Ryko nie jest mo§e jeszcze zbytnio znany czytelnikom prozy Fantasy, czy SF. Dwa z jego pierwszych opowiada¤ by’y zamieszczone w "PaperWhite#3". Postanowi’ on za’o§y w "NTB" w’asnego "ON LINE'a", w kt˘rym b‘dzie prezentowa’ swoje opowiadania. Mam nadziej‘, §e opowiadania b‘d† si‘ Wam podoba’y, gdy§ w przeciwie¤stwie do "radosnej tw˘rczožci" naszych kochanych scenowc˘w, s† to opowiadania d’u§sze i pisane na powa§nie. W tym numerze Ryko prezentuje jedno, ale za to dož d’ugie opowiadanie pt."DOGRYWKA, CZYLI RACHUNEK SUMIENIA". Mam nadziej‘, §e opowiadanie si‘ wam spodoba. A wi‘c zapraszam do lektury. CEN XTD / MYSTIC & TRSI OFC "Ognie ju§ dawno zgas’y, ale b˘l pozosta’..." (The Wall) POG CEN >> DOGRYWKA, czyli RACHUNEK SUMIENIA << OFC NOR - Wiesz co? - odpowiedzia’a z uroczym užmiechem. - Ty jestež naprawd‘ zwyrodnia’y. Przeci†gn†’ si‘ na ’˘§ku i ziewn†’ szeroko. - Prosz‘, prosz‘. I kto to m˘wi. Wsta’a, podesz’a do niewielkiej szafeczki, kt˘rej u§ywa’a jako toaletki i wy’uska’a z paczki papierosa. Skrzywi’ si‘ prawie niedostrzegalnie. "Pomyžle, §e ten kto j† w to wci†gn†’ ju§ od prawie dw˘ch lat nie §yje. Znali si‘ przecie§ tak kr˘tko i tak pobie§nie. Szkoda go, mimo wszystko go szkoda. Gdybym wtedy wiedzia’... Zawsze mi si‘ wydawa’o, §e wiem wszystko najlepiej. Prawie zawsze wiedzia’em... Czy pom˘g’bym mu, gdybym zna’ jego po’o§enie? Niezbyt cz‘sto podaj‘ pomocn† d’o¤ wrogom. K’opot w tym, §e to ja go uczyni’em swoim wrogiem. Co chcia’em przez to osi†gn†? Co osi†gn†’em przez pozosta’ych?" Nie mog’a znaleŚ zapalniczki. "Bardzo dobrze." - Musisz tyle pali, kochanie? - to by’o raczej retoryczne pytanie. Przelotnie rzuci’a na niego okiem i kontynuowa’a swoje poszukiwania. - Wiesz, §e nie mo§e mi to zaszkodzi - odrzek’a spokojnie. Nigdy si‘ nie k’˘cili. Czy§by to mia’ by pocz†tek? Nagle spojrza’a mu prosto w oczy z tryumfuj†cym wyrazem twarzy. - Což mi si‘ zdaje, §e to palenie wcale ci nie przeszkadza. Ono ci kogož przypomina. Przez oblicze le§†cego przemkn†’ dziwny skurcz. Odsun‘’a si‘ dwa kroki do ty’u. Zna’a go bardzo dobrze. " le - pomyžla’. - Nie panuj‘ nad sob†." Odwr˘ci’ si‘ na bok i przyjrza’ si‘ jej uwa§nie. Zauwa§y’, jak pod cienkim szlafroczkiem napinaj† si‘ niezawodne mi‘žnie. "Ona myžli, §e j† zaatakuj‘" - skonstatowa’ zaskoczony. Ca’y gniew wyparowa’ jak woda wylana na gor†c† blach‘. Pokr‘ci’ smutno g’ow†, odsun†’ si‘ pod žcian‘ i wskaza’ zapraszaj†co na powsta’e miejsce. Przysiad’a ostro§nie na skraju ožmiok†tnego tapczanu. "Jeszcze si‘ boi. Nie, ona mo§e si‘ co najwy§ej obawia." - stwierdzi’ wyci†gaj†c d’o¤ z pilotem w stron‘ elektronicznego odtwarzacza. Obecna ca’y czas w tle muzyka ucich’a. M˘g’ s’ucha tego utworu bez przerwy (jeden znajomy napisa’ go specjalnie dla niego), ale do tej rozmowy chcia’ mie cisz‘. Delikatnie przyci†gn†’ dziewczyn‘ do siebie i mocno przytuli’. Poczu’, jak znika jej zdenerwowanie. - Pos’uchaj, musimy sobie což wyjažni - zacz†’. - Nie musisz si‘ mnie obawia. Nie ty. Jestež jedyn† osob† jakiej nie m˘g’bym skrzywdzi. Ježli chcesz, to prosz‘, mo§esz to wykorzysta. Zawsze byližmy tak zgodn† par†, §e a§ kr†§y’y o nas dowcipy. Czy to ju§ przesz’ož? - Spužci’a w d˘’ oczy ocienione d’ugimi rz‘sami. - Przepraszam, nie chcia’am ci‘ urazi. Wiem, §e posun‘’am si‘ za daleko. Wierz mi, to si‘ ju§ nigdy nie powt˘rzy. Co do papieros˘w, to postaram si‘ odzwyczai, ježli tego nie lubisz. - W jej g’osie by’a szczera skrucha i b˘l, kt˘ry chwyci’ go za serce. Pog’adzi’ czule jej d’ugie, czarne w’osy. - Zapomnijmy o tym oboje, dobrze? - Nie ma sprawy, byczku. - Odpowiedzia’a ju§ normalniej i troch‘ mu ul§y’o. Si‘gn†’ za jeden z rog˘w ’˘§ka i wyci†gn†’ oszronion† puszk‘ Kevlar-Coli. Poci†gn†’ spory ’yk. Lodowaty nap˘j mile orzeŚwia’, ale wywo’ywa’ przy okazji b˘l gard’a. "Jak wszystko w §yciu. Za ka§d† przyjemnož trzeba zap’aci. Pr‘dzej czy p˘Śniej." - Wiesz co? - zwr˘ci’ si‘ znowu do dziewczyny - to wszystko przez t† nud‘. Kiedyž - to by’y czasy! - No pewnie - zawt˘rowa’a, k’ad†c si‘ na brzuchu. - Cz’owiek codziennie ryzykowa’ §yciem, ale wtedy przynajmniej czu’, §e §yje. Znowu byli t† s’ynn† par† zgodn† w ka§dym szczeg˘le. - Do diab’a, nie by’o o co walczy! Pok˘j... Co to w og˘le jest? Mam wszystko, absolutnie wszystko o czym zamarz‘ i co z tego? Po’o§y’a mu g’ow‘ na piersi. - B‘dziemy musieli si‘ jakož do tego przyzwyczai - zasugerowa’a bez przekonania. Parskn†’ kr˘tkim žmiechem. - Mieližmy na to dwa lata, malutka. Dwa lata... Rozleg’ si‘ brz‘czyk wideofonu. M‘§czyzna zwl˘k’ si‘ z požcieli i usiad’ przed aparatem. Nie w’†czy’ w’asnej minikamery - by’o to powszechnie uwa§ane za chamstwo, ale on m˘g’ sobie na takie chamstwo pozwoli. Nawet w stosunku do osoby, kt˘rej pulchna twarz wype’ni’a ekran urz†dzenia. Rozm˘wca mia’ ten sam stopie¤ co on i z racji zajmowanego stanowiska by’ nawet nieco wa§niejszy, ale niedawno wszed’ do tego interesu i nie mia’ nawet wierci s’awy okrywaj†cej jego podw’adnego. Dlatego zawsze traktowa’ go z niema’ nabo§nym szacunkiem. - Dawno si‘ nie widzieližmy, Roff. Myžla’em, §ežcie ju§ o mnie zapomnieli. O co chodzi? - w’ažciciel mieszkania by’ jak zwykle troch‘ obcesowy. James Roff sapn†’ i poluzowa’ ko’nierzyk munduru. Ludzie patrz†cy w pusty ekran przewa§nie zapominali, §e sami s† widoczni. Jeszcze jedna przyczyna wy’†czania przez niekt˘rych kamer. - W’ažciwie to to nie jest rozmowa na wideofon - wyst‘ka’ grubasek. - Chcia’bym ci‘ dzisiaj widzie u siebie i... - Dobra. Tylko nie spodziewaj si‘ nmie za szybko, bo mam což jeszcze do za’atwienia - odwarkn†’ i przerwa’ po’†czenie. Opad’ z powrotem na tapczan. - No i prosz‘, jak za starych czas˘w - podsumowa’a. "Nie, na pewno nie tak jak za starych czas˘w"- zaprzeczy’ w myžli. - Co masz takiego wa§nego do zrobienia? - chcia’a wiedzie. - W gruncie rzeczy to jest wa§ne tylko dla mnie. Zreszt† wszystko bym zrobi’, §eby odwlec rozmow‘ z tym pyknikiem. Jak chcesz jecha ze mn†, to si‘ ubieraj - zako¤czy’ wstaj†c. Wygl†da’a na bardzo ucieszon†. "Pewnie spodziewa si‘ nie wiadomo czego. Chyba si‘ mocno rozczaruje." CEN ***** OFC By’y wsz‘dzie. Od horyzontu po horyzont. Nie ko¤cz†ce si‘, r˘wne szeregi wykonanych z nierdzewnej stali tablic. R˘§ni’y si‘ tylko trežci† wygrawerowanych napis˘w. Wiatr hula’ bezkarnie po otwartej przestrzeni, p‘dz†c nisko zawieszone, granatowo-sine chmury. Deszcz powinien rozpada si‘ ju§ dawno, ale tym od sterowania pogod† znowu což nie wysz’o. Nad jedn† z p’yt sta’ wysoki m‘§czyzna ubrany w szarob’‘kitny mundur i nieprzepisowe, d’ugie prawie do kolan buty. Jaskrawe insygnia nadgenera’a pozwala’y mu na tak† ekstrawagancj‘. G’ow‘ mia’ nisko spuszczon†, pogr†§ony by’ we w’asnych myžlach. "Tak jak chcia’ež, przyjacielu, tak jak chcia’ež. Nie masz czego §a’owa. Jak§e cz‘sto zwyci‘zcy okazuj† si‘ pokonanymi. Ježli mnie teraz s’yszysz - to m˘wi‘ ci: mia’ež racj‘. Wiele si‘ zmieni’o. Sp˘jrz w moje myžli, czy nale§† one do cz’owieka (?), kt˘rego kiedyž zna’ež? Powoli wychodzi na twoje, stary. Ježli tylko mnie s’yszysz..." Pomyžla’ o tych wszystkich, kt˘rych brakowa’o na tej r˘wninie. Rozerwanych na strz‘py, przywalonych setkami ton gruzu, rozpylonych na atomy w kosmosie i po§artych przez potworne stworzenia. I o tych z drugiej strony, zabitych w’asnor‘cznie, lub - r˘wnie skutecznie, przez wydane rozkazy. "œatwiej umrze ni§ §y dŚwigaj†c žwiadomož swoich czyn˘w. Najgorszy jest ten nadmiar czasu do myžlenia. Jak d’ugo mo§na? Gdybym chocia§ by’ taki jak kiedyž." Stoj†ca dot†d nieco dalej dziewczyna podesz’a do niego powoli. Wiatr bawi’ si‘ jej czarnymi w’osami, podtrzymywanymi przez cienk†, metalow† obr‘cz. Dopiero teraz skojarzy’ sobie, §e ozdoba ta jest wykonana z tego samego materia’u co tablice. - Jestežmy tu ju§ ponad godzin‘ - odezwa’a si‘. Wyrwany z zamyžlenia zerkn†’ na ni† troszk‘ nieprzytomnie. - ChodŚmy ju§, nie lubi‘ tego miejsca - poprosi’a. Wzi†’ j† za r‘k‘. "Z tych samych wzgl‘d˘w co ja, prawda?" Zanim odeszli, jeszcze raz spojrza’ na p’yt‘. Zbli§ali si‘ do zaparkowanego na l†dowisku hovercrafta. W karoserii maszyny odbija’y si‘ sun†ce szybko chmury. Mocniej žcisn†’ jej d’o¤. Wskaza’ w kierunku miejsca, kt˘re przed chwil† opužcili. - Oni s† szcz‘žliwi, prawda? - spyta’ cicho. - Powiedz mi, Kriss. Przez chwil‘ si‘ waha’a. - Tak, myžl‘ §e tak. - I my te§ b‘dziemy... kiedy... - nie potrafi’ doko¤czy. - Tak. - Pomimo §e ty... Poca’owa’a go. "Co si‘ z nim dzieje? Což z nim jest ostatnio nie tak." - To nie ma §adnego znaczenia. Najmniejszego. Liczy si‘ tylko to co jest mi‘dzy nami. Ju§ wiesz jak to si‘ nazywa? - specjalnie zako¤czy’a w ten spos˘b, §eby nie wysz’o zbyt patetycznie. - Mi’ož - odrzek’ g’uchym g’osem, patrz†c na což, co tylko on m˘g’ dostrzec. Przesta’a na chwil‘ manipulowa przy elektronicznym zamku w drzwiach. - Powiedz to jeszcze raz. - Mi’ož - tym razem wpatrywa’ si‘ prosto w jej rozszerzone zdziwieniem Śrenice. - Kocham ci‘, Kriss. - Brunetka opar’a si‘ o wypuk’y dach pojazdu. - Czy wiesz, Mike - wyszepta’a - §e nigdy, odk†d ci‘ znam, nie s’ysza’am tych s’˘w w twoich ustach? Nie musia’ež nigdy m˘wi mi tego wprost, ale nie o to chodzi. Ty nie potrafi’ež tego powiedzie, prawda? - Zmieni’em si‘. Mam nadziej‘, §e nadal nie b‘d‘ musia’ m˘wi ci pewnych rzeczy, a ty i tak b‘dziesz wiedzia’a. - No pewnie. Ale nawet nie wiesz, jak przyjemnie by’o to us’ysze. Usiedli na wygodnych siedzeniach, kt˘re natychmiast dopasowa’y si‘ do kszta’tu ich cia’. Ąadne nie mia’o ochoty prowadzi, wi‘c zaprogramowali kurs w autopilocie. Po bokach roz’o§y’y si‘ stateczniki i maszyna unios’a si‘ w powietrze. Kiedy odlatywali, nadgenera’ Michael Ricker nie potrafi’ oderwa wzroku od jednej z setek tysi‘cy stalowych tablic. CEN ***** OFC Przed pancernymi drzwiami kwatery Roffa oddali salut kolejnym znudzonym wartownikom. Niewielka skrzyneczka zidentyfikowa’a ich linie papilarne i przy akompaniamencie syku si’ownik˘w rozsuwaj†cych karvinowe tafle weszli do žrodka. James przywita’ ich bardzo serdecznie. "Zbyt serdecznie" - zauwa§y’ Ricker siadaj†c na elektropolarnym fotelu naprzeciwko biurka prze’o§onego. Zawsze czu’ si‘ nieszczeg˘lnie siadaj†c na czymž, czego nie by’o wida, ale przyznawa’, §e taki mebelek jest ca’kiem wygodny. Ciekaw by’ tylko, jak mo§na chodzi po pokoju i nie potyka si‘ o niego. Kriss usadowi’a si‘ na zwyczajnym krzežle pod žcian†. Zd†§y’a si‘ ju§ nauczy, §e ježli jej towarzysz decyduje si‘ usi†ž, to szykuje si‘ d’u§sza rozmowa. - No wi‘c? - zacz†’ Mike. - O co chodzi? Pulchny rozm˘wca sprawia’ wra§enie mocno zak’opotanego. Wierci’ si‘ i wydawa’ dziwne odg’osy. - Wiesz, w’ažciwie to to s† informacje... Michael odgad’ do czego tamten zmierza i wybuchn†’ nieprzyjenmym žmiechem, kt˘ry po chwili zgas’ jak zdmuchni‘ta žwieca. ˜widrowa’ wzrokiem nalan† twarz Jamesa. - Nie pieprz. Albo m˘wisz wszystko przy niej, albo mo§esz poca’owa mnie w dup‘! Roff stara’ si‘ wygl†da na oburzonego, ale aktorem by’ r˘wnie kiepskim jak wojskowym. - Nie zapominaj, §e jestem twoim prze’o§onym. Z kolei dziewczyna rozežmia’a si‘ w taki spos˘b, §e uci‘’o to zapowiadaj†ce si‘ wyst†pienie skuteczniej ni§ jakiekolwiek s’owa. Grubasek, ca’y spocony i zaczerwieniony, przyzna’ si‘ w duchu do pora§ki. - Wezwa’em ciebie bo wiem, §e jestež dobrym dow˘dc† polowym - stara’ si‘ teraz przypodoba nadgenera’owi. "W przeciwie¤stwie do ciebie" - chcia’ odpowiedzie Mike, ale si‘ pohamowa’. Zamiast tego spyta’ rzeczowo: - A do czego jest wam w dzisiejszych czasach potrzebny fieldcommander? Czy ty w og˘le wiesz, jak si‘ pisze "wojna"? - tej drobnej z’ožliwožci nie potrafi’ sobie odm˘wi. W’ažciciel gabinetu uda’, §e nie wie o co mu chodzi i kontynuowa’ niezra§ony: - Ano jest pewien k’opot. A raczej mo§e dopiero by. Na p˘’syntetycznej twarzy Rickera pojawia si‘ zacz‘’o zainteresowanie. - Mo§e troch‘ žcižlej. - A wi‘c - ci†gn†’ tamten, zadowolony z efektu jaki uda’o mu si‘ wywrze - sprawa jest raczej delikatna. Wywiad wykry’, §e pewien bli§ej nie znany osobnik kupuje nielegalnie spore iložci broni, sprz‘tu wojskowego i robot˘w bojowych. Zwozi to wszystko na niewielk† planetk‘ Prism. Niestety, to jest w’ažciwie wszystko co o nim wiemy. - Faktycznie, raczej