3 BIAÎY LOT 2 Dakîort 5 * 6 Stanâî nad przepaôciâ krawëûnika. Obojëtnym spojrzeniem zmierzyî przestwór nicoôci dzielâcy go od nienaturalnego pëdu rzeczy martwych. Rozleniwiajâcy zapach spalin. Przytîaczajâcy ogromem ruch metalowych maszyn, które wiodîy czîowieka gdzieô dalej. Byle szybciej. Byle prëdzej. Ku cywilizacji i jej niepohamowanemu rozwojowi. On staî i patrzyî. Nie myôlaî. No bo i po co. Po co ûyê, po co byê, po co istnieê, po co myôleê. Dlaczego sië baê. Dlaczego cierpieê. On po prostu staî i patrzyî. Wdychaî i delektowaî sië zapachem miasta. Mrowiska z nieskoïczonâ, bo ciâgle sië zmieniajâcâ sieciâ poîâczeï, którymi drobne istotki biegaîy bez celu, by znaleúê gdzieô odpowiedú na coô czego nie ma lub od niej po prostu uciec. Najlepszym sposobem jest ucieczka. Kaûdy prëdzej czy póúniej do tego dochodzi. On teû chciaî uciec. Zbiec z mrowiska, które omotaîo go swoimi zîudnymi marzeniami i pragnieniami. Które przytîumiîo jego wîasne 'ja', narzucajâc mu swoje 'my'. Jednoôê, która nie znaczyîa nic, gdyû byîa po prostu jeszcze innym rodzajem samotnoôci. Groúnej i przeraûajâcej. Czuî sië innym od omijajâcych go nieczule postaci. Jednoczeônie wiedziaî, ûe jest taki sam. Wszyscy byli inni i dlatego tacy sami. Podniósî wzrok. Wysoko. Na tyle wysoko by dostrzec bîëkitne niebo spowite szarâ mgieîkâ dymów. Fantastyczne ksztaîty chmur docieraîy do niego przytîumione szarzyznâ, którâ miasto odcisnëîo swoje piëtno na niebie. Szary ôwiat niepokoiî szarych ludzi. Dziwili sië czemu ich szaroôê zaraziîa niebo, kwiaty, drzewa i zwierzëta. Dziwili sië czemu czerwieï róûy nie jest czerwona, a zieleï lipy zielona. Nie potrafili zrozumieê, ûe sami w sobie sâ zarazâ, która zaraûa wszystko dookoîa. Bali sië zrozumieê to, co dostrzegali na co dzieï w szalonym pëdzie ku zmëczeniu. Zawsze kierowaî nimi strach - gdy zabijali, gdy kochali, gdy marzyli, gdy starali sië byê ludúmi. Ûyli obawami i podejrzeniami, a obawy i podejrzenia ûywiîy sië nimi. Niekiedy zapominali o strachu, albo raczej tak im sië wydawaîo. Zdawaîo im sië, ûe ich ûycie jest ciâgîym wysiîkiem. Istotâ ich dziaîaï byîa walka o dobrobyt i uznanie. Wysilali serca i umysîy by zdobyê pieniâdz lub pochwaîë z ust bliúniego. Na próûno. Nigdy nie osiâgali tego, czego pragneli. Dlaczego? Dlatego, ûe tak naprawdë nie wiedzieli czego pragnâ. Bogactwa, miîoôci czy sîawy. Jedni drugim stawiali pomniki myôlâc, ûe w tych kamiennych tworach przetrwa zarówno dusza twórcy, jak i adresata. Inni pisali wiersze i ksiâûki, by potomni czytajâc ich dzieîa, przekonywali samych siebie i otoczenie, jacy ich autorzy byli mâdrzy i wielcy. Chcieli pamiëci i wspomnienia, nawet gdyby to, co czynili, nie byîo tego warte. Byli odwiecznymi wrogami samego siebie. Te wîaônie myôli targaîy Jego gîowâ, gdy wpatrzony w szaroniebieskie niebo staî nad przepaôciâ krawëûnika. Z gîowâ uniesionâ wysoko. Bardzo wysoko. Nie na tyle jednak wysoko, by dostrzec ôpiâcego wôród obîoków Boga, który spaî by nie widzieê, chrapaî by zagîuszyê, lecz nawet ôpiâc czuî, ûe powinien sië zbudziê. I bardzo