3 NIECH ÛYJE WDZIËCZNOÔÊ 2 Shami 6 Îysy póîolbrzym, siedzâcy za solidnâ drewnianâ îawâ, zarechotaî na caîy gîos i gliniany kufel poszybowaî w kierunku drzwi, rozlewajâc dookoîa resztki czegoô, co karczmarz nazywal piwem, a co miaîo smak i wyglâd stëchîego moczu. Karczma "Krulewska" moûe nie byîa najgorsza ze wszystkich, które znajdowaîy sië w ciemnych zauîkach Chîopskiego Krocza, ale nawet najmniej wybredny póîork nie zaliczyîby jej do komfortowych. Odór potu i przypalonych potraw mocno uderzaî w nos, a zniszczone skóry zwierzât wiszâce na ôcianach, tylko pogarszaîy i tak fatalny wyglâd. - Co ja tu robië? - zdâûyî spytaê mîody, bogato odziany reptillion, gdy ciëûki kufel wylâdowaî na twarzy jednego z jego towarzyszy. Trafiony elf z cichym jëkiem osunâî sië pod îawë. - Lowan, co jest? Sîyszysz mnie? - przysadzisty hobbit zajrzaî pod îawë, ale juû po chwili jego këdzierzawa gîowa wychyliîa sië spod drewnianego blatu. - Jest nieprzytomny. Widzâc wôciekîoôê na twarzy reptilliona szybko wygramoliî sië na górë. - Sacan..., tylko nie rób nic, proszë. Ich jest czterech. Nie damy rady... Sacan, nie unoô sië honorem... - spojrzaî bîagalnie na siedzâcego obok kompana - Zrób coô, Kelian, zrób coô. Nie pozwól mu zaczâê kîótni! Reptillion wstaî powoli i popatrzyî w kât sali, gdzie rozbawiony celnym rzutem póîolbrzym, cheîpiî sië czymô siedzâcym przy nim orkom. - Wstaï! - powiedziaî, przekrzykujâc gwar. - Wstaï, kiedy mówië do ciebie! Rozmowy ucichîy. Wszyscy zwrócili wzrok ku siëgajâcemu po kuszë Sacanowi. Póîolbrzym podniósî sië wolno, i z pogardâ w gîosie odparî: - A kim ty jesteô, ûeby mi rozkazywaê? - Jestem tan Dors Sacan i na razie proszë cië, ûebyô przeprosiî mego przyjaciela. - reptillion skinâî na wyîaûâcego spod îawy Lowana. - A jeôli nie wykonam twojej proôby? - olbrzym daî znak orkom i sam SIËGNÂÎ po MACZUGË opartâ o stóî. - Chcesz, sprawdú co sië stanie. Widzâc co sië dzieje, wszyscy odsuneli sië na bok. Ktoô wybiegî z karczmy i zaczâî wzywaê gwardzistów. Kelian zdjâî z pleców îuk, a hobbit wzniósî rëce do góry i wyszeptaî: "Miej w opiece sîugë swego, Arianno i nie pozwól by na zawsze przestaî ci sîuûyê". Îysy tylko czekaî na takâ zaczepkë. Szybkim krokiem zmniejszaî odlegîoôê dzielâcâ go od reptilliona, unoszâc jednoczeônie potëûnâ maczugë. Ciszë przeciëîy ôwisty. Olbrzym zachwiaî sië, gdy beît Sacana i strzaîa Keliana utkwiîy w jego ciele, ale maczuga dosiëgnëîa celu. Lekki heîm pëkî pod siîâ ciosu i odsîoniî gîowë reptiliona. Ostatniâ rzeczâ, jakâ usîyszaî Sacan byî cichy szmer strzaîy, znajdujâcej sobie drogë miëdzy îuskami jego zbroi, Potem byîa juû tylko ciemnoôê. * * * Kelian, nie zwracajâc uwagi na tkwiâcâ w ramieniu strzaîë, wystrzelonâ przez jednego z orków, siëgnâî do koîczanu, gdy do gospody