niewiele - uci‘’a Kriss. - Ja nie odpowiadam za opiesza’ož wywiadu. Siedz†cy w polu elektropolarnym poruszy’ si‘ nerwowo. - A po co ja wam jestem potrzebny? - Chcemy, §ebyž zbada’ dok’adniej t† ca’† spraw‘. - To Śle trafiližcie, nie jestem szpiegiem, agentem, ani niczym tego rodzaju. Chyba, §e... - przymru§y’ oczy. - Chyba, §e chodzi wam o což innego... - O prosz‘, jak ’adnie odgad’ež - Roff by’ wprost rozpromieniony. - Rz†d nie jest zachwycony, kiedy ktož na czarnym rynku kupuje sobie Battle Droidy. - Rzeczywižcie, ciekawe hobby - niejeden ju§ zastanawia’ si‘, czy by’a taka z’ožliwa z natury, czy nauczy’a si‘ tego od swojego kochanka. Prawda jak zwykle le§a’a požrodku. - Rozumiem, §e mam nieograniczony dost‘p do ludzi i žrodk˘w bojowych - chcia’ si‘ upewni przysz’y dow˘dca akcji. - To znaczy, §e bierzesz t† robot‘? - Tak. Ale tylko pod wymienionym warunkiem. I niech mi nikt nie patrzy na r‘ce. - Nie ma sprawy, ja ze swojej strony r˘wnie§ zgadzam si‘ na wszystko. I ludzi i sprz‘tu mamy ostatnio w nadmiarze. Tylko wybiera. Podw’adny (z nazwy) wsta’ i wyg’adzi’ mundur. - Za... cztery dni b‘d‘ got˘w. Kiedy znaleŚli si‘ za drzwami oboje odetchn‘li z ulg†. Nie usz’o ich uwadze porozumiewawcze spojrzenie, kt˘re wymienili stra§nicy. Gdy odeszli ju§ kawa’ek dalej, Ricker powiedzia’: - Bo§e, kto takiego dupka zrobi’ nadgenera’em? Jak tylko wr˘cimy z tego zadania, postaram si‘, §eby do ko¤ca §ycia podziwia’ pi‘kno flory Moraka. - A mo§e nawet fauny - doda’a z nadziej†. Znowu by’o tak jak dawniej. Z pozoru. Tak naprawd‘, to §adnej chwili nie da si‘ powt˘rzy. S† tylko podobne. CEN ***** OFC Zbada’ szafirowy p’yn pod žwiat’o. "Mia’ by bez smaku". Kriss mia’a w r‘ku identyczn† szklaneczk‘. Wygl†da’a najbardziej niepewnie, jak tylko mog’a (czyli nie a§ tak bardzo). "Znowu b‘dzie pr˘bowa’. Kt˘ry to ju§ raz? C˘§, mo§e mu si‘ wreszcie uda. Nie powinno mu to chyba zaszkodzi - dostawca jest sprawdzony. Tak czy inaczej, nie b‘dzie tego robi’ samotnie." Po’o§y’a si‘ obok niego i stukn‘li si‘ naczyniami. - Za stare czasy! Kolory powoli rozmywa’y si‘, traci’y ostrož, stawa’y ledwie widocznymi w oddali plamami. Jak chmury na horyzoncie. W pogodny, letni poranek. Opr˘cz tego nie by’o nic. Tylko on. Na razie. Skupi’ si‘, zebra’ swoj† wol‘ brykaj†c† swobodnie mi‘dzy ob’oczkami. Przyp’yn‘’a jak ptak z rozpostartymi, czarnymi skrzyd’ami i wnikn‘’a do wewn†trz. Unosi’ si‘ bez wysi’ku. Pochwyci’ jak†ž sycz†c† myžl. "Po co tu jestem? Ach tak, przecie§ znowu tego szukam. Wi‘c do dzie’a." Fikn†’ i przybra’ bardziej sprzyjaj†c† myžleniu pozycj‘. Z jakiž nie znanych przyczyn by’o to bardzo istotne. "Przesz’ož - rozkaza’. - To co by’o. Natychmiast!" M˘zg zacz†’ si‘ wy’†cza, umys’ rozci†gn†’ si‘ i zawin†’ dooko’a. Mocniej i szybciej. Szybciej i mocniej. Bujna trawa gi‘’a si‘ pod pancernym butem. Szed’. Szed’ i nic wi‘cej. Po prostu rozkoszowa’ si‘ dzikim pi‘knem tego miejsca. "Zaraz, co to ja ostatnio robi’em? Jakož nie pami‘tam. Zreszt† niewa§ne. Jak tu ’adnie!" ˜ci†gn†’ z g’owy he’m i przypi†’ do pasa chwytnikiem elektromagnetycznym. Powietrze dzwoni’o nieuchwytn† muzyk† niewidocznych owad˘w. Posuwa’ si‘ przed siebie, oddychajac z lubožci†. Ziele¤ wsz‘dzie dooko’a. B’‘kit w g˘rze. "Z pewnožci† znam to miejsce. Czy§by wreszcie mi si‘ uda’o?" - sam nie m˘g’ w to uwierzy. Ziele¤ dooko’a. B’‘kit w g˘rze. Szkar’at... Szkar’at? Jak zahipnotyzowany wpatrywa’ si‘ w le§†cego na ziemi cz’owieka o szczup’ej twarzy. Prz˘d zbroi tamtego by’ strzaskany, a w piersi zia’a žmiertelna rana. Ricker pochyli’ si‘ nad nim. S’o¤ce zalžni’o na insygniach majora. Sine wargi trupa poruszy’y si‘ nieznacznie, wykrzywi’ je z’ožliwy užmiech. - Mia’ež racj‘, co? - przem˘wi’ charcz†cym g’osem zmar’y, prawie nie poruszaj†c ustami - Racj‘. Warto by’o? No i co, jak si‘ teraz czujesz? Michael chcia’ si‘ podniež, zerwa, uciec st†d, ale což przygina’o go coraz ni§ej. Zabity ju§ nic nie m˘wi’. Patrzy’ tylko. Jak on patrzy’! Nie! Dooko’a sta’y bezimienne osoby w zbrojach. Ricker nie m˘g’ dojrze ich twarzy za pot‘§nymi przy’bicami kask˘w. - Pom˘§cie mi! - zaj‘cza’. - Ju§ nie chc‘! Za co?! - Zacz†’ wy w psychicznej m‘ce nie do wytrzymania. A oni stali dalej. Nieporuszeni, bezosobowi, nieobecni. Nie m˘g’ ju§ d’u§ej wytrzyma - chcia’ p’aka, ale zapomnia’ jak si‘ to robi. Chcia’ rozerwa na strz‘py swoj† twarz, strzaska lustra ca’ego žwiata, odrapa sw† czaszk‘ do go’ej kožci, ale což skr‘powa’o mu ramiona. Umys’ - przepracowany, rozgrzany, stopiony, wycieka’ z cia’a jak mas’o z kanapki i wype’nia’ zbroj‘ cuchn†cym p’ynem. Wiedzia’, §e traci zmys’y. Niesamowitym wysi’kiem okie’zna’ swoj† ja§¤ i krzykn†’: - Dosy! Wr˘! Natychmiast! To nie by’a trawa. Zielone, ale nie trawa. "Ej, to m˘j dywan!" DŚwign†’ si‘ z pod’ogi. Puste szklanki po narkotyku r˘wnie§ spad’y z kanapy. Kriss nadal pogr†§ona by’a w wewn‘trznym žwiecie marze¤. Ona nie mia’a k’opot˘w. Jak zwykle. B’ogi wyraz twarzy žwiadczy’ o tym, §e po raz kolejny okaza’a si‘ silniejsza. Zreszt†, ona by’a inna. Tak podobna, a jednak inna. Co ich r˘zni’o? Mo§e po prostu wiedzia’a, kiedy nale§y si‘ zatrzyma? Nie postawi’a jednego kroku za wiele za chybotliwej k’adce §ycia? A najprawdopodobniej walczy’a tylko z zewn‘trznymi nieprzyjaci˘’mi. To ka§demu przychodzi ’atwiej. Stwierdzi’, §e jest ca’y zlany potem i poszed’ pod prysznic. "Ju§ wi‘cej nie wezm‘ §adnego z tych žwi¤stw do g‘by!" Wiedzia’, §e znowu usi’uje ok’ama samego siebie. Jak zawsze. Te žrodki nie by’y uzale§niaj†ce, to nie o to chodzi’o. "S† ludzie, kt˘rzy zawsze b‘d† szuka, nawet gdy wiedz†, §e nie mog† czegož odnaleŚ." Lepiej od razu powiedzie sobie prawd‘. W lustrze spostrzeg’, §e ma kilka nowych siniak˘w. "Musia’o mnie ’adnie rzuca. Dzisiaj mia’em chyba sporo szcz‘žcia, nie wiem co by si‘ sta’o, gdybym si‘ z tego nie wyrwa’." Na samo wspomnienie przesz’y go ciarki. "Wi‘cej nie b‘d‘ pr˘bowa." A jednak. Ci†gle wraca’ myžlami do tego co prze§y’ wewn†trz samego siebie. §eby si‘ od tego oderwa, postanowi’ troch‘ popracowa. Narzuci’ na siebie szlafrok i poszed’ do "gabinetu". Nala’ sobie Kevlar-Coli i uruchomi’ komputer. Ekran natychmiast wype’ni’ obrazek przedstawiaj†cy Combat Droida žcieraj†cego z muru napis: "Prosiak ma lustrzyc‘", kt˘ry znikn†’ po up’ywie kilku sekund. Wybuchn†’ szczerym žmiechem. Tylko Kriss zna’a kod dost‘pu do jego terminalu, wi‘c to§samož sprawcy doskona’ego sk†din†d dowcipu nie mog’a budzi w†tpliwožci. Akurat teraz což takiego by’o mu potrzebne. Zapami‘ta’ sobie, §eby zrobi jej jakiž prezent i wzi†’ si‘ do pracy. Dysponowa’ jednym z najnowszych komputer˘w (zawsze mia’ na tym punkcie lekkiego fio’a, by’o to i tak najmniej szkodliwe z jego zainteresowa¤). Posiada’ bezpožrednie po’†czenie satelitarne z bankami danych i analizerami G’ownej Bazy Logistycznej Arid-7 na Lunie. Niewielu wojskowych mog’o si‘ czymž takim poszczyci. Poprosi’ o informacje na temat interesuj†cej go planety. "Prism" - ani s’owa t’umacz†cego dziwn† nazw‘. Nast‘pnie standardowe dane wojenne. "Odkryta 15 lat temu. Klimat bardzo surowy, pomimo atmosfery zdatnej do oddychania przwie ca’kowity brak rožlinnožci. Troch‘ mniejsza od Terry. W 87% pokryta przez oceany. Prawie nieustanne, silne wiatry. Wieczny p˘’mrok." - "O, widz‘, §e szybko polubi’bym to miejsce." - "Brak wi‘kszych osiedli ludzkich. Znajduje si‘ tam kolonia karna po’†czona z kopalni† i trzy kolonie handlowe. Posiadaj† porty kosmiczne zdolne przyj† kr†§ownik." Wyszuka’ menu "Dane o celu". Na monitorze zosta’ wyžwietlony film, wykonany prawdopodobnie z samolotu szpiegowskiego. Widoczna na nim by’a tylko niewielka, przysadzista konstrukcja ze stalobetonu, zaopatrzona w rozsuwane wrota i nic wi‘cej. Klasyfikacja komputerowa by’a zgodna z jego ocen†: wyjazd z szybu windowego. "Sprytnie si‘ ktož urz†dzi’ - pomyžla’ Mike. - Nie zbombarduj† go z orbity, bo nie wiedz† nawet jak g’‘boko siedzi. Ten ktož nie jest g’upi. Akcja zapowiada si‘ naprawd‘ ciekawie." Przejrza’ spisy uzbrojenia, zakupionego przez cz’owieka z Prism. Wiedzia’, §e mog† by niepe’ne, a i tak ’atwiej by’oby powiedzie czego tam nie by’o. W’ažciwie wszystko od ožmiostrza’owych pistolet˘w do Battle Droida. Odetchn†’ z ulg†, stwierdziwszy, §e tamten musi mie mimo wszystko ograniczone mo§liwosci finansowe i brakuje mu na szcz‘žcie takich pozycji jak si’y pancerne czy jednostki kosmiczne. Mimo wszystko... Rodzaj i form‘ akcji wybra’ bez pomocy komputera. W takich sprawach nigdy si‘ nie myli’. Przez nast‘pne pi‘tnažcie minut sporz†dzi’ list‘ potrzebnego sprz‘tu. Pozosta’a jeszcze najwa§niejsza cz‘ž - ludzie. Tym trzeba si‘ by’o zaj† bardziej dog’‘bnie. Ricker wola’ nie mie pod swoimi rozkazami byle mi‘sa armatniego. Przedialowa’ kilka adres˘w do przenožnego notebooka. - Kt˘ry pierwszy? - spyta’a Kriss stoj†ca w progu i zagl†daj†ca mu przez rami‘. CEN ***** OFC Willa prezentowa’a si‘ okazale. Nie imponuj†co - to by’aby lekka przesada, ale w’ažnie okazale. Przeszli przez okalaj†cy j† pi‘kny ogr˘d. Aby utrzyma go w takim stanie trzeba by’o z pewnožci† zatrudnia ogrodnika. Wygl†da’o na to, §e gospodarze niczego sobie nie §a’uj†. Bo i dlaczego mieliby sobie §a’owa? Gožcie stan‘li przed bogato zdobionymi, drewnianymi drzwiami. Nie ulega’o w†tpliwožci, §e s† one drewniane tylko z wierzchu. Z g’ožniczka obok nich pop’yn†’ mi’y g’os: - Witamy. Prosz‘ uprzejmie o w’o§enie prawej d’oni do identyfikatora. - Pod Śr˘d’em dŚwi‘ku rosun‘’a si‘ niewielka szufladka. Ricker spe’ni’ prožb‘ komputera z niejakim oci†ganiem. Jego towarzyszka poprawia’a na sobie mundur i uczesanie, korzystaj†c z ma’ego lusterka, z kt˘rym nigdy si‘ nie rozstawa’a. Kiedyž uratowa’o im ono §ycie, ale to ju§ zupe’nie inna historia. Nadgenera’owi nigdy to nie przeszkadza’o (podobnie jak prawie wszystkie inne rzeczy, kt˘re robi’a), ale by’o wiadome, §e potrafi’a doprowadzi niekt˘re osoby do sza’u bezustannie przegl†daj†c si‘ i jednoczežnie rozmawiaj†c z nimi. Znajdowa’a w tym jak†ž dziwn† przyjemnož, a ma’o kto odwa§y’ si‘ choby Śle na ni† spojrze. Digitalizowany g’os odezwa’ si‘ ponownie. - Niestety, nie ma pana na ližcie os˘b oczekiwanych. Przechodz‘ na tryb bezpožredni. Teraz w drzwiach pojawi’ si‘ ciek’okrystaliczny ekranik. Mike, mocno wnerwiony zamierzy’ si‘ na niego pi‘žci†, ale Kriss powstrzyma’a go w por‘. - No co ty, nie demoluj. Na monitorku ukaza’a si‘ twarz m’odej blondynki. Spojrza’a na nich i zrobi’a nieokrežlon† min‘. - Czež - odezwa’ si‘ gož. - Wpužcicie nas, czy mamy sobie iž? Rozm˘wczyni užmiechn‘’a si‘ lekko. - Prosz‘, wchodŚcie - mia’a mi’y, dož niski g’os. Szcz‘kn‘’o kilka zamk˘w i drzwi otworzy’y si‘ bezg’ožnie. Weszli do žrodka i w korytarzu spotkali gospodyni‘. M‘§czyzna wymieni’ z ni† tylko užcisk d’oni. Wiedzia’, §e nie lubi widoku jego dziwnej twarzy. Jak wszyscy. Prawie wszyscy. - Gdzie on jest? - spyta’. - W pokoju sto’owym - odpowiedzia’a. - ChodŚ, což ci poka§‘ - doda’a bior†c Kriss za r‘k‘. Znan† sobie drog† dotar’ we wskazane miejsce i otworzy’ przeszklone drzwi. Po pokoju chodzi’ ni§szy od niego m‘§czyzna o d’ugich do ramion, lekko kr‘conych w’osach, kt˘rych ko¤ce wystawa’y spod niewielkiego kasku zaopatrzonego w przypominaj†ce lornetk‘ okulary. Na d’oniach mia’ r‘kawice po’†czone, podobnie jak nakrycie g’owy z niewielkim urz†dzeniem w k†cie pokoju. W’ažciciel willi wykonywa’ dziwne ruchy i wydawa’ jeszcze bardziej zastanawiaj†ce odg’osy. Ricker spojrza’ na le§†ce obok drugi he’m i r‘kawice, zawaha’ si‘ przez chwil‘, po czym po prostu wy’†czy’ zasilanie zestawu. Tamten stan†’ nagle jak wryty i dopiero po chwili zabra’ si‘ za odpinanie kasku. - Tyle razy ci m˘wi’em, Maggie... - zacz†’ gniewnie i zamilk’ kiedy ujrza’ kto go od’†czy’. - I co Robert, znowu "Laser Squad"? D’ugow’osy užmiechn†’ si‘ szeroko i od’o§y’ r‘kawice. - Nie spodziewa’em si‘ ciebie, Mike. - To da’o si‘ zauwa§y - zrobi’ aluzj‘ do aparatu przy drzwiach. Robert Schmidt zrozumia’ i zacz†’ si‘ t’umaczy. - Ach, wiesz jak to jest. Ci†gle jeszcze z’a§† mi si‘ tutaj jacyž dziennikarze i tacy r˘§ni... - To dziwne, bo do mnie nie - stwierdzi’ nadgenera’ z nieodgadnionym užmieszkiem. - Nie ka§dy mo§e sobie pozwoli