Czarne kamienie... cz. II Yoyo/Twilight (oryg: Czarne kamienie nie sâ wieczne) Plastykowa ôciana celi wyglâdaîa jak podrapana pazurami wielkiego kota - kilkanaôcie pionowych szram w PCV, jedna obok drugiej. Ale wielkie koty byîy rzadkoôciâ na Morzu Póînocnym, a szczególnie tutaj, w wiëzieniu New Tower Prison. Jerzy odwróciî sië na drugi bok na swojej pryczy - przez trzy godziny wpratrywaî sië w te kreski, zrobione swojâ rëkâ, i myôlaî czy ich plan ucieczki sië powiedzie. Jeôli tak - nie przybëdzie juû nowych znaków-dni w celi, jeôli nie... Z pewnoôciâ niewiele, bo kolejne przesîuchanie go zabije. Jerzy jeszcze drûaî po drugim, dzisiejszym. Pod koniec czuî, jak zasobniki uômierzaczy przestajâ dziaîaê i jego ciaîo pogrâûa sië w niebycie. Leûaî tak nieprzytomny przez ponad dziesiëê minut, aû wreszcie oprawcy stwierdzili, ûe dzisiaj nic z niego nie wyciâgnâ. Nie spieszyli sië - mieli mnóstwo czasu, on nie. Goszczyïski nie byî tchórzem - takich nie brano do wywiadu kopalnianego - ale kto moûe wiedzieê, jak zachowa sië w ekstremalnych warunkach? Moûe przy nastëpnym przesîuchaniu jego psychika nie wytrzyma i powie im to, czego chcâ sië dowiedzieê? Albo umrze, albo zwariuje... Same pesymistyczne wizje przyszîoôci. Byîa jednak nadzieja, w postaci nieômiaîego z pozoru chîopaka ôpiâcego na sâsiedniej pryczy. Jerzy nie mógî byê pewny, czy moûe mu zaufaê, ale nie miaî innego wyjôcia. Spëdzili razem w celi ponad tydzieï. Przez ten czas mogli sië dokîadnie poznaê - opowiadali sobie historie z wîasnego ûycia (Jerzy prawie ûaîowaî, ûe nie mógî Tomaszowi opowiedzieê swoich szpiegowskich przygód), sproône dowcipy i anegdoty o blondynkach - krótko mówiâc co tylko przyszîo im do gîowy. Tyle mogîy wiedzieê "oczy i uszy" w celi. Jerzy ômiaî sië w duchu, jak spece od szyfrów, psycholodzy i behawioryôci wpadajâ w szaî, nie mogâc rozgryúê ich szyfru, gdy tymczasem szyfru nie byîo. Wszystko to byîo opowiedziane od serca, z braku lepszego zajëcia. Wieczorami tymczasem, gdy gasîy ôwiatîa, opracowywali razem plan ucieczki. Tomasz rzeczywiôcie byî wprost napakowany sprzëtem implantowym najnowszej generacji. Kierunkowy nadajnik, który obaj mieli wszczepiony, okazaî sië mieê îâcze komputerowe, a niesamowitej mocy - jak na przedmiot mieszczâcy sië pod skórâ pachy lewej rëki - komputer wspomagaî ich pracë. To cudeïko potrafiîo wyôwietlaê grafikë wprost w mózgu, co wiëcej moûna byîo tym obrazem manipulowaê. Na podstawie nagraï drogi do pokoju przesîuchaï z implantu Jerzego powstaî caîkiem dokîadny trójwymiarowy plan tych pomieszczeï. Razem ze zdjëciami satelitarnymi New Tower Prison z komputera, dawaîo to kompletny obraz ich poîoûenia - lewe skrzydîo, szóste piëtro, cela 3B. Po dwóch dniach obracania modelu i kombinowania, doszli do tego, ûe najlepszâ drogâ ucieczki byîoby