wpadli uzbrojeni gwardziôci. Gospoda szybko opustoszaîa. - Odîoûyê broï, natychmiast! - Oni pierwsi - powiedziaî elf i skinâî w stronë stojâcego nad zakrwawionym ciaîem Sacana póîolbrzyma. Gwardzista spojrzaî we wskazanym kierunku i jego twarz rozjaôniî uômiech. - Sewian, stary pryku, co ûeô znowu nawywijaî? - pokazaî na leûâcego Sacana - Kto to? - Jakiô podejrzany typ. Szukaî zaczepki, to jâ znalazî. - To tan Dors Sacan, a zaczepkë bëdziesz miaî, gdy dowie sië o tym jego ojciec. - do rozmowy wtrâciî sië Imlik. - Lepiej uwaûaj, Sewian - mówiâc to, hobbit mocniej zaakcentowaî imië. Póîolbrzym podszedî do dowódcy gwardzistów i szepnâî mu coô na ucho, po czym skinâî na orków i razem wyszli z gospody. - Co jest! Dlaczego pozwalacie im odejôê? Chciaî krzyknâê coô jeszcze, ale pochwyciîy go silne dîonie gwardzistów i szmaciany knebel zatkaî mu usta na chwilë przed tym, jak na rëkach pojawiîy sië metalowe bransolety. Kelian nie wiedziaî co robiê. Odîoûyî îuk i pochyliî sië nad leûâcym, w wolno powiëkszajâcej sië kaîuûy krwi, Sacanem. Wyciâgnâî z pochwy sztylet i przyîoûyî go do ust reptiliona. Po chwili bîyszcâca stal zmatowiaîa. - On ûyje! Pomóûcie mu! - krzyknâî i oderwaî kawaî rëkawa, by zatamowaê pîynâcâ ciâgle krew. - Idziesz z nami! Elf podniósî wzrok, by zobaczyê, jak gwardziôci wyprowadzajâ Imlika i Lowana zakutych w kajdany. - Nie! On umrze, jeôli nikt mu nie pomoûe. Bëdziecie winni jego ômierci. Gwardzista rozejrzaî sië po gospodzie i upewniwszy sië, ûe nikt go nie sîyszy powiedziaî: - Nie, jeôli nikt sië nie dowie, ûe jeszcze ûyî. Idziesz z nami. - Odsuïcie sië. - Kelian wyszeptaî kilka sîów i nagle jego prawa dîoï zapîonëîa lekkim blaskiem. Przeraûony gwardzista cofnâî sië o dwa kroki i niepewnie spojrzaî na swego dowódcë. Temu ostatniemu mina zrzedîa. - No co jest? Ruszcie sië, to tylko nëdzne sztuczki. Jeden z gwardzistów podszedî bliûej. Kelian przymierzyî dobrze i tylko refleks uratowaî twarz ûoînierza przed poparzeniem. Bîyskawicznie odskoczyî w bok. - Zaîatwmy to tutaj. - dowódca straûy bez wahania siëgâî po leûâcâ na stole kuszë. - Próbowaî uciec. Kelian poîoûyî lewâ rëkë na maîym, krysztaîowym wisiorku, zamknâî oczy i wymamrotaî coô pod nosem. Beît ze ôwistem przeciâî powietrze i... zatrzymaî sië na krok przed elfem, bîyskawicznie tracâc pëd. Niedoszîy cel otworzyî oczy i zalôniî w nich bîysk triumfu. Gwardziôci juû zupeînie stracili orientacjë i z rosnâcym strachem patrzyli po sobie. Zauwaûyî ich zmieszanie i resztkâ swych duchowych siî wyszeptaî trzecie zaklëcie. Spojrzal na leûâcy na ziemi îuk pozostawiony przez jednego z orków. Po chwili îuk bardzo wolno zaczâî sië podnosiê. Efekt byî taki, jak oczekiwaî. Przeraûeni gwardziôci szybo wycofali sië zamykajâc za sobâ drzwi. Kelian przerwaî