3 HONOR TO ZGUBA 2 Czarny 6 Wyszedî zamyôlony. Nie zauwaûyî nawet jak straûnicy oddali mu honory. Nie mógî ich zrozumieê, Get-warr-garczyków i chyba nigdy nie zrozumie ich do koïca. Jak moûna byîo podjâê sië takich czynów? Gdzie honor?! Szacunek dla praw, dla bogów?! Mimo padajâcego deszczu nie mógî ochîonâê. Byî wzburzony. Na odprawie oficerów wydano rozkazy. Nie mógî wpîynâê na ich zmianë... Byî wôciekîy! Na siebie i na nich. Podâûaî, wiedziony sîabym ôwiatîem wielkich naczyï z rozpalonâ, skwierczâcâ smoîâ, ku swej kwaterze. Nie robiî sobie nic z dokuczliwego deszczu, mroku i bîota zalewajâcego niemal caîâ uliczkë. Nie mógî pogodziê sië z panujâcymi tutaj obyczajami, prawami, tradycjâ. Wybory!? Rzâdy w rëkach osób wywodzâcych sië z pospólstwa? Osób w ûyîach, których nie pîynie szlachecka krew? To pogaïskie! Ojciec wpajaî mu... Tak ojciec, rodzina, ziemia, na której sië wychowaî i... Liwia! Gdy pomyôlaî o niej poczuî ostre jak miecz ukîucie tësknoty. Z zadumy wyrwaî go histeryczny krzyk. Zatrzymaî sië i natychmiasat ruszyî w kierunku, z którego dochodziî przeraûliwy pîacz niewiasty. - Darujcie ûoînierze, nie mam juû nic, wczora wojsko zabraîo wszystko. Karczma zamkniëta. Nie mam za co ûony i córek wyûywiê... - ujrzaî wystraszonâ postaê, która usilnie gestykulujâc, bîagaîa dwóch drabów o litoôê. Jeden dzierûyî miecz. Obok nich, przy schodach rozpaczajâca kobieta o siwych wîosach, odbijajâcych sië w ôwietle ksiëûyca, klëczaîa i tuliîa leûâcâ bezwîadnie w kaîuûy postaê. - Îûesz! Wiemy, ûe masz jadîo i wino. Przynoô zara, bo ci flaki wypruje jak jemu. - pierwszy wskazaî mieczem leûâcego i dodaî groûnie - No co tu jeszcze robisz! A ty stara zamknij sië, bo cië uciszë na zawsze! He! He! - Chwila! Migrus! - pijackim krzykiem drugi przerwaî ômiech pierwszego - Powiedziaî, ûe ma córki. Gadaj no gdzie sâ! Przyjrzaî sië znakom na ubîoconych pîaszczach. Niewiele widziaî, ale to nie byli, nie mogli byê jego ludzie - byî pewien! Ruszyî ku napastnikom. - Hej, wy! Która kohorta?! Pod czyim dowództwem?! - jego gîos rozlegî sië donoônym echem. Obydwaj odwrócili sië i chwiejnie wyprostowali, kobieta przestaîa îkaê. - Ktoô ty i co cië to obchodzi!? - warknâî drugi, lekko sië chwiejâc. - Lord Marcus van Torell, dowódca trzeciej kohorty Karmazynowego Garnizonu. No dalej obdartusy, do raportu! - jego zimny jak stal gîos sparaliûowaî ûoînierzy. Pierwszy niepewnie jâkajâc sië, wybeîkotaî - ee.. dru... gga.. koh.. horr.. ta... dowodzi ... Gle... - Milcz! - przerwaî mu drugi - A ty oficerku! Lepiej stâd znikaj! My nie twoi ludzie... - Chyba nie wiesz, co to Karmazynowy Garnizon?! - Akuratnie wiem! Karmazynowe psy! Cha! Cha, cha, cha! Wydaje wam sië, ûe moûecie wszystko! - Za to co powiedziaîeô, mógîbym cië zabiê... ale wystarczy mi, jak jutro was powieszâ. Oddajcie miecze. - Grozisz nam! - wyciâgana klinga zgrzytnëîa w pochwie. - Czîowieku, podniosîeô broï na oficera... czeka