na to, §eby jego posiad’ož patrolowa’y uzbrojone Combaty, maj†ce strzela do nieznajomych. - Nie ka§dy ma tylu wrog˘w co ja. Urocz† konwersacj‘ przerwa’o pojawienie si‘ kobiet. Ricker rzuci’ w ich stron‘ kr˘tkie spojrzenie i szcz‘ka omal nie opad’a mu ze zdziwienia. Ąona Schmidta popycha’a przed sob† elektropolowy w˘zek, wewn†trz kt˘rego baraszkowa’o niemowl‘. - Prawdziwe? - tylko tyle zdo’a’ z siebie wydusi. ˜wie§o upieczony ojciec pokiwa’ z dum† g’ow†. - Pewnie. - Moje gratulacje - wtr†ci’a si‘ Kriss. Wygl†da’o to szczerze i to bynajmniej nie dlatego, §e by’a ona mistrzyni† k’amstwa i nieszczerožci (mia’a dobrego nauczyciela). Schmidt, jej dawny zast‘pca w Si˘dmej Brygadzie, by’ jedn† z niewielu os˘b, kt˘re darzy’a sympati†, a nawet (cho tylko poniek†d), zaufaniem. Gospodarz przyni˘s’ skrzynk‘ piwa i nast‘pne dwie godziny min‘’y im w bardzo mi’ym nastroju na wspominaniu wsp˘lnie odbytych podczas wojny korporacyjnej akcji. Tylko Maggie siedzia’a smutna. Czu’a si‘ dziwnie niepotrzebna przy tej tr˘jce, kt˘r† ogl†da’a na pomnikach we wszystkich wi‘kszych miastach kilkudziesi‘ciu planet. W dodatku, pomimo dziecka, kt˘re mu urodzi’a, podejžcie Roberta do niej zmieni’o si‘ w nieuchwytny spos˘b. Nie wiedzia’a dlaczego i to j† niepokoi’o. Mia’a nieodparte wra§enie, §e jest jakby czymž zast‘pczym. Pochwyci’a spojrzenia wymieniane przez ich gožci. Robert ju§ tak na ni† nie patrzy’... Podejrzewa’a te§, §e dzisiejsza wizyta to což wi‘cej ni§ ch‘ przyjacielskiej pogaw‘dki starych znajomych. I ba’a si‘ tego. Doskonale wiedzia’a co s†dzi o prze’o§onym m‘§a. Dla tego cz’owieka wbicie no§a w plecy przyjaciela nie by’o niczym niezwyk’ym czy te§ specjalnie nieetycznym. Nie mog†c zniež atmosfery panuj†cej w pokoju wysz’a do kuchni, wymawiaj†c si‘ przygotowywaniem deseru. Kriss popatrzy’a znacz†co na kochanka. Ricker spowa§nia’ nagle, a jego twarz przybra’a specyficzny wyraz. - Wiesz, Robert, w’ažciwie to nie przyjechaližmy tutaj ot tak sobie. Schmidt od razu sta’ si‘ czujny, podžwiadomie przygotowa’ si‘ na atak. Nie do ko¤ca by’ pewien czego mo§e si‘ spodziewa po prze’o§onym. - Wi‘c o co chodzi? - dopytywa’ si‘, staraj†c ukry nag’e zdenerwowanie. - Pewnie si‘ zdziwisz, jak ci powiem, §e szykuje si‘ robota. - Fakt, jestem raczej zaskoczony, ale czegož takiego si‘ spodziewa’em. "To mo§liwe, nigdy nie by’ g’upcem. Mo§e prawie nigdy" - przesz’o przez myžl kobiecie. - Co to za akcja? - Likwidacja dobrze wyposa§onej bazy podziemnej. - Jak dobrze wyposa§onej? - Wygl†da na to, §e naprawd‘ dobrze. D’ugow’osy pokiwa’ g’˘w†. - Kto podpad’? - Prawd‘ m˘wi†c to nie wiem. To i tak bez znaczenia. S†dz†c po wygl†dzie obiektu, to szczwany lis. Nie znam tego gožcia - zako¤czy’, uprzedzaj†c kolejne pytanie. Tym razem rozm˘wca wydawa’ si‘ szczerze zdumiony. - To nic osobistego? - Tak. - No, prosz‘. Michael odchyli’ si‘ do ty’u w wygodnym fotelu. Zawsze preferowa’ pozycj‘ p˘’le§†c†. - To jak, majorze Schmidt? - decyduj†ce pytanie zada’a Kriss, po mistrzowsku akcentuj†c przedostatnie s’owo. - Lec‘ z wami - odpar’ bez zastanowienia Robert. Sam si‘ zdziwi’ tym, jak ’atwo przysz’o mu podj‘cie decyzji. Wchodz†cej do pokoju Maggie, kiedy us’ysza’a to ožwiadczenie wylecia’ z r†k p˘’misek i z brz‘kiem wyl†dowa’ na posadzce. Nadgenera’ obrzuci’ poblad’† §on‘ kolegi przeci†g’ym spojrzeniem i z niezwykle finezyjnie udawanym zdziwieniem zapyta’: - Ale§ co si‘ sta’o? Sam nie wiedzia’, kogo chcia’ oszuka. CEN ***** OFC M’ody, niezbyt wysoki m‘§czyzna pochyla’ si‘ nad klawiatur† i sprawnie przebiera’ po niej palcami. Tutaj, w przytulnych podziemiach studia nagraniowego czu’ si‘ jak u siebie w domu. Wcisn†’ jakiž guzik i z kwadrofonicznych g’ožnik˘w pop’yn‘’a przyjemna melodia. "Zawsze b‘d† tacy, kt˘rzy lubi† pos’ucha muzyki. Zawsze b‘d† tacy, dla kt˘rych tworzenie muzyki to ca’a trež §ycia. No, powiedzmy prawie ca’a." - Wiesz, to jest lepsze od "Obrony Trioxa" - g’os dobiegaj†cy z ty’u wyrwa’ go z zamyžlenia. Obr˘ci’ si‘ raptownie. - Ricker! Jak zawsze sypiesz komplementami. Co za mi’a niespodzianka. Fieldcommander wiedzia’, §e to szczere przyj‘cie. Z Acerem Beefeem zawsze wi‘cej go ’†czy’o ni§ dzieli’o. Jego komplementy r˘wnie§ p’yn‘’y z serca, naprawd‘ lubi’ utwory znajomego. - Widz‘, §e u ciebie po staremu - zagai’ rozmow‘. - Nie narzekam - muzyk zawsze by’ skromny i to nie tylko na pokaz. Jego s’awa jako kompozytora przymiewa’a nawet bojowe wyczyny niekt˘rych. - A gdzie Kriss? - Jest tu obok w sklepie. Dlatego mam nie za wiele czasu. "A ju§ chcia’em si‘ zdziwi, §e przyszed’ bez niej." - S’uchaj Beefee, przychodz‘ z konkretn† spraw†. Zbieram oddzia’ na akcj‘ i chc‘ mie paru ludzi godnych zaufania. - Kogo t‘pisz? - Jakiž facet podpad’ tym z rz†du. - A nie tobie? - Nie mnie. I zupe’nie nie rozumiem, dlaczego wszyscy o to pytaj†. - Obydwaj si‘ užmiechn‘li. Acer sie zamyžli’. - To jak b‘dzie? - nalega’ nadgenera’ Muzyk pokr‘ci’ przecz†co g’ow†. - Nie, chyba nie. Wiesz, mam za du§o do stracenia. Jestežmy z Ann† szcz‘žliwi jak nigdy. Rickerowi przyszed’ do g’owy Schmidt, budz†c niejasne skojarzenia i w†tpliwožci, kt˘re po chwili odsun†’ na dalszy plan. - Ąyjemy tak, jak zawsze chcieližmy - ci†gn†’ Beefee. - Prosz‘, nie zrozum mnie Śle. Nie zrozumia’ go Śle. CEN ***** OFC Jak§e dawno nie by’ na poligonie. Dalej lubi’ to miejsce tak samo, jak kiedyž. Przyjecha’ tu sam, Kriss by’a ju§ zm‘czona i zosta’a w domu. Obieca’, §e szybko wr˘ci. Posuwa’ si‘ ostro§nie wzd’u§ žciany budynku, symuluj†cego jak†ž baz‘. W ca’ej swojej karierze nie zdobywa’ ani nie broni’ takiej, wi‘c by’ troch‘ zdziwiony. Ale na dobre zatka’o go dopiero za rogiem. Sta’ tam droid, jakiego nie widzia’ nigdy w §yciu. Na dw˘ch pot‘§nych nogach osadzona zosta’a puszkowata g’owica bojowa, z kt˘rej wystawa’y dwa dzia’ka automatyczne MS. Wysokožci† sporo przewy§sza’ cz’owieka w zbroi. Robot okr‘ci’ si‘ i wycelowa’ do niego. Ricker wiedzia’, §e nie prowadzi si‘ tu strzela¤ ostr† ammunicj†, ale i tak poczu’ si‘ bardzo nieswojo. Zdarza’y si‘ wypadki. Maszyna uzna’a, §e cel zosta’ zniszczony i odesz’a spokojnie kilka krok˘w dalej. Ul§y’o mu. Z wylotu bocznego korytarza wy’oni’ si‘ cz’owiek w skafandrze pancernym. Michael natychmiast zauwa§y’, §e nie jest to taki, do jakiego przywyk’. Ta zbroja mia’a pot‘§niejsze, szerokie nogawice, z kt˘rych ledwie wystawa’y czubki metalowych but˘w i naramienniki si‘gaj†ce od po’owy g’owy prawie do ’okcia. R˘wnie§ he’m, zdejmowany w’ažnie przez tamtego by’ nowego kszta’tu. §o’nierz opar’ o žcian‘ dziwaczn† bro¤ o nietypowej op’ywowej budowie i magazynku umieszczanym p’asko wzd’u§ komory nabojowej. He’m zosta’ wreszcie odczepiony po kr˘tkiej szarpaninie i nadgenera’ zobaczy’, §e stoi przed nim ten, kt˘rego szuka’. - Mo§e mi wyt’umaczysz, Zem, co to wszystko znaczy - zakrežli’ r‘k† ’uk. - OdpowiedŚ jest prosta - odpar’ Zem Szubielsky z užmiechem. - Po prostu od p˘’tora roku nie ma ci‘ w czynnej s’u§bie. Gož nadal by’ zdziwiony. - I przez ten czas nawymyžlali takich dziwactw? Opowiedz mi o tych nowych zabawkach. - Na sobie mam nowy typ zbroi. W’ažciwie nic specjalnego, ale wytrzymuje trafienie z dzia’ka. Od przodu oczywižcie. - Konstruktor pewnie na sobie jej nie pr˘bowa’ - by’ raczej sceptycznie nastawiony. - To zapewnia prze§ycie. Tylko prze§ycie - odpowiedŚ by’a zaskakuj†co powa§na. - Nikt nie m˘wi, §e b‘dziesz si‘ potem cieszy’ dobrym zdrowiem. - A ten tam? - zapyta’, wskazuj†c robota. - To najnowszy produkt General Robotics, tak zwany Armoured Droid (tak swoj† drog†, co za g’upia nazwa). Ma by nast‘pc† Battli. Nie uwierzysz, jak ci což powiem. Potrafi zbiera bro¤ na polu walki, lub od razu zabiera kilka rodzaj˘w i u§ywa ich wymiennie. - I pewnie jeszcze rzuca granatami? - Nie, nie rzuca - znowu ta powaga. - A co si‘ sta’o, §e Kriss nie przysz’a? Ricker zacz†’ si‘ mocno zastanawia nad rozmiarami opowiežci, kt˘re tu o nim kr†§y’y. - Nic si‘ nie sta’o, by’a zm‘czona. Sk’adam akcj‘ i zd†§yližmy si‘ ju§ dzisiaj nachodzi. - Jak† akcj‘? - Taka tam likwidacja. Przyda’by mi si‘ dobry oficer kadrowy. Wchodzisz w to? Szubielsky užmiechn†’ si‘ zawadiacko. - Jasnee. Mam ju§ serdecznie dosy tych poligon˘w. Przyda mi si‘ což takiego. Ilu ludzi mam znaleŚ? Fieldcommander kalkulowa’ przez chwil‘ w myžlach. - Dostarcz mi do jutra karty 30 najlepszych jakich wyszukasz, to pewnie což sobie wybior‘ - odpowiedzia’. Jego wzrok spocz†’ na dziwnym karabinie - Co to jest? - Moja ulubiona bro¤. Mk-2, strzelba inceracyjna o podwy§szonej celnožci. Ale to daje, m˘wi‘ ci. 20% przy strzelaniu automatycznym! Mike což sobie nagle przypomnia’. - S’uchaj, nie m˘g’byž mi takiej zaraz za’atwi? Naprawd‘ mi zale§y. - Zem by’ uczciwym cz’owiekiem, ale czego si‘ nie zrobi dla kumpla? Nadgenera’ przesta’ si‘ dziwi, §e w prywatne r‘ce trafiaj† Battle Droidy. CEN ***** OFC - Pi‘kny, naprawd‘ pi‘kny - w g’osie dziewczyny pobrzmiewa’ autentyczny zachwyt. Michael by’ zadowolony z siebie. Nic nie sprawia’o mu takiej radožci jak robienie jej prezent˘w. Takich prezent˘w. Mo§e za wyj†tkiem wyrz†dzania krzywdy innym, ale to chyba opinia nieco na wyrost. - Ty zawsze wiesz z czego b‘d‘ si‘ cieszy, kochany. Jak ty to robisz, przyznaj si‘ - spyta’a otwieraj†c szaf‘ pancern†, mieszcz†c† ich kolekcj‘ broni i chowaj†c tam Mk-2. Psychologowie maj† chyba racj‘ twierdz†c, §e u podstaw trwa’ych zwi†zk˘w musz† le§e wsp˘lne zainteresowania. M‘§czyzna, rozwalony w swobodnej pozie, wyda’ dziwny, gard’owy odg’os. Ma’o kto wiedzia’, §e wyra§a on zadowolenie w mowie paj‘czak˘w z Peliara. Zawsze mia’ talent do j‘zyk˘w, a obecnie, dzi‘ki specjalnym sposobom nauczania, w’ada’ biegle dwunastoma. Nie licz†c mi‘dzymowy. Co ciekawsze, dobrze sz’o mu porozumiewanie si‘ w narzeczach, do kt˘rych inni musieli u§ywa syntetyzer˘w dzwi‘ku. Budowa ludzkich strun g’osowych r˘§ni’a si‘ znacznie od analogicznych narz†d˘w niekt˘rych ras. Warto r˘wnie§ zauwa§y, §e mowy opanowane przez Rickera nale§a’y do najbardziej agresywnych form §ycia (jak choby owe paj‘czaki). Kriss, najwyraŚniej nie mog†c si‘ oprze pokusie, wyci†gn‘’a karabin z powrotem i zacz‘’a go czyžci (chocia§ wcale tego nie wymaga’). W czelužciach wielkiej szafy spoczywa’y inne, chwilowo zapomniane. Czego tam nie by’o... Obserwowa’ gr‘ žwate’ w jej w’osach. Podziwa’ precyzj‘, z jak† obchodzi’a si‘ z broni†. Prawie jak automat. Nie, akurat tego okrežlenia nie chcia’ u§ywa. Pomyžla’ o niej, o czekaj†cej ich akcji i dozna’ uczucia, kt˘re nie nawiedza’o go tak dawno jak litož. Zrobi’o mu si‘ nieprzyjemnie, a což przypominaj†cego k’†b brudnych, mokrych i zimnych szmat zacz‘’o uciska mu wn‘trznožci. Dlaczego przysz’o mu to do g’owy w’ažnie teraz? - Kriss - zacz†’ niepewnym g’osem - w’ažciwie, to podczas tej misji da’bym sobie rad‘ bez ciebie. Drgn‘’a. - Co ty chcia’ež przez to powiedzie? - to by’o kra¤cowe niedowierzanie. Speszy’ si‘ i przestraszy’, §e j† urazi’. Postara’ si‘ to naprawi. - Tylko tyle, §e ježli což by ci si‘ sta’o, to by’by to jeden z niewielu przypadk˘w, kiedy jedn† kul† udaje si‘ zabi dwie osoby. Poskutkowa’o. Nie bez powodu uwa§ano go za mistrza s’owa. Odstawi’a strzelb‘ i przytuli’a si‘ do jego piersi. - To samo ja mog‘ powiedzie. Przecie§ tyle razy nam si‘ udawa’o. Niby dla czego teraz mia’oby by inaczej? Widzia’ a§ nazbyt wiele takich par, kt˘rym si‘ nie uda’o. Zaskakuj†ce, §e nigdy nie stawia’ si‘ w ich sytuacji. "Do diab’a, ka§dy ma mi‘kkie miejsca. Chyba si‘ starzej‘. A Beefee zastanawia’ si‘, czy b‘d‘ umia’ go zrozumie." Zabrz‘cza’ sygnalizator videofonu. Wojskowy podni˘s’ si‘ zainteresowany, bo na ekranie nikt si‘ nie pojawi’. - S’ucham - rzuci’ do mikrofonu. - Mike? - us’ysza’ g’os muzyka, o kt˘rym przed chwil† myžla’ - Rozmyžli’em si‘. Kriss poderwa’a si‘ i zbli§y’a, §eby lepiej s’ysze. Ricker omal nie wypužci’ komunikatora z r‘ki. - Jak to? Co si‘ sta’o? Nawet jego mo§na by’o wytr†ci z r˘wnowagi. Zw’aszcza ostatnio. - Nic si‘ nie sta’o. Po prostu zmieni’em zdanie. W m˘zgu fieldcommandera, kt˘ry zd†§y’ ju§ och’on† z pierwszego zdziwienia, zacz‘’y si‘ l‘gn† podejrzenia. - Dlaczego nie w’†czy’ež przekaŚnika wizyjnego, Beefee? - A dlaczego ty nie w’†czasz? - pad’o po