»03,240,051,SM_CLP/11.CLP
Opiekun
Copyright - M. Robert Falzmann

    Willa tonëîa w bzach ale pachniaîo
jaôminem    oraz    lawendâ.    Drzwi,
podobnie jak brama i metalowy abstrakt
sztachet,   miaîy   ten  matowo  lepki
poîysk   nowej   farby;   nieokreôlona
szaroôê przechodzâca w jasny bîëkit.

- Pachnie bogactwem ...

- Sîucham?

    Drzwi  zastâpiî  obraz mëûczyzny w
ciemnych  okularach,  biaîym  dresie i
ômiesznych    adidasach   z   podwójnâ
podeszwâ.

- Przepraszam, czasami myôlë na gîos -
grzebiâc   nerwowo   w   torbie,   Ada
odszukaîa  wycinek z Ûycia - ...  ja w
sprawie pracy...  z tego ogîoszenia...

- Pijesz, palisz, uûywasz narkotyków?

    Dom,  drzwi,  wymuskany  trawnik z
jednâ  samotnâ biaîâ róûâ, wszystko to
odpîynëîo  w  smugë  cienia.   Nagle i
niespodziewanie   byli  w  przestrzeni
ograniczonej    tarasowym    oknem   z
widokiem  na  turkusowe îuski basenu i
patio wykîadane marmurem.

    Czyjeô      sîowa     z     oddali
zaprzeczajâce  pytaniom:  - Nie, skâd,
po   co...?   Siedzieli  przy  ciëûkim
dëbowym  stole,  lecz  sîowa  byîy jak
motyle   i  pachniaîo  tutaj  lasem  i
koszonâ    îâkâ.    Nierealnoôê;   Ada
chciaîa   zatrzymaê  czas;  eteryczne,
ulotne,  nie  odkryte uroki chwili.  -
Czy ja ônië?

-  Jesteô inna.  Inna niû inni, a mimo
to   tak   dostëpna.   Jak  egzotyczna
wyspa.

- Czy to cudzoziemiec?

-    Jesteô   niespodziankâ.    Moûemy
komunikowaê    sië    nawet   przed...
kontaktem.

-   Czy   mogë  zobaczyê  z  kim  bëdë
miaîa...     nie,    kim    bëdë   sië
opiekowaê...

    Gest dîoni.  Cieï cienia.  Uômiech
ulgi.    Detonacja   ôwiateî.    Tëcza
siëgajâca gwiazd.

-  Nigdy nie przypuszczaîam, ûe fotony
ôpiewajâ.

    Odpowiedziâ     byîo     milczenie
opustoszaîego  domu  i pachniaîo nadal
jaôminem,  ale teû kurzem, murszejâcym
drzewem,   myszami  i  czymô  jeszcze.
Spaleniznâ?

    Ada  otworzyîa  oczy.   Z  poziomu
podîogi  mogîa widzieê skrawek nieba w
oknie  bez  szyb.   Nisko idâce, szare
deszczowe  chmury  i  do wnëtrza sypaî
sië ônieg.

- Od kiedy ônieg ma zapach jaôminowych
pîatków?   Obraz  zburzyî zîudë.  Czar
bajkowego    zadumienia    prysnâî   i
wszystko straciîo sens.

-  Dlaczego  tak?   Co zaistniaîo?  Ja
nie wierzë w hipnozë!  Brutalny powrót
do  codziennoôci  straconych zîudzeï i
przegranych zaîoûeï.

-  Cholera.   Zgwaîcili.   -
logiczne  gdy budzimy sië na
podîodze rudery.

- Albo gîupi ûart.

    Odruchowy       przeglâd
odzieûy.  Milczâca refleksja
nad niewyjaônionym bezwîadem
râk  i  nóg.   Gîowa jak kamienna kula
toczâca  sië  od  lewej  do prawej.  W
zasiëgu  wzroku  torba peîna po wrëby.
Dolary?    Same   setki.    Muszâ  byê
faîszywe...