cië ômie... - cudem uniknâî ciosu ûoînierza. Odskoczyî tak, aby obydwu mieê przed sobâ. Odsîoniî poîy pîaszcza i wydobyî miecz, wiszâcy dotychczas u boku, w pochwie. Napastnicy ruszyli, kobieta ponownie zaîkaîa. Zatakowaî pierwej. Pchnâî drugiego prosto w pierô, ten nie zdâûywszy uskoczyê, jëknâî cicho i osunâî sië na ziemië. Z póîobrotu odbiî sztych pierwszego. Wyczuî w oczach ûoînierza strach, ale zarazem i nienawiôê, pustkë. Uskoczyî przed dwoma ciëciami, po czym sam zaatakowaî. Ten musiaî byê trzeûwiejszy, sparowaî dwukrotnie jego ataki. Jednak nie spodziewaî sië tak banalnie prostej sztuczki. Oficer Karmazynowej Gwardii ciâî z góry, lecz caîâ siîë ciosu skierowaî na broï przeciwnika. Ten zaskoczony uderzeniem, upuôciî miecz, który upadî tuû u stóp oficera. - No doigraîeô sië bratku! - wymierzony w pierô miecz byî wystarczajâcym argumentem - Gadaj... -Staê! - usîyszeli gîoône odgîosy biegnâcych. Grupka ûoînierzy otoczyîa ich. Dîugie piki nie wróûyîy niczego dobrego. Jeden z nich krzyknâî nerwowo: - Nie wiecie o tym, ûe walki i pojedynki sâ zabronione w armii. Zîóûcie broï! - Miîo mi cië widzieê, lordzie Torell! Ostatnim razem, gdy sië widzieliômy, spieszyîeô sië... - ozwaî sië tajemniczy gîos - ...to niebezpieczne ulice. Szczególnie dla oficerów Karmazynowej Gwardii, lordzie. - Lord Ark! Ci dwaj... - Wiem co tutaj sië wydarzyîo. Jutro ich powieszâ... Zresztâ tamtego chyba nie bëdzie trzeba?.. - wskazaî na leûâcego ûoînierza - Pójdziesz ze mnâ do gospody oficerskiej. Chcë z tobâ porozmawiaê, lordzie. - Oczywiôcie, lordzie Ark. - Za rogiem stoi moja kareta. Aha! Uciszcie tâ kobietë... *** - Czym sîuûyê, moôci oficerowie? - Napijesz sië czegoô? - Tak, lordzie Ark. - Przynieôê wina, przedniejszego ale! - Tak panie, juû niosë. Usiedli przy ôcianie. W karczmie panowaî gwar, choê teraz zasiadali w niej mîodsi oficerowie, tacy jak on, którzy jednak nie mogli byê na naradzie. On miaî to prawo. Zawëûaîo sië jednak tylko do tego, iû musiaî na nich bywaê. Z jego zdaniem nie liczyî sië nikt. No prawie nikt... Lord Lorin Ark, choê jego twarz pokrywaîy bruzdy i zmarszczki, jego dumna sylwetka zachowaîa generalski majestat. Dowodziî Pierwszym Garnizonem. Mówiono, ûe w armii liczâ sië tylko dwie persony, on i dowódca Karmazynowej Gwardii... - Sîyszaîem, ûe pochodzisz ze wschodu, Marcus? - zaskoczyî go ton, z jakim zwróciî sië do niego Ark. - Tak, panie. Ale nie chcë o tym rozmawiaê... - przeraziî go jego wîasny, zimny gîos. Zmiarkowaî, widzâc lekko zdziwionâ twarz generaîa. - Dobrze, twa wola. Zresztâ nie po to cië tu zaprosiîem, aby o tym mówiê. - Przepraszam, panie jeôli... - Nie musisz. Nie uraziîeô mnie. Nie bëdë wnikaî, przejdë do konkretu. Nie podzielasz zdania, które zapadîo na naradzie. - Jak dotâd nikogo poza tobâ, panie, to nie strapiîo? - Nie to mnie trapi. Opuôciîeô naradë pierwszy, uwierz mi, nie wielu oficerom sië to spodobaîo. Niepotrzebnie robisz