skupienie i broï opadîa na podîogë. Wyczerpany usiadî obok Sacana. Reptillion byî nieprzytomny. Oddychaî nierówno, ale puls, choê sîaby, byî wyczuwalny. - Nieîatwo cië zabiê. - pomyôlaî i spróbowaî unieôê przyjaciela. Po kilku nieudanych próbach uniósî go i zarzuciî jego ramië na swoje. Wiedziaî, ûe w ten sposób daleko nie zajdzie, ale musiaî spróbowaê. Dopóki on byî na wolnoôci, nie mogli nic zrobiê Imlikowi i Lowanowi. Pomyôlaî o nich. "Zajmijcie jakoô tych sukinsynów, a moûe wyjdziemy z tego". * * * Tylne drzwi gospody byîy otwarte i, o dziwo, nikt ich nie pilnowaî. "Chociaû tu uômiechnëîo sië do nas szczëôcie" pomyôlaî smëtnie i ruszyî naprzód. W brudnych zauîkach Chîopskiego Krocza trudno byîo o jakâkolwiek pomoc. Jedyne co moûna byîo otrzymaê, to nóû w plecy. Wiedziaî o tym i dlatego rozglâdaî sië uwaûnie. Sacan byî ciëûki, ciëûszy, niû mu sië na poczâtku wydawaîo, toteû szybko zaczâî odczuwaê zmëczenie. Tak bardzo potrzebowaî teraz siî - przebyli przecieû dopiero poîowë drogi. Czerwony z wysiîku przysiadî na chwilë na progu ponurej kamienicy. Reptillion stëknâî gîucho osuwajâc sië na ziemië. Kelian rozejrzaî sië dookoîa. Krajobraz nie wyglâdaî ciekawie. Po bokach wykamieniowanej drogi cuchnëîy brudem i stëchliznâ wâskie rynsztoki. Kobiety nie zadawaîy sobie trudu schodzenia na dóî, wiëc odpadki laîy sië z góry jak krople deszczu w czasie najwiëkszej wiosennej ulewy. Jedynie zapach przypominaî co wîaôciwie leci z nieba. Nagle ujrzaî zbliûajâcych sië od strony karczmy gwardzistów. Zatrzymywali przechodniów i wypytywali o coô. Nie czekaî dîuûej. Chwyciî Sacana pod ramiona i wciâgnâî go w ciemnoôê. * * * Wiëzienie nie byîo najprzyjemniejszym miejscem na ôwiecie. Wszechobecna wilgoê przeûeraîa ôciany i powodowaîa, ûe kamienna posadzka byîa zimniejsza niû oddech martwiaka. Ostry smród gnijâcego miësa buchaî w nozdrza i nie pozwalaî gîëbiej odetchnâê. Imlik rozejrzaî sië po celi. Byli sami. Nie liczâc jedynie szczurów, które nie przejmujâc sië swoimi wspóîlokatorami, wyszîy ze swoich nor by dokoïczyê posiîek. Hobbit wytëûyî wzrok i przyjrzaî sië uwaûnie ciemnemu ksztaîtowi w najciemniejszym kâcie. W tej chwili nikîy promieï ôwiatîa wpadî do celi przez szparë w suficie i oôwietliî opartego o ôcianë, na wpóî poûartego przez szczury trupa. Imlik zastygî z otwartymi z przeraûenia ustami. * * * - Co jest? - zachrypniëty gîos nie wróûyî niczego dobrego. - Czego chcecie? Wzrok szybko przyzwyczajaî sië do mroku. Za drewnianâ îawâ staîo czterech mëûczyzn o... niezbyt pokojowym nastawieniu. Cisza ciâgnëîa sië w nieskoïczonoôê. - Zobaczcie kogo tu mamy - staraî sië, by jego gîos nie brzmiaî przyjemnie. - Jakiô bogaty szlachetka. - Kto ty jesteô? - najwyûszy z ludzi podszedî do Keliana. - Nie znam cië. - I nie