POG
CEN
COWY NATO? - SPIS TRECI
------------------------
NOR

SOWO WSTPU - XTD .................................. 002

SONDA PRZYSZOCI - Philip K.Dick ................... 005
BEZDUSZNE R£WNANIA - Tom Godwin ..................... 046
LABIRYNT - Jerzy Misiec ............................. 134

KILKA S£W NA ZAKO„CZENIE - XTD ..................... 149

POG
>> SOWO WSTPU <<
NOR
XTD
OFC

Witam  wszystkich  w  drugiej  ju§  edycji  "COWY  NATO?".  Na wstpie
chciabym  zaprosi  wszystkich  tych,  kt¢rzy  olewaj  ten dzia, do
przeczytania   chocia§   tego   kr¢tkiego   wprowadzenia.    Opowiada¤
reklamowa  nie  musz  -  maj  one  swoj  klas i s napisane przez
dobrych  pisarzy.  Mczyem si z ich przepisywaniem, ale tak naprawd
to  niewiele os¢b je czyta.  Myl, §e je§eli sytuacja taka bdzie si
utrzymywa, to nale§ao bdzie zmniejszy liczb opowiada¤ do jednego.
Jeli  tego  nie  chcecie,  to  napiszcie  do mnie w tej sprawie, albo
skontaktujcie  si  telefonicznie.  Nie bd si wysila i przepisywa
opowiadanek dla dw¢ch os¢b.  Myl, §e mionik¢w dobrej prozy SF jest
na  scenie  du§o, a i "NTB" jest ju§ magazynem bardziej dostrzegalnym.
Dzia  "COWY  NATO?"  mia  by alternatyw w stosunku do kiczowatych,
durnych   opowiadanek   pisanych   "na   poczekaniu"  przez  rodzimych
scenowc¢w.   Jeli jednak nikt nie czyta "COWY NATO?", to kto czyta te
durne opowiadanka w innych magazynach?  Przecie§ nie maj one za grosz
sensu, a jedno jest podobne do drugiego.  Nie ka§dy mo§e by pisarzem,
ale  nie  ka§dy  musi  to sprawdza piszc jakie bzdety, kt¢re maj w
przybli§eniu przypomina opowiadanie.  Dzia "COWY NATO?" jest otwarty
tylko  dla  opowiada¤  "przepisywanych", gdy§ nie spodziewam si, §eby
ktokolwiek  ze  sceny  (no,  mo§e opr¢cz Lifter'a i Ryka - chocia§ ten
ostatni niewiele ma ze scen wsp¢lnego) by zdolny do napisania czego
sensownego.   Przykro  mi,  ale takie s realia, wic zamiast pisa na
sie  swoje  niby-opowiadania,  przeczytajcie  sobie  te  "prawdziwe".
Zapraszam  wszystkich  do  przeczytania  proponowanych  w  tym numerze
opowiada¤.  Mam nadziej, §e ka§dy znajdzie tu co dla siebie.

CEN
XTD / MYSTIC & TRSI

/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\

POG
>> SONDA PRZYSZOCI (MEDDLER) <<
NOR
Philip K.Dick
OFC

  Weszli   do   wielkiego  pomieszczenia.   W  drugim  ko¤cu  technicy
pochylali  si  nad  ogromn  owietlon tablic ledzc skomplikowany
ukad   wiate,   kt¢ry   zmienia   si   szybko,   w  niezliczonych
kombinacjach.   Na  dugich  stoach  pracoway  maszyny  -  komputery
obsugiwane  przez  ludzi  i  przez  roboty.   ciany, dosownie co do
centymentra  kwadratowego,  pokryte  byy wykresami.  Hasten rozglda
si oszoomiony.
  Wood rozemia si.
  - Chod¦  no  tutaj,  to ci poka§ co naprawd ciekawego.  Poznajesz
to,  prawda?   -  Wskaza  poka¦nych  rozmiar¢w maszyn otoczon przez
milczcych m§czyzn i kobiety w biaych fartuchach.
  - Poznaj  -  powiedzia  wolno  Hasten.  - To  co w rodzaju naszej
sondy,  tylko  dwadziecia  razy wiksze.  Co sondujecie?  I kiedy?  -
Przejecha palcami po zewntrznej pytce sondy, a nastpnie przykucn
zagldajc  w  jej  paszcz.  Otw¢r by zamknity; sonda pracowaa.  -
Gdybymy  mieli  cho  blade  pojcie,  §e  co takiego istnieje, toby
badania historyczne...
  - Teraz  ju§ macie.  - Stojcy obok Wood pochyli si.  - Posuchaj,
Hasten,  jeste pierwszym czowiekiem spoza Departamentu, kt¢ry zosta
wpuszczony  do  tego  pomieszczenia.   Widziae stra§nik¢w.  Nikt nie
upowa§niony  nie  ma  prawa  tutaj  wej;  stra§  ma  polecenie zabi
ka§dego, kto by pr¢bowa dosta si tu nielegalnie.
  - ”eby ukry co takiego? Maszyn? Strzelalibycie do...
  Stali naprzeciwko siebie, twarz Wooda bya surowa.
  - Wasza  sonda   siga  staro§ytnoci.  Rzym.  Grecja.  Kurz i stare
ksigi.   - Wood dotkn ogromnej maszyny.  - Ta jest inna.  Strze§emy
jej z nara§eniem wasnego §ycia i §ycia innych - wiedz dlaczego?
  Hasten gapi si na maszyn.
  - Ta   sonda   jest   nastawiona   nie  na  staro§ytno,  tylko  na
przyszo. - Wood  spojrza  Hastenowi  prosto  w oczy.  - Rozumiesz?
Przyszo.
  - Sondujecie  przyszo?   Ale§   tego  nie  wolno  robi!  To jest
zabronione przez prawo, wiesz o tym przecie§.  - Hasten cofn si.  -
Gdyby Rada Naczelna o tym wiedziaa, rozwaliliby ten budynek.  Zdajesz
sobie  spraw,  jakie jest zagro§enie.  Sam Berkowsky je przedstawi w
swojej oryginalnej pracy.
  Hasten przechadza si ze zoci.
  - Zupenie nie rozumiem, jak mo§ecie si posugiwa sond skierowan
w   przyszo.    Czerpic   materia   z  przyszoci  automatycznie
wprowadzacie   do   tera¦niejszoci   nowe  czynniki;  przyszo  si
zmienia - a tym samym zapocztkowujecie nie ko¤czce si przesunicia.
Im  bardziej  si  w  t  przyszo  zagbiacie, tym wicej wnosicie
nowych  element¢w.   Stwarzacie  niestabilne  warunki  dla  przyszych
wiek¢w.  Dlatego to prawo zostao ustanowione.
  Wood skin gow.
  - Wiem.
  - A  mimo  to  w  dalszym  cigu  t  przyszo dr§ycie?  - Hasten
wskaza  na maszyn i na technik¢w.  - Na mio bosk, dajcie spok¢j!
Zaprzesta¤cie  tych  praktyk, zanim wprowadzicie jaki gro¦ny czynnik,
kt¢rego ju§ si nie da usun.  Dlaczego bez przerwy...
  Wood zaama si nagle.
  - Wiesz,  co  ci  powiem, Hasten, przesta¤ nas poucza.  Za p¢¦no na
pouczanie;  to  si  ju§ stao.  Ten gro¦ny czynnik zosta wprowadzony
podczas  naszych  pierwszych  eksperyment¢w.   Mylelimy,  §e nad tym
wszystkim panujemy...  - Spojrza na Hastena.  - I wanie dlatego ci
tu sprowadzilimy.  Siadaj, prosz, i suchaj.

