Koniec ōwiata Yoyo Szosa ciāgnėīa siė w nieskoļczonoōź - biaīa wstėga pociėta na niezliczone kawaīki znaczyīa czarnā wstėgė asfaltu. Mimo wszystko dobrze ūe byīa - Jacek wpatrywaī siė w niā intensywnie, liczāc umykajāce pod maskė kreski. Sto dwadzieōcia szeōź, kilkaset metrów ciāgīej, osiemdziesiāt dwa... Wiedziaī, ūe jeōli przestanie liczyź, zaōnie. Do domu zostaīo mu ledwie parėnaōcie kilometrów z caīej dīugiej trasy z poīudnia Wīoch. Jacek wracaī z urlopu i miaī serdecznie doōź jazdy samochodem. Nagle biaīa linia urwaīa siė. "Pewnie chīopaki sprzedali farbė i przepili" - pomyōlaī Jacek - "I co teraz mnie uchroni od monotonii?" Nie byīo rady, trzeba wīāczyź radio - a tam wciāū disko polo... Jacek machnāī rėkā i zaczāī gwizdaź. Wtem coō mignėīo na drodze. Zajāc? Nie, to byīo wiėksze... I znów, i jeszcze raz. Jacek przetarī jednā rėkā oczy, drugā kurczowo chwytajāc kierownicė. To musi byź zmėczenie... ale nie - znowu miga! Wielkie czarne trójkāty pojawiaīy siė i znikaīy przed maskā. Nagle caīy fragment jezdni po prostu zniknāī. Jacek odruchowo nacisnāī hamulec, samochód zakoīysaī siė, zarzuciī, wpadī na pobocze. Brzėk szkīa, chrzėst gniecionego metalu, trzask gaīėzi wielkiego kasztanowca i po chwili cisza. *** McClay wyszedī przed swojā chatė i odetchnāī peīnā piersiā. Górskie powietrze wedīug niego to byīo najlepsze lekarstwo na wszelkie dolegliwoōci. Wprawdzie lekarz z pobliskiej osady Balley miaī inne zdanie, ale stary McClay wiedziaī swoje i nie przejmowaī siė gadaniem doktorka, szczególnie ūe jego kuracja pozwoliīa mu doūyź do osiemdziesiātki. Dokīadnie w dzieļ urodzin (skād ten diabeī to wiedziaī?) doktorek wspiāī siė na pagórek do chaty McClaya i za darmo (za darmo!) go zbadaī, wypisaī kilka recept i mruczāc coō pod nosem poszedī. Byīo to prawie rok temu i McClay wīaōnie zaczynaī siė zastanawiaź, czy w tym roku teū czeka go darmowe badanie, na którym wcale mu nie zaleūaīo. Rozmyōlaī o tym chwilkė, przypatrujāc siė bezmyōlnie swoim czterem owcom, które pasīy siė na īāczce nieopodal chatki. Wīaōnie doszedī do wniosku, ūe odprawi doktorzynė z kwitkiem, jeōli ten siė zjawi, gdy jedna owca uniosīa siė na kilkanaōcie centymetrów nad īākė. Dziadek McClay momentalnie zapomniaī o czym myōlaī, potknāī siė i upadī. Gdy siė pozbieraī, pobiegī do domu po strzelbė. Owca w dalszym ciāgu wisiaīa nad ziemiā i, nie zdajāc sobie jakby z tego faktu sprawy, skubaīa spokojnie trawė. Najbardziej zastanawiajāce byīo to, ūe trawa pojawiaīa siė w jej pysku. McClay nie zastanawiaī siė dīugo, tylko przyīoūyī strzelbė do ramienia i wypaliī w unoszācā siė owcė. Kula przeleciaīa przez niā, rykoszetujāc na kamieniu nieco wyūej na wzgórzu. McClay podrapaī siė po īysinie, przeīadowaī i posīaī kolejny pocisk w przestrzeļ pomiėdzy trawā i owcā. Zwierzė zabeczaīo przeraśliwie i przewróciīo siė na bok, wciāū jednak wiszāc w powietrzu. Stary McClay krzyknāī nie mniej przeraūajāco, rzuciī za siebie broļ i pobiegī w dóī, do wioski. *** Paulo wróciī do domu w ōwietnym nastroju. Podōpiewujāc dawno zapomniany przebój przywitaī siė z psem (chociaū zazwyczaj nie lubiī, jak ten lizaī go po twarzy), w kuchni uōciskaī ūonė i zapukaī do drzwi pokoju syna. - Tata dostaī dzisiaj podwyūkė! - krzyknāī donoōnie. - Vinci, kochanie, jutro idziemy wreszcie do zoo, tak jak ci obiecaīem! Ūona Paula uōmiechnėīa siė, pokiwaīa rėkā i wróciīa do kuchni nakrywaź do obiadu. Zza drzwi Paulo usīyszaī gīos syna: - Ōwietnie tato, cieszė siė. Ale ja bym wolaī zostaź jutro w domu. Paulo otworzyī szeroko usta. Jego syn od miesiāca chciaī iōź do zoo, mėczyī go o to godzinami. Paulo obiecywaī mu, ūe zabierze go tam, jak tylko skoļczy waūny projekt w biurze. A teraz... - Vinci, chodś na obiad. Pogadamy przy stole. Po chwili chīopiec przyszedī do kuchni. Dziobiāc od niechcenia widelcem frytki popatrzyī na ojca. - Moūe pójdziemy do zoo w