przedarcie sië do pokoju straûników na koïcu korytarza, rozbicie szklitowej szyby i skok do morza. Wprawdzie Jerzy od razu zaoponowaî, ûe szyba ze szklitu to nie byle co i nie rozpryônie sië nawet od serii z plazmowca, ale Tomasz szybko uciâî dyskusjë "zobaczysz, przewidzieliômy to". Jerzy nie pytaî o nic, trzeba byîo sië zajâê czterema kratami z durastali w korytarzu i "laserowym baletem" na koïcu. Szczególnie to ostatnie martwiîo Jerzego. Nagle Tomasz poruszyî sië na pryczy. Nadajnik Jerzego zaczâî przesyîaê jego myôli. - Nie moûemy dîuûej czekaê, za godzinë wyruszamy. Nic juû nie poprawimy w naszym planie - albo sië uda, albo nie. - Ale nawet jeôli uda nam sië skoczyê, to rozwalâ nas laserami z murów twierdzy! - Jerzy byî zaskoczony decyzjâ, z jednej strony chciaî jeszcze poczekaê, ale z drugiej - to dzisiejsze przesîuchanie... - Bëdâ zajëci. Za chwilë zaîatwië pomoc. - Pomoc? Jak? - to juû kompletnie zdumiaîo Jerzego. - Wiesz, napakowali mi tego elektronicznego zîomu doôê - Tomasz sië zaômiaî w myôlach - mam gdzieô upchany jeszcze jeden nadajnik - jednorazowy. Jeden impuls z kilobajtem informacji bardzo kierunkowo. Jest na tyle silny, ûe przebije sië przez zakîócanie wiëzienia. Nasi go odbiorâ, rozkodujâ i przyôlâ îódú podwodnâ we wskazane miejsce. Straû wiëzienia bëdzie zajëta po drugiej stronie kilkoma torpedami, a w tym czasie druga îódú zabierze nas z wody. - Przecieû odkryjâ transmisjë! - Jerzy nie rezygnowaî - Wîaônie przechodzi nad nami bardzo silna burza, ich detektory sâ ôlepe. Rzeczywiôcie, jeôli sië dobrze przysîuchaê, moûna byîo uchwyciê odlegîe pomruki grzmotów. - Za chwilë nadam impuls. Nie przestrasz sië Ghost, bëdë po tym przez chwilë nieprzytomny, takie maîe niedopracowanie konstrukcyjne... Jerzy pomyôlaî o setkach techników wywiadu, którzy codziennie wymyôlajâ coraz to nowe gadgety dla agentów - szaleïcy... Tomasz odezwaî sië po dîugich dziesiëciu minutach: - W porzâdku, za dwie godziny zaczynamy. - Co zaczynamy? - wystraszyî sië Jerzy - przecieû nie moûemy sië wydostaê nawet z celi! - Myôlisz, ûe nie pomyôleliômy o tym? - zaômiaî sië Tomasz (odczucie ômiechu zaczynaîo powoli doprowadzaê Jerzego do szaîu) - Pamiëtasz jak tu sië dostaîem, do tej celi? Wîam do systemu dyspozycyjnego wiëzienia, ôwietna robota i kupa szczëôcia, ale sië udaîo. Teraz chîopcy ponownie tam wchodzâ - za póîtora godziny bëdziemy tu mieli awarië systemu podsîuchowego. Przyjdâ straûnicy, ûeby przenieôê nas do innej celi. To jedyna szansa. - A jeôli chîopakom sië nie uda? Tomasz nie odpowiedziaî. Leûeli w milczeniu przez dîugie osiemdziesiât piëê minut. Wydawaîy sië one wiecznoôciâ z dokîadkâ. Jerzy w tym czasie staraî sie medytowaê, jak nauczyli go tego na szkoleniu. Chciaî jak najlepiej przygotowaê sië do dziaîania. Sprawdziî wszystkie wspomagajâce