-  Nie!  - zaskoczenie - Skâd wiem?  -
pewnoôê - Wiem!  Ale jak?

    Fala  upaîu od nóg.  Milion mrówek
          gnajâcych    szosami    ûyî,
          autostradami  tëtnic,  rondo
          serca  duszâce  sië pod falâ
          sekundy szczytujâcego ruchu.

          - Ach!  - fala mroku.

          -     Oddychaj,    oddychaj,
          oddychaj      -     sugestia
          wyrobiona  latami praktyki -
          oddychaj.

-   Atak.   Znów  mam  atak.   -  fala
odpîywajâcego   mroku.   Perîowa  mgîa
codziennoôci.

-    Îadna   opiekunka,   która   sama
potrzebuje  opieki  -  suchy  ômiech -
aleû  ze  mnie  idiotka.   Pakowaê sië
cudzoziemcowi na próg i zaraz zemdleê.
I   wierz  tu  lekarzom.   -  Po  tych
lekarstwach   to   moûe   pani  zostaê
astronautâ.   Koniec  z  epilepsjâ.  -
Prawda byîa.  Na zespóî Hercoga nie ma
lekarstwa,  podobnie  jak na cukrzycë,
nadciônienie, i resztë ôwiïstwa w moim
ciele.    Dawno   temu  powinnam  byîa
skoïczyê  z  sobâ.   Moûe teraz...  to
serce.

    Widmo  kostuchy  dziaîa cuda.  Ada
usiadîa.    -   Serce?   Jakie  serce.
Wszystko    w   normie.    Czujë   sië
wspaniale.  Gdzie ta torba?

- Biedny, niedoszîy, pracodawca musiaî
wpaôê  w nielichâ panikë.  Obdarowaî i
wykopaî.   Tyle,  ûe...  duûo tego.  -
refleksja  logiczna  -  To  moje  !  -
zaduma - Czy ja mam rozdwojenie jaúni?
Kto  to  powiedziaî?   Ada; ...zielony
tonik.   Pijë  oczami  i wiem nawet co
sobie kupië.  Nowy telewizor.

    Nie-Ada;  ...suma  zawarta  w  tej
torbie  wynosi  sto  tysiëcy dolarów i
wystarczy  na  szalony  miesiâc  w tym
nowym no-si-cie-lu...

-  Jezu.   Na  koniec  pomieszaîo mi w
gîowie.   Moûe  ja  miaîam udar mózgu?
Ten  bezwîad  nóg?  Sparaliûowana!  No
tak...

- Nie!

- Kto to powiedziaî?

    Fala    gniewu.    Zaciëta   zîoôê
wyrobiona  latami  praktyki.  - Ja sië
nie poddam.  Wstaï ty cholerna...

    Wstaîa.    Lekko,   pîynnie,   bez
wysiîku do góry i do góry i do góry...

-  A teraz bëdë krzyczeê...  - patrzâc
do  doîu mogîa widzieê dobre póî metra
pustki   miëdzy   podîogâ   a   swoimi
znoszonymi szpilkami.  - No, teraz mam
dosyê...

- Lewitujemy sobie, panno Adelajdo?  -
ciepîy,  mëski  gîos,  gdzieô  za  jej
plecami.

    Opadîa  natychmiast.  Jak jesienny
liôê.  Cicho i z obrotem.

-  Proszë,  proszë.  Co za kontrola...
-  ôlad dziwnego akcentu.  Ada milczy,
patrzâc  i oceniajâc - dziwny typ lecz
ten   jego   uômiech...    przystojny,
bestia,  ...  no...  trochë starszawy,
niemniej...   co on tu robi?  Cholera.
Co ja robië?!

-   Papierosa?   -  w  opalonej  dîoni
papieroônica.