przyszīym tygodniu, tato? Albo w niedzielė? Fajnie ūe pamiėtasz, ale ja chcė jutro rano wyjōź popatrzeź na podwórko. - A cóū tam jest takiego ciekawego? - wzruszyī ramionami Paulo. - Jutro rano pan Garetto na pewno znowu bėdzie próbowaī dostaź siė do swojego samochodu - odparī Vinci rozgryzajāc frytkė. - Chcė to widzieź. Paulo wytrzeszczyī oczy. Samochód pana Garetto byī obiegowym tematem rozmów caīego domu. Kosztowaī go majātek i pan Garetto codziennie rano wyjeūdūaī nim do pracy a po poīudniu pracowicie pucowaī i nakīadaī na lakier nowe warstwy najróūniejszych kosmetyków samochodowych. Gdy raz chīopak z sāsiedztwa przypadkiem (a moūe i nie) rzuciī w samochód piīkā, pan Garetto prawie wezwaī policjė. - Co siė staīo z samochodem pana Garetto? - spytaī Paulo. - Chodś tato, pokaūė ci - Vinci zeskoczyī z krzesīa i wziāī Paula za rėkė. - Caīy ranek dzisiaj próbowaī a myōmy patrzyli. Paulo wyszedī z synem z mieszkania, na klatkė, na podwórko. Poōrodku staīa piaskownica a obok garaū pana Garetto. Samochód staī przed nim, a obok niego leūaīo kilka drabin, kijów i prėtów - wszystkie byīy dziwnie powyginane. Dookoīa zebraī siė spory tīumek ludzi, rozmawiali o czymō i pokazywali rėkami na samochód. Jakiō mīody mėūczyzna podszedī ostroūnie na odlegīoōź metra do pojazdu, trzymajāc w wyciāgniėtej rėce miotīė. Kij miotīy odksztaīciī siė, jakby byī z gumy, a nie drewna. Paulo spojrzaī na samochód pana Garetto. Karoseria, koīa, szyby - wszystko falowaīo i poruszaīo siė, jakby widziane przez rozgrzane powietrze. *** "Na caīym ōwiecie notuje siė dziwne anomalia" - mówiīa spikerka CNNu - "Nikt nie jest w stanie wyjaōniź przyczyny zjawiska, nazwanego 'efektem stroboskopowym'. Nie wiadomo, czy mamy do czynienia ze zbiorowā halucynacjā, zaburzeniami pogody, grawitacji, czy moūe karā boskā, jak sugerujā niektórzy. Wszyscy jedynie obserwujemy to samo - rzeczywistoōź straciīa pīynnoōź, ruch otoczenia jest skokowy. Wiele tysiėcy ludzi nie wytrzymuje tej zmiany, szpitale psychiatryczne przestaīy juū przyjmowaź nowych pacjentów z powodu przepeīnienia, praktycznie nigdzie nie dziaīa komunikacja, doszīo juū do tysiėcy powaūnych wypadków. Rzādy mocarstw na specjalnym zebraniu ONZ doszīy do porozumienia o szczególnej kontroli broni nuklearnej i wspóīpracy naukowców caīego ōwiata w poszukiwaniu rozwiāzania problemu. Na razie jednak nic nie wiadomo..." *** - Rost, do jasnej cholery, bierz skoczka i leź do sektora D2456T5763, poziom 3565, blok 24! Tak... zapisaīeō? Ūe co? Jak mam ci podaź dokīadniej to miejsce? Nie mam tu szczegóīowych planów! Myōl Rost, myōl! To tylko dwieōcie parseków szeōciennych - od czego masz skaner, tīuku! Tak, dokīadnie - tīuku! Bierz skaner i szukaj takiej niebieskiej kropki, rozumiesz Rost?! Nie-bie-skiej, jak twój gīupi pysk. Czy ja jestem zdenerwowany? Dobre pytanie! Jasne ūe jestem, Rost! Jak ja dorwė tych gnojków programistów to im īby pourywam! Ūe jak? Wiem ūe nie wszyscy majā! To wyrwė co bėdzie wystawaź! To sā idioci, nie programiōci! Nowy kod, mówili. Nowy pieprzony kod! Lepszy, mówili. Kilka bilionów parseków mniej zīomu do obsīugi, mówili. Przetestowany miliardy razy na symulacji, mówili. Gówno, Rost, a nie przetestowany! Ja tutaj mam raporty z caīego Wszechōwiata, ūe to gówno nie dziaīa: w sektorze TF34 dwie galaktyki przeniknėīy przez siebie na skutek przekīamania - kilkaset bilionów istnieļ mniej! Sīyszysz mnie, Rost? Kilkaset bilionów myōlācych istot zginėīo przez ten ich pieprzony nowy ulepszony cholerny kod! Czy ja przeklinam? Jasne ūe przeklinam, Rost! A teraz bierz tego cholernego skoczka i leź do tego cholernego sektora znaleśź ten cholerny backup, bo jak go nie znajdziesz, Rost, to trzeba bėdzie znowu zrobiź reset caīego systemu, a ten cholerny zīom dziaīa dopiero od piėtnastu miliardów lat! Yoyo/MWI^CLN^TWL To opowiadanie dedykujė koderom, szczególnie Yonkowi :>