jego miëônie elektroniczne dodatki - w razie potrzeby dziaîania mógî byê dwa razy szybszy i trzy razy silniejszy od przeciëtnego, wysportowanego dwudziestolatka. Z pewnoôciâ przyda sië to w walce ze straûnikami... Tylko czy przyjdâ? Wreszcie drzwi otworzyîy sië, bîysnëîo ôwiatîo. Straûnicy weszli do celi, trzymajâc w rëkach ogîuszacze. - Watch him Pete, he's extremely dangerous! - rzuciî jeden. - Can a Pole be dangerous, Tom? - zaômiaî sië drugi - He's as dange... - nie dokoïczyî, bo Jerzy skoczyî, przewracajâc go na ziemië. Zabiî go ciosem w tchawicë i wyrwaî z rëki ogîuszaê. Trwaîo to okoîo sekundy i drugi straûnik zdâûyî jedynie odwróciê sië - i tak miaî niezîy refleks. Zanim jednak zdâûyî siëgnâê do przycisku alarmu na pasie, Tomasz chwyciî go za gîowë. Chrupnëîo i drugi straûnik upadî. - No no, nieúle - rzuciî Jerzy sapiâc gîoôno. Wiëzienny wikt nie naleûaî do najbardziej kalorycznych, a ta akcja pochîonëîa spory zapas jego energii. - To tylko trening - odparî Tomasz, zbierajâc ogîuszacze straûników - ûadne wszczepy z durastali - dodaî, rzucajâc Ghostowi jeden ogîuszasz - bëdâ nam potrzebne. - No to jazda, zaraz bëdzie gîoôno. Ten system podsîuchowy rzeczywiôcie nie dziaîa? - Czekaj! - prawie krzyknâî Tomasz - Nie dziaîa, ale bierz czapki straûników. - Czapki? Po co... - Majâ wszyte czujniki. Jeôli chociaû jeden nie opuôci celi w ciâgu dwóch minut, bëdzie alarm. Ta informacja byîa bardzo trudna do zdobycia... - Ale sië udaîo, na razie coô wszystko sië nam udaje - stwierdziî Goszczyïski podnoszâc czapkë - zaczyna mi sië to nie podobaê. - Masz dziwne poczucie humoru... No, idziemy, juû póîtora minuty odkâd tu weszli! Ruszyli. Na korytarzu byîo pusto - nocna warta to na szczëôcie tylko tych dwóch. Ale w pokoju straûników byîo kolejnych dwóch... Na razie mieli inne zmartwienia. Wszëdzie peîno byîo kamer, omiatajâcych korytarz to w lewo, to w prawo. Ale Jerzy nie na darmo zasîuûyî sobie na pseudonim Ghost - potrafiî znaleúê taki punkt obrotu, w którym dwie sâsiadujâce ze sobâ kamery pozostawiaîy martwâ strefë pod ôcianâ. Przemykali cicho, mijajâc kolejne drzwi - pewnie za nimi równieû siedzieli jacyô wiëzniowie - moûe czëôê z nich byîa niewinna, ale nie mogli nic na to poradziê - musieli uciekaê sami. Przed nimi z ciemnoôci wynurzyîa sië pierwsza durastalowa krata. - Co teraz? - spytaî Jerzy przez nadajnik myôlowy. Tomasz wyciâgnâî ogîuszacz zabrany straûnikowi, poîoûyî go na ziemi i - ku zaskoczeniu Jerzego - zgniótî butem. Strzeliî plastyk, pëkîa obudowa. - Ogîuszacz mikrofalowy, model SP-33, produkcji czechosîowackiej - wyrecytowaî Tomasz - wystarczy podpiâê przewód ciemnoniebieski do kondensatora F3 i wyjâê ukîad scalony TSN02, aby uzyskaê maîâ spawarkë... Przecieû przygotowaîem sië do tej akcji, no nie? Po chwili zamek kraty zamieniî sië