    Kto   dzisiaj  uûywa  papieroônic?
Zapalniczka  zîota.  Sygnet.  Oczy jak
lodowe     sople,    ciemnoniebieskie,
siwiejâca  szczotka wojskowej fryzury,
garnitur  z  poîyskiem.   Jedwab?  Ale
krawat  za ostry i te jego oczy.  Nie!
Zdecydowanie to jest ktoô, kogo naleûy
unikaê.   Ada decyduje sië na werbalny
atak.

-  My sië znamy?  - z takimi lalusiami
trzeba ostro i z góry.

-  My?   -  uômiech  teû byî faîszywy.
Usta sië ômiejâ, ale nie oczy...

- Tak.  My.  Na czole mi nie pisze jak
mam po mëûu.

- O!  - zimna powaga - To byîo dobre.

- Niby co?

-    Nie    udawaj.    Myômy   zdoîali
zabezpieczyê  twoje odciski.  My wiemy
wszystko.

    Ada  zobaczyîa, ûe jej obie dîonie
sâ w ciemnych plamach.

- I pozwoliîeô mi tak leûeê...  glino?

-  Ja?   Nie.   Ja jestem pracownikiem
Kosmopolu.    Mam   na   imië  Vega  i
zostaîem delegowany do ochrony obiektu
Zero-Zero-Dwanaôcie,          czyli...
ciebie...

- ...  mnie?

-  Pytaj.   Ja  nie mam nic do ukrycia
przed    tobâ,   Adelajdo...    mmm...
wami...

- ...  nami?

-  All  right.   Jest was teraz dwoje,
wiëc nie wiem do kogo mówië, ale...

- Nie wierzë.

-  Powinnaô.   Nie  czujesz  obecnoôci
tamtego?

-   Nie,  a  ty  mówisz  jak  urodzony
Warszawiak,  no...   prawie.   Czy  to
jest ûart?

-  Skâd...   transplant lingwistyczny.
Powinnaô wiedzieê bëdâc bibliotekarkâ,
z wyûszym wyksztaîceniem, prawda?

-  Pogadaj.   To  nadal jest fantazja,
fikcja, science fition...

-  Pogadam  -  dziwny  typ  z  dziwnym
akcentem    zacuknâî    sië   wyraúnie
szukajâc  sîów - znaczy, wyjaônië.  Bo
widzisz,  kosmos  nie  jest  fikcjâ, a
ûycie, tam w górze, ma brzydki zwyczaj
patrzenia  do  doîu.   Bardzo  róûne i
zróûnicowane ûycie.  Tak dobre, jak...
zîe, amoralne...  oczywiôcie z naszego
punktu widzenia.

-  Skâd  ta  informacja?   - Ada nagle
miaîa gësiâ skórkë na plecach i gorycz
palâcego   kwasu   w  ustach.   Mdlâcy
strach przed nieznanym.

-  Well...   my zajmujemy sië zawodowo
tropieniem  ...  goôci.  - caîy nacisk
zostaî  poîoûony  na sîowo ' goôci ' i
tym  razem  Ada  miaîa,  przez moment,
ochotë    by    zaczâê    krzyczeê   z
przeraûenia  a  zarazem zwymiotowaê to
co byîo wewnâtrz jej ciaîa.  Mimowolny
odruch  i  wyraz jej twarzy nie uszedî
uwagi mëûczyzny.

-  To  ci  nie  pomoûe.   On siedzi na
poziomie   struktur   molekularnych  i
skoro  rozmawiamy,  to  twój  ' goôê '
zdoîaî  juû  zagnieúdziê sië na dobre.
Czuj  sië  opëtana  przez demona.  Oni
podróûowali tutaj od prawieków.

-   Dlaczego?    -   pytanie  jak  jëk
rozpaczy.

-  Rozrywka  -  Vega  zdusiî papierosa
obcasem z nie tajonâ zîoôciâ - Oni, po
prostu tak sië bawiâ.