dobrze sie staîo, ûe nie widzieli sië wzajemnie. Bo cóû by sië staîo, gdyby któryô z Nich zmieniî teraz zdanie? Nie spostrzegîszy tego, co spostrzec chciaî najbardziej, opuôciî gîowë. Uômiechnâî sië do przechodzâcego staruszka, który obrzuciî go zaskoczonym spojrzeniem. "Narkoman czy co? Czemu nie biegnie tak jak i ja biegnë przed siebie. Mîody i gîupi" pomyôlaî staruszek i pobiegî dalej. "Nie jestem inny" krzyknâî i zaczâî uciekaê. Tak, by nikt o nim nie pamiëtaî. By nie byîo wspomnieï i ûalów. By nie byîo zawiedzionych marzeï i nadziei. Pobiegî prosto pod koîa samochodów, przeskakujâc duûymi krokami ulicë. I straciî to, co miaî najcenniejszego. Zbyt póúno byîo juû jednak by to odkryî. Wôród dymu, pyîu i tîumów gapi, wyrwanych na chwilë z obîëdnego rytmu pogoni za nieuchwytnym, leûaî niewidzâcy wzrok zwróciwszy ku górze, ostatnim spojrzeniem czekajâc, aû Bóg otworzy oczy. Po chwili zîâczyî sie w jednoôê z Nim samym. I tak obaj z przymkniëtymi powiekami zapadli w sen, którego przerwaê nie mógî juû nikt. Gapie rozeszli sië. Samochody odjechaîy. Zwîoki znikneîy. Tylko ja pozostaîem, patrzâc na krwawâ plamë na jezdni, bezczeszczonâ koîami przejeûdûajâcych potworów. Staraîem sië odnaleúê w Niej czîowieka. Lecz pomyliîem sië. To wpierw w sobie powinienem odnaleúê to, czego szukam... 5 ** 6 Odszedîem od plamy i zagubiony w przestrachu pëdzâcych do nikâd stworzeï, uleciaîem ku chmurom party nieodpartâ ûâdzâ zrozumienia. I gdy zmrok zawisî nad miastem, jak nieubîagany zwiastun koïca trudu i poczâtku odpoczynku, zamarîem, by patrzeê, czekajâc na coô co przyniesie mi rozwiâzanie. To co zobaczyîem nie byîo odpowiedziâ. Byîo zwielokrotnieniem pytaï. Wielkim krzykiem chwiejâcego sië Znaku Zapytania. Projekcjâ uczuê, myôli i sîów, których nie chciaîbym nigdy ujrzeê i usîyszeê. Czy jednak liczy sië czyjaô wola? Liczy sië los, który z zachîannâ satysfakcjâ i z krzywym bîyskiem w oku przestawia pionki na szachownicy bytu. Ale los bywa dobry. Pozwala czîowiekowi wybraê. Ale los bywa zîy. Wybór, jaki daje, jest bardzo ograniczony. Po co pytaê sië czemu? Nie lepiej ulecieê w chmury na szeroko rozpostartych, biaîych skrzydîach? Zapomnieê o pogoni za niczym, o bezustannym biciu martwego serca, o strachu przed decyzjâ, o zobowiâzaniach, o zakazach i nakazach, i o myôli, która powoduje cierpienie samym swym istnieniem. Uleêmy w dal! Spójrzmy na to z góry. Z odwiecznie nieodgadnionej perspektywy... Ciëûka noc nad miastem. Ukrywajâce monotonië faîszywej zieleni cienie latarï. Samotne pary waîësajâce sië po uliczkach parków. Igrajâce z niebezpieczeïstwem, czyhajâcym za kaûdym rogiem. Zaôlepione durnâ miîoôciâ, która pozwala im na ôciskanie spoconych râk i smutne westchnienia. Odgîosy syren. Pëdzâcych na peînej szybkoôci karetek, które wiozâ zuûyte urzâdzenia zmëczone biegiem i niejednokrotnie niezdatne juû do naprawy. Odwieczny ruch: narodziny, strach i radoôê, a póúniej ômierê. Brunatne zaschniëte plamy na ulicach i w cienistych zauîkach. Wôciekîe okrzyki mëûa i pîaczâcego debilnie dziecka, które nie potrafi zrozumieê, ûe