chwili ciszy. - Bo s† takie momenty, kiedy nie chc‘, §eby ludzie czytali uczucia z mojej twarzy. Zdawa’ sobie spraw‘, §e trafi’ celnie. Chyba nie powinien by’ tego m˘wi. - I tak przeczytali by tam to, co ty byž chcia’ - Acer myli’ si‘, ale nie tak znowu ca’kowicie. Nigdy nie m˘wi’ do prze’o§onego w ten spos˘b, žwiadczy’o to dr‘cz†cych go rozterkach - Przedialuj mi szczeg˘’y akcji. Po’†czenie si‘ urwa’o. Nadgenera’ odstawi’ mikrofon. Wspomnia’ swoje niedawne rozwa§ania, dotycz†ce przyjaciela. "I znowu sili’em si‘ na zrozumienie. Jeszcze raz wydawa’o mi si‘, §e mam racj‘, §e wiem lepiej. Och, czy§ nie przekona’em si‘ dosy boležnie, jakie to bywa kosztowne?" W oczach (a w’ažciwie w jednym, ludzkim) zab’ys’o szale¤stwo. Zamierzy’ si‘ na swoje odbicie w stoj†cym w rogu pokoju lustrze, ale Kriss wiedzia’a czego si‘ spodziewa i pochwyci’a jego rami‘. Przez chwil‘ žciska’a dr§†ce rami‘ przyjaciela. Emocje powoli opada’y. W’ažnie mia’a což powiedzie, kiedy wraz z charakterystycznym odg’osem na ekranie pojawi’a si‘ twarz Schmidta. Wygl†da’ jakož nieszczeg˘lnie. Kobieta przyjrza’a mu si‘ uwa§nie. "Albo te§ si‘ rozmyžli’, albo to což jeszcze gorszego." - zawyrokowa’a. Ricker zatwierdzi’ po’†czenie i uruchomi’ w’asn† kamer‘. By’ to gest o znaczeniu o wiele wi‘kszym, ni§ by si‘ mog’o wydawa. - Co jest Schmidty, nienajlepiej si‘ prezentujesz. Tamten by’ na tyle podenerwowany, §e nie stwierdzi’ tego samego o prze’o§onym. - W’ažciwie, to powinienem by’ pogada z tob† jak byližcie u nas, ale tak jakož wysz’o, no , to by by’o troch‘ g’upio i zreszt† nie mog’em - j‘zyk mu si‘ pl†ta’. - Nie pi’ež czasem? - Nie, nie, to nie to. "Skoro tak si‘ zachowuje na trzeŚwo, to chyba což si‘ sta’o." Robert spužci’ oczy i zacz†’ si‘ nerwowo oblizywa. - S’uchaj, Mike - wyrzuci’ z siebie wreszcie. - Ty mia’ež kiedyž znajomožci w "General Syntetics"? "Co za niedelikatnož" - oburzy’ si‘ adresat pytania. Odwr˘ci’ si‘ i spojrza’ na Kriss siedz†c† poza polem widzenia kamery. Udawa’a, §e nie dos’ysza’a. Pohamowuj†c narastaj†cy lawinowo gniew odezwa’ si‘ do Schmidta: - Z tob† jest chyba naprawd‘ niedobrze. Resztki rozumu straci’ež! Szkoda, §e jeszcze nie krzyczysz! - traci’ ju§ panowanie nad sob†. Major zorientowa’ si‘ co zasz’o i poczu’ jak což zimnego sunie mu po plecach. - Wi‘c mi nie pomo§esz? - j‘kn†’ z rozpacz†, kt˘ra musia’a ugasi ka§d† z’ož. - Nie gadaj g’upot - odpar’ ju§ nieco spokojniej nadgenera’. - Za’atwi‘ ci to. Obgadamy to kiedyž przy okazji. Robert odetchn†’ z ulg†. "Zupe’nie si‘ nie kontroluje" - pomyžla’ Michael. - I jeszcze jedno - doda’ na zako¤czenie. - W’ažnie uda’o ci si‘ mnie zdziwi. Przerwa’ po’†czenie. Dziewczyna w dalszym ci†gu udawa’a, §e nie s’ysza’a rozmowy. Zatopi’ d’o¤ w jej w’osach. - Chcesz §ebym go zabi’? Gwa’townie potrz†sn‘’a g’ow†. Oceni’, §e nie nazbyt gwa’townie. - Teraz to ty gadasz g’upoty. On by’ po prostu niezr‘czny, a zwa§ywszy na jego pobudki, mo§na go usprawiedliwi. Zreszt† gdybym chcia’a, zrobi’a bym to sama. W g’‘bi duszy ucieszy’ si‘ z tego co us’ysza’. Nie chcia’by zabija Roberta i to nie tylko dla tego, §e nie lubi’ pozbywa si‘ u§ytecznych ludzi. - Co b‘dziemy robi wieczorem? - zapyta’. Wzi‘’a do r‘ki szklaneczk‘ jakiegož alkoholu, a jemu poda’a ulubion† col‘. Od pewnego czasu nie bra’ do ust §adnych "procentowych" napoj˘w z wyj†tkiem piwa. Od czasu, kiedy jego organizm przesta’ je wreszcie tolerowa po notorycznym nadu§ywaniu. A on i tak nie zapomnia’. Kiedy poczu’ w ustach smak p’ynu, znowu zacz‘’o go nachodzi. "Dlaczego ich tu teraz nie ma? Nie, nie dlaczego, ale przez kogo. Przez cz’owieka, kt˘ry zbyt mocno chcia’ wygra z samym sob†. Jak§e godni po§a’owania s† porywaj†cy si‘ na niewykonalne. A mo§e jednak by’a szansa? Mo§e tylko což mi nie wysz’o? Ježli nawet tak, to nic to nie zmienia. Rzyga mi si‘ chce jak o sobie myžl‘. Gdybym tylko mia’ wi‘cej odwagi. I gdyby nie ona" - ta myžl sprowadzi’a go do rzeczywistožci. Kriss m˘wi’a což do niego, a on nie dos’ysza’. - S’ucham, kochanie? Užmiechn‘’a si‘ promiennie. Wiedzia’a jak poprawi mu humor. Prawie zawsze jej si‘ udawa’o. Prawie. - Pyta’ež, co b‘dziamy dzisiaj robi - powt˘rzy’a. - Pami‘tasz tego Combata, kt˘remu wysiad’y systemy uzbrojenia? No, tego kt˘rego zamkn†’ež w warsztacie. Kupimy sobie nowego, zreszt† pi‘ i tak w zupe’nožci wystarczy do pilnowania posiad’ožci. Dobrze? To w’ažnie znaczy rozumie si‘ bez s’˘w. On te§ chcia’ wypr˘bowa nowy karabin. CEN ***** OFC Nast‘pnego dnia wsta’ rano, co nie przysz’o mu ’atwo po nocnych wyczynach. Polowanie na robota, kt˘re urz†dzili w ogromnym, zapuszczonym ogrodzie otaczaj†cym will‘ by’o naprawd‘ urocze, a potem by’o jeszcze lepiej. Nie budz†c kobiety umy’ si‘ i za’o§y’ mundur i swoje nieprzepisowe buty. Do stroju doda’ jeszcze wojskowy p’aszcz z wysokim ko’nierzem, a czapk‘ naci†gn†’ g’‘boko na oczy. Nie umia’ powiedzie, dlaczego akurat dzisiaj nie ma ochoty k’u ludzi w oczy swoj† twarz†. Podr˘§ do Centrum Dowodzenia Floty Kosmicznej zaj‘’a mu dwadziežcia pi‘ minut, bo pomimo wczesnej pory ruch by’ dož du§y. Po drodze min†’ dwa swoje pomniki. Jakož pod §adnym nie zauwa§y’ choby kilku kwiatk˘w. Ludzie szybko zapominaj† o swoich bohaterach, o ile ich akurat nie potrzebuj†. Centrum powsta’o jeszcze podczas wojny i prawie w ca’ožci znajdowa’o si‘ pod ziemi†. Nigdy nie m˘g’ zrozumie dlaczego korytarze wewn†trz kompleksu s† tak w†skie i nisko sklepione. Stwierdzenie, §e nie przepada’ za ciasnymi pomieszczeniami nie oddaje chyba w pe’ni jego awersji. Dogada’ si‘ ze znajomym admira’em i rozpocz†’ wyszukiwanie odpowiedniej jednostki. Nie m˘g’ tego zrobi z w’asnego terminalu, poniewa§ flota mia’a osobny komputer centralny, z kt˘rym nie mia’ po’†czenia. Po kr˘tkim sortowaniu zdecydowa’ si‘ na niszczyciel klasy Exeter, nosz†cy wdzi‘czn† nazw‘ "Furia". Nie by’ on co prawda tak szybki i dobrze uzbrojony jak przedstawiciele typu Ralari, ale mia’ wi‘ksze ’adownie. I zapewne przestronniejsze korytarze. Mi’ym zaskoczeniem by’o dla niego natrafienie na kr†§ownik "Nadgenera’ Ricker". Porty kosmiczne na Prism mog’y by go przyj† i przez chwil‘ nawet rozwa§a’ taki pomys’, ale nie mia’ dziž nastroju na tego rodzaju rzeczy, a poza tym wola’ nie nadu§ywa zaufania floty zbytni† fanfaronad†. Podzi‘kowa’ admira’owi Slaweemu i postanowi’ uda si‘ do portu kosmicznego w celu osobistej inspekcji i oceny za’ogi. Dolot zabra’ kolejne p˘’ godziny i Ricker zaczyna’ si‘ irytowa. Z punkt˘w teleportacyjnych z zasady nie korzysta’, bo nie mia’ do nich zaufania (bardzo nieprzyjemne wypadki zdarza’y si‘ stosunkowo cz‘sto), a op’aty by’y wysokie nawet dla niego. W porcie Floty Wojennej stwierdz’ karygodne rozpr‘§enie i zanik dyscypliny. Ktokolwiek ucharakteryzowany na niego m˘g’by prawie bez przeszk˘d porusza si‘ gdzie tylko zechcia’. Pok˘j nie s’u§y’ wojskowym, o czym on sam wiedzia’ najlepiej. Buduj†cy by’ przynajmniej fakt, §e w piechocie sytuacja nie by’a jeszcze tak tragiczna. W tej sytuacji pozytywntm rozczarowaniem by’ dla niego doskona’y stan "Furii". Nieznany dow˘dca statku jeszcze wi‘cej zyska’ w jego oczach, kiedy przekona’ si‘, §e za’oga jest karna i wygl†da porz†dnie. Niestety pomyli’ si‘ co do jakožci korytarzy i wola’ nie wyobra§a sobie nawet poruszania si‘ nimi w zbrojach. "Za ma’o mi za to wszytstko p’ac†" - pomyžla’, doskonale zdaj†c sobie spraw‘, §e to nieprawda. Kapitana znalaz’ na mostku. By’a nim kobieta po trzydziestce, o nieokrežlonej fryzurze i nie rzucaj†cej si‘ w oczy twarzy. Pali’a zbyt du§o beznikotynowych papieros˘w, mia’a sk’onnož do przesadnego narzekania i raczej nie by’a lubiana, przez co od razu przypad’a Rickerowi do gustu. Poza tym kobieta, kt˘ra przedstawi’a mu si‘ po prostu jako Jane, by’a jednym z najlepszych nawigator˘w i r˘wnie dobrym dow˘dc† statku. Michael wr˘ci’ do domu podbudowany na duchu. Tylko, §e znowu za du§o myžla’. CEN ***** OFC Prism by’a po’o§ona stosunkowo daleko od Ziemi, wi‘c podr˘§ trwa’a ponad dwa dni. Ricker, w zbroi, ale bez he’mu wyszed’ z wylotu korytarza do hali ’adunkowej. Z jego piersi wyrwa’o si‘ mimowolne westchnienie ulgi. Za moment do’†czy’a do niego drobniejsza posta, tak§e skryta w kombinezonie. Jednak§e nawet gdyby mia’a zakryt† przy’bic† twarz, nikt nie mia’by problemu z odgadni‘ciem to§samožci "cienia Rickera." Pomieszczenie, w kt˘rym si‘ znaleŚli by’o najwi‘ksze na ca’ym statku i s’u§y’o do przechowywania sprz‘tu piechoty pancernej. Sta’y tam mi‘dzy innymi dwa p’askie, czteroko’owe transportery opancerzone Araxx-19, ze z’o§onymi do ty’u wie§ami artyleryjskimi. Najnowsze modele, nie testowane jeszcze w warunkach bojowych. W og˘le ca’e wyposa§enie, od r‘cznych granat˘w, poprzez zbroje a§ do owych pojazd˘w by’o nowego typu. Nadgenera’ wiedzia’, §e Najwy§sze Dow˘dztwo chce w ten spos˘b upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, ale nie protestowa’, bo podczas test˘w wszystko dzia’a’o idealnie. Od grupki ludzi stoj†cych požrodku sali od’†czy’ si‘ kapitan Szubielsky i podszed’ do nowoprzyby’ej pary. - Witam Mike. Dzie¤ dobry pani komandor - zasalutowa’ przepisowo, chocia§ nikt by tego od niego nie wymaga’. Na wielkich naramiennikach skafandra obok dystynkcji kapitana wyrysowane mia’ symbole wszystkich dokonanych likwidacji. Analogiczne cz‘žci nowej zbroi fieldcommandera by’y zupe’nie czyste - nie chcia’o mu si‘ od przerysowywa ca’ej kolekcji ze starej. Zreszt†, jego twarz wystarcza’a za wszystkie symbole. - Czež Zem - odpar’ wskazuj†c na pozosta’ych.- Ci kt˘rych wybra’em? - Oczywižcie. Sam te§ bym tych wzi†’. Mo§e tylko... Nie, o tym p˘Śniej pogadamy. Michael by’ prawie pewien, §e wie o co mu chodzi’o. Pogadaj† potem. Podeszli do pozosta’ych. Oficer kadrowy chcia’ da komend‘ "bacznož", ale prze’o§ony powstrzyma’ go gestem r‘ki. Wiedzia’, §e spodoba si‘ to §o’nierzom. Zawsze cechowa’o go wyrachowanie. Jego oczy mimowolnie spocz‘’y najpierw na jedynej postaci nie okrytej pancerzem. By’ to sardaukar, Erlem. Jak wszyscy przedstawiciele tej fanatycznej formacji odmawia’ noszenia zbroi, uwa§aj†c to za przejaw tch˘rzostwa i braku honoru. Na jego szczup’ej, ascetycznej twarzy gožci’ stale wyraz dumy i pogardy dla wszystkich. Mimo to by’o powszechnie wiadome, §e sardaukarzy nigdy si‘ nie buntowali i absolutnie zawsze wykonywali absolutnie wszystkie rozkazy. Ricker nie lubi’ ich, bo wydawa’o mu si‘, §e ich duma jest dla niego obraŚliwa. Nie wp’ywa’ na to nawet fakt, §e w g’‘bi duszy Erlem zapewne mia’ dla niego przynajmniej cie¤ podziwu. Nast‘pny sta’ Lopar Walbred, m‘§czyzna w žrednim wieku, o nieco puco’owatej, jowialnej twarzy. Patrz†c na niego trudno by’o by si‘ domyžli, §e jest jednym z najlepszych pirotechnik˘w i saper˘w w piechocie pancernej. Kolejne oblicze nie nale§a’o do cz’owieka, a jego w’ažciciel, nosz†cy dziwaczn†, nieludzk† zbroj‘ sta’ w sporym odst‘pie od innych. Osadzone g’‘boko, pod grubymi ’ukami brwiowymi oczka žwidrowa’y wszystko z niezwyk’† przenikliwožci†, a otaczaj†ce wstr‘tny aparat g‘bowy k’y porusza’y si‘ mimowolnie. Stworzenie to, nie znaj†ce zupe’nie poj‘cia litožci, nale§a’o do rasy Peliarczyk˘w, pomimo humanoidalnej postawy nazywanych paj‘czakami, w’ažnie ze wzgl‘du na budow‘ §uchwy. Na imi‘ mia’ Rakkan Gahlad Kahhet, ale dla wygody wszyscy m˘wili na niego Rak. - Watsa kan gerte obana, Rak? - zapyta’ w warcz†cym j‘zyku Ricker podchodz†c do niego. - Lepa rotta sweya - wyduka’ tamten, r˘wnie zdziwiony jak reszta oddzia’u, a jego szcz‘koczu’ki u’o§y’y si‘ w což, co by’o Peliarskim užmiechem. Paj‘czaki rozumowa’y nieco inaczej od ludzi i nigdy nie mo§na im by’o ufa do ko¤ca, ale Mike by’ przekonany, §e ma nowego poplecznika. J‘zykiem, kt˘rego u§y’, w’ada’o bardzo niewielu ludzi, a prawie nikt bez modulatora dzwi‘k˘w. Nast‘pne w szeregu by’y dwa androidy, modele A i B, Ast i Biston. Zewn‘trznie r˘§ni’y si‘ od siebie dož znacznie, pierwszy by’ ni§szy, o twarzy bardziej p’askiej i okr†g’ej, drugi szczuplejszy i wy§szy, o poci†g’ych, ostrych rysach. Nadgenera’ w’†czy’ je w sk’ad grupy g’˘wnie z powodu doskona’ego opanowania przez nie arkan˘w prowadzenia Araxx˘w, co nie nale§a’o do rzeczy ’atwych. Opr˘cz tego byli niezast†pieni przy