sobie wrogów. Wielu wrogów. - Wiem, ûe ûle uczyniîem, ale nie mogîem inaczej. Nie, kiedy czîowiek, którego krew nie je... - Doôê! Jesteô oficerem armii, armii Get-warr-garu, musisz podlegaê tutejszym prawom! Inaczej... - Tak jest, panie! - odzyskaî zimnâ krew. Zapadîo milczenie. Nawet inni oficerowie, którzy obserwowali przybyîych od przyjôcia, jak by ôciszyli swe gîosy. Do stoîu przyszedî karczmarz. - Oto wino, najprzedniejsze jakem znalazî w mych skromnych piwnicach... - Dîugoô szukaî?! - A, tak... kîopoty miaîem z beczkâ... - karczmarz uômiechnâî sië zmieszany - ...ale spróbujcie, panowie oficerowie, rozpîywa sië w ustach!... - Nie omieszkamy. - Ark odczekaî, aû karczmarz odejdzie, po czym stwierdziî: - Wiem, ûe jesteô gorâcej krwi, Torell. Lecz jutro ruszacie w góry i nie chcë, aby doszîo do buntu, rozumiesz? - Gdziee?! - Tak, w góry, sâ tu dwa odziaîy Karmazynowej Gwardii, a Mancreel da sobie radë sam. Ty bëdziesz potrzebny Wizgurowi, wiesz, ûe jego oddziaîy to w wiëkszoôci najemnicy, a im tylko îupy w gîowie... Reszta tak postanowiîa. - Chcecie sië mnie pozbyê!? - wybuchnâî zdenerwowany - Wyôlijcie Mancreela... - Oczywiôcie, moûesz sië odwoîaê i zostaê tu. Tylko twój dowódca moûe ci rozkazaê tam iôê, a on jest w Get-warr-garze... Lecz wiedz, iû im dîuûej zostaniesz, tym bardziej pogorszysz sytuacjë. A pisemne rozkazy od Makaaresha otrzymasz za kilka dni... - Nie mam wiëc wyjcia? - Masz. - zastanowiî go zagadkowy, ale i spokojny gîos Ark`a - Chciaîbym, abyô miaî na oku tych najemników, a szczególnie jednego... - Szpieg? - Nie, to inna sprawa... *** Wojsko Wizgura podzielone byîo w trzy kohorty. Kaûda okoîo tysiâca ûoînierzy. Lecz tylko trzystu wojowników spoôród nich byîo szkolonych i utrzymywanych stale przez miasto Get-warr-gar. Byîy to oddziaîy osobistej straûy Wizgura. Resztë stanowili najemnicy. Po czëôci awanturnicy wîóczâcy sië po ziemiach naleûâcych do miasta, jednak w wiëkszoôci: zîodzieje, zbóje, mordercy, rzezimieszki i banici ukrywajâcy sië po tutejszych lasach oraz na wyjëtej spod praw Wyspie Odszczepieïców... którzy po ogîoszeniu przez wîadze miasta amnestii, oblegli je niczym zaraza. Nie liczâc oczywiôcie setki jego ludzi. Ûoînierzy Karmazynowej Gwardii, powoîanej do pilnowania porzâdku wôród tej haîastry. Miasteczko Garm opuôcili kilka dni temu. Ûoînierze byli zmëczeni, szli nieustannie, górska aura dawaîa sië we znaki. Najemnicy znali te góry jak wîasnâ kieszeï, przecieû niektórzy z nich ukrywali sië tu przez kilka lat... Do tej pory wszystko odbywaîo sië pomyôlnie. Nie natknëli sië na wroga, choê wielu tego pragnëîo... Majâc swe wojska w górach lord Ark, mógîby zaszachowaê nieprzyjaciela, niespodziewanie zrzucajâc mu je na tyîy, gdyby doszîo do otwartej bitwy... Trzeba byîo jeszcze opanowaê te nieposkromione rejony, jakimi byîy dzikie góry. Od momentu, gdy weszli w góry, stracili kilkunastu ûoînierzy. Byê moûe zginëli w