  Siedzieli  naprzeciwko  siebie  i  patrzyli  sobie  w  oczy  poprzez
szeroko biurka.  Wood spl¢t rce.
  - Nie   bd  owija  w   bawen.    Jeste  uwa§any  za  eksperta,
najwikszego   eksperta  w  sprawach  bada¤  historycznych.   Wiesz  o
dziaaniu  Sondy  Czasowej  wicej  ni§ ktokolwiek z §yjcych; dlatego
pokazalimy ci nasz prac, nasz nielegaln prac.
  - A ju§ wpadlicie w tarapaty?
  - I to jeszcze jakie.  Ka§da pr¢ba ingerowania w przyszo tylko te
kopoty  pogbia.   Jeli  szybko czego nie zrobimy, zapiszemy si w
historii jako jedna z najbardziej zbrodniczych organizacji na wiecie.
  - Zacznij od samego pocztku - poprosi Hasten.
  - Projekt  zosta  zatwierzony przez Rad Nauk Politycznych; chcieli
pozna  skutki  niekt¢rych  swoich decyzji.  Pocztkowo sprzeciwilimy
si powoujc si na Berkowsky'ego, ale sama idea dziaa jak narkotyk.
Ugilimy  si  i  sonda  zostaa  zbudowana  - oczywicie potajemnie.
Pierwszej  pr¢by  dokonalimy  jaki  rok temu.  ”eby si zabezpieczy
przed  czynnikiem  Berkowsky'ego, spr¢bowalimy pewnego wybiegu - ot¢§
nic  nie wzilimy z przyszoci.  Ta sonda jest tak zbudowana, §e nic
nie  zabiera,  §adnego  przedmiotu  -  po  prostu  fotografuje z du§ej
wysokoci.   Do  nas przychodzi film.  My go powikszamy i staramy si
odtworzy warunki w formie tr¢jwymiarowego obrazu.
  Pocztkowo  wyniki  byy bardzo dobre.  Ustay wojny, miasta zaczy
si  rozwija,  wyglday  coraz  lepiej.  Powikszenia scen ulicznych
pokazuj   ludzi   zadowolonych,   przynajmniej  pozornie.   No,  mo§e
poruszali si troch wolniej.
  Wobec  tego  wyskoczylimy  o  pidziesit  lat  naprz¢d.   Jeszcze
lepiej:    miasta   jakby   si  zmniejszay.   Ludzie  nie  byli  tak
uzale§nieni  od  maszyn.   Wicej  trawy,  park¢w.   Og¢lne warunki te
same - pok¢j, szczcie, sporo wolnego czasu.  Bez zbdnej nerwowoci,
popiechu.
  Dajel  wic  sondowalimy  przyszo.   Oczywicie  stosujc metod
ogldu  nie  wprost nie moglimy by niczego na sto procent pewni, ale
wszystko  wygldao  bardzo  dobrze.   Przekazalimy  nasze informacje
Radzie, kt¢ra planowaa dalej.  I wtedy to si stao.
  - Ale co dokadnie? - Hasten nachyli si, zaciekawiony.
  - Postanowilimy  jescze  raz  zapuci  si  w  okres,  kt¢ry  ju§
wczeniej fotografowalimy - jakie sto lat wprz¢d.  Wysalimy sond,
kt¢ra   wr¢cia   z   pen   tam.    Po   wywoaniu  zaczlimy  j
oglda. - Wood przerwa.
  - No i?
  - I to ju§ nie byo to samo.  Byo to co zupenie innego.  Wszystko
si zmienio.  Wojna - wszdzie wojna i zniszczenie.  - Wood wzdrygn
si.   - Ogarno nas przera§enie; ponownie wysalimy sond, §eby si
upewni.
  - No i co tym razem?
  Wood zacisn pici.
  - Zn¢w zmiana, i to na gorsze!  - Ruiny, ogromne ruiny.  I grzebicy
w  nich ludzie.  Wszdzie zniszczenie i mier.  Pogorzelisko.  Koniec
wojny, ostatnia faza.
  - Rozumiem - powiedzia Hasten kiwajc gow.
  - Ale  to  jeszcze  nie  jest najgorsze!  Przekazalimy t wiadomo
Radzie.   Zaprzestaa  wszelkiej  dziaalnoci  i odbya dwutygodniow
konferencj;  w  jej  wyniku  cofna  wszelkie zarzdzenia i odwoaa
plany oparte na naszych raportach.  Upyn miesic, zanim znowu si z
nami  skontaktowali.   Czonkowie  Rady  za§dali, §ebymy raz jeszcze
zapucili  sond w ten sam okres.  Odm¢wilimy, ale oni nalegali.  Nic
gorszego ju§ by nie mo§e - argumentowali.
  No  wic  zn¢w wysalimy sond i zn¢w obejrzelimy film.  Mo§esz mi
wierzy, Hasten, s rzeczy gorsze ni§ wojna.  Nie uwierzyby w to, co
widzielimy.   Cakowity  brak  §ycia  ludzkiego;  ani jednej ludzkiej
istoty.
  - Wszystko zniszczone?
  - Nie.   ”adnego  zniszczenia,  miasta  wielkie  i  okazae,  drogi,
budynki,  jeziora,  pola.   Ale nigdzie nie ma ludzkiego §ycia; miasta
puste,  funkcjonuj mechanicznie - maszyny, przewody nietknite.  Tyle
§e bez ludzi.
  - Ale co si stao?
  - Zaczlimy  bada przyszo skokami, po pidziesit lat.  I nic.
W  ka§dym  przedziale  czasu to samo.  Miasta, drogi, budynki, owszem,
ale §adnego §ycia.  Ludzie wymarli.  Zaraza, promieniowanie czy co?  -
nie  mamy  pojcia.  Ale co musiao zabi tych ludzi.  Tylko skd si
to  co wzio?  Nie wiemy.  Pocztkowo tego nie byo.  W ka§dym razie
nasze pierwsze sondy nic nie ujawniy.
  To  my  jestemy  odpowiedzialni  za  ten czynnik mierci.  Mymy go
sprowadzili  naszym  ingerowaniem  w  przyszo.   Nie byo go, kiedy
zaczynalimy; to nasza wina, Hasten.  - Wood patrzy na niego z twarz
podobn  do  biaej maski.  - To mymy ten element wprowadzili i teraz
musimy doj, co to jest, §eby go zlikwidowa.
  - Jak zamierzacie to zrobi?
  - Zbudowalimy  wehiku czasu, zdolny przenie w przyszo jednego
obserwatora.   Wylemy  czowieka,  §eby zbada spraw.  Fotografie to
mao;  musimy wiedzie wicej!  Kiedy si to pojawio?  W jaki spos¢b?
Jakie  byy  pierwsze objawy?  Co to w og¢le jest?  A jak ju§ bdziemy
wiedzieli,  to  mo§e  zdoamy  ten czynnik wyeliminowa, wytropi go i
usun.   Kto  musi si uda w przyszo i ustali, o co chodzi.  To
jedyna metoda.
  Wood wsta i Hasten te§ si podni¢s.
  - Tym  kim  jeste  ty - powiedzia Wood.  - Jako osoba najbardziej
kompetentna.   Wehiku  czasu  stoi  na  zewntrz, na placu, starannie
strze§ony.  Wood da sygna.  Do biurka podeszo dw¢ch §onierzy.
  - Sir?
  - P¢jdziecie z nami - poleci. - My idziemy na plac, a wy pilnujcie,
§eby nikt za nami nie poszed. - I zwr¢ci si do Hastena. - Got¢w?
  Hasten zawaha si.
  - Zaczekaj  chwil.  Musz si zapozna z wasz prac.  Zobaczy, co
zostao zrobione.  Zbada sam pojazd.  Ja nie mog...
  Dwaj §onierze zbli§yli si do nich, wymownie patrzc na Wooda. Wood
poo§y Hastenowi rk na ramieniu.
  - Przykro  mi  - powiedzia - ale  nie mamy ani chwili do stracenia;
chod¦, idziemy.

  Dookoa  niego  kbia si ciemno, to napywajc ku niemu, to si
cofajc.   Siedzia  na stoku przed klawiatur i ociera pot z czoa.
By  w  drodze - na dobre czy na ze.  Wood wyo§y mu pokr¢tce zasady
dziaania  pojazdu.   Instrukta§  trwa  dosownie par chwil, a potem
ustawiono mu stery i metalowe drzwi si za nim zatrzasny.
  Hasten  rozejrza si dookoa.  W kuli byo zimno; powietrze rzadkie
i  chodne.  Czas jaki obserwowa ruchy zegar¢w, ale zimno zaczo mu
si  dawa  we  znaki.   Podszed  do  szafki  ze  sprztem.   Kurtka,
cieplejsza  kurtka i bro¤ laserowa.  Wzi j do rki i przyglda jej
si  przez  chwil.   I  narzdzia.   Wszelkiego  rodzaju  narzdzia i
sprzt.   Odkada  wanie  bro¤,  kiedy  guche  dudnienie  pod jego
stopami  nagle  ugaso.   Przez  jedn straszliw sekund Hasten jakby
unosi si, dryfujc bez celu, po czym to wra§enie ustpio.
  Przez  okno  zajrzao  so¤ce  kadc  si  jasn plam na pododze.
Zgasi  wiato  i  podszed  do okna.  Wood nastawi stery na sto lat
naprz¢d.  Hasten przem¢g si i wyjrza.
  ka, kwiaty i trawa, jak okiem sign.  Bkitne niebo i §eglujce
po nim oboki.  W dali, w cieniu drzewa, stadko pascych si zwierzt.
Hasten  podszed  do  drzwi, otworzy je, wysiad.  Uderzyo go ciepo
soneczne  i  od  razu  poczu  si  lepiej.   Teraz  zobaczy,  §e te
zwierzta  to krowy.  Przez du§szy czas sta w drzwiach trzymajc si
pod boki.  Czy ta zaraza miaa charakter bakteryjny?  I czy przenosia
si  przez  powietrze?   O ile to w og¢le bya zaraza.  Sign rk i
namaca hem ochronny.  Lepiej si z nim nie rozstawa.
  Wr¢ci  po bro¤, a nastpnie sprawdzi zamek, §eby si upewni, §e w
czasie  jego  nieobecnoci  drzwi  pojazdu  bd  dobrze zamknite.  I
dopiero  wtedy  wyszed  na  k  starannie zamknwszy za sob drzwi,
rozejrza  si  dookoa i ruszy szybko w stron dugiego pasma wzg¢rz
odlegego  o  jakie p¢ mili.  Idc sprawdzi kompas elektroniczny na
przegubie  doni,  kt¢ry zaprowadziby go z powrotem do pojazdu czasu,
gdyby sam nie m¢g trafi.
  Podszed  do stadka kr¢w, kt¢re podniosy si i oddaliy, ale Hasten
dostrzeg   w  nich  co,  co  go  przejo  chodem:   miay  mae  i
pomarszczone wymiona.  Nie byy to wic krowy domowe.
  Na  szczycie  wzg¢rza przystan i podni¢s do oczu lornetk.  A§ po
horyzont  cigny  si pola, cae mile suchych, zielonych, niczym nie
urozmaiconych  p¢l,  niby  fale  oceanu.   I  nic wicej?  Obr¢ci si
ogarniajc wzrokiem widnokrg.
  Nagle  zastyg  i  nastawi  lornetk.   Hen,  daleko w lewo, ledwie
dostrzegalnie,  wznosiy  si strzeliste wie§e miasta.  Hasten opuci
lornetk i d¦wign swoje ci§kie buciory, a nastpnie zacz wielkimi
krokami  schodzi  z  drugiej  strony  wzg¢rza; mia przed sob dalek
drog.