konserwacji sprz‘tu i wszelkiego rodzaju pracach technicznych i elektronicznych. Ostatni sta’ William Hanbow, jeszcze prawie dziecko, bez sta§u bojowego. C˘§ wi‘c sprawi’o, §e dosta’ si‘ do oddzialu specjalnego? Ot˘§ by’ on niezaprzeczalnie geniuszem w sprawach ’†cznožci i komputer˘w, co uzupe’nia’o pozosta’e braki. Bystre oczy nadgenera’ dostrzeg’y spojrzenie, jakie ch’opak rzuci’ Kriss. A by’ on cz’owiekiem pami‘tliwym. - Panowie - zacz†’ Ricker staj†c przed frontem grupy. - Nie b‘d‘ si‘ przedstawia’, bo to chyba zb‘dne. Wy te§ nie musicie - znam doskonale wasze nazwiska i dane osobowe. Nie wiem czy czujecie si‘ zaszczyceni udzia’em w tej misji i nic mnie to nie obchodzi, ale wiedzcie, §e stara’em si‘ wybra najlepszych. Paj‘czak przechyli’ ’eb i dostroi’ przenožny translator. - Ježli postaracie si‘ §ebym nie zmieni’ o was zdania, to korzyžci wyra§† si‘ w bardzo wymiernych jednostkach - kilku si‘ užmiechn‘’o. - Co do celu misji, to wszystko objažni wam kapitan Zem. M˘j czas jest dosy drogi. To wszystko. Kriss ros’a w dum‘. Uwielbia’a, kiedy by’ w’ažnie taki. - Panowie, prosz‘ ze mn† do pokoju odpraw - zakomenderowa’ Szubielsky. Gdy odchodzili, paj‘czak zatrzyma’ si‘ na chwil‘ przy dow˘dcy. - Lona waela kem tote misha - powiedzia’ zanim odszed’ dalej. "Wiem - pomyžla’ Mike z niemi’ym užmiechem na ustach - wiem, §e ty o swoje korzyžci zatroszczysz si‘ sam. I nie mam zamiaru ci w tym przeszkadza. Chyba, §e stacisz umiar, drapie§co." Kriss r˘wnie§ zabra’a si‘ na odpraw‘, chc†c zapewne przyjrze si‘ ludziom i wychwyci ich ewentualne s’abe punkty, wi‘c zosta’ sam. "Co teraz?" - zastanowi’ si‘. Spraw‘ Schmidta za’atwili jeszcze przed odlotem i nie bardzo mia’ ochot‘ z nim rozmawia, §eby unikn† podzi‘kowa¤ lub, co gorsza, zwierze¤. Zna’ przecie§ Maggie dosy dobrze i nawet j† lubi’. "Pogadam z Beefeem" - stwierdzi’ i skierowa’ si‘ do wyjžcia. Dopiero w tej chwili zauwa§y’, §e o framug‘ stoi oparta kapitan statku z nieod’†cznym papierosem w ustach, ubrana w szary kombinezon i niewiele r˘§ni†c† si‘ od niego kolorem kamizelk‘ z niezliczon† iložci† kieszeni. Podszed’ do niej z ’oskotem pancerza. - Nie za ciep’o panu w tym ubranku? - zapyta’a cz‘stuj†c go papierosem. Pokr‘ci’ odmownie g’ow† i z niewielkiego przybornika, kt˘ry otworzy’ w metalowym mankiecie wydoby’ zgrabn† fajeczk‘. Przypali’ od jej §aru i wci†gn†’ wonny dym. - Kombinezon ma nastawn† klimatyzacj‘. Gdybym zechcia’, m˘g’bym teraz marzn†. Przysiedli na rampie wy’adowczej, obok krocz†cych podnožnik˘w hydraulicznych. Opancerzona maszyna do zabijania i szara kobietka. Nie wiadomo dlaczego poczu’ nagle, §e jest to jedna z tych chwil, kt˘re ju§ zawsze pami‘ta si‘ jako przyjemne, do kt˘rych t‘skni si‘ w czasie smutku lub samotnožci. By’o cicho. Gdziež pomi‘dzy kratownicami kapa’a woda z instalacji ch’odz†cej. Zapatrzy’ si‘ w b’yskaj†cy czerwieni† koniec jej papierosa. To przypomnia’o mu innego palacza. Znowu zacz‘’o go nachodzi. - Niech mi pan jednak wyt’umaczy, panie nadgenerale - odezwa’a si‘ - dlaczego §yczy pan sobie, §eby wszyscy pa¤scy ludzie chodzili w skafandrach. Czy to jakiž przepis? - Nie - zaprzeczy’. - Uwa§am, §e to przygotowuje ich psychicznie do walki. Przypomina, §e s† §o’nierzami, §e czeka ich b˘j na žmier i §ycie. Poza tym, ka§dy cz’onek Piechoty Pancernej powinien by z§yty ze swoj† zbroj†. - Tak jak ja z "Furi†". - Jeszcze bardziej. Cisza zn˘w wdar’a si‘ do wielkiej hali. - Widzia’am, jak rozmawia’ pan z tym potworem w jego w’asnym j‘zyku. Kiedy przechodzi’ ko’o mnie... On budzi we mnie odraz‘. - Tak jak ja? Zdziwienie i zrozumienie niezr‘cznej sytuacji wyp’yn‘’y na twarz kobiety. - Ale§ sk†d. Nie. Dlaczego?... Ricker wiedzia’, §e zagra’ troch‘ za ostro, ale by’o mu przykro s’ucha takich s’˘w o paj‘czaku, z kt˘rym czu’ duchow† jednož. - Ja te§ chyba nie wygl†dam naj’adniej - obstawa’ - Nie chcia’am pana urazi, naprawd‘ nie mia’am nic takiego na myžli - s’ycha by’o, §e jest jej bardzo przykro. Wtedy poczu’ wstr‘t do samego siebie. "Dlaczego tak si‘ nad ni† zn‘cam? Jestem žmieciem." - Niech pani o tym zapomni, nie mam §alu. To wszystko moja wina. Zrobi’o si‘ milej. - Wie pan, Ricker, zawsze chcia’am spotka kogož takiego jak pan. Prawdziwego zawodowca. - Doprawdy? - Tak. Nie ka§dy mo§e sobie tak porozmawia z prawdziwym bohaterem. O ironio! Jak on nienawidzi’ tego wyrazu. Szczeg˘lnie w odniesieniu do siebie. - Tutaj ma ich pani ca’† galeri‘ - podsumowa’ bez z’ožliwožci. - Ježli chce pani wiedzie, to jestem bardzo zadowolony, §e to w’ažnie tym statkiem pod takim dow˘dztwem lec‘ na t† akcj‘. Zna’em wielu kapitan˘w, ale §aden nie by’ taki sympatyczny - doda’ na zako¤czenie rozmowy. - Przewa§nie ludzie maj† o mnie inne zdanie. "O mnie r˘wnie§." CEN ***** OFC Do kajuty Beefeego wszed’ siny i spocony. Klaustrofobia m‘czy’a go coraz bardziej i z ulg† powita’ nieco wi‘ksz† przestrze¤. Z cichym westchnieniem pad’ na stalowy fotel, kt˘ry a§ j‘kn†’ pod pot‘§nym ci‘§arem. "Furia" wozi’a ju§ przedtem piechot‘ pancern† i takich ciekawych mebelk˘w nie trzeba by’o specjalnie sprowadza przed tym rejsem. Spojrza’ na kolorowe s’upki przesuwaj†ce si‘ po ekranie przenožnego komputera muzyka. Dostrzeg’szy to, Beefee pužci’ melodi‘ g’ožniej. Nadgenera’ uda’, §e nie widzi zdj‘tych rekawic przyjaciela i zas’ucha’ si‘ w niedoko¤czony utw˘r. Idealnie pasowa’ do nastroju chwili. - œadne - oceni’ szczerze po chwili. - Jak to nazwiesz? - Two days on "Fury". "No w’ažnie! On jest naprawd‘ zdolny." - Klimat utworu zosta’ wyjažniony. - "On pisze t† melodi‘, §eby zapomnie. Co ja mog‘ w tym celu uczyni? Jestem skazany na swoje myžli. I nie ma s†du, kt˘ry m˘g’by mnie uniewinni." - I co? Naprawd‘ ci si‘ podoba? - Acer stara’ si‘ przerwa niezr‘czn† cisz‘. - Tak. Wiesz dobrze, §e z tob† zawsze jestem szczery. "Z tob† tak. Chocia§ nigdy nie m˘wi‘ niczego wprost." - Widza’ež ludzi? - zmieni’ temat kompozytor. - Tak. - Jacy s†? - Beefee zorientowa’ si‘, §e pytanie jest g’upie dopiero kiedy je zada’. Ricker zawsze mia’ najlepszych. - Tacy jak zawsze - pad’a odpowiedŚ, oczywista dla nich obydwu. - Jest jeden paj‘czak, nie przestrasz si‘. Muzyk wiele w §yciu widzia’, ale wydawa’ si‘ nieco zaszokowany. - Paj‘czak? Wiesz przecie§... Rozmow‘ przerwa’o pukanie do drzwi. R‘k† w zbroi, jak od razu zauwa§yli. - Prosz‘ - odezwa’ si‘ lokator kabiny. W wejžciu pojawi’a si‘ g’owa Szubielskyego. - Jest u pana mo§e... - zacz†’. - Jestem. WejdŚ, Zem. Ju§ sko¤czyližcie? Kajuta nie by’a przeznaczona dla trzech §o’nierzy w zbrojach, ale gož jakož si‘ zmiežci’. Wygl†da’ na zak’opotanego. - Michael, mia’em z tob† pogada... Ricker przypomnia’ sobie, co niedawno myžla’ o swojej szczerožci. - Mo§emy rozmawia tutaj. Acer zaj†’ si‘ swoim komputerem, ale nie m˘g’ nie s’ucha. - Widzisz - zacz†’ Szubielsky. - Chodzi o to, §e požr˘d kart, kt˘re ci dostarczy’em... - Fieldcommander z trudem powstrzymywa’ zgryŚliwy užmiech. To by’o to, o czym myžla’. - Wi‘c tam by’a co najmniej jedna kobieta przewy§szaj†ca umiej‘tnožciami w prowadzeniu transportera androidy. W dodatku mia’a wi‘kszy sta§ bojowy. Dlaczego jej nie wybra’ež? Beefee poczu’ si‘ nieswojo. Nie przypuszcza’, §e rozmowa przybierze a§ taki obr˘t. Jednak z drugiej strony, strasznie by’ ciekaw jej dalszego ci†gu. W sumie niewiele wiedzia’ o Mike'u. Ricker spojrza’ Szubielskyemu prosto w oczy. - A czemu o to pytasz, Zem? - powiedzia’ pozbawionym emocji g’osem. Tamten zmiesza’ si‘ jeszcze bardziej. - Po prostu chcia’em wiedzie. - A wi‘c kierowa’o tob† zwyk’e wžcibstwo. Pozwolisz, §e w tej sytuacji nie udziel‘ ci odpowiedzi. Beefee a§ si‘ zdziwi’, jak dow˘dca to zr‘cznie rozegra’. Wiedzia’, §e nie b‘dzie w stanie oprze si‘ pokusie zadania mu tego samego pytania, kiedy b‘d† sam na sam. Podžwiadomie czu’, §e otrzyma odpowiedŚ. Chocia§ z pewnožci† nie wprost. CEN ***** OFC Ricker wyszed’ od kompozytora w jeszcze podlejszym nastroju. §a’owa’, po raz niewiadomo kt˘ry, §e nie mog† si‘ razem upi. Zreszt†, podr˘§ powoli dobiega’a ko¤ca. Nie mia’ ochoty na towarzystwo, tote§ znowu skierowa’ si‘ do hali towarowej. Dopiero po chwili zda’ sobie spraw‘ z tego, §e ma nadziej‘ spotka tam Jane. A nie mia’ przecie§ ochoty widzie kogož innego. P’yn†ce z tego faktu wnioski do reszty go dobi’y. Jak on nie nawidzi’ prawdy! Poczu’ si‘ osaczony, zamkni‘ty w pu’apce bez wyjžcia. Przem˘g’ ch‘ ukl‘kni‘cia na pod’odze i opar’ si‘ o žcian‘. Což go d’awi’o, žciska’o za gard’o. Z jego ust wydoby’ si‘ charkotliwy odg’os pe’en rozpaczy. Dr§†c† r‘k† si‘gn†’ do ty’u i wydoby’ przytwierdzony dot†d do bocznej žcianki plecaka karabin Mk-2. Sprawdzi’ elektroniczny czytnik za’adowania. 30 naboi. Spojrza’ w luf‘ - wydawa’o mu si‘, §e mo§e dostrzec nab˘j spoczywaj†cy w komorze na jej przeciwnym ko¤cu. Delikatnie pog’adzi’ spust. Pokusa by’a tak wielka... Pomyžla’ o Kriss i cofn†’ d’o¤. Kolejny raz. Ale nigdy nie by’ tak blisko. A§ drgn†’, gdy zawy’y syreny alarmowe. Ul§y’o mu troch‘, kiedy zorientowa’ si‘, §e to sygna’ zagro§enia, a nie uszkodzenia statku. Tak szybko, jak tylko pozwala’y zbroja i w†skie przejžcia, pogna’ na stanowisko dowodzenia. Kiedy wpad’ na mostek, Kriss ju§ tam by’a. - Dwa myžliwce zbli§aj† si‘ od strony Prism - zameldowa’a, uprzedzaj†c pytanie. Dostrzeg’ nijak† fryzur‘ kapitana, wystaj†c† zza oparcia fotela na obstawionym niewiarygodn† iložci† sprz‘tu punkcie nawigatorskim. - Jakie to s† maszyny i jak daleko si‘ znajduj†? - chcia’ wiedzie wszystko dok’adnie. - To prawdopodobnie Kranty. S† ponad 87 kam˘w od nas, ’apiemy je dopiero skanerami du§ej mocy. Oni prawdopodobnie r˘wnie§ takie maj† - odpar’a rzeczowo Jane. Na mostek wbiegli Schmidt i Beefee. Kriss szybko wyjažnia’a im sytuacj‘. "Obydwie. Tak r˘§ne od siebie. §eby tylko one dwie..." - pomyžla’ Ricker, nagle nie wiadomo czemu szczery z samym sob†. Zrozumia’, §e dekoncentruje si‘ w najmniej odpowiednim momencie i zgrzytn†’ z‘bami ze z’ožci. - Macie tu dwa Rapiery, prawda? - ponownie zwr˘ci’ si‘ do Jane. - Tak - potwierdzi’a, wypuszczaj†c k’†b dymu, momentalnie poch’oni‘ty przez wywietrznik. - S† w dokach startowych na rufie. Odwr˘ci’ si‘ w stron‘ oficer˘w. - S’ysza’ež, Beefee? Lecisz ze mn†. - Tak jest. Schmidt si‘ oburzy’. By’ pilotem wcale nie gorszym od Acera. - Chwileczk‘, dlaczego nie weŚmiesz mnie? - Bo nie chc‘ potem do ko¤ca akcji wys’uchiwa pretensji, jakie to ci przydzieli’em niewdzi‘czne zadanie - uci†’ zdenerwowany Michael. Stwierdzi’, §e coraz cz‘žciej p‘ka ochronna pow’oka, kt˘r† si‘ otoczy’. B‘dzie musia’ nad sob† popracowa. Kiedy wychodzili, Kriss zaborczym ruchem przyci†gn‘’a go do siebie i poca’owala w usta. - Uwa§aj na siebie. Jak§e by mog’o by inaczej. CEN ***** OFC Siedzia’ w mi‘kkim fotelu Rapiera, z he’mem zapi‘tym szczelnie na g’owie. Kontrolowa’ wszystkie systemy. Wiedzia’, §e w drugim doku Beefee robi to samo. Uj†’ w d’o¤ dr†§ek sterowy. Teraz pozosta’o tylko czeka. Czekanie by’o zawsze d’u§sze ni§ b˘j. Zna’ to na pami‘. By’ expertem w ka§dej dziedzinie zabijania. Myžla’ o walce i czu’, jak budzi si‘ w nim od dawna užpiona bestia. W s’uchawkach zabrzmia’ g’os Jane: - Ju§ s†! - Zaczynaj Beefee - powiedzia’ do komunikatora dziwnie spokojnym tonem. Pojazd kompozytora przemkn†’ przed otwartym lukiem w kt˘rym sta’ myžliwiec Rickera w tej samej chwili, w kt˘rej o pot‘§ny pancerz niszczyciela zadudni’y pierwsze energetyczne pociski. Acer poderwa’ swoj† maszyn‘ ostr† žwiec† i na pe’nej pr‘dkožci wyprysn†’ nad kad’ub "Furii". Od razu dostrzeg’ nieprzyjaci˘’, szykuj†cych si‘ do ponownego ataku. Stanowiska ogniowe niszczyciela prowdzi’y do nich chaotyczny ogie¤. W’†czy’ dopalacz i przemkn†’ ponad kabinami wrogich myžliwc˘w. Nie mogli go nie zauwa§y. Z wyciem silnik˘w ruszyli w pogo¤. Teraz zaczyna’a si‘ najniebezpieczniejsza cz‘ž jego zadania. Rapier by’ szybszy od Krant˘w, nie najnowszego ju§ modelu, u§ywanego niegdyž przez lotnictwo Wszechkorporacji. M˘g’ bez trudu zostawi ich w tyle. Nie o to jednak chodzi’o... Laserowe pociski zacz‘’y przelatywa obok myžliwca Beefeego i niszczy tyln† os’on‘. Wykona’ kilka unik˘w, ca’y czas pozostaj†c jednak przed dziobami Krant˘w. "Co jest?" - ogarn†’ go niepok˘j, kiedy