porachunkach ze swymi wspóîtowarzyszami. Jednak duûo mówiono o bestiach, mieszkajâcych w rozpadlinach tych gór. Ûoînierzy drëczyî sen, spali krótko. Dochodziîo teû do sporów i sprzeczek, które koïczyîy sië czësto bójkami, szczególnie najemników z jego ludûmi... Ani inni oficerowie, ani on nie umieli temu zaradziê. Jednego buntownika nawet powieszono, jednak bójki szerzyîy sië dalej... Po kilku dniach morderczych zmagaï wojsko sîaniaîo sië na nogach. Jedynym wytchnieniem byîy nocne odpoczynki. Nie ûaîowano wtedy zapasów wódki i spirytusu. Co starsi weterani snuli opowieôci i legendy o losach sîawnych bohaterów, o piëknych bitwach, chytrych fortelach. Mówiono o niepokoju wôród ûoînierzy, o tym, iû wojna niedîugo potrwa, o tym co przyniesie przyszîoôê. Wspominano o najmocniejszych trunkach, najwiëkszych burdach urzâdzanych w karczmach - przy czym prym wiodîy krasnoludy. Starano sië zapomnieê o trudach wojny, a jednoczeônie myôlano o tym, czy wojsko ûoîd wypîaci, czy czasem ômierê nie dopadnie jutro któregoô z nich... Tak byîo i teraz. Obóz rozbili w niewielkiej dolinie. Do zmroku byîo jeszcze sporo czasu, acz rozpalano ogniska, warty przygotowywaîy posiîki i zajmowaîy sië wierzchowcami. Zwiadowcy mieli sprawdzaê teren... - Wróg! Wróg nadchodzi! Do broni!... - rozlegî sië paniczny okrzyk niczym dzwon alarmowy, który zresztâ urwaî sië i uwiâzî w gardîach, przebitych strzaîami, straûników. Nim wiëkszoôê oficerów zorientowaîa sië w zagroûeniu, nim umëczonych, ôpiâcych juû ûoînierzy zbudziîy wrzaski i ryki mordowanych towarzyszy... Rozpëtaîo sië piekîo. Potëûna fala jeûdûców i piechurów targnëîa spokojem doliny. Charkot umierajâcych, woîanie rannych o pomoc, wrzaski przeraûenia i bólu, nerwowo wydawane rozkazy i ostrzeûenia, gîuchy tëten koïskich kopyt i szczëk broni, wszystko to zakîóciîo, przed chwilâ jeszcze trwajâcâ, sielankë obozowiska. - Zasadzka! Wynosiê sië, uciekaê! - jakiô oficer wrzeszczaî nieprzytomnie. Zobaczyî wijâce sië w obîokach kurzu i dymu, zmasakrowane ciaîo. W miejscu, w którym z nad osmalonej ziemi wzbijaî sië tuman kurzu, leûaîo na wpóî zwëglone ôcierwo. Chyba, dwie nogi... Jeszcze nigdy nie sîyszaî tak strasznego odgîosu, jaki wydawaî, leûâcy kilka metrów dalej, korpus. To nie byî krzyk bólu konajâcego, raczej przypominaî potworny jëk opëtanego szaleïca... Z szoku wyrwaî go gîos Scoci`a: - Lordzie! Wynoômy sië, spalim sië ûywcem! - Póîelf targaî nim, starajâc sië go podnieôê. Gdy wstaî, poczuî drëtwienie koïczyny i palâcy ból. Ogarniëty szokiem, nie wiedziaî kiedy i jak go trafili. Nie byîo czasu, aby wyrwaê beît, który sterczaî w udzie. Wspierajâc sië na ramieniu póîelfa, ruszyli. Uciekali, gnani furgotem strzaî i nawaînicâ jeûdûców, wôród ôcian ognia i gryzâcego dymu, w kierunku ujôcia doliny. Pomyôlaî o nim. Nienawidziî mieszaïców, byli czymô gorszym. Tam skâd pochodziî, traktowano ich jak niewolników, tutaj zasiadali w radzie