    My,   czyli  Kosmopol,  poczâtkowo
sâdziliômy,  ûe jest to forma wywiadu,
infiltracji, badania, ale...  nie.  To
tylko zabawa.

    Oczywiôcie,  MY  nie  pozwolimy IM
uûywaê ludzi...

-  Nie  rozumiem.   Przecieû ja jestem
wrakiem.   Ja  umieram...  - Ada nagle
uûyîa  czasu przeszîego - to znaczy...
ja byîam chora...  bardzo chora...

- Byîam?  - mëûczyzna parsknâî drwiâco
- Zîudzenia.  Nadal jesteô!

-  Ale  ja  czujë  sië  tak...   - Ada
zastygîa    badajâc   úródîo   wîasnej
rozbudzonej siîy.

-    Chëtna    ûycia?     -   nastëpne
parskniëcie  i  nastëpny papieros - To
nie  ty,  to  On.  Widzisz, to wyglâda
tak.   Oni  zawsze  wybierajâ ludzi na
pograniczu  zejôcia.   Ludzi z rakiem,
Parkinsonem,      ostatnim     stadium
cukrzycy,  nawet  AIDS.   Z ich strony
jest  to  nawet etyczne.  Bowiem kiedy
Oni  opuszczajâ  ciaîo  Nosiciela, ten
umiera.

-  Ale nim umrze?  - Ada popatrzyîa na
torbë peînâ dolarów coô kojarzâc.

-  Poszaleje  za wszystkie czasy.  Tak
Nosiciel  jak  Goôê.   To jest wspólna
rozrywka.  Oni uczestniczâ aktywnie we
wszystkim co robi ich Nosiciel.

- Rozumiem.  Ja jestem nagle zdolna...
ûyê peîniâ ûycia, prawda?

-  On  jest  Tobâ,  a  ty  jesteô Nim.
Oboje  îâczycie zasoby intelektualne i
materialne.   Nie uwierzysz jak bardzo
taka  symbioza  podnosi twoje opcje na
gieîdzie ûycia...

-   Bzdura.    Tutaj   nie  ma  ûadnej
symbiozy i ja jestem kim jestem...

-  Czyûby?   -  Vega  zrobiî  dwa duûe
kroki  i  bez  wysiîku  poderwaî Adë z
podîogi.

-  A to, to co?  - spytaî, patrzâc jak
kobieta  wolno  dryfuje  przez dîugoôê
pokoju,    zaprzeczajâc    logice    i
grawitacji.

- No...  moûe, ale to nie On, to ja.

-  Do czasu, panno Adelajdo, do czasu.
Ten  osobnik  w  pani ciele, zabiî juû
jedenaôcie  osób.  I My chcemy odesîaê
Go tam skâd przybyî.  My nie pozwolimy
na   uûywanie  ludzi  jak  marionetek,
kukieîek, zabawek!

-  Czemu  nie.   To jest...  zabawne -
Ada  opadîa  na podîogë i niespiesznie
podniosîa    swój   tani   gabardynowy
pîaszczyk i torbë - I to bëdzie bardzo
zabawne móc...

-  Tydzieï  îaski,  moûe wiëcej.  I co
dalej?   -  Vega  zatrzymaî  jâ  w póî
kroku - Ostani Nosiciel przetrwaî trzy
tygodnie.  A wiesz jak skoïczyî?

-  Wiem  -  Ada  przycisnëîa do piersi
torbë - Z kulâ w gîowie.

-  Jak?   -  mëûczyzna zacisnâî usta -
No,     to     koniec     uprzejmoôci,
przechodzimy  do interesu.  Ty, Sensen
dîugo  kazaîeô  na siebie czekaê.  Czy
Ona byîa tak trudna do opanowania, czy
teû  nadal  chcesz negocjowaê?  Moûemy
sië dogadaê, wiesz...