musisz. Za to ja znam to miejsce. - Zurgo cië przysîaî? - A co ûeô myôlaî durniu... - strach i niepewnoôê zniknëîy - Ûe wpadîem na pogawëdkë? - Uwaûaj na sîowa - w rëku mëûczyzny bîysnâî srebrny bogato ozdabiany sztylet. - Nie mam czasu na zabawë. - Kelian przerwaî zmierzajâcâ w zdecydowanie zîym kierunku rozmowë - Czego chcecie? - Masz forsë? Musiaî myôleê szybko. - Nie. Powiedziaî, ûe bëdzie póúniej. - Nie temu panu sîuûysz co trzeba. - najstarszy zaômiaî sië urâgliwie. - Nikomu nie sîuûë. - Kelianowi wcale nie byîo do ômiechu. - Teraz juû nie. - skinâî na pozostaîych dwóch ludzi. Ci bez sîowa wyszli na zawnâtrz. - Tak ginâ ci, którzy nie wiedzâ, ûe ûycie jest cenniejsze niû zîoto. Nie odezwaî sië ani sîowem. Wiedziaî juû z kim ma do czynienia. "Z deszczu pod rynnë..." pomyôlaî tyko. "Cóû, trzeba bëdzie jakoô z tego wybrnâê". - Co chcesz z nim zrobiê? - sîowa przerwaîy chwilë ciszy. - Co? A, z nim?... - spojrzaî na pytajâce twarze i Sacana leûâcego u jego stóp - Jego rodzinka moûe zapîaciê niezîy okup. - Skâd ûeô go wytrzasnâî? - Napadîo na niego dwóch takich, ale ich przepîoszyîem. Szkoda towaru... dupki pewnie zabiîyby go. Ledwie dycha. - To jego mieszek - dodaî po chwili i rzuciî na stóî wypchanâ sakiewkë. - Niech zasili fundusze... - zaryzykowaî - ...Gildii. - Niebezpiecznie jest wypowiadaê niektóre sîowa... - w gîosie starego zabrzmiaîa nieufnoôê. - Nie wtedy, gdy wie sië z kim ma sië do czynienia. - Jak to sië staîo, ûe ktoô taki jak ty, robiî za posîaïca tego kretyna Zurga? - Nie byîem jego posîaïcem... - elf przerwaî na chwilë, po czym skinâî na rannego reptiliona. - Zostawië go tu, aû sië ôciemni, a potem przeniosë do bezpiecznej kryjówki. Zajmijcie sië nim. Martwy nie bëdzie nic wart. * * * - Zrób coô, na Kas-handila, zrób coô! - Lowan krzyczaî w panice. Imlik potrzâsaî nim ze wszystkich siî, ale nie przyniosîo to ûadnych rezultatów. Przeraûone oczy druha mówiîy same za siebie. Wizja ômierci po raz pierwszy w nie zaglâdajâcej pokonaîa wewnëtrzne bariery mîodego elfa. - Ja nie chcë umieraê! Zrób coô! - wyrwane wîosy wypeîniaîy zaciôniëte piëôci. Zrezygnowany hobbit pokrëciî gîowâ. - Jeszcze mi tego brakowaîo... - i spróbowaî uspokoiê myôli. * * * Kelian siedziaî z twarzâ zakrytâ dîoïmi na brzegu Placu Karczemnego. Nie wiedziaî, co robiê. Gdzieô tam, w zauîkach Chîopskiego Krocza, leûaî skulony ranny Sacan. Ale Sacan nie mógî narzekaê - w o wiele gorszej sytuacji byli Imlik i Lowan, o których nie wiedziaî nic. Byî przeraûony. Jeszcze nigdy w ûyciu nie byî w takiej sytuacji. Na jego barkach leûaî los przyjacióî, a on nie wiedziaî, co robiê. "Weú sië w garôê" mówiî sobie, ale jakoô nie przynosiîo mu to otuchy. Musiaî czekaê. Musiaî czekaê, aû zmrok skryje uliczki, by pod jego osîonâ, dostaê sië do