miast... Scocie miaî coô w sobie. Nie paîaî do niego nienawiôciâ, kilkakrotnie uratowaî mu ûycie. Byî wiernym i lojalnym podkomendnym. Choê mîodo wyglâdaî, byî doôwiadczonym ûoînierzem i duûo juû przeûyî. Zresztâ Karmazynowa Gwardia skupiaîa najlepszych. Nie ufaî mu jednak w peîni. Byê moûe on wpëdziî ich w të zasadzkë... nie ufaî nikomu. - Wyjâtek stanowiîa Liwia, dla niej oddaîby ûycie. - Pikinierzy! Pikinierzy! Droga odciëta! To zasadzka! - czyjô krzyk wchîonëîa mieszanina przekleïstw i szczëku ûelaza, gdzieô z przodu. Zakotîowaîo sië, z gryzâcego dymu wyîonili sië, ustawieni w szyk, pikinierzy. Z tyîu dochodziîy okrzyki rannych i tëten szarûujâcych koni. Garstka jego ludzi, skupiona wokóî wielkiego, karmazynowego sztandaru, który trzymaî Scocie, czekaîa jego decyzji. Rozbijajâc obozowisko, zauwaûyî w ôcianie skalnej ruiny i wejôcie do jaskiï. Kazaî je nawet sprawdziê... Nie pozostaîo mu nic innego. To byîa ostatnia szansa..! - Do ataku! Karmazynowa Gwardia! Na nich! - Chrypiâc kuôtykaî na ich czele. Ich atak zaskoczyî wroga, szyk poczâî sië wycofywaê. Nie myôlaî o tym, o niczym nie myôlaî. Ogarniëty jakimô niepojëtym szaîem, gniewem, ciâî bezlitoônie. Jego ciosy padaîy na oôlep, nie docieraîy do niego wrzaski rannych, czuî tylko silne targniëcia, raz po raz, gdy jego miecz miaûdûyî blachy tarcz i zbroi. Wiedziaî, iû nie potrwa to dîugo... *** Kubeî zimnej wody podziaîaî jak uderzenie obuchem mîota. Rozejrzaî sië. Praczki wîaônie zmierzaîy nad strumieï. Widzâc go na wpóî nagiego, ociekajâcego wodâ, rumieniîy sië i chichotaîy wesoîo. Czuî sië rzeúki, uwielbiaî wstawaê wczeônie rano. Mógî podziwiaê przepiëkny widok budzâcego sië sîoïca... Dziô nieskalane ani jednâ chmurkâ niebo rozpîywaîo sië milionami ciâgnâcych sië punkcików czerwieni i zîota. Zaniepokoiî go haîas, nadbiegajâcy od strony bramy. Zaê, jeszcze wczeônie byîo, by jâ otwieraê... Strapiony wartownik podbiegî do niego. - Paniczu! Poseî sâsiedztwa. Prosi, aby przyjâê. Mówi, ûe pilno... - Od panny... - Tak, panie! - Wpuôciê! Strudzony jeûdziec ledwo co trzymaî sië w siodle, podjechaî do mîodego pana zamku. Na zbrudzonym, podartym pîaszczu widniaîy herby sâsiedniego hrabstwa - czarny kruk w zîotej koronie. - Panie, chîopi bunt podnieôli. Jej Wielmoûnoôê, ksiëûna Liwia prosi o wsparcie... Liwia... Czerwona îuna na niebie... - koszmarne myôli targaîy jego umysîem niczym huragan. - Konia! Szybko, dawajcie konia! Zîaú..! - On ledwo ûyw! Galopem gnaîem... - odpowiedziâ byî gîuchy tëten koïskich kopyt, odbijajâcy sië echem w tunelu pod barbakanem. Pëdziî jak szaleniec. Nie zwaûaî na nic, pchany siîâ wielkiej miîoôci... Odpoczywaî tylko wtedy, gdy koï padaî z siî. Widok, jaki ujrzaî, o maîo nie wyrwaî mu serca z piersi... Osmalone, sczerniaîe gruzy kamiennych ôcian, dogorywajâce bale, spalona ziemia i smród spalenizny. Zeskoczyî z konia i biegî w kierunku palâcych sië gdzieniegdzie ruin, bëdâcych jeszcze