    Ada  chciaîa zaprzeczyê, wyjaôniê,
sprostowaê, i ...  nie mogîa.  Znajoma
fala gorâca, wir uczuê, lëk umierania,
skurcz  serca,  brak  oddechu.   I coô
jeszcze.   KTOÔ  jeszcze.  Teraz walka
trwaîa nie tylko o kontrolë nad ciaîem
ale teû...  nad duszâ?

    "Oddychaj,   oddychaj,   oddychaj.
Piëê  lat  szpitala  od  piâtego  roku
ûycia.   Oddychaj, oddychaj, oddychaj.
Indyjscy   mistrzowie   jogi  potrafiâ
kontrolowaê       szybkoôê      pulsu,
wydzielanie hormonów, metabolizm, ratë
przemian,    to   dlaczego   nie   JA?
Oddychaj  wolniej,  wolniej,  wolniej.
Masz  praktykë.   Masz dwadzieôcia lat
praktyki    w   oszukiwaniu   ômierci.
Wolniej,   jeszcze   wolniej,   bardzo
wolno.   Tak.   Tlen  zabija.  Nadmiar
tlenu  zabija.   Tlen  i  azot zabija.
Wiëcej    dwutlenku   wëgla.    Ooo...
taaak.   Teraz  dobrze.   Jak  orgazm.
Dobrze,   dobrze,  dobrze.   Kontrola.
Peîna   kontrola.    Ja  jestem  paniâ
wîasnego  ciaîa.   Ja jestem...  sama.
SAMA!"

-  Halo!   Halo!   Jest tam ktoô?  - w
czerwonej  mgle  znajomy  gîos - Halo!
Sensen  !  Co z tobâ?  Odpowiedz...  i
tylko  bez  sztuczek.   Ty  nie moûesz
mnie  przejâê.   Nawet nie próbuj.  My
wiemy,  ûe  WY  unikacie palaczy.  Oni
was zabijajâ.  Patrz, ja palë.  Halo?!

- Panie Vega, kto to jest SENSEN?

- Obcy w twoim ciele - agent Kosmopolu
byî wyraúnie niezadowolony - jak ty to
robisz?   Gdzie  ten Obcy?  Gdzie jest
Sensen?

-  W  loszku,  glino!  - Ada bez trudu
odepchnëîa  wyciâgniëtâ  w  jej stronë
dîoï - I teraz, to ty, odpowiesz mi na
jedno  zasadnicze pytanie.  - Dlaczego
palisz?!

-  Czy  On  porzuciî  kontakt?  - Vega
zlekcewaûyî   jej  sîowa,  jej  zmianë
nastroju - Powiedz mi.  Gdzie...

-  Tam  gdzie caîa reszta genetycznego
bagaûu  miliarda  lat  ewolucji  - Ada
zdobyîa  sië  na  uômiech  -  jak  sam
powiedziaîeô;        na       poziomie
molekularnym.

- Coô ty z Nim zrobiîa?

-  Ja?   - Ada ruszyîa do wyjôcia - To
on!   Chciaî  mieê  opiekuna, no to go
ma.  Na zawsze.

-  Jak?  - Vega dyszaî w jej kark - To
jest niemoûliwe.

- Moûliwe.

    Ja,   caîe   ûycie   walczyîam   o
przetrwanie, adaptujâc sië do trucizny
produkowanej   przez  moje  ciaîo.   W
sumie,  czym jest walka o przetrwanie?
Adaptacjâ    do   zmiany   ôrodowiska,
nieprawdaû?    A   taki   energetyczny
zgëstek  fotonów nie jest niczym innym
jak   zatruciem   radiacyjnym.   Ciaîo
czîowieka ma zadziwiajâce metody walki
z  radiacjâ.   Weúmy  takâ witaminë D,
jak...  dupa.

- Jesteô wulgarna.