w gorâcâ plastelinë. Wystarczyîo popchnâê. Tak dotarli do drugiej i trzeciej kraty - przy tej potrzebny juû byî ogîuszacz Jerzego, bo w tamtym skoïczyîy sië baterie. Byli juû przy czwartej kracie. Przy koïcu nagrzewania zamka i w drugim ogîuszaczu wyczerpaîy sië baterie, ale mocne kopniëcie w zamek zaîatwiîo sprawë. Stali teraz przed rozszerzajâcym sië koïcem korytarza - "laserowy balet" puîapka nie do przejôcia. - Moûe spróbujemy iôê bardzo powoli... - zaczâî Jerzy - Nie - zaprotestowaî szybko Tomasz - oprócz przecinania, te lasery sâ takûe czujnikami. Jeôli któryô dotkniesz - wîâczysz alarm. Mam inny pomysî. - Ciekawe ûe mówisz mi o wszystkim dopiero teraz, a gdybyô zginâî po drodze... - Bez mojego sprzëtu i tak byô sobie nie daî rady - zaprzeczyî Busiewicz - A teraz patrz - Tomasz wyjâî z kieszeni niewielkie zawiniâtko. - Przecieû to nasza wczorajsza kolacja, miëtowe dropsy! Dobrze pamiëtam jak narzekaîem, ûe nie doôê im tortur, jeszcze chcâ nas wykoïczyê takim jedzeniem. A ty nic nie powiedziaîeô, tylko schowaîeô to do kieszeni. Czy to...? - No, pomyôl sam, agencie Ghost. - Znowu kochani chîopcy od komputerów? Ale po co... Tomasz nie odpowiedziaî, tylko zawinâî dropsy w kawaîek materiaîu i zgniótî pod butem. Po chwili cukierki zamieniîy sië w proszek. Nastëpnie wyjâî z kieszeni sîomkë do napojów, teû pozostaîoôê z kolacji (a Jerzy sië dziwiî, dlaczego dostali sîomki). Po chwili biaîy pyî posypaî sië w powietrze, pokazujâc smugi laserowego ôwiatîa. Proszku nie byîo wiele, wiëc trzeba byîo dmuchaê ostroûnie, co parë kroków. - MacGyver... - pomyôlaîo sië Jerzemu, ale dotarîo takûe do Tomasza. - Co? - Nic... Jak byîem maîy, to oglâdaîem taki serial w telewizji... jeszcze tej zwykîej, nieholograficznej. Z resztâ niewaûne... Posuwajâc sië powoli, dotarli wreszcie do koïca pomieszczenia. Za drzwiami znajdowaîo sië pomieszczenie straûników. Pewnie byîo ich tam dwóch, ale kto wie... Wpadli do ôrodka z hukiem, a zaskoczenie uratowaîo ich. Jeden straûnik leûaî na rozkîadanym fotelu w rogu pokoju - spaî i zanim sië podniósî, Jerzy kopnâî go w gîowë. Szybko wyszarpnâî z jego kabury wiszâcej na krzeôle plazmowiec i strzeliî do drugiego straûnika, który juû siëgaî do pulpitu - tamten osunâî sië na ziemië. Nagle Tomasz krzyknâî - drzwi otworzyîy sië i wpadî do ôrodka jeszcze jeden straûnik, strzelajâc na oôlep przed siebie. Jerzy w ostatnim momencie skoczyî za pulpit - pociski plazmowe rozszarpaîy na strzëpy stojâce obok krzesîo. Straûnik odwróciî sië, chcâc strzeliê do Tomasza, ale Jerzy precyzyjnym strzaîem rozîupaî mu czaszkë. - I co teraz? - spytaî tym razem na gîos. - Teraz musisz mnie uderzyê w ûoîâdek - odparî Tomasz - ??? - Dokîadnie powyûej pëpka - no, przecieû znasz róûne sztuki walki - precyzyjnie i doôê mocno. - Jesteô tego pewien?! - Tak, poôpiesz