnoôci bez caîkowitego skupienia. Spojrzaî na drugâ stronë dziedziïca. Pajâk sîaniaî sië na nogach, kilka zodiaków juû zniknëîo, ale wydawaîo sië ûe jeszcze jakiô czas zdoîajâ wytrzymaê, a nawet uzyskaîy lekkâ przewagë. Teraz walka zaczëîa przybieraê trochë inne barwy. Thog miaî nadziejë na zwyciëstwo. Nagle zobaczyî wzbijajâcego sië w górë pegaza. - Udaîo mu sië! - pomyôlaî. - Paraliû znika! I faktycznie, wszyscy stojâcy do tej pory z tyîu w caîkowitym bezruchu poczëli sië niemrawo poruszaê. Tymczasem zdarzyî sië kolejny cud. Szeregi obroïców zaczëli zasilaê wczeôniejsi uciekinierzy, którzy najwidoczniej widzâc tak pomyôlny obrót rzeczy, przeîamali swój strach przed kudîatymi potworami. Broniâcy rozdzielili sië na mniejsze oddziaîy. Na prawâ stronë przebiîa sië czëôê oûywieïców - poza szkieletami i goblinami z ich wilczymi wierzchowcami - pomagajâc teraz juû dwóm trollom. Na lewej znajdowaîy sië ûywe gobliny w zmieszaniu z harpiami atakujâcymi z powietrza, no i wspomniane wyûej martwiaki które nie przeszîy na stronë prawâ. Nie mieszaîy sië one jednak z ûywymi trzymajâc sië raczej ôrodka. Ôrodka w którym szalaî elf wspierany przez Thoga i jego dwóch braci. Batalia zaczëîa chyliê sië ku koïcowi. Wiëcej ghouli ginëîo niû demon byî w stanie przywoîaê. Niestety nie obywaîo sië teû bez strat po stronie obroïców. Najgorzej radziîy sobie gobliny i harpie, lecz trzymaîy sië dzielnie nie cofajâc sië ani na krok. Wspóîpracujâcy z nimi oûywieïcy byli w trochë lepszej sytuacji, wiëc nie dopuszczali do nadmiernego zgrupowania sië przeciwników przy tym sîabszym ogniwie obrony. Prawe skrzydîo radziîo sobie za to wspaniale. Trolle - zarówno te prawdziwie ûywe, jak i te obudzone ponownie do ûycia - siaîy spustoszenie i ustawicznie przesuwaîy sië do przodu. Celas i Thog zostali nagle rozdzieleni z dwoma mîodymi orkami i bojâc sië o ich ûycie zaczëli sië przedzieraê w ich kierunku. Niestety - staîo sië coô co nie powinno sië nigdy wydarzyê. Po dotarciu na miejsce zobaczyli leûâce na innych dwa ciaîa z rozszarpanymi gardîami i caîkowicie zmasakrowanymi twarzami. Jako ûe elf i tak nie kontrolowaî w peîni swego ciaîa widzâc to po prostu pozwoliî aby ono samo zaczëîo wyîadowywaê zîoôê. Inaczej byîo z orczym wojownikiem. W chwili gdy zobaczyî swoich braci martwych opuôciîy go wszelkie uczucia poza ôlepâ furiâ i ûâdzâ mordu. W milczeniu rzuciî sië w wir walki pozbawiajâc przeciwników wszelkich istniejâcych tylko czëôci ciaîa. Jego kamienna skóra nie pozwalaîa wiëkszoôci ciosów na dotarcie do jego ôwiadomoôci, a tych które jednak dotarîy i tak nie czuî z powodu odciëcia psychiki od wszelkich myôli poza zabijaniem. Lewe skrzydîo zaczëîo sië zaîamywaê. Gobliny nie mogîy znieôê naporu przeciwnika i powoli oddawaîy pole. Widzâc to Celas wykonaî coô co byîo w zwykîej zbroi tego typu zwyczajnie niemoûliwe - przeskoczyî kozioîkujâc nad gîowami