  Uszed  nie wicej ni§ p¢ mili, kiedy zobaczy motyle.  Zerway si
nagle  na  kilka  krok¢w  przed  nim,  ta¤czc  i  trzepoczc w so¤cu
skrzydami.   Zatrzyma  si,  §eby  odpocz i przyjrze si motylom.
Byy  r¢§nokolorowe - czerwono-niebieskie, nakrapiane §¢to i zielono.
Najwiksze motyle, jakie w §yciu widzia.  Mo§e ucieky z jakiego zoo
i rozmno§yy si na wolnoci po znikniciu czowieka?  Motyle wznosiy
si  coraz  wy§ej  i wy§ej.  Nie zwracajc na niego najmniejszej uwagi
poszyboway  ku  odlegym  wie§om miasta; jeszcze chwila i zniky mu z
oczu.
  Hasten zn¢w ruszy przed siebie.  Trudno byo sobie wyobrazi mier
czowieka  w  takich okolicznociach - z motylami i traw, i krowami w
cieniu.  Jaki§ to spokojny i rozkoszny wiat - bez rasy ludzkiej!
  Nagle spor¢d trawy poderwa si z trzepotem ostatni motyl trafiajc
go  niemal w twarz.  Hasten odruchowo machn rk, §eby go przegoni.
Motyl zderzy si z jego doni.  Hasten zacz si mia.
  Zrobio  mu si sabo z b¢lu; pad na kolana jczc i wymiotujc.  A
potem  run,  zgity  w  kabk, ryjc twarz w ziemi.  Rwaa go caa
rka, dosownie zwija si z b¢lu; czujc zawr¢t gowy, zamkn oczy.
  Kiedy  w  ko¤cu  przewr¢ci  si  na plecy, motyla ju§ nie byo; nie
czeka.
  Przez  jaki  czas  Hasten le§a w trawie, nastpnie usiad powoli i
wreszcie  z  trudem  d¦wign  si  na nogi.  Zdj koszul i obejrza
nadgarstek  i  do¤.   Bya  czarna,  twarda  i ju§ zaczynaa puchn.
Popatrzy  na  rk,  a  potem  na  odlege  miasto.  To tam pofruny
motyle...  Wr¢ci do pojazdu.

  Dotar  do  kuli zaraz potem, jak so¤ce zaczo zapada w wieczorn
ciemno.   Drzwi rozsuny si za jego dotkniciem i Hasten wszed do
rodka.  Posmarowa do¤ i rami maci z podrcznej apteczki, po czym
usiad  na stoku w gbokiej zadumie spogldajc na swoj rk.  Mae
ukucie,  w  gruncie rzeczy przypadkowe.  Motyl nawet go nie zauwa§y.
A jeli caa chmara...
  Poczeka,  a§  so¤ce  zaszo  cakowicie  i na zewntrz zrobio si
zupenie  ciemno.   W  nocy  wszystkie  pszczoy  i  motyle znikaj, a
przynajmniej  te,  kt¢re zna.  Bdzie musia zaryzykowa.  W ramieniu
dalej czu tpy b¢l i nieustanne pulsowanie.  Ma nie pomoga; mcio
mu si w gowie, a w ustach czu gorczk.
  Zanim  wysiad,  otworzy szafk i wszystko z niej wyj.  Sprawdzi
pistolet  laserowy,  ale  go  odo§y.   Po  chwili  znalaz to, czego
szuka.   Palnik  acetylenowy  i  latark.  Pozostae rzeczy schowa z
powrotem  i  wsta.   Teraz  by got¢w - jeli mo§na to tak nazwa.  W
kazdym razie got¢w, na ile to byo mo§liwe.
  Wyszed  w  mrok  wiecc  sobie  latark.   Szed szybko.  Noc bya
ciemna  i  samotna;  nad sob widzia zaledwie kilka gwiazd, a promie¤
jego  latarki  by jedynym wiatem pochodzcym od czowieka.  Wdrapa
si  na  wzg¢rze  i zszed z drugiej strony.  W dali majaczy lasek, a
potem  juz  tylko  gadka  r¢wnina,  wr¢d  kt¢rej  z  pomoc  latarki
odnajdywa waciwy kierunek.
  Do  miasta  dotar  bardzo zmczony.  Mia za sob kawa drogi i by
zdyszany.   Przed  nim ogromne widmowe sylwetki wznosiy si w niebo i
giny  w  ciemnoci.   Miast  nie  byo  du§e,  ale dziwne w formie -
bardziej pionowe i strzeliste, ni§ Hasten przywyk widywa.
  Wszed przez bram.  Midzy pytami chodnika rosa trawa.  Zatrzyma
si  patrzc  pod  nogi.   Wszdzie trawa i chwasty, a na rogach ulic,
koo  budynk¢w,  koci,  mae kupki koci i kurz.  Ruszy przed siebie
wiecc  po  cianach  wysmukych  budynkow.   Jego kroki odbijay si
guchym echem.  I nigdzie §adnego wiata, poza jego latark.
  Dom¢w  byo  coraz  mniej  i wkr¢tce Hasten znalaz si na rozlegym
placu,  poronitym  krzewami i pnczami.  W drugim jego ko¤cu wznosi
si  budynek  okazalszy  od innych.  Hasten ruszy w jego stron przez
pusty,  bezludny plac wiecc latark na boki.  Po zapadnitym stopniu
wszed  na  wyasfaltowany  rynek i stan jak wryty.  Na prawo wznosi
si  nastpny  budynek  i ten przycign jego uwag.  Serce walio mu
jak motem.  Nad wejciem latarka Hastena wydobya z mroku wyrze¦bione
wpisane w uk sowo:

CEN
BIBLIOTHECA
OFC

  O  to  mu  wanie  chodzio,  o  bibliotek.   Wszed  po stopniach
kierujc  si  do ciemnego wejcia po uginajcych si pod nim deskach.
W  pewnym momencie zatrzyma si przed ci§kimi drewnianymi drzwiami o
metalowych uchwytach.  Kiedy uj te uchwyty, drzwi zwaliy si w jego
stron  i  zje§d§ajc po stopniach runy w ciemno.  Buchn duszcy
od¢r zgnilizny i kurzu.
  Hasten  wszed  do  rodka.   Kiedy  przemierza milczce korytarze,
pajczyny  czepiay  si  jego  hemu.  Zajrza do pierwszego lepszego
pomieszczenia.   Tu  zn¢w kurz i szare szcztki koci.  A wzdu§ cian
niskie  stoy  i  p¢ki.   Podszed  do  p¢ek  i wzi kilka ksi§ek.
Rozpady  mu  si  w  rkach obsypujc go deszczem patk¢w zbutwiaego
papieru i nici.  Czy§by rzeczywicie od jego czasu min tylko wiek?