spojrza’ na wykres os’ony energetycznej. - "On chyba troch‘ przesadza!" Ricker wyr˘wna’ lot. Popatrzy’ na sylwetk‘ Kranta idealnie wype’niaj†c† celownik i przestawi’ systemy uzbrojenia na salw‘ pe’n† moc†. Z tej odleg’ožci trafia’ zawsze. "Trzeba by’o ogl†da si‘ za plecy, lamerze" - pomyžla’ z zimnym užmiechem i nacisn†’ spust. Beefee us’ysza’ huk eksplozji i odwroci’ si‘ do ty’u. Po jednym myžliwcu wroga zosta’a tylko ognista kula i rozlatuj†ce si‘ we wszystkie strony od’amki. Drugi zadar’ nos do g˘ry i ratowa’ si‘ ucieczk†. Korzystaj†c z okazji, Acer pogna’ za nim, posy’aj†c w jego os’ony kolejne salwy energetyczne. Ricker obejrza’ stan pozosta’ego nieprzyjaciela na skanerze i skin†’ g’ow†. Wr˘g by’ ju§ pozbawiony os’on i mia’ mocno uszkodzony kad’ub. Spojrza’ w stron‘ "Furii". Przez chwil‘ wydawa’o mu si‘, §e widzi twarze obserwator˘w stoj†cych na mostku. Krant nadlatywa’ w jego stron‘. Pole si’owe Rapiera by’o na maximum. Nadgenera’ pchn†’ dzwigni‘ mocy silnik˘w do oporu i wycelowa’ dziobem w uszkodzony myžliwiec wroga. "Wytrzymam". Pojazdy zderzy’y si‘ w chwil‘ p˘Śniej. Rickera na chwil‘ ožlepi’ bia’o-§˘’ty b’ysk, a jego Rapier gwa’townie wykona’ kilka fiko’k˘w. A potem nast†pi’a cisza, przerywana tylko brz‘czeniem spalonych uk’ad˘w. - Zwariowa’ež?! - us’ysza’ w s’uchawkach roztrz‘siony g’os Beefeego. - Ty z ca’† pewnožci† zwariowa’ež! Czemu to zrobi’ež? No czemu?! O dziwo dow˘dca by’ ca’kiem spokojny. - Ąebyž nie mia’ pretensji, §e ryzykowa’ež wi‘cej ode mnie - odpar’ pogodnie. CEN ***** OFC Na l†dowisku zgromadzili si‘ wszyscy piechociarze i prawie ca’a za’oga. Kiedy wysiada’ z poobijanej kabiny, Rickerowi by’o przykro, §e wszyscy patrzyli tylko na niego. W chwili gdy otoczy’y go podekscytowane twarze, nie wytrzyma’ i przwie krzykn†’: - Nie gapcie si‘ na mnie jak na jakiegož pierdolonego bohatera - wskaza’ r‘k† na Beefeego. - To nie ja lata’em z tamtymi dwoma na ogonie! Wypad’o ostrzej ni§ by chcia’. Rozst†pili si‘ na boki, robi†c mu przejžcie. Spojrza’ w oczy Shmidtowi. - Teraz rozumiesz? Robert spužci’ oczy. Fieldcommander popatrzy’ na sardaukara. - Czy to odpowiada’o twojemu poj‘ciu bohaterstwa? - Myli’em si‘ - wydusi’ Erlem przez žcižni‘te gard’o. Nie musia’ nic wi‘cej dodawa. Do Michaela podesz’a Kriss, powa§na i zatroskana. - Nie musia’ež tego robi, §eby mi zaimpomowa - powiedzia’a. A on dostrzeg’ Jane, siedz†c† na jakiejž beczce i patrz†c† przed siebie szklistym wzrokiem. Z papierosa zwisa’a d’uga rurka popio’u. "To nie ty, Kriss - pomyžla’ - chcia’až zobaczy prawdziwego bohatera w akcji." Chwyci’ si‘ obur†cz za g’ow‘ i z gard’owym rykiem (kt˘ry zwr˘ci’ uwag‘ wszystkich, a Peliarczyka najbardziej), rzuci’ si‘ na ožlep ku wyjžciu. Kriss pobieg’a za nim. CEN ***** OFC Znalaz’a go po pi‘ciu minutach w ich kajucie, miotaj†cego si‘ po ca’ym pokoju z m‘tnymi oczami i t’uk†cego pi‘žciami w žciany. Szybko zamkn‘’a drzwi i zd†§y’a zapobiec rzutowi telewizorem. Prawie si’† posadzi’a go na stalowym ’˘§ku. Trz†s’ si‘ ca’y i spazmatycznie ’apa’ powietrze. - Ju§ dobrze - przem˘wi’a. - Zaraz ci przejdzie. Myžla’a, §e wie o co mu chodzi, §e to to samo, co zawsze. Poniek†d mia’a racj‘. - Em ohtaa nej tschita - zacz†’ i po chwili nieco si‘ opanowawszy wyj‘cza’ po ludzku. - Pom˘§ mi Kriss! Pom˘§ mi!... - Po’o§y’ g’ow‘ na jej opancerzonych kolanach. Chcia’ zap’aka, tak strasznie chcia’ zap’aka! Pog’adzi’a go delikatnie po kr˘tkich w’osach i poca’owa’a w sztuczny policzek. Znowu, w jednej z tych chwil, kiedy nie potrafi’ uciec przed prawd†, stan‘’y mu przed oczami. Wszystkie. Ten, kto ma w sercu zbyt wiele nienawižci, mi’ožci ma w nim r˘wnie§ zbyt wiele. Rzeka p’ynie najszybciej, kiedy zrywa tamy. Jeszcze mocniej przytuli’ si‘ do Kriss. "Co ona zawini’a? B‘d‘ musia’ walczy. W’ažnie ze wzgl‘du na ni†. Tylko jak d’ugo mo§na toczy bitw‘ z samym sob†? I czy w takiej walce mo§na odniež zwyci‘stwo? Ta akcja b‘dzie pierwsz†, podczas kt˘rej b‘d‘ walczy’ podw˘jnie. O kogo mam si‘ oprze?" - Pom˘§ mi Kriss - wyszepta’ jeszcze raz. - Pom˘§ mi tak, jak tylko mo§esz... CEN ***** OFC L†dowanie w porcie kolonii karnej odby’o si‘ bez przeszk˘d i wkr˘tce dwa opancerzone transportery by’y gotowe do wyjazdu. Przygotowania do bitwy, zapach sprz‘tu i ludzkiego podniecenia pomog’y si‘ uspokoi Rickerowi. Siedzia’ w’ažnie na stanowisku dow˘dcy w jednym z Araxx˘w i dogl†da’ ko¤cowych przygotowa¤, kiedy podszed’ do niego William. Zasalutowa’ przepisowo, czym troch‘ zyska’ w oczach dow˘dcy, b‘d†cego w gruncie rzeczy s’u§bist†. - O co chodzi, Hanbow? - Ja... - ch’opak zmiesza’ si‘ ostrym tonem prze’o§onego. - Czy jest tu gdziež ksi†dz, panie nadgenerale? - Ksi†dz? - zainteresowa’ si‘ nagle Mike. - A po co ci ksi†dz? William patrzy’ na czubki pancernych but˘w. - Chcia’bym si‘ wyspowiada. Ricker omal nie rykn†’ grubia¤skim žmiechem. Powstrzyma’ si‘ jednak i zamyžlony odpowiedzia’ nadspodziewanie powa§nie: - Ty jeszcze nie masz si‘ z czego spowiada. Odmaszerowa. William zrobi’ w ty’ zwrot i odszed’ pos’usznie. Dziesi‘ minut p˘Śniej Ricker sko¤czy’ ostatni† zbi˘rk‘. Ąo’nierze rozchodzili si‘ do przydzielonych maszyn. Wyda’ rozkazy Szubielskyemu, kt˘ry dowodzi’ drugim transporterem i podszed’ do za’ogi niszczyciela, §eby si‘ po§egna. Užcisn†’ d’onie wszystkim oficerom i podzi‘kowa’ reszcie w imieniu ca’ego oddzia’u. Rozeszli si‘ i zosta’a tylko Jane. Zapali’a papierosa. - Czas si‘ po§egna, pani kapitan. - B‘dziemy przecie§ jeszcze wraca - dos’ysza’ w jej g’osie nutki rozpaczy. - Oczywižcie, b‘dziemy - doda’ szybko. "Zapewne." - Wi‘c do zobaczenia. - Na razie - zako¤czy’, sil†c si‘ na užmiech. Patrzy’a na jego plecy, kiedy odchodzi’ w stron‘ przycupni‘tego cielska Araxxa-19. "Do zobaczenia, m˘j bohaterze. Musz‘ troch‘ przystopowa z paleniem. Od tego dymu ’zawi† mi oczy." CEN ***** OFC Przysadziste transportery dož szybko posuwa’y si‘ biegn†c† pomi‘dzy ska’ami, betonow† drog†. Wygl†da’a na od dawna nie u§ywan†. W jad†cym przodem Araxxie nr 2 bezustannie pracowa’ dalekosi‘§ny wykrywacz min. G’upot† ze strony przeciwnika by’oby pozostawienie nie zaminowanej g’˘wnej (a zarazem jedynej) drogi dojazdowej do ich siedziby. A jednak czytniki elektromagnetyczne milcza’y. Czy§by tamci wiedzieli, jakim sprz‘tem b‘dzie dysponowa oddzia’? Takie i podobne pytania nie dawa’y spokoju jad†cemu w tylnym pojeŚdzie dow˘dcy. Ca’e szcz‘žcie, §e odwraca’o to jego myžli od innych, o wiele boležniejszych temat˘w. "W’ažciwie, to ju§ trzecia niespodzianka. Což mi si‘ wydaje, §e sprawa zaczyna cuchn†. Mia’o wcale nie by myžliwc˘w. To jeszcze mo§na na si’‘ zwali na nieudolnož wywiadu. Ale te dwa Kranty wyraŚnie wylecia’y nam na przeciw. Na tym ich budyneczku nie widzia’em radar˘w o mocy potrzebnej, §eby nas wykry. Mo§e zainstalowali je po przelocie szpiega?" Wyjrza’ na zewn†trz przez okienko ze stali krystalicznej. Faktycznie, m˘g’by polubi t† planet‘. Bezustanny, niezmordowany wiatr gna’ w wiecznym p˘’mroku k’‘by sinych chmur. Przypomina’o mu to jakiž dzie¤, ale nie potrafi’ konkretnie okrežli jaki. Pojazdy wje§dza’y w p’ytk† dolink‘, po’o§on† prawie na przedpolach celu. "Jak szybko zlecia’o. I ci†gle §adnych min. Dlaczego? To, §e nie maj† dobrych pilot˘w, nie oznacza jeszcze, §e wszyscy s† g’upcami. Czy§by szykowali což innego? Ale co?" Przez wycie wichury przedar’ si‘ odg’os dziwnej, jakby podw˘jnej eksplozji. Ricker obr˘ci’ si‘ do przedniego okna i w’osy zje§y’y mu si‘ ze zgrozy. Araxx nr 1 bucha’ p’omieniami i g‘stym, czarnym dymem. Z tej pozycji trudno by’o oceni uszkodzenia, ale wydawa’o si‘, §e zniszczeniu uleg’a przednia cz‘ž wehiku’u. - Ruch na ska’ach w kratce 12 - zameldowa’ Biston, kieruj†cy dw˘jk†. Kriss ju§ by’a na stanowisku kontroli ognia, a wie§a od dawna spoczywa’a w pozycji bojowej. W szk’ach okularu celownika uchwyci’a sylwetk‘ cz’owieka w zbroi starego typu, usi’uj†c† skry si‘ pomi‘dzy g’azami. Machinalnie pos’a’a tam seri‘ pocisk˘w energetycznych du§ej mocy. W iskrach i p’omieniach wy’adowania wylecia’y spoza ska’ szcz†tki dw˘ch przeciwnik˘w. W dali widoczna ju§ by’a kopu’a bunkra, ale obecnie transporter nie m˘g’ ryzykowa posuwania si‘ do przodu. Michael w’ažnie chcia’ wyda rozkaz odwrotu, gdy otworzy’a si‘ tylna rampa uszkodzonego pojazdu, a z wygl†daj†cego jak miniaturka piek’a wn‘trza wybieg’y dwie postacie. Biston manewrowa’ maszyn† tak, §eby ustawi si‘ do nich najw‘§szym wejžciem. Pierwszym, kt˘ry wpad’ do ocala’ego Araxxa by’ Beefee. Lew† rek‘ mia’ oderwan† w stawie ramieniowym, chocia§ kikut wci†§ ochrania’ wielki naramiennik. - P˘’ biedy, ta by’a sztuczna - wysapa’ w odpowiedzi na pytaj†ce spojrzenia. - Ale i tak boli jak kurwa! - Autodok ju§ si‘ tym zajmuje - rzuci’a kobieta ze swojego stanowiska. Drugi by’ Schmidt. Ca’† drog‘ dziel†c† transportery dar’ si‘ jak op‘tany, a mia’ ku temu powody. Prawy r‘kaw zbroi p’on†’ jak pochodnia. Kiedy tylko dotar’ do jedynki (czyli bardzo szybko), Erlem z Beefeem st’umili p’omienie gažnic† gazow†. Ko’o Araxxa nast†pi’y dwa prawie r˘wnoczesne wybuchy pocisk˘w konwencjonalnych o wielkiej sile. Nie wyrz†dzi’y du§ychch szk˘d, ale gdyby trafi’y prosto w cel... - Musimy opužci to miejsce, dow˘dco - powiedzia’ android. - Wycofaj. Kriss miotaj†c szpetne przekle¤stwa kr‘ci’a wie§† na wszystkie strony, ale nie mog’a dostrzec celu. - Rozwal im czujniki! - poleci’ jej Mike. Promienie pomkn‘’y w stron‘ wejžcia do bazy i zmiot’y wszystkie radary, skanery i kamery umieszczone na dachu budowli. Robert uspokoi’ si‘, gdy tylko zgas’y p’omienie. Sardaukar skontrolowa’ system ch’odzenia jego kombinezonu, autodoka i stwierdzi’ z niesmakiem: - Nawet ci nie zd†§y’o sk˘ry przypiec. Schmidt z niedowierzaniem poruszy’ kilka razy rek†. - Ja...ja czu’em b˘l, kiedy na to patrzy’em! - Autosugestia - skwitowa’ Beefee. - Te kaftaniki s† naprawd‘ niez’e. Niestety maj† s’abe punkty, czego jestem §ywym dowodem. I tak nieŚle, §e §ywym. Zatrzymali si‘ w bezpiecznej odleg’ožci, požr˘d oszlifowanych wiatrem kamieni. Kriss i Erlem wyszli na zewn†trz i zacz‘li pe’ni wart‘. Ricker zwr˘ci’ si‘ do poszkodowanych: - Opowiedzcie mi dok’adnie, co si‘ tam sta’o. - Nie bardzo jest co - odpar’ lakonicznie muzyk. - Hukn‘’o, b’ysn‘’o, ktož krzycza’, a ja szuka’em swojej graby. Drugi ocaleniec zažmia’ si‘ g’upkowato. Wci†§ nie m˘g’ si‘ nacieszy, §e wyszed’ bez obra§e¤ z opresji. - Co z Szubielskym, Astem i Walbredem? - kontynuowa’ fieldcommander. Beefee zmarszczy’ czo’o. - Zem siedzia’ obok kierowcy. Obydwaj musi‘li zgin† od eksplozji. Co do Walbreda to nie mam pewnožci, chyba zala’o go p’on†ce paliwo. - Wiecie co was rozpieprzy’o? - A ty wiesz? - Podejrzewam u§ycie ci‘§kich wyrzutni rakietowych. - Ot˘§ to - przytakn†’ Beefee. Schmidt r˘wnie§ pokiwa’ g’ow†. Powoli wraca’ do normy. Michael zastanowi’ si‘, czy ktokolwiek opr˘cz niego zdaje sobie spraw‘ z wymowy fakt˘w. Ježli ktož wali’ z rakiet potrafi†cych zniszczy najnowszy transporter, to musia’ wiedzie czego si‘ spodziewa. Chyba, §e by’ tak ostro§ny, co nie wygl†da’o raczej przekonywuj†co - takie rakietnice by’y bardzo niepor‘czne. Niezprecyzowane podejrzenia Nadgenera’a zaczyna’y nabiera kszta’t˘w. Kszta’t˘w wielkiego, žmierdz†cego g˘wna. CEN ***** OFC Ricker ju§ od p˘’ godziny siedzia’ bez ruchu na jednym z g’az˘w. Powierzchnia ska’y by’a r˘wnie wymowna jak twarz wojskowego, tylko ludzkie oko zdradza’o targaj†ce nim rozterki. Dopiero teraz, w chwili wolnego czasu zacz†’ §a’owa Szubielskyego. Od dawna byli z drobnym kapitanem prawdziwymi przyjaci˘’mi. Mo§e to brzmi pusto, ale tak w’ažnie by’o. Nadgernera’ przy’apa’ si‘ na tym, §e nie mo§e si‘ pogodzi z tym, jak szybko si‘ to sta’o. I jak g’upio. Wiedzia’, §e w gruncie rzeczy ka§da žmier jest taka sama i nie ma mniej lub bardziej bezsensownych. Ale mimo wszystko... "To mog’em by ja" - przemkn‘’o mu przez g’ow‘. Gdyby to jego w˘z bojowy jecha’ pierwszy... Nie bacz†c na niebezpiecze¤stwo i nisk† temperatur‘ odpi†’ he’m. Chcia’ czu wiatr na swojej sk˘rze. Zawsze ekscytowa’o go to dziwne uczucie, kiedy reszta cia’a by’a nadal utrzymywana w swojej sta’ej temperaturze, a g’owa wystawiona na dzia’anie pogody. Podczas wojny ustawicznie si‘ przez to