duûego domu w Srebrnej Przystani i odprowadziê tam przyjaciela. Wolno podniósî gîowë i popatrzyî na kîëby mgîy nadpîywajâcej znad jeziora. "Moûe bogowie nie ûyczâ nam úle..." pomyôlaî i w tej chwili wpadî mu do gîowy pewien pomysî. Moûe ojciec Sacana mógîby uûyê swoich wpîywów i wyciâgnâê z tarapatów Imlika i Lowana... Imlik... - pomyôlaî - Wytrzymajcie jeszcze trochë, znajdë was. Szybko otrzâsnâî sië z zamyôlenia i ruszyî w stronë Chîopskiego Krocza. * * * Zostawili im wszystko, co mieli, z wyjâtkiem broni. Nawet sakiweka Lowana, do poîowy wypeîniona srebrem i zîotem, pobrzëkiwaîa cicho przy gwaîtowniejszych ruchach. Z uwagi na zaîamanie psychiczne, jakie najwyraúniej przeûywaî elf, cela huczaîa od dúwiëków monet. Imlik pokrëciî gîowâ i siëgnâî zakutymi w kajdany dîoïmi do pasa. Trwaîo to dîuûszâ chwilë, ale w koïcu podniósî rëce wyûej, trzymajâc koniuszkami palców niewielki wytrych. Uômiechnâî sië do siebie - "Nigdy nie jest tak úle, by nie mogîo byê jeszcze gorzej" - i zabraî sië do roboty. * * * - To ja - odparî Kelian na pytanie. - Przyszedîem po tego... Doszedî do siebie? Przeczâce mrukniëcie wyjaôniîo spornâ kwestië. Widocznie rozmówca byî znudzony. Rozejrzaî sië p pokoju. Po starszym czîowieku nie byîo ôladu. Nie zastanawiajâc sië podszedî do leûâcego pod ôcianâ reptilliona. Nie wyglâdaî najlepiej, ale czy moûna byîo dobrze wyglâdaê po ciosach, które na siebie przyjâî? Kiedy wyszli na zewnâtrz mrok spowijaî wâskie uliczki. Nie rozglâdajâc sië na boki, Kelian pokuôtykaî, wlokâc Sacana, w stronë Srebrnej Przystani. Senna mgîa szarym wachlarzem skrywaîa wszystko dookoîa, tîumiâc wszelkie dúwiëki. Co jakiô czas przystawaî nasîuchujâc, czy nikt za nim nie idzie, ale gësty tuman nie pozwalaî przedrzeê sië sîowom, ani krokom. Powoli przeszli przez pusty juû o tej porze Plac Karczemny. Gdzieniegdzie tylko przemykaîy cienie ostatnich maruderów - pogoda bynajmniej nie sprzyjaîa kupcom i handlarzom. W taki wieczór najîatwiej byîo zarobiê nóû w plecy. Pulsujâcy ból w zranionym ramieniu znowu poczâî narastaê. - Nie dam rady - jëknâî cicho. Sacan wolno otworzyî oczy, budzâc sië z odrëtwienia. - Gdzie jestem? - Wracamy do domu. Reptilion wyprostowaî sië tak szybko, ûe Kelian zachwiaî sië. - Musisz... mu pomóc... Chcâ... - jego oddech stawaî sië coraz szybszy - chcâ go... zabiê. - Kogo? - elf przystanâî - Kogo chcâ zabiê? - Wszystko... sîyszaîem. Musisz mu... pomóc - Sacan westchnâî jeszcze raz i znowu straciî przytomnoôê. * * * - Lowan nie krzycz tak. - Imlik wystraszyî sië nie na ûarty. Ledwie co udaîo mu sië uwolniê lewâ rëkë, a w korytarzu usîyszaî szybko zbliûajâce sië kroki. Sîyszâc zgrzyt klucza w zamku zgiâî kolana i schowaî dîonie miëdzy nimi. Do celi wszedî uzbrojony ork. - Jeûeli w tej chwili sië nie