  Hasten  usiad  przy  stole  i  otworzy  jedn  z ksi§ek w lepszym
stanie.   Sowa  nie nale§ay do §adnego ze znanych mu jzyk¢w; by to
jaki jzyk roma¤ski, na ile m¢g oceni, sztuczny.  Przewraca kartk
za kartk.  W ko¤cu wybra na chybi trafi stert ksi§ek i ruszy do
drzwi.   Nagle  serce  skoczyo  mu  do  garda.   Kiedy podchodzi do
ciany, trzsy mu si rce:  gazety.
  Bra  ostro§nie pod wiato kruche, szeleszczce kartki.  Oczywicie
jzyk ten sam.  Czarn tust czcionk wydrukowane nag¢wki.  Udao mu
si  zwin kilka gazet, ktore doczy do wybranych ksi§ek.  Po czym
wr¢ci t sam drog, kt¢r przyszed.
  Kiedy   znalaz   si  na  stopniach  uderzyo  go  chodne,  wie§e
powietrze,  kt¢re  zakrcio  mu  w nosie.  Rozejrza si po mglistych
zarysach  otaczajcych  plac budynk¢w, a nastpnie ruszy przed siebie
ostro§nie  wyszukujc drog.  Dotar do bram miasta i w chwil p¢¦niej
by  ju§  na  zewntrz  zn¢w na tej samej paskiej r¢wninie i w drodze
powrotnej do pojazdu.
  Wl¢k  si  bez  ko¤ca ze zwieszon gow.  Wreszcie, zmordowany, na
chwiejnych  nogach,  przystan,  z  trudem apic oddech.  Poo§y na
ziemi  sw¢j  adunek  i  rozejrza si dookoa.  Daleko na horyzoncie,
pojawia si guga, szara smuga.  wit.  Wstawao so¤ce.
  Owia  go  zimny  wiatr.   W szarym wietle poranka drzewa i wzg¢rza
rysoway  si  tward,  zdecydowan  kresk.  Hasten spojrza w stron
miasta.   Pospne,  smuke,  sterczay  w  g¢r  kolumny  opuszczonych
budynk¢w.   Przez  chwil patrzy zafascynowany, jak kad si na nich
pierwsze  kolory  dnia.   A  potem kolor zblak i midzy nim a miastem
zawisa ruchoma mga.  Nagle Hasten porwa z ziemi sw¢j baga§ i zdjty
strachem szybko ruszy przed siebie.
  Z miasta strzeli w niebo i zawis w g¢rze czarny punkt.

  Po  jakim  czasie,  do  dugim,  Hasten  spojrza w tamt stron.
Plama  tkwia  tam  nadal,  tyle  §e  si powikszya.  I nie bya ju§
czarna; w jasnym wietle dnia mienia si wszystkimi kolorami tczy.
  Hasten przyspieszy.  Zszed zboczem jednego wzg¢rza i wspi si na
nastpne.   Na  chwil  przystan, §eby wczy kompas elektroniczny.
Tyka  gono  -  a  wic kula bya niedaleko.  Hasten pomacha rk i
tykanie  zaczo  si  to  wznosi,  to  opada.  W prawo.  Wycierajc
spocone rce szed dalej.
  W  kilka minut p¢¦niej spojrza ze szczytu wzg¢rza; lnica metalowa
kula  spoczywaa  spokojnie  na  trawie  ociekajc chodn nocn ros.
Wehiku czasu; lizgajc si Hasten puci si ku niemu biegiem.
  Przyciska  wanie  ramieniem  wycznik  drzwi,  kiedy na szczycie
wzg¢rza  pojawia  si  pierwsza chmura motyli i zacza cicho sun w
jego stron.
  Hasten  zatrzasn  drzwi, zwali sw¢j ci§ar i zacz gimnastykowa
zdrtwiae  ramiona.   W  rce  czu  piekcy b¢l.  Ale nie byo na to
casu - wyjrza przez okno.  Motyle roiy si teraz wok¢ kuli ta¤czc,
migajc  i  poyskujc  kolorowo.  Powoli zaczy siada na metalowym
kadubie,  nawet  na  oknie.   Nagle  widok  przesoniy mu poyskliwe
mikkie  ciaka,  trzepoczce  milionem skrzyde.  Hasten nasuchiwa.
Sysza  je - stumione echa dochodzce ze wszystkich stron.  Wewntrz
kuli  zapanoway ciemnoci, motyle bowiem cakowicie przesoniy okno.
Hasten zapali wiato.
  Czas  mija.   Nie  wiedzc,  co  robi,  zacz  przeglda gazety.
Wraca?   Posuwa  si  do przodu?  Mo§e skoczy o jakie pidziesit
lat?   Motyle  byy  niebezpieczne, ale przecie§ to nie o to chodzio,
nie to by ten czynnik mierci, kt¢rego poszukiwa.  Spojrza na swoj
rk.   Sk¢ra  bya  czarna  i napita, a obszar martwicy wyra¦nie si
powiksza.  Odczu lekki niepok¢j; robio si coraz gorzej, nie coraz
lepiej.
  Dochodzcy  zewszd  odgos  skrobania  zacz  mu dziaa na nerwy.
Hasten odo§y ksi§ki i zacz si przechadza tam i z powrotem.  Jak
mogy  insekty,  nawet  tak  du§e  jak  te,  zniszczy  rodzaj ludzki?
Przecie§  ludzie  daliby  sobie  z  nimi  rad.   S  w ko¤cu proszku,
trucizny, aerozole.
  Male¤ki  odamek  metalu  -  dosownie drobinka - spad Hastenowi na
rkaw.   Strzepn  go.   I  nastpna  drobinka,  a potem mae kawaki
metalu.  Hasten podskoczy, zadzierajc gow do g¢ry.
  Nad  nim  tworzyo  si  koo;  na  prawo od niego drugie i trzecie.
Wszdzie,  w  suficie  i  cianach  kuli,  powstaway  koliste otwory.
Podbieg do klawiatury i przycisn przecznik bezpiecze¤stwa.  Deska
o§ya.   Nastpnie zaj si tablic rozdzielcz, pracujc gorczkowo,
popiesznie.   Odamki  metalu  spaday ju§ teraz deszczem na podog.
Czu  je  byo  wyra¦nie rodkiem §rcym.  Kwas?  W ka§dym razie jaki
produkt  naturalnego  wydzielania.   Du§y  kawaek metalu wyldowa na
pododze.  Hasten si obr¢ci.
  Do  kuli  wdary  si  motyle  - trzepoczc si i ta¤czc zaczy go
otacza.   Kawaek  metalu,  kt¢ry  spad  na  podog,  by r¢wniutko
wycitym  k¢kiem.  Ale Hasten nie mia czasu si nad tym zastanawia.
Zapa  palnik  acetylenowy  i  zapali.   Pomie¤  strzeli z sykiem.
Kiedy  motyle  si  zbli§yy,  Hasten nacisn spust i splun ogniem.
Powietrze o§yo poncymi szcztkami, kt¢re obsypay go deszczem; kul
wypeni intensywny od¢r.
  Hasten   zamkn   ostatnie   wyczniki.   wiateka  sygnalizatora
zamigotay,   podoga   pod  jego  stopami  zadr§aa.   Pchn  g¢wn
d¦wigni.  Napieray wci§ nowe motyle, wpadajc na siebie i walczc o
dostp  do  kuli.  Na podog spado kolejne k¢ko metalu, wpuszczajc
do  rodka  dalsze  chmary  owad¢w.  Hasten, skulony, miotajc ogniem,
pr¢bowa si cofa.  Motyle napyway w coraz wikszych ilociach.
  Nagle   zalega   cisza,  tak  nieoczekiwana,  §e  Hasten  zamruga.
Nieustanne,  natarczywe  skrobanie  ustao.  By sam, jeli nie liczy
chmury  popiou  i mieci wypeniajcych wntrze kuli.  Usiad dygocc
na caym ciele.  Bezpieczny juz wraca do swojego wasnego czasu i nie
ulegao  wtpliwoci, §e znalaz przyczyn zagady, kt¢rej poszukiwa.
Bya  tu,  w kupce popio¢w na pododze, w metalowych k¢kach zgrabnie
wycitych  w  karoserii  pojazdu.   ”rca  wydzielina?  Umiechn si
ponuro.
  Ostatni  wodok  tych  motyli,  pczniejcego  oboku,  powiedzia mu
wszystko,  co chcia wiedzie.  Pierwsze motyle, ktore przedostay si
do  pojazdu,  byy  wyposa§one  w narzdzia, male¤kie ostre narzdzia.
Same  sobie  powycinay  i  wywierciy  otwory - przyfruny z wasnym
sprztem.
  Hasten usiad czekajc, a§ pojazd sko¤czy swoj podr¢§.