walczâcych i wylâdowaî na dwóch ghoulach siekajâc przy okazji kolejne dwa. To trochë przystudziîo ich zapaî. Po minucie na prawym skrzydle pozostaîy juû tylko nëdzne resztki i czëôê oûywieïców przedzieraîa sië przez ôrodek (znacznie go pustoszâc) ku lewemu, na pomoc. Po dotarciu na miejsce w krótkim czasie zlikwidowaîy nadmiar znajdujâcych sië tam przeciwników, po czym przystâpiîy do caîkowitego wyparcia poîâczonego z masowym wycinaniem. Reptilion patrzyî w skupieniu na rozgrywajâcâ sië na dole bitwë. Ûywych zodiaków zostaîo tylko trzy: skorpion, rak i jeden z bliúniaków. Zajmowaîy sië one wszystkimi pojawiajâcymi sië kudîaczami, lecz nie odwaûaîy sië na podejôcie bezpoôrednio do demona. - Widocznie nie taka ich rola - pomyôlaî. Ostatnie ghoule zostaîy pokonane. Teraz zostawaî juû tylko jeden oponent. Thog i Celas ruszyli do walki z najgroúniejszym przeciwnikiem. Nikt inny nie ômiaî postâpiê nawet o póî kroku. Stojâca na ôrodku postaê byîa dla wiëkszoôci zbyt przeraûajâca aby nawet myôleê o walce z niâ. Ork i elf stanëli naprzeciw sîugi ciemnoôci gotowi na kaûdy rodzaj ataku fizycznego, reptilion zaô staraî sië kontrolowaê magicznoôê terenu. Demon nie czekaî na atak. Ruszyî na przeciwników uwalniajâc jednoczeônie ukryte dotâd zasoby energii ukierunkowujâc je w stronë ich dwóch. Kidghor wyczuwszy zmianë od razu przystâpiî do dziaîania. Tym razem jednak nie byîa to magia prosta - musiaî znaleúê odpowiedni wzorzec, o wiele bardziej skomplikowany niû odwrócenie czaru paraliûu. Normalnemu ômiertelnikowi moûna to wytîumaczyê na przykîadzie skomplikowanego wzoru na gobelinie, który moûna zrozumieê dopiero po uwaûnym przyjrzeniu sië i przestudiowaniu wszystkich linii, odcieni, a nawet tîa. Jednym sîowem leûaîo przed nim powaûne zadanie. W momencie gdy stwór wyzwoliî swâ moc zbroja i broï elfa zapîonëîy tak jasno, ûe wiëkszoôê obserwujâcych musiaîa zasîoniê oczy. Moc ochronna byîa potëûniejsza od magii przeciwnika. Inaczej sië miaîo z Thogiem. Gdy tylko dosiëgnëîa go energia zîa zbladî nagle, popatrzyî na swojâ skrwawionâ broï, potem na demona i z trudem powiedziaî - Ja... nie... mogë... Celas nawet nie spojrzaî - musiaî sië broniê przed nacierajâcym potworem w którego rëku pojawiî sië miecz, nie szabla, nie - topór! Broï migotaîa jak szalona nie pozwalajâc na odpowiedniâ obronë. Do góry wznosiîa sië maczuga, a opadaî toporomiecz. Nawet dla magicznego miecza i zbroi elfa byîo to nie lada wyzwanie. No bo wiadomo - inaczej ustawia sië miecz do blokowania ciëûkiego póîtoraka, a inaczej do korbacza. Mimo to nie mógî pozwoliê na przejëcie przez przeciwnika caîkowitej inicjatywy. Stwierdziî ûe powoli zespala sië za swoim orëûem w jednoôê i zaczyna w peîni rozumieê istotë walki. Na razie nie próbowaî przejâê kontroli. krzyknâî jedynie - Wszyscy do tyîu, muszë mieê wiëcej swobody! Teraz dopiero poznaî co to jest prawdziwa walka... Thog staî i w milczeniu patrzyî jak jego mîody przyjaciel zrëcznie unika wyprowadzonego na brzuch ciëcia przesuwajâc jednoczeônie za nim swój miecz w gotowoôci do obrony przed jakimkolwiek atakiem. To byîa doskonaîa strategia - iôê w ôlad za ruchami przeciwnika. W ten sposób nie musiaî sië obawiaê ûadnej broni. Ork byî zîy na siebie, choê wiedziaî ûe to nie jego wina. Ale za kaûdym razem gdy w efekcie magicznego dziaîania nie mógî zrobiê czegoô co chciaî zrobiê (tak jak w tej chwili nie byî w stanie wznieôê szabli na demona) ogarniaîa go fala bezsilnej zîoôci. - Mam nadziejë ûe Kidghor znajdzie na to jakiô sposób - pomyôlaî. A mag pracowaî wytëûenie. Poznaî juû ogólnâ strukturë i pochodzenie czaru. Nie wystarczyîo to jednak do jego przeîamania. Musiaî znaê wiëcej szczegóîów. Modliî sië do bogów o jakâô pomoc. I w pewnej chwili przypomniaî sobie o pergaminie który znalazî w skrzyni. Wyciâgnâî go szybko i szeptem przeczytaî. Poczuî ûe jego ciaîo wypeînia wielka energia, a caîy ôwiat zwalnia. Teraz walka wyglâdaîa jak wyôcig ûóîwi. Z nowymi siîami zabraî sië do badania zaklëcia. Teraz szîo mu to sprawniej, a co za tym idzie - szybciej. Elf w wykonaî wîaônie jednâ z tych niemoûliwych akrobacji. Przekozioîkowaî nad przeciwnikiem i ciâî go mieczem po plecach. Sam byî jednak w kiepskim stanie. Naderwane ôciëgna, przemëczone miëônie, oraz kilka okropnych ran na rëkach i tuîowiu. Nie mógî natrafiê na ûaden czuîy punkt. Ta istota albo ich nie posiadaîa, albo - dziëki innej budowie wewnëtrznej - miaîa je w miejscach trudnodostëpnych. Nie byîo jednak czasu na raûenie po kolei w róûne czëôci ciaîa. Jeôli szybko czegoô nie wymyôli - bëdzie w powaûnych tarapatach. Thog poczuî w swoim umyôle obecnoôê maga. Miaî nadziejë na dobre wieôci. - Udaîo mi sië. Ale na razie czekaj na odpowiedni moment. I nie uûywaj szabli, nie jest magicznym orëûem. - To co, mam sië na niego rzuciê z noûem? - Tak bëdzie najlepiej. - Chyba ûartujesz - ale w tym momencie kontakt sië urwaî. - Nie ma co, ten to ma pomysîy. Celasowi mignëîa przez chwilë twarz orka. Zauwaûyî w niej zmianë. Juû nie malowaîa sië na niej bezsilna mëka, ale chîodna kalkulacja. Jakby czekaî na odpowiedni moment do ataku. - Mam nadziejë ûe sië nie mylë, bo dîugo juû nie wytrzymam - pomyôlaî i spróbowaî stanâê tak aby demon byî idealnie miëdzy nim a wojownikiem. Po sekundzie zaatakowaî. Stwór dziwnie zaskoczony tym desperackim zachowaniem wyczuî ûe coô sië dzieje i bîyskawicznie zanurkowaî pod ramieniem elfa próbujâc go jednoczeônie podciâê. Desperat padî na twarz. Piekielny stwór bîyskawicznie sië odwróciî, a w jego rëku rozbîysî pîomienny sztylet (z ostrzem w ksztaîcie pîomienia, a nie zrobiony z ognia - przyp.aut.). To nie byî najlepszy moment, ale Thog nie miaî wyjôcia. Musiaî zaatakowaê teraz. Wyszarpaî "Ransillion" i skoczyî wprost pod kierujâce sië w serce towarzysza ostrze. c.d.n.