ból, jaki mu ojciec zadaje, jest przywilejem równie debilnej dorosîoôci. Watahy rozwrzeszczanych mîodych ludzi z kolorowymi fryzurami, wziëtymi z jakiegoô zapomnianego katalogu kwiatów. Brzëk tîuczonej szyby i krótkie, lecz treôciwe i suche strzaîy, które zagîusza nieôwiadomie przejeûdûajâcy peînym pëdem pociâg. Oto jest miasto... Oto sâ ludzie, którzy je tworzâ... Oto jest noc... Staruszek juû nie biegnie. Juû nie pamiëta uômiechajâcego sië do niego mîodzieïca, który oderwaî go od jego waûnych spraw. Nie wie, ûe zabiî. Mógî przecieû wyciâgnâê rëkë. Mógî uômiechem podbiê serce chîopaka. On jednak z nieczuîâ nieôwiadomoôciâ niewiedzy odrzuciî serdecznoôê. Tak go wychowano, tak on wychowuje, tak inni bëdâ wychowywali. Staruszek i owszem oddaîby za mîodzieïca ûycie, a jakûe. No bo po cóû mu jeszcze parë lat cierpienia wiëcej, ale ûeby tak otwarcie? Na ulicy? Uômiechnâê sië do jakiegoô przybîëdy, co to, to nie! Sâ pewne granice przyzwoitoôci! Sâ, prawda? No wîaônie! Widzicie, jesteôcie tacy sami! Pamiëtajcie nie starajcie sië byê inni! Tylu teraz na ôwiecie degeneratów, zboczeïców i innego ômiecia, ûe nigdy ni wiadomo, o co takiemu chodzi! Bâdúmy normalni! Nieczule mijajâc na ulicy spragnionych miîoôci wspóîwiëúniów wspólnego strachu, pamiëtajmy, by nie popchnâê kogoô specjalnie, bo i tak przyjdzie jego czas i sam upadnie... 5 *** 6 Telepiâcy sië bezwîadnie tramwaj. Ciemne od brudu wnëtrze. Pot, ôcisk i sapanie spragnionych dotyku ludzi. Nikt nie lubi tramwajowego tîoku i nikt nie zdaje sobie sprawy, ûe tramwaj jest jednym z miejsc, w których ludzie utrzymujâ ze soba kontakt. Chociaûby tak drobny jak ten nieludzki ôcisk. Nawet teraz, gdy cienkie wagony zatrzymujâ sië na brudnym od letniego sîoïca przystanku, ludzie wysypuja sië z satysfakcjâ w oczach na ulicë. Uciekli od niewygody, choê majâ ôwiadomoôê, ûe coô utracili. Czëôê siebie, czëôê wspólnoty, która ich przez chwilë îâczyîa. To nic nie szkodzi. Niech dadzâ szansë innym, którzy wîaônie w bezlitosnej przepychance zajmujâ ciepîe jeszcze miejsca i ôwieûo wydeptane obcymi stopami skrawki podîogi. Oni teû chcâ spróbowaê tego szczëôcia. Gdy wsiadali, chudy wyrostek wybiegî z tramwaju i gwaîtownie rozpychajâc sië, z torebkâ siwej pani w rëce pobiegî, by nacieszyê sië chwilâ szczëôcia. Siwa pani zaczëîa krzyczeê. Czemu tak gîoôno? Czemu tak brzydko? Któû by sië po takiej damie spodziewaî, ûe zna takie wyrazy? A ona z obelgâ i gîoônym krzykiem pomocy patrzy wilgotnymi oczami na tîum, który jeszcze przed chwilâ z zainteresowaniem przyglâdaî sië zabawnej sytuacji. A siwa pani krzyczy swymi wilgotnymi oczami. "Patrzcie jaka jestem bezbronna i sîaba. Pomóûcie mi!". A tîum szemrze: "To úle, to úle. To bardzo úle." i odwraca swój litoôciwy wzrok. "Tu nie ma miejsca dla sîabych!" - krzyczâ milczâce twarze. Tramwaj rusza. Zaczyna padaê deszcz... Gdzieô tam, w szarym parku siedzi chîopak i przewraca zawartoôê zdobytej torebki. Wôciekîy wyrzuca jâ do kosza. To nie jest îup! To jest kpina! I po co sië byîo tyle drzeê? Przecieû tu nic nie ma! Kopie