kilka dni temu piëknym zamkiem. Biegî, torujâc sobie drogë mieczem. Nie robiî sobie nic z gryzâcego dymu, rozgrzanej, kamiennej posadzki i dopalajâcych sië jeszcze desek. Szukaî jej komnaty. Nie musiaî. Przez wypalonâ okiennicë jak przez mgîë dostrzegî na dworze resztki nadpalonych drewien, porozrzucanych bez îadu w kupie popioîu. Obok masywnej, prowizorycznej budowli, jakâ byî wypalony, wielki stos, w brâzowej, przyschniëtej kaîuûy leûaîo ciaîo, w którym wbite, sterczaîy widîy. Oddzielona kilka cali dalej îysa gîowa przypominaîa twarz Caliusa - najwierniejszego sîugi Liwii... - Nnieee....!!! - przeraûliwy krzyk rozdarî jego wnëtrze i ciâgnâc sië dalej, napeîniî je pustkâ. *** - Nieee!... - okrzyk pustki wyrwaî go z koszmaru. Obudziî sië zlany potem, na skutek wstrzâsu wilgotna opaska na gîowie i derka, którâ byî okryty, osunëîy sië. Poczuî chîód nocy. Sîabe ôwiatîo dogasajâcych ognisk rozôwietlaîo ciemnoôê. - Spokojnie, lordzie. Udaîo sië. Jesteômy bezpieczni. - Póîelf byî przy nim, chyba czuwaî tu caîy czas. Scocie gestem uspokoiî nadbiegajâcych wartowników. - Co sië staîo?! Gdzie jesteômy? - Zapytaî zdumiony, ûe ûyje. - Udaîo sië! Dziëki païskiemu natarciu, lordzie, przedarliômy sië do jaskiï. Broniliômy sië tu, aû do zmroku... - Ilu przeûyîo? - Okoîo trzech setek, panie. - Reszta? - Nieûywi albo w niewoli. - A naszych? - Dwudziestu... jeden. Popatrzyî na podarty, osmalony i po czëôci spalony sztandar, na którym dalej bîyszczaî haftowany, srebrny okrët na styku dwóch skrzyûowanych, nagich mieczy - herb Get-warr-garu - w bladym ôwietle ogniska. - Czy ûyje, któryô z oficerów? - zapytaî po chwili milczenia. - Tak, dwóch. Jeden jednak ciëûko ranny. Lordzie... - Tak? - Jutro znów zacznie sië piekîo... Musimy sië stâd wydostaê! - Tym bëdziemy martwiê sië jutro. Ôpij, Scocie. Chciaî zachowaê spokój, przynajmniej na pozór. W duchu czuî jednak niepokój. Niepokój przed jutrem. Tak sië pogrâûyî w myôlach, o tym, co pocznie, iû zapomniaî, ûe po raz pierwszy nazwaî póîelfa jego imieniem... *** - Chcemy sië widzieê z dowódcâ?! - trzech rycerzy, których zbroje i pîaszcze nosiîy ôlady wczorajszej bitwy, dumnym krokiem, z pogardâ w gîosie maszerowali ku gîównemu ognisku. - To ja! - Jak stal zabrzmiaîy dwa gîosy równoczeônie. Zimne spojrzenia dwóch oficerów spotkaîy sië. Równieû zdziwieni rycerze spoglâdali po sobie. Jeden z nich opanowaî to uczucie, gdyû wyciâgnâî, zwiniëty w rulon pergamin i odczytaî: - Hmm... "Do dowódcy, wojsk tutejszych, przez mego posîa list ten taki kieruje. Ano nie chowaj sië, moôci lordzie, wraz ze swymi ludûmi jako szczury po jaskiniach. A poddaj sië i broï swâ zîóû, tak ci radzë i nakazujë. Zwaû no przewagë mâ zarówno w broni i w liczebnoôci. Zaoszczëdzisz mnie fatygi, a i krew niewinna sië nie poleje. A czas ci dajë do poîudnia, abyô zwaûyî me sîowa i decyzjë podjâî." Lord Nehron Denra, dowódca wojsk ariagarskich. - Powiedz