-   Ale  za  to  umiem  lataê,  i  nie
tylko...    -  Ada  zatrzymaîa  sië  w
mrocznym   korytarzu   prowadzâcym  na
podwórko.     -    Nadal   czekam   na
odpowiedú, glino.

-   Papierosy   IM   szkodzâ  -  agent
Kosmopolu   miaî   bardzo  kalkulujâcy
wzrok - Chcesz jednego?

-    Kîamiesz.    To   wszystko   jest
kîamstwem.      -     Ada    odtrâciîa
papieroônicë

-  Wy z tego caîego Kosmopolu, chcecie
czerpaê korzyôci z kontaktów trzeciego
stopnia,  a  nie  chroniê  ludzi.  Ada
dziobnëîa  wskazujâcym  palcem w pierô
mëûczyzny a ten zatoczyî sië na ôcianë
-  Co  za  bajer.   Chroniê ludzi!  Wy
macie  ludzi w dupie.  Wy macie Obcych
w  dupie.  Ty i twoja paczka morderców
szukacie   jedynie   wiedzy,   czytaj,
wîadzy!

- Co w tym zîego?  Z tym co Oni majâ w
gîowie, my moûemy...

- A ja?!

- Sîuchaj.  Moûemy sië dogadaê.  Skoro
ty   kontrolujesz  Sensena  a  nie  na
odwrót,   w  co  trudno  mi  uwierzyê,
ale...   well,  zaîóûmy,  ûe  tak jest
istotnie, a jeôli tak, to...  dlaczego
nie?   My  wolimy, co jest zrozumiaîe,
badaê,  ach,  mam na myôli, pracowaê z
czîowiekiem...

-  Daruj  sobie.   Nie  wyszîo  wam  z
lalkarzem,    to   wabicie   lalkë....
Zapomnij   o   tym.    A  zresztâ,  te
eskapady  Obcych,  sâ nielegalne i ten
caîy    Sensen    jest,    de   facto,
kryminalistâ.    Îamaczem  Ich  prawa,
które   wyraúnie  zabrania  tego  typu
dziaîalnoôci,  co  natychmiast  stawia
nas  i  Ich  na  tej  samej moralnej i
etycznej       pîaszczyúnie.       Ich
cywilizacja  i nasza cywilizacja róûni
sië  jedynie metodâ utylizacji zasobów
naturalnych,   co  wynika  z  totalnie
róûnej   fizycznej   konstrukcji  oraz
idâcych   z   tym   plusów  i  minusów
kontroli nad materiâ nieoûywionâ.

-   Jak  na  humanistkë,  zadziwiajâca
biegîoôê    jëzykowa    w   obcej   ci
dziedzinie  -  Vega  zakpiî,  wyraúnie
lekcewaûâc   jej   wywód.    Zapalajâc
nastëpnego       papierosa,      dodaî
rozkazujâco:  - Ruszamy!

- Tak panie - Ada udaîa, ûe sië kîania
- kaûdy w swojâ stronë.

-  Zobaczymy - burknâî pod nosem Vega.
Siëgajâc do kieszeni, wyjâî...

- Widzë - Ada nie byîa przestraszona.

-  Jak ôpiewaî Niemen, dziwny jest ten
ôwiat,  a ja dodam, spierdolony.  I to
gîównie  przez gîupów twojego kalibru,
glino.

-  Ja  nie  jestem  policjantem, panno
Adelajdo.   Ja  jestem  specjalistâ od
polowania  na  UFO.   I, o ile, Sensen
nie   symuluje   amnezji,  to  wîaônie
aresztowaîem   przedstawiciela   obcej
cywilizacji,  który  bez  zgody Ziemi,
jest na Ziemi...

-   Amen.   -  Ada  z  niedowierzaniem
pokrëciîa gîowâ.

-   I   co?    Tak   jak   poprzednio?
Pociâgnie   pan  za  spust  i  kolejny
numer, tym razem, Zero Zero Dwanaôcie,
czyli JA, trafi do kostnicy...  tak?