zamkniesz, to zaraz zamilkniesz na wieki. Jutro szczury bëdâ gryúê twoje koôci. Sîyszâc groúbë Lowan uspokoiî sië. - Mam tu zîoto. Weú ile chcesz, ...tylko nas wypuôê - zaskomlaî cicho. Ork zaômiaî sië z pogardâ i schyliî sië. Chwilë póúniej staî wyprostowany, trzymajâc w rëku nabity mieszek, który jeszcze przed chwilâ wisiaî u pasa elfa. - Naucz sië nie ufaê nikomu. - powiedziaî i wyszedî z celi kiwajâc gîowâ i ômiejâc sië. Lowan siedziaî z wytrzeszczonymi oczami i wpatrywaî sië w drzwi, za którymi zniknâî gwardzista. Imlik tyko odetchnâî z ulgâ. * * * Wszedî do ôrodka. Pokój byî peîen. Wszyscy zwrócili sië w jego stronë i zîowrogo zmierzyli go wzrokiem. - Mam iôê z wami - powiedziaî ponuro. - Nie wiem o co chodzi, ale mam iôê z wami. Czy ktoô powie mi co jest grane? Znad blatu podnósî sië najstaszy i ruszyî w stronë elfa. Caîkowitej ciszy nie przerwaîo ani jedno skrzypniëcie drewnianej podîogi. Mëûczyzna podszedî blisko i popatrzyî Kelianowi w oczy. - Kim ty wîaôciwie jesteô? Nie znam cië, i nikt cië tu chyba nie zna. Kto cië tu przysîaî? - Niektórych imion nie wypowiada sië gîoôno. - Wplâtaîeô sië w niezîe tarapaty. - odwróciî sië i podszedî do stoîu. - Braê go! W stronë elfa ruszyîo dwóch napastników. Kelian bîyskawicznie siëgnâî do pochwy i wyszarpnâî z niej inkrustowanâ srebrem dagë. Sposób, w jaki trzymali swojâ broï jego przeciwnicy, nie wróûyî nic dobrego. Ustawione w górë ostrze i zaciôniëty na rëkojeôci kciuk mówiîy same za siebie - nie byli amatorami. Chwyciî sztylet podobnie, rozstawiî szeroko nogi i lekko ugiâî kolana pochylajâc sië do przodu. Gdyby nie to, ûe skoncentrowaî sië na przeciwniku, zauwaûyîby pewnie wyraz uznania na twarzy przywódcy. Uniósî lewe ramië na wysokoôê piersi, tak, jakby trzymaî niewidocznâ tarczë. "Rany na rëku to nic w porównaniu ze ômierciâ" - pomyôlaî. Stanëli naprzeciwko siebie, wyczekujâc bîëdu. Rosîy póîelf, z bliznâ na twarzy, zaatakowaî pierwszy. Kelian zablokowaî cios ramieniem, i poczuî, jak ostrze przecina skórë na grzbiecie nadgarstka. Uchyliî sië lekko i ciâî na odlew. Ostry czubek sztyletu gîëboko rozoraî skórë przeciwnika. Z przeciëtej tëtnicy trysnëîa jasnoczerwona krew. Zraniony odskoczyî, chwytajâc sië za rëkë i upuszczajâc sztylet. Wtedy zaatakowaî drugi. Kelian bîyskawicznie schyliî sië w dóî. Zaskoczony póîolbrzym zauwaûyî, jak elf ômiga mu pod ramieniem. Ostatniâ rzeczâ jakâ zobaczyî byî sztylet zbliûajâcy sië do jego gardîa. Ostrze wbiîo sië po rëkojeôê. Póîolbrzym zakrztusiî sië buchajâcâ z rozciëtych arterii krwiâ i padî martwy na ziemië. Kelian wciâgnâî gîëbiej przesycone zapachem krwi powietrze. Zebieraîo mu sië na mdîoôci, ale zdusiî to w sobie. W pomieszczeniu zawrzaîo, ale po chwili szmer ucichî. Przywódca staî za stoîem z wyciâgniëtâ w górë rëkâ. Kelian bez sîowa odciâî kawaîek rëkawa swojego kaftanu i przewiâzaî nim nadgarstek. Ból wzmógî sië, ale rana przestaîa krwawiê. Zagryzî wargi. - Juû wiem, czemu Bargo przysîaî cië do nas. - w gîosie sîychaê byîo uznanie. Kelian nie odpowiedziaî. - Jestem Khan - powiedziaî zabójca i podchodzâc wyciâgnâî rëkë. - Gelborn - powiedziaî elf. Wyciâgnâî dîoï, gdy nagle poczuî, ûe coô jest nie tak. W uômiechu Khana, jeôli naprawdë sië tak nazywaî, byîo coô... Szybkim ruchem ominâî wyciâgniëtâ dîoï i chwyciî nadgarstek. Z piëknie rzeúbionego, zîotego pierôcienia, zdobiâcego ôrodkowy palec czîowieka wystawaîa maleïka iga. Jej koniec bîysnâî przez chwilë, gdy sîoïce odbiîo sië w maîej kropelce jadu. - Czy tak walczâ ludzie? - spytaî z wyrzutem. - Kaûdy sposób jest dobry - Khan uômiechnâî sië. - Zdaîeô test, moûesz iôê z nami. * * * Czas ciâgnâî sië w nieskoïczonoôê. Jego zgrabne dîonie byîy na tyle maîe, ûe zdoîaî przekrëciê je na tyle, by mógî nimi poruszaê. Po ostatnim wyskoku Lowana musiaî bardzo uwaûaê. Zdrëtwiaîe palce odmawiaîy mu posîuszeïstwa. Co jakiô czas wytrych wypadaî na kamiennâ posadzkë. Podnosiî go cierpliwie i kontynuowaî próby. W koïcu zamek zaskoczyî. Usîyszaî ostatnie klikniëcie i metalowe obrëcze opadîy na kamiennâ podîogë. Rëce miaî wolne. * * * Kelian, nie po raz pierwszy tego dnia, nie wiedziaî co robiê. To co za chwilë miaîo sië staê, nie mieôciîo mu sië w gîowie. Szli zabiê tana Irys-Irgana, czîonka Rady Miasta Ostrogaru. Wewnëtrzny gîos ostrzegaî, krzyczaî: Uciekaj, nie mieszaj sië w to! Przez chwilë rozwaûaî takâ moûliwoôê. Przecieû zrobiî juû wszystko, co mógî zrobiê - bezpiecznie doprowadziî Sacana do domu, omijajâc podejrzane typy krëcâce sië w pobliûu. Nawet zabiî czîowieka, pierwszy raz w swoim juû doôê dîugim ûywocie. Ale teraz byîo juû za póúno. Staî na straûy, wraz z drugim zabójcâ, podczas, gdy tuzin innych wchodziî wîaônie do domu rycerza cicho eleminujâc wszelkie przeszkody. "Dagoninie" - pomyôlaî - "Co mam zrobiê, poradú mi, proszë... Kaûde wyjôcie jest zîe..." Myôl jak bîyskawica przeszyîa umysî elfa. Przecieû dla tak waûnej osoby wyciâgniëcie kogoô z wiëzienia nie bëdzie ûadnym problemem. Mógî pomóc Imlikowi, no i Lowanowi oczywiôcie. Nie byîo czasu na ukîadanie planu - moûe wîaônie Khan wchodzi do sypialni Irys-Irgana. Podbiegî do drugiego straûnika i wyszeptaî mu do ucha: - Patrz, tam ktoô idzie. Kiedy spojrzaî we wskazanym kierunku, Kelian ciâî mocno mieczem w odsîoniëty kark. Gîowa póîorka zwisîa bezwolna, gdy ostrze przeciëîo krëgosîup. Martwe ciaîo gîucho stuknëîo o ziemië. Ruszyî w stronë domu. * * * Korytarz zadudniî odgîosami kroków. Imlik szybko zaîoûyî kajdany tak, aby wyglâdaîo na to, ûe sâ zapiëte. Po chwili metalowe drzwi otworzyîy sië z hukiem. Do