swem... - Przekaû mu, ûe wykorzystamy dany nam czas! - Torell stanowczo przerwaî oficerowi wojsk najemnych. Posîowie oddalili sië, pogardliwie spoglâdajâc na otoczajâcych ich ûoînierzy. Ci odpîacali im nienawiôciâ... - ...nie moûemy sië poddaê. Gdzie honor! Jest szansa... - Nie obchodzi mnie twój honor! Ja i moi ludzie bardziej cenimy ûycie. Jak chcesz siedû tu sobie. Ja sië poddaje... Zresztâ z garstkâ dwudziestu ûoînierzy niewiele zdziaîasz. Wytnâ was w pieï. Lepiej chodû z nami. - Nigdy! Przynajmniej ocalë swój honor! Przyniosë chwaîë Karmazynowej Chorâgwi. - chwyciî zniszczony sztandar. - Chwaîë?... Zaszlachtujâ was jak zwierzëta! Hej, Ûoînierze! Komu ûycie miîe, za mnâ. *** Czekali. Wszystko byîo gotowe. Ûoînierze przygotowali wszystko wedle jego rozkazu, a teraz zajmowali swe pozycje. Przyîâczyîo sië do nich trzech najemników. Choê powiedziaî im, ûe nie muszâ tego robiê, nalegali. Ceniî takich ludzi. Choê teraz wydawaîo mu sië to, co robiî, beznadziejne i gîupie - chciaî nawet iôê tam i zîoûyê broï - byîo juû za póûno... - Idâ. - cichy szept, odbijajâcy sië echem, przeszyî ciszë jaskini. - Moûecie jeszcze wyjôê i poddaê sië, a bëdziecie traktowani na równi z innymi jeïcami. - jakiô gîos zadudniî na zewnâtrz. - Nigdy! - odpowiedziaî mu gîos, któregoô z jego ludzi. - Sami chcieliôcie! Wykurzymy was stâd, psy! Wtem coô pojaôniaîo w wejôciu. Z rozôwietlonego miejsca poczâî wydobywaê sië pyî, dym i dziwny, nieznany im zapach, który gryzî i dusiî ich w krtani. Po chwili juû zapach wypeîniî wiëkszâ czëôê jaskini i wydobywaî sië dalej! Ogarnëîy ich dreszcze i skurcze ûoîâdka, poczuli zawroty w gîowie i jakâô niewidzialnâ siîë, która poczëîa zaciskaê sië na ich gardîach. Czëôê wymiotowaîa, czëôê sië dusiîa, pluîa krwiâ i charkaîa. Ale to byî dopiero poczâtek. Z mgîy dymu zaczëîy z dzikim okrzykiem wysypywaê sië oddziaîy pikinierów. O dziwo! Wydobywajâcy sië gaz nie dziaîaî na nich. Sukinsyny! Uûywali magii! - pomyôlaî, z trudem powstrzymujâc wymioty. Jego ludzie nie zawiedli go. Ogromna, prowizoryczna sieê spadîa na pierwsze szyki. Ruszyli. On, póîelf ze sztandarem u jego boku, a zanim jego wojownicy. Przeciwnicy zorientowali sië w puîapce. Przeciskali sië bokiem, ale szyk sië rozproszyî. Nie byli juû to sami pikinierzy... Nie baczâc na zamët, jaki panowaî w jaskini, starli sië z próbujâcymi ich otoczyê, odzianymi w stal wojownikami, którzy dzierûyli dîugie dwurëczne miecze. Ruszyî w kierunku trzech rycerzy, których zbroje przypominaîy zbroje posîów. Tak, dwóch poznaî po herbach, widniejâcych na napierônikach. Jednak znaki trzeciego nie byîy herbem posîa, choê wydawaîy mu sië znajome... Nie! To nie moûliwe!!! - CZARNY KRUK W ZÎOTEJ KORONIE! Ogarnëîo go osîupienie, straciî zapaî do walki, czas jak by zwolniî... Potëûny cios uwieczniî ten dziecinny wyraz zdziwienia na jego twarzy. Nie czuî bólu, który paraliûowaî jego ciaîo. Bezwiednie upadî na ziemië... 3 Czarny