przezi‘bia’. Pomimo zawodzenia wichru us’ysza’ ci‘§kie kroki. - To ja - obwo’a’ si‘ Beefee, nie chc†c ryzykowa nerwowej reakcji faceta z broni†. - Mo§na? - zapyta’ i usiad’ naprzeciwko prze’o§onego. - Jak r‘ka? Ranny užmiechn†’ si‘. - Za pierwszym razem by’o gorzej. Teraz to ju§ §adna frajda. Muzyk straci’ swoje prawdziwe lewe rami‘ kiedy s’u§y’ w 12 Brygadzie, podczas bohaterskiej walki w tunelach zbuntowanych Sectoid˘w, na terenie os’awionej Rajskiej Doliny. - Postawi‘ spraw‘ uczciwie i jasno, Mike. Od razu zaznaczam, §e kieuje mn† zwyk’a, ludzka ciekawož. Mam jedno pytanie. - Wal. Beefee zebra’ si‘ w sobie. Mimo wszystko, obawia’ si‘ troch‘ reakcji. - Dlaczego nie wzi†’ež na akcj‘ §adnej kobiety poza Kriss? Dlaczego nie wzi†’ež tej, o kt˘rej m˘wi’ Szubielsky? Zapytany užmiechn†’ si‘ smutno. - Otrzymasz swoj† odpowiedŚ. A wiedz, §e jest ona bardzo prosta. Nie zabra’em kobiet z tych samych wzgl‘d˘w, z kt˘rych ty byž tego nie zrobi’. Acer nie m˘g’ uwierzy. - Ale ty...ja... Ricker rozežmia’ si‘ cicho. - Tak samo, tak samo. Nie wszystkie ludzkie uczucia s† mi obce. Wiem, §e bardziej podobny jestem do nich - wskaza’ stoj†cego nieruchomo paj‘czaka - ale nawet nie wiesz, ile kosztuje mnie to rozdarcie. Chwil‘ siedzieli w milczeniu, trawi†c zas’yszane zdania. Wreszcie dow˘dca przerwa’ cisz‘. - Ta ca’a akcja zaczyna mi si‘ nie podaba, Acer. Nie mam jednak zamiaru rezygnowa z powodu jednej, drobnej pora§ki. Opracowa’em plan, kt˘ry powinien si‘ powiež. S†dz‘, §e ježli uda nam si‘ przej† inicjatyw‘, to zwyci‘§ymy. Niestety, b‘dzie to wymaga’o pewnych ofiar. Zawo’aj tu sardaukara i paj‘czaka. Kompozytor wykona’ polecenie i pogr†§y’ si‘ w zadumie nad ich osobist† rozmow†. Rozumia’, a przynajmniej wydawa’o mu si‘ §e rozumie. Bo czy§ mo§na zrozumie Rickera, nie b‘d†c nim samym? CEN ***** OFC Transporter wpad’ w dolink‘ na maksymalnej pr‘dkožci i ze zgrzytem k˘’ przemkn†’ obok wraka poprzednika. Zatacza’ si‘ ca’y czas, jakby robi’ uniki lub by’ prowadzony miewprawn† r‘k†. Nic jednak nie mog’o go uratowa. Dwie rakiery ugodzi’y w to samo miejsce kompletnie dewastuj†c frontow† cz‘ž pojazdu i ’ami† ož. Rozpedzony Araxx wyr§n†’ w ska’‘ i stan†’ w p’omieniach. Dwaj opancerzeni m‘§czyŚni, ukryci w "skalnym okopie" i ca’kowicie niewidoczni od strony dna doliny ze žmiechem gratulowali sobie udanych strza’˘w. - To byli g’upcy - podsumowa’ m’odszy. - Ąeby dwa razy pr˘bowa tego samego! Za’adowali ponownie i kolejnymi pociskami dobili wrak. Mieli si‘ przecie§ upewni. Paj‘czak spad’ z g˘ry pomi‘dzy nich jak koszmarny cie¤ i wyl†dowa’ mi‘kko na ugi‘tych nogach. W jego niekszta’tnych szponach b’yszcza’a i warcza’a dziwaczna bro¤, przypominaj†ca dzid‘ o dw˘ch laserowych ostrzach na przeciwleg’ych ko¤cach. Peliarczyk, pomimo zbroi porusza’ si‘ niezwykle szybko i p’ynnie, z nieludzk† gracj†. Nie zd†§yli si‘gn† po reczn† bro¤, on by’ zwinniejszy. M˘g’ ich zabi w mgnieniu oka, ale nie chcia’. Z wpraw† typow† dla swojej rasy myžliwych, b’yskawicznymi ruchami dwusiecznej broni odci†’ im r‘ce. Zbroje nie mog’y ich uchroni przed sta’ymi, skupionymi wi†zkami tn†cymi. Kopniakami powali’ oszala’e z b˘lu i zgrozy ofiary na ziemi‘ i nie mniej w tym momencie szalony od nich zerwa’ z ’ba pod’u§ny kask. Jeszcze d’ugo nie cich’y wycia i b’agania o szybk† žmier. CEN ***** OFC Patrol, z’o§ony z pi‘ciu ludzi w skafandrach pancernych, opužci’ wylot szybu windowego. Przez chwil‘ ogl†dali obraz zniszczenia na dachu bunkra, po czym szybkim krokiem udali si‘ w stron‘ dolinki. Na pobojowisko dotarli po kilku minutach i stan‘li pomi‘dzy wrakami maszyn. Na polecenie dow˘dcy, Othama Rsata, jeden z nich wszed’ do pogruchotanego kad’uba jedynki przez wielk† dziur‘ w poszyciu. Za moment nadzwyczaj szybko wygramoli’ si‘ z powrotem. Na jego twarzy malowa’o si‘ niedowierzanie i kra¤cowe zaskoczenie. - Wewn†trz s† tylko szcz†tki jednego cz’owieka, w dodatku bez zbroi, panie poruczniku - zameldowa’. Rsat zme’’ w ustach przekle¤stwo, kiedy poj†’ co to znaczy. Jego najgorsze podejrzenia potwierdzi’ g’os dobiegaj†cy gdziež z otaczaj†cych to miejsce ska’: - Rzucie wszyscy bro¤, natychmiast! Což mi si‘ wydaje, §e daližcie si‘ zwabi we w’asn† pu’apk‘. Porucznik cisn†’ o ziemi‘ karabin jako pierwszy i rozejrza’ si‘ dooko’a. Nie dojrza’ nikogo. - Nie masz si‘ co wysila, mamy w’†czone maskowanie aktywne - sk’ama’ Ricker. Tamten przesta’ lustrowa wzrokiem otoczenie i wzruszy’ ramionami, co by’o widoczne nawet w zbroi. - Teraz zejdziemy do was - instruowa’ Michael. - Trzymajcie r‘ce z daleka od broni, ježli chcecie jeszcze po§y! Zza kamieni wy’onili si‘ zwyci‘zcy. Na ich widok jeden z pojmanych, najwyraŚniej nieco zbyt porywczy, zchyli’ si‘ po sw˘j M-4000. Ju§ nigdy nie zdo’a’ si‘ wyprostowa - seria pocisk˘w z broni kulowej ’atwo wesz’a w cienkie plecy jego zbroi. Leg’ na karabinie, kt˘ry tak bardzo chcia’ podniež. "NieŚle, Kriss - pomyžla’ Ricker, zszed’szy ju§ na samo dno kotlinki. - " Pierwszy gož zabity z Mk-2." Stan‘li przed ludŚmi w skafandrach starego typu. Biston pozbiera’ rozrzucon† bro¤, z typow† dla android˘w jego typu pedanteri†. - Mo§esz ju§ zejž, Kriss! - zawo’a’ Schmidt. - Jak dla ciebie to "pani komandor Kriss"! - odkrzykn‘’a zbli§aj†c si‘ požpiesznie. Podobnie jak jej kochanek, zawsze by’a w doskona’ym nastroju kiedy brali je¤c˘w. - Z kim mam przyjemnož? - zacz†’ kulturalnie porucznik Otham. Nadgenera’ prawie nie dos’ysza’ tego pytania. Patrzy’ na niego zamglonym wzrokiem. - ˜ci†gn† he’my - rozkaza’. Tamci stali niezdecydowani. - No ju§! - wrzasn‘’a kobieta, a w jej d’oni pojawi’a si‘ r‘kojež szabli žwietlnej. - Czy mo§e mam was o to sama poprosi?! Wi‘Śniowie zaczynali rozumie, w jakiej znaleŚli si‘ sytuacji. Tym razem us’uchali od razu. Schmidt i Beefee wymienili szeptem jakiež uwagi i czekali na což w napi‘ciu. Ricker przywo’a’ gestem d’oni najm’odszego cz’onka swojego oddzia’u, objuczonego sprz‘tem elektronicznym. - Pobierz im skanningi siatk˘wek i wrzu na komputer. Za’o§‘ si‘, §e ci mili panowie s’u§yli kiedyž we Wszechkorporacji. William przeszed’ wzd’u§ szeregu je¤c˘w, przesuwaj†c ka§demu przed oczami czytnik. Mieli jakiež niewyraŚne miny. Poda’ obrazy komputerowi i przez kilkanažcie sekund czeka’ na wynik. Potem podni˘s’ zdziwione spojrzenie znad klawiatury. - Oni wszyscy nale§† do armii, sir. Do naszej armi. Fieldcommandera zatka’o i musia’ si‘ powstrzymywa, §eby nie sapn† tak jak inni. Czegož takiego si‘ nie spodziewa’. - Co mi pan powie na ten temat? - zwr˘ci’ si‘ do porucznika. - Nic ponadto, §e wykonuj‘ jedynie rozkazy swojego bezpožredniego zwierzchnika. - Jego nazwisko? - Musi mi pan uwierzy, §e go nie znam. Ricker westchn†’ i pomyžla’ chwil‘. - Wi‘c dobrze. Ze wzgl‘du na to, §e jakby nie by’o s’u§ymy w jednej armi, pozostawi‘ was chwilowo przy §yciu. Oczekuj‘ jednak daleko posuni‘tej wsp˘’pracy. Rsat skrzywi’ si‘ pogardliwie. - A ježli nie, to co? Nadgenera’ wskaza’ palcem kolejn† posta, dopiero teraz do’†czaj†c† do reszty. Nadchodzi’a z przeciwnej strony, z miejsca, gdzie kiedyž znajdowa’o si‘ stanowisko rakietnic. Powoli wy’oni’a si‘ z p˘’mroku, a porucznik i jego ludzie ujrzeli widok, kt˘ry ju§ na zawsze mia’ pozosta w ich umys’ach. Zbroja paj‘czaka ca’a opleciona by’a ludzkimi wn‘trznožciami i zchlapana p’ynami ustrojowymi. Na napieržniku ko’ysa’ si‘ naszyjnik ze splecionych cienkim drutem d’oni. Potw˘r ni˘s’ he’m w ’apie, wi‘c mogli wyraŚnie zobaczy jego pokrwawione k’y. Willi Hanbow nie wytryma’ tego i zwr˘ci’ w kask. Kriss mia’a ubaw jak rzadko. - Teraz ju§ wiesz, co - powiedzia’a kr‘puj†c r‘ce kolejnego wi‘Śnia chwytnikami elektromagnetycznymi. - Chyba si‘ jakož dogadamy, cz’owieczku - zaszydzi’ Ricker, zimny i cyniczny jak zawsze podczas akcji. Sine wargi Rsata nie wym˘wi’y §adnego s’owa, ale wyraz jego oczu wystarczy’. "Doprawdy, nie rozumiem, dlaczego ludzie tak si‘ boj† Peliarczyk˘w - zdziwi’ si‘ Fieldcommander - ja m˘g’bym mu przecie§ zrobi dok’adnie to samo." Kolumna ruszy’a w stron‘ bunkra. Paj‘czak podszed’ do swojego prze’o§onego, nerwowo poruszaj†c szcz‘koczu’kami. Cuchn†’ jak sama rakarnia, ale nikt nie m˘g’ tego poczu przez filtry he’m˘w. - Im ja kana tewa n'kaba? - spyta’ najbardziej przymilnie jak potrafi’. - Jatuu - us’ysza’ w odpowiedzi. Ten ostatni wyraz znaczy’ po prostu "p˘Śniej". CEN ***** OFC Grube, stalowe drzwi otworzy’y si‘ nadspodziewanie cicho, kiedy Willi wprowadzi’ kod podany przez wzi‘tego do niewoli porucznika. Zamkn‘li je¤c˘w w magazyniku obok wejžcia, bo Ricker wola’ unikn† wybuch˘w patriotyzmu z rodzaju powiadamiania za’ogi o ich obecnožci gromkimi okrzykami. Wiedzia’, §e w tej grze najwa§niejsze jest zaskoczenie. Zasun‘li z powrotem wrota (musia’y mie czujniki) i ostro§nie ruszyli naprz˘d. Dotarli do windy i przez dwie minuty zje§dzali w d˘’. Rzeczywižcie, musia’o by g’‘boko. Pierwszymi napotkanymi przeciwnikami byli trzej §o’nierze stanowi†cy obsad‘ niewielkiego posterunku kontrolnego. Zbyt p˘Śno zorientowali si‘, §e nadchodz†cy ludzie to nie ich koledzy. Podziemia nie by’y bynajmniej zbyt jaskrawo ožwietlone, a nowy typ zbroi w gruncie rzeczy nie tak wiele r˘§ni’ si‘ od poprzedniego. Dw˘ch zabi’ pocisk wybuchowy z dzia’ka automatycznego obs’ugiwanego przez Schmidta, trzeci po trzech trafieniach w bok grubej zbroi z Marseca Bistona osun†’ si‘ martwy na panel sterowniczy. Wszystkiemu przygl†da’a si‘ beznami‘tnie kamera umieszczona pod sufitem. Kriss chca’a j† st’uc, ale dow˘dca j† powstrzyma’. Pchni‘ty podžwiadomym impulsem stan†’ naprzeciw obiektywu. - Ju§ jestem - powiedza’ fa’szywie s’odkim g’osem i kolb† swojego Mk-2 rozbi’ obiektyw. Czu’ §e akcja si‘ rozkr‘ca, §e teraz p˘jdzie z g˘rki. Hanbow pod’†czy’ si‘ do terminala i omin†wszy kilka zabezpiecze¤ wyžwietli’ plan strategiczny bazy. Analizowali go przez chwil‘, po czym dow˘dca powiedzia’: - Podzielimy si‘ na dwie grupy. Beefee, ty weŚmiesz Raka i p˘jdziecie tamt‘dy. Spotykamy si‘ w tym miejscu. Tylko czyžcie dok’adnie, nie chc‘, §eby mi což wylaz’o za plecy. Schmidt w’ažnie mia’ zaoponowa, kiedy což sobie przypomnia’ i zmieni’ zamiar. Rozeszli si‘ w milczeniu. Czy mieli si‘ jeszcze spotka? CEN ***** OFC Schmidt, w ci‘§kiej zbroi (zreszt† tylko Hanbow mia’ l§ejsz†, nr 2) i z dzia’kiem automatycznym zamocowanym na wysi‘gniku u pasa szed’ kilka krok˘w przed innymi. Patrz†c na jego plecy, Ricker zastanawia’ si‘ nad swoim podejžciem do majora. Kiedyž stwierdzi’, §e zbyt wiele potrafi mu wybaczy. Teraz wiedzia’, §e to nieco zbyt schematyczne stwierdzenie. Tak naprawd‘, to przebacza umia’ jedynie Kriss, a jej nigdy nie musia’ nic wybacza. A mo§e m˘g’ by jeszcze ktož... Robert nagle zatrzyma’ si‘ gwa’townie u wylotu chodnika, nie poda’ jednak §adnej przyczyny, a przejžcie by’o za w†skie, §eby id†cy z ty’u mogli což dojrze. Jego prawa d’o¤ poruszy’a si‘ odruchowo na r†czce broni, ale palec nie nacisn†’ spustu. Pocisk z dzia’ka ugodzi’ go w nogi na wysokožci kolan i eksplodowa’. Major pad’ jak podci‘te drzewo, o dziwo milcz†c nawet w tej chwili. Wszystko to zaj‘’o nie wi‘cej ni§ p˘’torej sekundy. Ricker preskoczy’ cia’o towarzysza i stan†’ oko w oko z niewysok† dziewczyn† w zbroi, dzier§†c† dzia’ko. He’m nie skrywa’ jej žniadej, latynoskiej twarzy i kr˘tkich, czrnych w’os˘w przewi†zanych czerwonym nateria’em. Mike rozdziawi’ szeroko usta i o moment za d’ugo nie naciska’ spustu. Nie zd†§y’ nawet pomyžle, §e zginie, gdy zza jego ramienia nadlecia’a kula z Mk-2 i roztrzaska’a g’ow‘ operatorce dzia’ka. Dziewczyna pad’a z ’oskotem na posadzk‘, chlapi†c woko’o krwi†. Bia’† krwi† android˘w. Kriss wypužci’a z p’uc nazbyt d’ugo wstrzymywane powietrze i klepn‘’a kochanka w plecy z delikatnožci† walca parowego. - Teraz chyba nie §a’ujesz, §e mnie wzi†’ež, co? - Dzi‘ki. - Co ci si‘, do kurwy, sta’o? Normalnie przez ten czas zabi’byž dw˘ch. Ježli nie trzech. On tak samo - pokaza’a na Schmidta. - P˘Śniej ci to wyjažni‘ - odpar’ pochylaj†c si‘ nad Robertem. Nie m˘g’ w §aden spos˘b dojž do siebie. Nie wierzy’ w to co widzia’. By’ w jakiejž absurdalnej pu’apce rodem z nocnych koszmar˘w. To nie mia’o prawa si‘ zdarzy! Wola’ nie zgadywa, jakie b‘dzie zako¤czenie tej niesamowitej