  Stra§nicy  podbiegli, by mu pom¢c wysi.  Wygramoli si z trudem,
wsparty na ich ramionach.
  - Dziki - mrukn.
  Popieszy do niego Wood.
  - No jak, Hasten, wszystko w porzdku?
  Hasten skin gow.
  - Tak. Z wyjtkiem mojej rki.
  - Chod¦,    wejd¦my    do    rodka.    -   Weszli    do   wielkiego
pomieszczenia.   - Siadaj.   -  Wood   niecierpliwie  machn  rk  i
§onierz przyni¢s krzeso.  - Podaj gorc kaw.
  Przyniesiono  kaw  i  Hasten  sczy  j  powoli.  Wreszcie odsun
fili§ank i opad na oparcie.
  - Mo§esz nam teraz powiedzie? - spyta Wood.
  - Mog.
  - To  prosz.   -  Wood  usiad naprzeciwko niego.  Rozleg si szum
magnetofonu,   a   w   miar  jak  Hasten  m¢wi,  kamera  braa  jego
twarz. - No,miao, co tam znalaze?
  Kiedy  sko¤czy,  zalega cisza.  Nikt ze stra§y ani z technik¢w si
nie odezwa.  Wood wsta dygocc na caym ciele.
  - Bo§e,   czyli   §e   zaatwiy   ich  jakie   §ywe   organizmy  o
waciwociach  trujcych.  Podejrzewaem co takiego.  Ale motyle?  i
to  obdarzone  inteligencj.   Planujce  swoje ataki.  Prawdopodobnie
bardzo gwatownie si rozmna§ay i byskawicznie przystosowyway.
  - Mo§e ksi§ki i gazety co wyjani.
  - Ale  skd  one  si  wziy?   Czy§by  to  bya  mutacja kt¢rej z
istniejcych  form?   A mo§e to przybysze z innej planety?  Albo efekt
podr¢§y kosmicznych.  Musimy to jako wyjani.
  - One atakoway  tylko ludzi - powiedzia Hasten.  - Krowy zostawiy
w spokoju.  Tylko ludzkie istoty.
  - Mo§e   zdoamy    je    jako   unieszkodliwi.   -  Wood  wczy
wideofon.   - Zwoamy  nadzwyczajn  sesj  Rady.  Przeka§emy im twoj
relacj  i  uwagi.   Wdro§ymy  specjalny program, utworzymy orodki na
caej  planecie.   Teraz,  kiedy  ju§  wiemy,  co to jest, mamy szans
powodzenia.   Dziki  tobie,  Hasten,  mo§e  nam  si  uda  je  w por
powstrzyma!
  Pojawi  si  dy§urny  operator  i  Wood  da mu numer Rady.  Hasten
patrzy  tpo.   Wreszcie  podni¢s si i zacz spacerowa po pokoju.
Rami  pulsowao  mu  niemiosiernie.   Wreszcie  wyszed na zewntrz.
Kilku  §onierzy  z zaciekawieniem ogldao pojazd.  Hasten obserwowa
ich z cakowit obojtnoci, a w gowie mia pustk.
  - Co to jest? - spyta jeden z nich.
  - To?   - Hasten oprzytomnia,  wolno podchodzc do §onierza.  - To
wehiku czasu.
  - Nie, mnie chodzi o to.  - ”onierz wskaza co palcem.  - Tego nie
byo, kiedy pojazd startowa.
  Hastenowi   zamaro   serce.    Zbli§y   si  wytrzeszczajc  oczy.
Pocztkowo nie widzia nic na metalowej powoce, poza ladami korozji.
Ale po chwili przej go zimny dreszcz.
  Na  kadubie  pojazdu  siedziao co maego, brunatnego i kosmatego.
Dotkn   tego  rk.   Pochewka,  sztywna,  maa  brunatna  pochewka.
Sucha  -  sucha  i  pusta.   Nic  w niej nie byo i jeden koniec miaa
otwarty.    Podni¢s   wzrok.    Ca  kul  pokryway  mae  brunatne
pochewki - niekt¢re jeszcze pene, ale wikszo ju§ pusta.
  Kokony.


CEN
/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\
OFC





POG
CEN
>> BEZDUSZNE R£WNANIA <<
NOR
Tom Godwin
OFC

  Nie by sam.
  Nic  nie  zdradzao  tego  faktu  poza  bia  wskaz¢wk  male¤kiego
urzdzenia  pomiarowego umieszczonego przed nim na tablicy kontrolnej.
W sterowni poza nim nie byo nikogo, nie sycha byo §adnych d¦wik¢w
opr¢cz  szumu  silnik¢w - jednak§e biaa wskaz¢wka zmienia poo§enie.
Staa  na  zerze, kiedy jego stateczek opuci "Gwiezdny Py"; teraz -
po godzinie - wychylia si.  Co znajdowao si w szafce towarowej po
przeciwnej stronie sterowni, a strzaka pokazywaa, §e to co wydziela
ciepo.
  M¢g to by obiekt tylko jednego rodzaju - §ywe ludzkie ciao.
  Odchyli  si w fotelu pilota i powoli, gboko zaczerpn powietrza
mylc  o  tym, co bdzie musia zrobi.  By pilotem SPR uodpornionym
na  widok  mierci  i  od  lat do niej przyzwyczajonym; m¢g obojtnie
przyglda  si umieraniu innego czowieka.  Nie od niego zale§ao to,
co  ma  zrobi,  ale  nawet  pilotowi SPR potrzeba byo kilku chwil na
oswojenie  si  z  myl,  §e ma uda si na drugi koniec sterowni i z
caym  spokojem  i  premedytacj  odebra  §ycie czowiekowi, z kt¢rym
dopiero przyjdzie mu si spotka.
  Oczywicie,  zrobi  to.   Takie jest prawo, wyra§one jednoznacznie i
stanowczo  w bezlitosnym paragrafie L, punkt 8 Regulaminu Kosmicznego:
"Kto  w  spos¢b  nielegalny dostanie si na pokad SPR, natychmiast po
wykryciu zostanie wyrzucony za burt".
  To  jest  prawo  i nie mo§e by §adnego odwoania.  O istnieniu tego
prawa  nie  zadecydowa  czowiek;  jego ustanowienie wymusiy warunki
panujce  na  pograniczu  cywilizacji.   Wielka  ekspansja galaktyczna
rozpocza  si wraz z wynalezieniem napdu nadprzestrzennego, a kiedy
ludzie  rozproszyli  si  daleko  wr¢d planet pogranicza, pojawi si
problem  kontakt¢w  z  odosobnionymi  koloniami pierwszych osadnik¢w i
stacjami   naukowymi.    Efektem  wsp¢lnego  geniuszu  i  pracowitoci
mieszka¤c¢w  Ziemi byy frachtowce, ogromne statki kosmiczne zdolne do
lot¢w  w  nadprzestrzeni,  lecz  budowa  ich  zajmowaa  du§o  czasu i
pochaniaa mn¢stwo pienidzy.  Byo ich za mao, by mogy je posiada
niewielkie  kolonie.   Frachtowce przewoziy tylko osadnik¢w do innych
wiat¢w,  a  p¢¦niej  przylatyway  okresowo, kursujc wedug cisych
harmonogram¢w,  ale nie mogy zatrzymywa si ani zmienia kursu, §eby
odwiedza  kolonie,  w kt¢rych wizyty zaplanowane byy w innym czasie.
Takie  op¢¦nienie  mogoby  unicestwi  program  rejsu oraz spowodowa
zamieszanie   i   niepewno   w   komunikacji,   kt¢re   zniweczyyby
skomplikowany system cznoci i wsp¢zale§noci starej Ziemi z nowymi
planetami pogranicza.
  Trzeba   byo   znale¦  spos¢b  dostarczania  w  nagych  wypadkach
zaopatrzenia   lub  ekip  ratowniczych  na  planety,  na  kt¢rych  nie
przewidywano  ldowania.  I tak powstay Statki Pogotowia Ratunkowego:
miay  niewielkie  rozmiary,  mo§na  je  byo rozkada na czci, nie
zabieray  du§o miejsca w adowniach frachtowc¢w.  Zbudowane z lekkich
metali   i  tworzyw  sztucznych,  poruszay  si  za  pomoc  silnik¢w
rakietowych  zu§ywajcych  stosunkowo  mao paliwa.  Ka§dy frachtowiec
zabiera  w drog cztery SPR; na wezwanie o pomoc najbli§szy opuszcza
nadprzestrze¤   na  czas  potrzebny  do  wystrzelenia  jednego  SPR  z
odpowiednim  zaopatrzeniem lub zaog, a potem zn¢w znika kontynuujc
lot zgodnie z planem.
  Frachtowce,  zasilane energi wytwarzan w konwektorowych reaktorach
jdrowych,  nie u§yway pynnego paliwa rakietowego, ale reaktory byy
o  wiele  za du§e i skomplikowane, by mo§na je byo instalowa na SPR.
Plynne paliwo zajmowao du§o miejsca i statki musiay zabiera ze sob
ograniczone jego zapasy - tote§ byo cile racjonowane.  Ilo paliwa
potrzebn  do  ka§dej misji SPR ustalay komputery na frachtowcach.  W
swoich obliczeniach bray pod uwag wsp¢rzdne kursu, mas stateczku,
mas  pilota  i  adunku;  byy  bardzo  dokadne  i  nie  pomijay  w
obliczeniach   niczego.    Jednak   nie   byy  w  stanie  przewidzie
ponadplanowego  pasa§era  ani uwzgldni nadwy§ki masy, jak stanowio
jego ciao.
  "Gwiezdny Py" otrzyma  wezwanie  o  pomoc  od  jednego  z zespo¢w
badawczych  stacjonujcych  na  Wodenie;  szeciu ludzi z tego zespou
zarazio si febr  roznoszon  przez  male¤kie  zielona owady "kala".
Huragan,  kt¢ry  przeszed  nad  obozowiskiem,  zniszczy im wszystkie
zapasy surowicy.  "Gwiezdny  Py" wykona typow procedur:  wyszed z
nadprzestrzeni,  aby  wystrzeli  SPR  z surowic, i ponownie znikn.
Teraz,  godzin p¢¦niej, wskaz¢wka oznajmia, §e w szafie znajduje si
jeszcze co poza niewielkim pudem z lekarstwami.
  Skierowa  wzrok  na  biae,  wskie drzwi szafki.  Za tymi drzwiami
§yje  i  oddycha  jaki  czowiek, kt¢ry zaczyna nabiera pewnoci, §e
wykrycie  w  tym  momencie  jego  obecnoci  nastpi  za  p¢¦no  - dla
czowieka  zza  drzwi  byo to jeszcze p¢¦niej, ni§ sdzi, i chyba by
nie uwierzy, jak strasznie za p¢¦no.
  Nie  byo  wyboru.   Dla  skompensowania  masy  ciaa tego czowieka
podczas  wielu  godzin deceleracji spala si bdzie dodatkowe paliwo:
mikroskopijnie  drobne  nadwy§ki  paliwa, kt¢rych nie bdzie brakowa,
dop¢ki  statek  nie  zbli§y si do celu.  A potem, na pewnej wysokoci
nad  powierzchni  planety,  co  w zale§noci od masy statku i adunku
oraz  czasu  uprzedniej  deceleracji mo§e wynosi zar¢wno tysi jak i
dziesi   tysicy   metr¢w,  mikroskopijnie  drobne  drobne  nadwy§ki
spalonego  paliwa ujawni sw nieobecno.  SPR plunie ostatni kropl
paliwa  i  swobodnym  lotem  przeszyje atmosfer planety.  Uderzajc o
powierzchni  statek, jego pilot i nieproszony go stopi si ze sob
w  rumowisko  metalu i plastyku, ciaa i krwi wbitych gboko w grunt.
Ten  czowiek  podpisa  wyrok  mierci na siebie w momencie, w kt¢rym
ukry  si na statku; nie otrzyma zgody na zabranie ze sob siedmiorga
innych.
  Spojrza zn¢w na bia wskaz¢wk ostrzegawcz i wsta z fotela.  To,
co  musi  zrobi,  bdzie nieprzyjemne dla obu, ale im szybciej to si
stanie,  tym  lepiej.  Przeszed przez sterowni i stan przy biaych
drzwiach.
  - Wychodzi!  - rozleg si jego szorstki rozkaz, przekrzykujc szum
silnik¢w.
  Wydawao  mu  si,  §e  syszy jaki szelest w rodku, ale po chwili
wszystko  ucicho.   Wyobrazi sobie, jak pasa§er na gap wciska si w
kt, przestraszony mo§liwymi nastpstwami swojego czynu, i jak uchodzi
z niego pewno siebie.
  - Powiedziaem: wychodzi!
  Usysza, §e ten kto wykonuje polecenie, i czeka wpatrzony w drzwi
szafki, trzymajc do¤ blisko miotacza u boku.
  Drzwi otworzyy si i nieproszony go z umiechem przekroczy pr¢g.
  - W porzdku, poddaj si. Co teraz?
  Bya to dziewczyna.