jasny napis "Dziëkujë" na koszu i odchodzi nierównym krokiem smutnego zwierzëcia. W ômietniku zuûyte chusteczki, ogryzek, niedopaîki papierosów, kartony po napojach, czerwone puszki po coli i umazane musztardâ papierki od hotdogów. I wôród tych ômieci brâzowe nic. Torebka, której nieôwiadoma zawartoôê wysypaîa sië i klei sie teraz do wewnëtrznego brudu. Tania plastikowa zapalniczka i sucha pomadka sponiewierane sytuacjâ uômiechajâ sië do siebie. Pulchne oblicze wnuczki mruûy oczy przed padajâcym do kosza deszczem. Wszystko sië rozmazuje w jednâ caîoôê. Obok delikatnie przytulony do jakichô papierów drzemie srebrny szkaplerzyk. Kolory ze zdjëcia blaknâ. Uômiech wnuczki niknie. Ona juû nie ûyje. Zginëîa w wypadku samochodowym tak, jak jej rodzice. Uciëîo jej nogi przy zderzeniu. Teraz umiera po raz drugi. W zagubionym wôród ulic parku, gdzie zgwaîcono ostatnie widzialne jej wspomnienie. Jak to jest umieraê dwa razy? Powiedz? Lecz padajâcy deszcz zagîusza kaûde sîowo, a zwîaszcza te wypowiedziane szeptem przez dziewczynkë ze zdjëcia... Chîopak nie wie, ûe zostawiî za sobâ ból rzeczy martwej. Idzie ulicâ. Pogwizduje. Nastëpny îup bëdzie lepszy! Przechodzi obok kiosku, gdzie blada dziewczyna sprzedaje gazety. Uômiecha sie do niej z zakîopotaniem i ômiesznie wtulajâc gîowë w ramiona, wskazuje na najnowszy egzemplarz pisma pornograficznego w czerwonej okîadce. Blada dziewczyna nie jest juû blada. Czerwony rumieniec okrywa jej twarz. Miaîa tylko na chwilë zastâpiê matkë, która wyszîa do sklepu. Nawet nie wiedziaîa, ûe sâ tu takie czasopisma. Uômiecha sië blado i ocenia wiek chîopaka. Jak tu sie go zapytaê, czy ma osiemnaôcie lat, gdy ona sama tylu nie ma? A on nieômiaîym uômiechem pyta sië, ile pîaci. I gdy drûâcâ rëkâ podaje mu zawiniëte w czerwone okîadki obrazki nagich scen i odbiera pieniâdze, to...wstydzi sië...za niego. A on niebacznym i nielitoôciwym wzrokiem ogarnia wszystko i delikatnym ruchem wskazuje na prezerwatywy. Póîbladym uômiechem podaje mu dziewczyna towar i myôli o swoim chîopaku, który moûe wîaônie w tej samej chwili, kupuje to samo, w jakimô innym kiosku. Jacy oni sâ podobni! Wysocy, piëkni i zawsze godni zaufania. Odwróconego plecami chîopaka, który pospiesznym krokiem odchodzi, ûegna jedna, samotna i pusta îza, która rzeúbi w piëknej twarzy pierwszâ bruzdë. "I po co mu to byîo" myôli kolorowa maskotka z wystawy, starajâc sie rozerwaê wiâûâce jâ nitki. I wciâû pada deszcz... 5 **** 6 Suchy wiatr chîoszcze oczy. Ciemnoôê powoduje, ûe mimowolnie sië zaciskajâ. Nadchodzi sen. Odpîyniëcie. Nie dla mnie. Ja lecë, na zbrukanych czerniâ nocy biaîych skrzydîach i choê to co widzë, nie wyglâda tak, jak powinno, nie jest to sen. Groza tej wizji mnie przeraûa. Jednak czujë radoôê, mimo tego, iû wiem, ûe szarpane wiatrem skrzydîa zaraz sie rozpadnâ i pikujâc w dóî z gîoônym okrzykiem w ustach, wpadnë do morza, którego nikt na mojâ czeôê nie nazwie. Ale ja wiem! Wiem, ûe juû niedîugo sîoïce zniszczy noc i wstanie nowy dzieï! Nowy dla Was, lecz juû nie dla mnie... 2 Augustów, 5,13,14.V.1995r.