historii. Mia’ ju§ pewnož, §e jego podejrzenia s† s’uszne. Ale jak...?! Biston zdj†’ z g’owy poturbowanego he’m, §eby u’atwi mu oddychanie. Ricker popatrzy’ na obra§enia. Obie nogi urwane w kolanach. Zbroja ju§ opatrzy’a kikuty. Autodok dawa’ mu 68% szans na prze§ycie. NieŚle. Schmidt otworzy’ oczy. - Ktož chyba ubieg’ nas w odbiorze twojego zam˘wienia, Rob - przem˘wi’ delikatnie Michael. Tamten odpowiedzia’ skinieniem g’owy. - Nie czuj‘ n˘g, Mike - powiedzia’. Cisza. - Co si‘ sta’o? Powiedzcie mi! - doda’, kiedy spojrza’ w lodowat† twarz Kriss. - Pogadamy p˘Śniej - odpar’ dow˘dca, nastawiaj†c jednoczežnie medpakiet rannego na maksymaln† bezpieczn† dawk‘ žrodk˘w nasenneych. - Zaraz, chwileczk‘! - zaprotestowa’ Schmdt i jego oczy zamkn‘’y si‘ do snu. Podczas, gdy inni zajmowali si‘ majorem, Hanbow przeszed’ w g’†b przestronnego holu i zacz†’ manipulowa przy kolejnym terminalu. Zaj‘ty prac† nie us’ysza’ narastaj†cego, zgrzytliwego odg’osu i zda’ sobie z niego spraw‘ dopiero, kiedy Śr˘d’o dŚwi‘ku ucich’o. Spojrza’ w g’†b jednego z korytarzy zbiegaj†cych si‘ w holu i zd†§y’ jeszcze dostrzec wielkie, metalowe cielsko robota. Salwa z dw˘ch sprz‘§onych blaster˘w trafi’a go w pierž. Ricker i inni us’yszeli huk i po obr˘ceniu g’˘w ujrzeli zmasakrowane cia’o tocz†ce si‘ po pod’odze w deszczu iskier i male¤kich kropelek stopionego metalu. S†dz†c po odg’osach, Battle Droid podjecha’ bli§ej i rozpocz†’ wyczekiwanie na kolejn† ofiar‘. Nadgenera’ przeanalizowa’ sytuacj‘ i z westchnieniem zwr˘ci’ si‘ do androida: - Zabij Set‘, Biston. Sztuczny cz’owiek przybra’ powa§n† i smutn† min‘. - Oczywižcie wykonam rozkaz. Niech pan jednak nigdy nie myžli o nas jak o zwyk’ych automatach - odpar’ odpinaj†c od plecaka wielki, butelkowaty granat Ap-100. Mike spojrza’ mu w twarz. - A odnios’ež wra§enie, §e tak myžl‘ o Kriss? Sztuczny rzuci’ szybkie spojrzenie kobecie. - Przepraszam... nie wiedzia’em... - No nic, ruszj ju§. I powodzenia. "Ale to g’upio zabrzmia’o" - oceni’ sam siebie dow˘dca. Wyznaczony do zadania skin†’ g’ow† i rozp‘dziwszy si‘ w korytarzu wyskoczy’ na otwart† prestrze¤. Pociski z blaster˘w waln‘’y w žcian‘ tu§ obok niego szarpi†c pancerze i zad†j†c straszliwe rany. Bia’a krew zaskwiercza’a na rozgrzanych blachach, kask polecia’ gdziež do ty’u, ale Biston utrzyma’ si‘ na nogach. Zanim pot‘§ny Battle zdo’a’ ponownie na’adowa swoj† žmiercionožn† bro¤, android by’ ju§ przy nim. "Seta" zbyt p˘Śno poj‘’a, §e lepiej by’o si‘ wycofa - jej typ nigdy nie s’yn†’ z lotnego myžlenia. Sztuczny cz’owiek przywar’ do niej ca’ym cia’em i puszczaj†c ’y§k‘ granatu powiedzia’: - Prztulmy si‘ do siebie, kuzynko! Wybuch rozerwa’ go na kawa’ki i raz na zawsze unieszkodliwi’ g†siennicow† maszyn‘. Pozostali wyszli z ukrycia. Kriss poczu’a si‘ jakož dziwnie widz†c zw’oki nieznanej dziewczyny i porozrzucane wsz‘dzie resztki Bistona. Wsz‘dzie by’o pe’no bia’ej cieczy. Nie mog’a ju§ na to patrze. Poszuka’a schronienia w ramionach Rickera. CEN ***** OFC Beefee wyszed’ zza rogu i natychmiast cofn†’ si‘ z powrotem, kiedy ko’o niego przelecia’y energetyczne wi†zki z lekkiego blastera M-7000. - Co jest? - zapyta’ paj‘czak przez translator. - Dwa Combat Droidy. B‘dziemy musieli je za’atwi. Rak oboj‘tnie skin†’ g’ow†. Walka to walka. Combaty nie s† zbyt niebezpieczne. Acer ruszy’, przetoczy’ si‘ po pod’odze z og’uszaj†cym ’oskotem i kl‘kn†wszy odda’ z Marseca trzymanego jedn† r‘k† dlug† seri‘. Jeden z robot˘w rozsypa’ si‘ na jego oczach, ale zd†§y’ wystrzeli pocisk, kt˘ry wypali’ spor† dziur‘ w g˘rnej cz‘žci naramiennika. Muzyk poczu’ kr˘tki, piek†cy b˘l, lecz wiedzia’, §e to tylko dražni‘cie. Rak bez trudu zniszczy’ drugiego droida, zaj‘tego celowaniem do cz’owieka. Beefee chcia’ mu w podzi‘kowaniu užcisn† d’o¤, ale kiedy wyci†gn†’ r‘k‘, paj‘czak wybuchn†’ nagle g’ožnym charkotem odpowiadaj†cym ludzkiemu žmiechowi. Na jego planecie taki gest oznacza’ zaproszenie do kopulacji. CEN ***** OFC Ricker w’ažnie zastanawia’ si‘ co ma dalej robi (obeszli ju§ ca’† t† cz‘ž kompleksu, nie napotykaj†c wi‘cej nieprzyjaci˘’) kiedy na szybie he’mu pokaza’ mu si‘ komunikat o prožbie po’†czenia radiowego. Doszed’ do wniosku, §e ježli ktož z drugiej grupy chce z’ama cisz‘ radiow†, to musi mie po temu naprawd‘ wa§ne powody i zezwoli’ na rozmow‘. Us’ysza’ podniecony g’os Beefeego: - Mike, jestežmy w najbardziej wysuni‘tym na po’udniowy wsch˘d rejonie. ZnaleŚližmy chyba ich szefa! Pospieszcie si‘! Natychmiast ruszyli w podanym kierunku i po kilku minutach weszli od ty’u do pomieszczenia w kt˘rego drugim ko¤cu kulili si‘ przy drzwiach Rak i Acer. W nagolenniku paj‘czaka widnia’a r˘wna, okr†g’a dziura, ale nie wspomnia’ na ten temat ani s’owem. - Troch‘ si‘ zap‘dziližmy - objažnia’ Beefee. - Tamten siedzi w oszklonym do po’owy wysokožci centrum dowodzenia i mocno si‘ ostrzeliwuje z Marseca. Nie spos˘b nawet si‘ wychyli. Szcz‘žcie, §e tylko na tym si‘ sko¤czy’o. - Mo§e by tam wrzuci granat? - zaproponowa’a Kriss - Nie da rady - zaoponowa’ muzyk. - Jest tu jeszcze spory kawa’ek pod’ogi do tej jego kryj˘wy. Nie mo§na w §adnym wypadku podejž na odleg’ož rzutu. - To co, mamy go bra g’odem? - wtr†ci’ zniecierpliwiony Rak. - Nie - zawyrokowa’ Ricker. - Wiem jak to zrobimy. ChodŚ ze mn† Kriss. Odeszli i po pi‘tnastu d’u§†cych si‘ w niesko¤czonož minutach wr˘cili popychaj†c przed sob† na luŚno obracaj†cych si‘ g†siennicach wielki korpus Sety. Nadgenera’ objažni’ wszystkim sw˘j plan i zamieni’ si‘ na miejsca z Beefeem, poniewa§ o wiele ni§szemu kompozytorowi ’atwiej by’o si‘ ukry na sp˘’k‘ z kobiet† za pozosta’ožciami robota. Powoli wyjechali na p’yt‘ pod’ogi. Pchanie sz’o im dož lekko dzi‘ki hydraulicznym si’ownikom kombinezon˘w. Obl‘§ony otworzy’ do nich ogie¤, ale szybko przesta’ marnowa ammunicj‘. Kule z Marseca nie by’y w stanie uszkodzi pot‘§nego, przedniego pancerza by’ego robota. Kiedy dziwny wehiku’ dotar’ do po’owy drogi, cz’owiek z centrum zrozumia’ do czego zmierzaj†. Mia’ tylko jedn† szans‘ - uprzedzi ich. Pochwyci’ granat Ap-75 i zamachn†’ si‘ do rzutu. Laserowa wi†zka wystrzelona przez Rickera trafi’a go w uniesion† r‘k‘ i odci‘’a d’o¤ w nadgarstku. Pancerna r‘kawica i granat upad’y na ziemi‘. Zanim martwiej†ce palce rozluŚni’y uchwyt na ’y§ce, ranny zdo’a’ desperackim skokiem wydosta si‘ przez wybite okno z pomieszczemia. Wybuch zerwa’ mu tylko z g’owy he’m, a jakiž od’amek uszkodzi’ na dobre luf‘ broni. Upad’ p’asko na pod’og‘, oszo’omiony b˘lem i eksplozj†. Kriss z piskiem radožci z’o§y’a si‘ do stra’u. Michael dostrzeg’ twarz rannego. - Kriss, zaprzesta¤!!! - wrzasn†’. - Wszyscy wstrzyma ogie¤! Spojrza’a na niego zdziwiona a on tylko wskaza’ na usi’uj†cego usi†ž cz’owieka. - Ach! - wyrwa’o si‘ jej z piersi. W zapad’ej nagle ciszy stan†’ nad pokonanym i wyci†gn†’ r‘k‘ pomagaj†c mu wsta. - To by’a udana dogrywka do mojej partyjki z Elacorda. Niestety - znowu ja jestem zwyci‘zc†. Masz cholernego pecha, Thomas. CEN ***** OFC Siedzieli naprzeciw siebie przy stoliku w jednym z niezdemolowanych pokoi. Przed nimi parowa’y dwa kubki mocnej kawy. Milczeli. Wesz’a Kriss i usiad’a na niewielkiej, stalowej kanapce. W pomieszczeniu obok Beefee i Schmidt poddawali si‘ opiece robota medycznego. - B‘dziemy rozmawia szczerze? - zapyta’ Ricker. Teska Thomas podni˘s’ wzrok znad napoju. - Czemu pytasz? - Bo inaczej tylko stracimy czas. - Czy§byž ostatnio ch‘tniej patrzy’ prawdzie w oczy? - Nie, ale przekona’em si‘, jaka jest cena za ukrywanie jej przed samym sob† - w oczach rozm˘wcy dostrzeg’ wyraz wsp˘’czucia. Zawsze tak dobrze si‘ rozumieli... - Wi‘c m˘wmy szczerze - zgodzi’ si‘ Teska popijaj†c ’yk kawy. - Po pierwsze: masz zamiar mnie zabi? - Nie. - Ju§ mnie nie nienawidzisz? - Z nas dw˘ch tylko ty mnie nienawidzisz. Thomas pokr‘ci’ g’ow†. - Ju§ nie. - Naprawd‘ mi’o mi to us’ysze. Szczeg˘lnie zwa§ywszy, jak† akuratn† pu’apk‘ na mnie zastawi’ež. A propos: nale§y mi si‘ chyba troch‘ wyjažnie¤. Wi‘c od pocz†tku - jak zdo’a’ež uciec z kazamat˘w s’u§b specjalnych? Thomas lekko si‘ užmiechn†’. - Nigdy nie by’em aresztowany przez takowe. To by’a jedynie wersja wygodna dla pewnych os˘b. - Tych samych, kt˘re pomog’y ci to wszystko urz†dzi. - To by’o stwierdzenie, a nie pytanie. - Tych samych. - Mo§e oszcz‘dzisz mi ’amig’˘wki i powiesz od razu kto mnie tak nie lubi, co? Wiesz dobrze, §e i tak ich znajd‘. Zapytany wypi’ kolejny ’yczek i poda’ nazwiska Roffa i dw˘ch innych wysokich rang† wojskowych. "A to zazdrosne skurwysyny! Wiedzia’em, §e to ci!" - zaperzy’ si‘ fieldcommander. - Jak ich znalaz’ež? - spyta’ - Nijak. To oni mnie znaleŚli zaraz po wojnie. - Wi‘c dlaczego wci†gn‘ližcie mnie w to po up’ywie takiego kawa’u czasu? - Dopiero teraz doszli do wniosku, §e pozbycie si‘ ciebie w bardziej podejrzany spos˘b nie wchodzi w gr‘. Jestež przecie§ bohaterem, a poza tym dobrze si‘ pilnowa’ež. Zreszt†, zemsta jest najsmaczniejsza na zimno. Ricker zastanowi’ si‘, o co jeszcze mia’ zapyta. - Acha, wyt’umacz mi jak si‘ dowiedzia’ež o zam˘wieniu Schmidta w "General Syntetics"? Teska raptownie spojrza’ na dawnego przyjaciela i zapali’ papierosa. Zawsze strasznie du§o pali’. Tak jak... Nie!! - Uwierz mi, ale nie wiem o co ci chodzi! - Jak to? A tamta latynoska dziewczyna-android z dzia’kiem? Tamten zrozumia’. - To by’a pu’apka na ciebie, a nie na niego. Sam na to wpad’em, pami‘ mam jeszcze dobr†. Nic nie wiedzia’em, §e on te§... - Niewiele brakowa’o, Teska - wtr†ci’a si‘ Kriss. - Gdyby nie ja, to byžcie sobie teraz nie gadali. Nadgenera’ wyjažni’ wszystkie w†tpliwožci dotycz†ce akcji. Fragmemty skomplikowanej ’amig’˘wki u’o§y’y si‘ w ca’ož. Teraz przysz’a kolej na pytania innego rodzaju. Zacz†’ Thomas: - Ježli macie je¤c˘w, to... - Tak, mamy - potwierdzi’ Mike. - Nieprawda - odezwa’a si‘ z kanapki Kriss. - Nie masz najžwie§szych informacji. Dow˘dc‘ wywl˘k’ z celi Rak, a poniewa§ by’am akurat w litožciwym nastroju, wrzuci’am reszcie Ap do celi. Thomas spužci’ g’ow‘. Ricker zastanowi’ si‘ dlaczego naprawd‘ to zrobi’a. Ona nie miewa’a litožciwych nastroj˘w. - Co masz zamiar teraz ze sob† zrobi? - zwr˘ci’ si‘ do drugiego m‘§czyzny. - Nie wiem. - Mog‘ ci za’atwi robot‘ w wojsku. - Nie chc‘ tego. - To jak b‘dziesz §y? - Z dnia na dzie¤. Michael zrozumia’, §e rozmowa si‘ ko¤czy. Wyci†gn†’ nogi z zapatrzy’ si‘ w žcian‘. Bojowy amok mija’, widzia’ teraz wszystkie szczeg˘’y misji, wszystkie swoje post‘pki balansuj†ce na granicy zbrodni. Przypomnia’ sobie pewn† akcj‘ na Elacordzie, od kt˘rej w’ažciwie zacz‘’o si‘ to wszystko. Zacz†’ wraca myžlami do swoich rozterek sprzed walki. Znowu osacza’a go prawda, kt˘rej nie mia’ si’y stawi czo’a. Czu’, §e go zaraz znowu najdzie. "A jak ja b‘d‘ §y’?" CEN POG KONIEC NOR RYKO Gda¤sk 1993.01.14 POG >> KILKA INFORMACJI DLA CZYTELNIK˘W << NOR Wydarzenia, kt˘re doprowadzi’y do sytuacji opisanej w tym utworze mo§ecie znaleŚ w opowiadaniu pt. "Twarz bohatera". Co do dalszych los˘w bohater˘w "Dogrywki...",to s† one nast‘puj†ce: Thomas przy’†czy’ si‘ do grupy kolonist˘w, wyruszaj†cych na podb˘j jakiejž dzikiej planety. Nie ma o nim od tego czasu §adnych informacji. James Roff i dwaj inni wysocy rang† wojskowi wybrali honorowe wyjžcie i r˘wnie§ s’uch o nich zagin†’. Paj‘czak Rak powr˘ci’ na swoj† ojczyst† planet‘. Odk†d spotka’ Rickera i Kriss, nigdy ju§ nie powiedzia’, §e wszyscy ludzie to mi‘czaki i nadaj† si‘ tylko, §eby na nich polowa.Beefee wr˘ci’ do swojej §ony i §y’ z ni† tak samo szcz‘žliwie jak przed akcj† na Prism. Jego utw˘r "Two days on Fury" sta’ si‘ mi‘dzygalaktycznym przebojem, nuconym przez miliony istot. Schmidt otrzyma’ najlepsze protezy, w pe’ni umo§liwaj†ce poruszamie si‘ i z powodzeniem zast‘puj†ce ludzkie kawa’ki i nigdy na nie nie narzeka’, podobnie jak Beefee na r‘k‘. Ježli chodzi o jego zam˘wienie... Nie, to ju§ zupe’nie inna historia. Ricker zniszczy’ w swojej willi wszystkie lustra.Z wyj†tkiem tego okr†g’ego, w kt˘rym tak lubi’a przegl†da si‘ Kriss.Zaž co do kapitan Jane, to jeszcze do niej kiedyž wr˘cimy. S† sprawy, przed kt˘rymi nie da si‘ uciec, kt˘rych nie mo§na zostawi bez rozwi†zania. Tylko co zrobi, kiedy one nie maj† rozwi†za¤...? END