  Wytrzeszczy  oczy  nic nie m¢wic.  Rka mu opada; to, co zobaczy
przed  sob,  podziaao  na  niego  jak  ci§ki i nieoczekiwany cios.
Pasa§erem  na gap nie by m§czyzna, lecz kilkunastoletnia dziewczyna
stojca przed nim w biaych, ozdobnych sandakach, sigajca mu ledwie
do  ramion.   Odchylia  do  tyu  gow  o  kasztanowych,  falujcych
wosach,  by patrze mu prosto w oczy, i rozsiewajc wokoo delikatny,
sodki  zapach perfum, niewiadoma niczego, nie czujc §adnego lku, z
umiechem czekaa na odpowied¦.
  "Co   teraz?".    Gdyby   pytanie  zada  niski,  prowokacyjny  gos
m§czyzny,  odpowiedziaby  na  nie  dziaaniem, szybkim i skutecznym.
Zabraby  nieproszonemu  gociowi identyfikator i kaza wej do luzy
powietrznej.  Gdyby tamten odm¢wi - u§yby miotacza.  Nie zajoby to
du§o czasu; w cigu minuty ciao zostaoby wyrzucone w pr¢§ni - gdyby
nieproszonym gociem by m§czyzna.
  Wr¢ci  na  fotel  i  skin  na dziewczyn, by usiada na kasecie z
urzdzeniami  sterowniczymi  silnika,  znajdujcej  si koo niego pod
cian.  Posuchaa go; jego milczenie zgasio umiech na jej twarzy i
przypominaa  teraz  mae,  potulne szczeni, kt¢re wie, §e nabroio i
musi by ukarane.
  - Pan mi nie odpowiedzia - odezwaa si.  - Przyznaj si do winy i
co teraz bdzie ze mn?  Pac kar czy co?
  - Co tu robisz? - zapyta. - Dlaczego ukrya si na tym SPR?
  - Chciaam  si  zobaczy  z  bratem.    Bierze  udzia  w  wyprawie
geologicznej na Wodenie.  Nie widziaam go dziesi lat, odkd opuci
Ziemi na badania subsydiowane przez rzd.
  - Dokd leciaa na "Gwiezdnym Pyle"?
  - Na Mimir,  otrzymaam tam prac.  Przez cay czas brat wysya nam
pienidze  do domu - ojcu, matce i mnie - i zapaci za specjalny kurs
jezykoznawczy   dla  mnie.   Uko¤czyam  go  wczeniej,  ni§  to  byo
planowane,  i  dostaam  propozycj  pracy  na Mimirze.  Gerry sko¤czy
badanie  na  Wodenie  w  przyszym  roku  i  dopiero wtedy bdzie m¢g
przylecie  na  Mimir.   Dlatego schowaam si do tej szafki, bylo tam
tyle  wolnego  miejsca,  §e  zaryzykowaam nawet kar.  Nas jest tylko
dwoje  rodze¤stwa  -  Gerry i ja - a brata nie widziaam bardzo dugo.
Nie  chciaam czeka jeszcze przez cay rok, kiedy mog teraz zobaczy
si  z  nim, chocia§ zdawaam sobie spraw, §e robic tak ami jakie
przepisy.
  "Zdawaa  sobie  spraw, §e amie jakie przepisy" - swoj drog nie
mo§na  jej  wini  za niewiadomo prawa; jest mieszkank Ziemi i nie
rozumie,  §e  prawo,  kt¢re  obowizuje  na  kosmicznym  pograniczu, z
koniecznoci  musi  by  tak samo twarde i nieubagane jak rodowisko,
ktore  je  zrodzio.  Aby jednak uchroni takich ludzi, jak ona, przed
skutkami  nieznajomoci prawa pogranicza, nad drzwiami prowadzcymi do
sektora  Gwiezdnego  Pyu,  w  kt¢rym  przechowywano  SPR, umieszczono
napis; by on jasny i oczywisty dla wszystkich:
CEN
OSOBOM NIEUPOWA”NIONYM
WSTP WZBRONIONY
OFC