celi wszedî ubrany w kolczugë ork. Hobbit rozpoznaî tego, który rano interweniowaî w gospodzie. Gwardzista podszedî do Lowana. Imlik zastygî w oczekiwaniu. Napiëte miëônie czekaîy przygotowane do skoku... Kajdany opadîy na kamiennâ podîogë z îoskotem. Zaskoczony patrzyî, jak Lowan rozciera ôcierpniëte nadgarstki. - Jesteôcie wolni. - w gîosie gwardzisty byî cieï niepokoju, jednak po chwili dodaî z udawanâ pewnoôciâ siebie - I bez awantur w przyszîoôci. Imlik zrozumiaî. Kelianowi udaîo sië. Nie mogli im nic zrobiê. Dziëki przyjacielu, pomyôlaî. * * * Potknâî sië o ciaîo. W progu leûaî straûnik, a plama krwi na jego piersi, powiëkszaîa sië powoli. Spojrzaî przed siebie. Khan i dwóch innych, wchodzili do komnaty na koïcu korytarza. Nie mógî krzyczeê. Gdyby ktoô z zabójców przeûyî, znaleúliby go gdziekolwiek by sië schowaî. Ale musiaî dziaîaê. - Zaraz bëdzie po wszystkim - usîyszal szept z lewej strony. - Co ty tu robisz? Obróciî sië. - Nie twoja sprawa. Miecz wszedî w brzuch jak masîo. Mëûczyzna wybaîuszyî oczy i z niedowierzaniem spojrzaî na ostrze tkwiâce w jego trzewiach. Podniósî gîowë i popatrzyî Kelianowi w oczy. Nawet w obliczy ômierci, czaiîo sië w nich zîo. Elf ujrzaî grymas bólu i otwierajâce sië do krzyku usta. Powstrzymujâc napîywajâcâ falë mdîoôci, szarpnâî rëkojeôê w górë. Gorâce wnëtrznoôci wypîynëîy z rozprutego brzucha. Nocnâ ciszë rozdarî krzyk. * * * Obudziî go krzyk. Otworzyî oczy i ujrzaî pochylonâ nad sobâ postaê. W rëku trzymaîa sztylet, który mierzyî prosto w jego serce. Odepchnâî sië i przekulaî na bok. Ostrze rozdarîo biaîe posîanie. Chwilë póúniej napastnik nie ûyî. Celnie wystrzelony beît przeszyî jego serce. Sallah zerwaî sië na równe nogi. Ktoô próbowaî go zabiê, ktoô byî w domu! Wybiegî na korytarz. Drzwi do komnaty jego pana byîy otwarte. Dochodziîy zza nich odgîosy walki. Tan Irgan nie daî sië zaskoczyê. Obudzony krzykiem zdoîaî siëgnâê po broï i odeprzeê pierwszy atak. Teraz on dyktowaî tempo walki. A napastnicy nie nadâûali. W domu wrzaîo. Obudzeni sîudzy toczyli walki, jakâ on sam przed chwilâ przeûyî. Sallah spojrzaî w drugâ stronë. Przy wejôciu staî mîody, wysoki elf. Klinga jego miecza lôniîa czerwona od krwi. U jego stóp leûaîy dwa ciaîa. Sallah przyjrzaî sië dokîadniej. W biaîej tunice leûaî Mack, a jego pierô byîa czerwona od krwi. To wîaônie on peîniî dziô wartë, pomyôlaî. Fala wôciekîoôci zalaîa go. Unoszâc kuszë nie widziaî juû, ûe elf odrzuca miecz i macha rëkoma krzyczâc coô. - To za Macka. Wyrzucony z potëûnâ siîâ beît pomknâî w stronë Keliana. * * * Chwyciî za amulet... ale nie znalazî go. Musiaî go straciê w czasie walki. Leûaî pewnie gdzieô teraz - jeszcze jeden bezwartoôciowy klejnot. "Niech ûyje wdziëcznoôê" - zdâûyî pomyôleê. - "Niech ûyje..." 2 Shami