sië! Tylko precyzyjnie, bo mi coô zrobisz. Jerzy juû o nic nie pytaî, tylko skupiî sië i râbnâî Busiewicza dokîadnie w ûoîâdek. Ten zgiâî sië wpóî i upadî. Po chwili podniósî sië powoli i zwymiotowaî. Razem z resztkami kolacji na podîogë coô wypadîo. Tomasz wytarî usta, odetchnâî gîëboko i podniósî przedmiot. Widzâc zdziwionâ minë Jerzego wykrztusiî, silâc sië na uômiech: - A gdzie indziej mogîem trzymaê przez tydzieï îadunek wybuchowy? - po czym wyîuskaî z organicznego opakowania niewielkâ pastylkë. - Lepiej schowajmy sië, bo bëdzie niezîe bum. Tomasz umocowaî na oknie pastylkë, po czym przewrócili na bok stóî i schowali sië za nim. Detonacja ogîuszyîa ich na chwilë - pierwszym dúwiëkiem jaki dotarî do ich uszu byîo przeraúliwe wycie alarmu. - Skaczemy! - krzyknâî Tomasz. Pod nimi byîo piëêdziesiât metrów przepaôci, a na dole przybój sztormowego morza roztrzaskiwaî sië o skaîy wysepki. Skoczyli jak najdalej, aby nie rozbiê sië o skaîy. Jerzy nie wiedziaî, jak poradzi sobie z uderzeniem Tomasz, sam rozluúniî sië, wyprostowaî i ponownie spiâî wszystkie miëônie. Zetkniëcie jego râk z powierzchniâ wody byîo niczym uderzenie w betonowâ ôcianë, ale po chwili zamroczenie ustâpiîo i Goszczyïski odruchowo wypîynâî na powierzchnië. Nagle usîyszaî ôwist i woda obok niego zaczëîa parowaê. Przez zamglone oczy dojrzaî teû bîysk - to strzelano do nich z murów wiëzienia. Do nich? A gdzie Tomasz? Jerzy rozejrzaî sië - jest! Wstrzâsnâî nim dreszcz - nie od zimna, chociaû woda miaîa cztery stopnie powyûej zera - Tomasz wspinaî sië na skaîy pod wiëzieniem. Staîo tam kilku straûników z karabinami. Jeden z nich podawaî mu rëkë... - A wiëc zdrajca! - przemknëîo przez myôl Jerzemu - to wszystko ukartowane, ûeby sië mnie pozbyê! "Zginâî podczas próby ucieczki" - bardzo wygodne dla Angoli... Nie byîo jednak czasu na rozmyôlania - kolejna seria plazmy zderzyîa sië z wodâ obok niego, wzbijajâc obîoczek pary. Jerzy zanurkowaî. Normalnie mógîby przebywaê pod wodâ prawie póî godziny - dziëki kontrolowanemu zwolnieniu pracy serca i wspomagajâcym dawkom stymulantów wstrzykiwanych wprost do krwi, ale w tym stanie... Dobrze bëdzie, jeôli wytrzyma piëê minut. Z resztâ i tak nie ma dokâd pîynâê. Jeôli sië wynurzy, zabijâ go. Jeôli nie - utonie... Nagle coô otarîo sië o jego nogë. Rekin? Nie, to ômieszne - w Morzu Póînocnym nie ma rekinów. Pîetwonurek! Pewnie straûnik... Nie! Macha, pokazuje ûeby pîynâê za nim, podaje butlë z tlenem! Z ciemnoôci toni morskiej wyîoniî sië obîy ksztaît maîej wojskowej îodzi podwodnej. Znajoma biaîo-czerwona szachownica na burcie przekonaîa Jerzego, ûe to swoi. A wiëc jednak! Tylko dlaczego Tomasz... A z resztâ, teraz nie pora myôleê o tym, waûne ûe wydostaî sië z tego ûywy. Oczywiôcie jeôli uda im sië odpîynâê... c.d.n. Yoyo/TWL^CLN^MWI