  - Czy brat wie, §e wybraa si w podr¢§ na Mimir?
  - O,  tak.   Na  miesic  przed opuszczeniem Ziemi wysaam do niego
kosmogram  z  wiadomoci  o pomylnym uko¤czeniu nauki i wyje¦dzie na
Mimir na "Gwiezdnym Pyle".  Wiedziaam ju§, §e za nieco ponad rok brat
bdzie  stacjonowa  na  Mimirze.  Ma dosta awans z przeniesieniem na
stae  do  tamtejszej  bazy  i  nie  bdzie musia wyje§d§a na roczne
badania terenowe, tak jak teraz.
  Na  Wodenie  pracoway  dwa zespoy badawcze.  - Jak si nazywa tw¢j
brat?  - zapyta.
  - Gerry Cross.  Jest w Zespole II - taki mam adres do niego. Czy pan
go zna?
  O  surowic  prosi  Zesp¢ I.  Zesp¢ II jest oddalony o trzynacie
tysicy   kilometr¢w   i   znajduje   si  po  drugiej  stronie  Morza
Zachodniego.
  - Nie,  nigdy  go nie widziaem - odpowiedzia, a potem odwr¢ci si
do  sterownicy  i  zmniejszy  deceleracj  do  uamka  G.  Czynic to
wiedzia  doskonale,  §e  nie  uniknie  tego,  co  musi  nieodwoalnie
nastpi;  mimo  to  wykona  jedyn  czynno, jak m¢g, aby op¢¦ni
nadejcie nieubaganego ko¤ca.  Efekt by taki, §e wydawao si, jakby
statek  nagle  opad i zaskoczona dziewczyna mimowolnie uniosa si ze
swego miejsca.
  - Poruszamy si teraz szybciej, prawda? - spytaa. - Dlaczego?
  Powiedzia jej prawd:
  - ”eby przez jaki czas zaoszczdzi troch paliwa.
  - Czy to znaczy, §e nie jest go du§o?
  Zwleka  z  odpowiedzi,  kt¢rej  niedugo bdzie musia udzieli, i
zada pytanie:
  - Jak ci si udao schowa do szafki?
  - Po prostu weszam do rodka, gdy nikt nie patrzy w moim kierunku.
”eby  powiczy  jzyk,  rozmawiaam  w  Biurze  Zaopatrzenia  z pewn
Gelanezyjk,  kt¢ra tam sprzta, a wtedy kto wszed z zam¢wieniem dla
ekim  badawczych  na  Wodenie.  Zaraz po przygotowaniu statku do lotu,
wlizgnam si do szafki, tu§ przed pa¤skim przyjciem.  To by jaki
odruch,  aby  si  tam  schowa i jak najszybciej ujrze Gerry'ego.  Z
pa¤skiego  srogiego  spojrzenia  domylam  si, §e nie by to rozsdny
odruch.  Ale obiecuj - bd wzorowym przestpc, chciaam powiedzie:
wi¦niem  -  zn¢w  si  do  niego  umiechaa.  - Poza kar mam zamiar
zarobi  na swoje utrzymanie.  Mog gotowa, albo naprawia ubrania, w
og¢le  umiem robi mas praktycznych rzeczy i nawet znam si troch na
pielgniarstwie.
  Mia jeszcze jedno pytanie:
  - Czy  wiedziaa,   jakiego  rodzaju  zaopatrzenie  zam¢wia  ekipa
badawcza z Wodena?
  - Ale§ skd, sdziam, §e jaki sprzt potrzebny im do pracy.
  Dlaczego   zamiast   dziewczyny  pasa§erem  na  gap  nie  m¢g  by
m§czyzna,   kt¢rym   kierowayby   jakie  ukryte  pobudki?   Zbiegy
przestpca,  majcy  nadziej,  §e  zgubi  si  gdzie w nowym, dzikim
wiecie;  awanturnik,  szukajcy  okazji  przedostania si na nieznane
ldy, gdzie m¢gby znale¦ jakie zote runo; szaleniec, optany jak
misj...
  Mo§e jeden raz w §yciu ka§dy pilot SPR musi znale¦ takiego pasa§era
na  swoim  statku  - czowieka o zym charakterze, czowieka podego i
samolubnego, czowieka brutalnego i niebezpiecznego, ale przecie§ nikt
si  nigdy dotd nie natkn na umiechnit, niebieskook dziewczyn,
kt¢ra  chce  zapaci kar i zarobi na swoje utrzymanie, aby zobaczy
si z wasnym bratem.
  Odwr¢ci  si  od tablicy i przekrci gak su§c do nawizywania
cznoci  z  "Gwiezdnym  Pyem".  Ta rozmowa na nic si nie zda, lecz
nie  potrafi,  dop¢ki  nie wykorzysta jedynej, cho daremnej nadziei,
pochwyci  jej  i  wepchn  do  luzy,  jakby bya zwierzciem - albo
m§czyzn.   Przy deceleracji wynoszcej uamek G maa zwoka w czasie
nie bdzie niebezpieczna.
  Z komunikatora odezwa si gos.
  - Tu "Gwiezdny Py". Podaj to§samo i przystpuj do nadawania.
  - Barton,  SPR  34G11.   Rozmowa  pilna.   Pocz  mnie  z kapitanem
Delhartem.
  Sycha  byo jakie strzpy rozm¢w w trakcie przekazywania §yczenia
pilota  przez  odpowiednie  instancje.  Dziewczyna patrzya uwa§nie na
niego i ju§ si nie umiechaa.
  - Ja§e im pan wr¢ci po mnie? - zapytaa.
  W  goniku  co  trzasno  i  odezwa  si  daleki  gos:  - Panie
kapitanie, SPR prosi...
  - Wracaj  po mnie?  - spytaa ponownie.  - A wic mimo wszystko nie
uda mi si zobaczy z bratem?
  - Barton?    -  z   komunikatora   dobieg  ochrypy  gos  kapitana
Delharta. - C¢§ to za pilna sprawa?
  - Mam pasa§era na gap - odpowiedzia.
  - Pasa§era na gap? - zapyta kapitan ze zdziwieniem. - Rzeczywicie
to  niezwyka historia, ale po co od razu "pilna sprawa"?  Wykrye go
zawczasu,  wic  niebezpiecze¤stwo w zasadzie ci nie grozi.  Sdz, §e
przekazae  informacj  do  Archiwum, aby mogli zawiadomi najbli§sz
rodzin?
  - Dlatego najpierw  musz porozumie si z tob.  Pasa§er jest wci§
na pokadzie, a okolicznoci s tak odmienne...
  - Odmienne?   -  przerwa  kapitan,  a  w  jego gosie  pojawio si
zniecierpliwienie.   -  Co  to  ma  znaczy?   Dobrze  wiesz,  §e masz
ograniczone  zapasy  paliwa,  znasz  tak§e przepisy, tak samo, jak ja:
"Kto  w  spos¢b  nielegalny dostanie si na pokad SPR, natychmiast po
wykryciu zostanie wyrzucony za burt".
  Sycha  byo,  §e dziewczyna gwatownie zaczerpna powietrza:  - O
czym on m¢wi?
  - Tym pasa§erem jest dziewczyna.
  - Co takiego?
  - Chciaa  odwiedzi  brata.  To jeszcze dziecko, nie miaa pojcia,
co faktycznie robi.
  - Rozumiem - szorstka lakoniczno znikna z gosu kapitana. - Wic
rozmawiasz ze mn, gdy§ masz nadziej, §e m¢gbym temu zaradzi. - Nie
czekajc  na odpowied¦ m¢wi dalej:  - Bardzo mi przykro, nic nie mog
zrobi.   Nasz  statek  musi lecie dalej swoim kursem; od tego zale§y
§ycie  nie  jednej  osoby,  ale  wielu  ludzi.  Wiem, co czujesz, lecz
jestem bezsilny.  Musisz przez to przej.  Pocz ci z Archiwum.