-  Tak - agent Kosmopolu wskazaî brodâ
kierunek - Idziemy!

-  Kto  idzie  to idzie - Ada przeszîa
przez    rumowisko   gruzu   blokujâce
wyjôcie i zamarîa.

- Proszë, proszë.  Komitet powitalny w
peînej   gali.   Ale  zamiast  wrëczyê
medal i kwiaty, wziëli i rozstrzelali.
Towarzysz  Sensen zaczyna powâtpiewaê,
czy   podróû  na  Ziemië  byîa  dobrym
pomysîem.     Sâ    inne   planety   i
cywilizacje mniej brutalne...

-  Sîucham?   -  Vega  z  zaskoczeniem
zajrzaî   jej  w  twarz  -  On  ci  to
powiedziaî?

- On nic nie ma do powiedzenia.  - Ada
sceptycznie  oceniîa  gotowoôê  bojowâ
oddziaîu    mierzâcego    w    niâ   z
egzotycznie  wyglâdajâcych karabinów -
Ja jedynie czytam jego myôli.  Oraz...
pamiëê.   Tak  na  marginesie.   Panie
Vega,  czyû  nie  sâ  to zmodyfikowane
wersje pokîadowego pulsera, jaki ma na
pokîadzie, kaûdy pojazd rodaków kolegi
Sensena?

-  Idziemy!  - agent znienacka straciî
ochotë do rozmowy.

-  Powoli,  powoli.   Nie  tak szybko.
Pan   i   païscy   mocodawcy   zdoîali
przechwyciê    jeden    z   latajâcych
spodków,   ale   jeszcze   nigdy   nie
upolowaliôcie   ûywego,  czy  martwego
ufoludka.  Wie pan dlaczego?

- Wîaônie mam pierwszego.  Idziemy!

-  Kaûdy  w  swojâ  stronë,  kosmiczny
glino!

- Proszë nie stawiaê oporu!

-   Jak  bym  mogîa  ...   -  Ada  nie
stawiaîa...  ale...  grawitacji.

    Jak      bajkowa     czarodziejka,
powiewajâc    poîami   pîaszczyka,   z
godnoôciâ  uniosîa  sië  do  góry,  po
czym...    natychmiast,   przekroczyîa
szybkoôê  Mach  5.0,  czyli  ruszyîa w
nieznane   z   szybkoôciâ   piëê  razy
wiëkszâ    od    szybkoôci    dúwiëku,
produkujâc  przy  tej  okazji sonicznâ
falë zmiatajâcâ za niâ ptaki, drzewa i
krzaki, jak teû poîowë wszystkich szyb
w Aninie.

-  Moûesz uciekaê, lecz nie moûesz sië
schowaê.   Znajdziemy  cië!   -  agent
Kosmopolu  wygrzebaî  sië z pod gaîëzi
zwalonej  podmuchem  sosny i zîapaî za
przenoôny   telefon.-   Szefie.    Ona
ruszyîa  na  wschód.  Musimy aktywowaê
naszych agentów od Lwowa do Odessy.

    Vega myliî sië.  Ada wiedziaîa jak
sië ukryê.

    Po  tygodniu,  siedzâc  na tarasie
Hiltona   w   Buenos  Aires  i  sâczâc
szampana powiedziaîa:

-  Sensen,  chciaîeô mieê opiekuna, to
masz.   Nie  narzekaj, zawsze chciaîam
byê  Supermenem  w  spódnicy.  A teraz
wypijemy     zdrowie     za     owocnâ
inkorporacjë  naszych  cywilizacji,  a
dalej    poczytamy   sobie   Kanta   w
oryginale.

-   I   Sensen,...proôba.    Bez  tych
ciâgîych  wrzasków o pomoc bo wreszcie
zapalë!



                         Mark Falzmann
              ------------------------
              kosmopol@globalserve.net