  Komunikator  umilk,  pozosta  tylko  lekki szmer.  Odwr¢ci si do
dziewczyny.   Pochylaa  si  lekko  do  przodu, prawie sztywna; miaa
szeroko otwarte, przera§one oczy.
  - O  co mu chodzio, kiedy m¢wi "musisz przez to przej...  wyrzu
j   za   burt"?    Co   chcia   przez  to  powiedzie?   Chyba  si
przesyszaam...   kapitan  nie  m¢gby...   Co  to znaczy...  o co mu
naprawd chodzio?
  Zostao jej tak mao czasu, §e pocieszanie kamstwem byoby najwy§ej
okrutnym i pytkim oszukiwaniem.
  - Jemu chodzio dokadnie o to, co syszaa.
  - Nie!   -  odskoczya  od  niego jedn rk osaniajc twarz, jakby
uderzy j i chciaa si broni.  W jej oczach wida byo, §e nie mo§e
w to uwierzy.
  - Tak musi by.
  - Nie! ”artuje pan - czy pan oszala? Nie m¢wi pan powa§nie!
  - Przykro  mi  -  m¢wi  do  niej  powoli  i delikatnie - powinienem
powiedzie  ci  o  tym  wczeniej.   Tak,  powinienem,  lecz  najpierw
musiaem  zrobi  to, co mogem - musiaem porozumie si z "Gwiezdnym
Pyem".  Syszaa, co powiedzia kapitan?
  - Przecie§  nie  mo§e  pan  tego  zrobi  - jeli  zmusi mnie pan do
opuszczenia statku, to czeka mnie mier.
  - Wiem.
  Dziewczyna  poszukaa  wzrokiem jego twarzy i niewiara w prawdziwo
s¢w  zacza  znika  z  jej  oczu  ustpujc  miejsca  narastajcemu
przera§eniu.
  - Pan... wie? - w  odrtwieniu,  z niedowierzaniem wym¢wia te sowa
oddzielajc je wyra¦nie od siebie.
  - Wiem. I tak musi by.
  - A wic mam by wyrzucona za burt. - Opara si z powrotem plecami
o  cian,  drobna  i wiotka jak maa szmaciana lalka; opuci j cay
op¢r i resztki niewiary.
  - I pan to zrobi? Pan mnie zabije?
  - Przykro mi - zn¢w to powt¢rzy - nie wyobra§asz sobie, jak mi jest
przykro.   Musz  to  zrobi i §aden czowiek na wiecie nie mo§e tego
zmieni.
  - Pan  musi  mnie  zabi?   Nie  zrobiam  niczego,  za  co miaabym
umiera...  nie zrobiam niczego...
  Westchn gboko ze znu§eniem.
  - Wiem, §e nic nie zrobia, dziecko. Wiem, §e nie...
  - SPR!   -  zabrzmiao  energicznie  z  komunikatora - tu  Archiwum,
prosz mi poda wszystkie dane z pytki identyfikacyjnej osobnika.
  Podni¢s  si  z  fotela  i  stan  nad ni.  Chwycia si kurczowo
krawdzi  kasety,  na  kt¢rej siedziaa, a jej zwr¢cona ku g¢rze twarz
bya  zupenie  biaa  pod kasztanowymi wosami; uszminkowane usta za
odcinay si jak krwistoczerwony uk amorka.
  - Ju§ teraz?
  - Daj mi identyfikator.
  Pucia krawd¦ siedzenia i dr§cymi palcami mocowaa si niezdarnie
z  a¤cuszkiem  zawieszonym  na  szyi,  do  kt¢rego  przyczepiona bya
okrga,  plastykowa pytka.  Wycign do¤ i sam odpi a¤cuszek, a
potem wr¢ci z pytk na fotel.
  - Archiwum, oto wasze dane: numer identyfikacyjny T837...
  - Chwileczk  -  przerwa  mu gos z Archiwum - to ma by oczywicie
wpisane na szar kart?
  - Tak.
  - A czas wykonania egzekucji?
  - Powiem ci p¢¦niej.
  - P¢¦niej?  To jest niezgodne z przepisami. Regulamin wymaga podanie
nam czasu mierci obiektu przed...
  Z  trudem  udao  mu  si zachowa normalny gos.  - A wic bdziemy
postpowa wbrew przepisom:  najpierw usyszycie to, co odczytam wam z
pytki.  Tym osobnikiem jest dziewczyna, kt¢ra syszy wszystko, co si
tutaj m¢wi.  Czy jeste w stanie to zrozumie?
  Nastpia  kr¢tka  cisza,  jakby  spowodowana  szokiem,  a  potem  z
Archiwum odpowiedziano agodnie:
  - Przepraszam, prosz m¢wi dalej.
  Zacz  czyta  zawarto  pytki, powoli, §eby op¢¦ni, najbardziej
jak   m¢g,  nadejcie  tego,  co  byo  nieuniknione.   Chcia  pom¢c
dziewczynie   dajc  jej  t  odrobin  czasu,  kt¢r  dysponowa,  by
ochona  po  pierwszym  ataku strachu i przemienia go w opanowanie,
akceptacj i rezygnacj.
  - Numer  T8374  kreska Y54, nazwisko Marilyn Lee Cross, pe §e¤ska,
urodzona  7  lipca  2160  roku  (miaa  zaledwie  18  lat), wzrost 158
centymetr¢w,  waga  50  kilogram¢w  (taka  lekka, a tak katastrofalnie
obci§ya  t cienk ba¤k mydlan, jak by SPR), wosy brzowe, oczy
niebieskie,   cera   jasna,   grupa  krwi  0  (dane  zbdne),  miejsce
przeznaczenia Port City, Mimir (dane nieaktualne)...
  Sko¤czy czyta i powiedzia: - Pocz si z wami p¢¦niej.
  Odwr¢ci  si  ponownie  w  kierunku  dziewczyny.   Skulia si przy
cianie  i w odrtwieniu przygldaa mu si z wyrazem niedowierzania i
zdumionej fascynacji.
  - Oczekuj  od  pana  zabicia mnie?  Pan i wszyscy na statku chcecie
mojej mierci, tak?  - W tym samym momencie odrtwienie zel§ao i gos
jej brzmia tak jak u przestraszonego dziecka:  - Wszyscy pragn mojej
mierci,  a  ja  nic  nie zrobiam, nikogo nie skrzywdziam - chciaam
tylko zobaczy brata.
  - Nie jest tak, jak mylisz, jest zupenie inaczej - odrzek. - Nikt
nie chce twojej mierci, nikt by nie pozwoli na to, by miaa zgin,
jeli w ludzkiej mocy le§aoby zapobie§enie temu.
  - A wic dlaczego? Nie rozumiem dlaczego?
  - Ten  statek wiezie surowic przeciwko febrze "kala" dla Zespou I.
Ich  wasny  zapas  surowicy zniszczy gwatowny huragan.  Zesp¢ II -
ekipa  twojego  brata  -  znajduje  si  trzynacie tysicy kilometr¢w
dalej,  po drugiej stronie Morza Zachodniego, a ich helikoptery nie s
w stanie przelecie takiej odlegoci, §eby pom¢c kolegom.  Choroba ta
ko¤czy  si  mierci,  jeli chorzy nie otrzymaj na czas surowicy, a
wic  o ile SPR nie przyleci zgodnie z planem, to umrze szeciu ludzi.
Nasze  mae  statki  otrzymuj  tylko tyle paliwa, §e ledwo starcza na
wyldowanie.   Jeli  zostaniesz  na  pokadzie,  wtedy ci§ar twojego
ciaa  spowoduje zu§ycie przez statek caego paliwa, zanim wyldujemy.
Nastpi  katastrofa;  ty  i  ja  zginiemy, a wraz z nami szeciu ludzi
czekajcych na surowic.
  Upyna  caa  minuta,  zanim si odezwaa, a kiedy zastanowia si
nad tym, co jej powiedzia, oczy jej o§ywiy si.
  - Czy problem polega na tym - zapytaa w ko¤cu - §e statek po prostu
nie ma wystarczajcej iloci paliwa?
  - Tak.
  - Mog odej sama, ale mog te§ zabra ze sob siedmiu innych?  Czy
o to chodzi?
  - Wanie o to.
  - I nikt nie pragnie mojej mierci?
  - Nikt.
  - To  mo§e...   czy  jest  pan pewny,  §e niczego nie da si zrobi?
Przecie§ gdyby mo§na byo, to chyba kto by mi pom¢g?
  - Ka§dy  chciaby  ci  pom¢c,  ale  wszyscy  jestemy  bezsilni.  Ja
zrobiem, co mogem - nawizaem czno z "Gwiezdnym Pyem".
  - A  on  nie  zawr¢ci...   lecz  mo§e  to  zrobi jaki inny statek,
prawda?  Nie ma §adnej nadziei, §e dzie indziej znajdzie si kto, kto
mi pomo§e?
  Pochylia  si  lekko  do  przodu,  kiedy  w  podnieceniu czekaa na
odpowied¦.
  - Nie.
  Sowo  to  podziaao  na  ni  jak zimny prysznic.  Dziewczyna zn¢w
opara si o cian, a z jej oczu znikny ju§ zapa i nadzieja.
  - Czy jest pan absolutnie pewny tego, co pan m¢wi?
  - Jestem  absolutnie pewny.  W promieniu czterdziestu lat wietlnych
nie  ma  §adnych  innych statk¢w; nikt i nic nie jest w stanie zmieni
tego, co ma si sta.
  Opucia  wzrok  i  w  milczeniu gniota w palcach fady sp¢dnicy, a
okrutna prawda zaczynaa dociera do jej wiadomoci.

  Tak  byo  lepiej.   Wraz  z  utrat nadziei odejdzie strach, wraz z
utrat  nadziei  przyjdzie  rezygnacja.   Na  to potrzebowaa czasu, a
moga go mie tak niewiele.  Ile?
  SPR  nie  byy wyposa§one w urzdzenia do chodzenia kaduba i przed
wejciem  w  atmosfer  ich  prdko nale§ao maksymalnie zmniejszy.
Deceleracja  wynosia  0.1  G,  do  celu  zmierzali du§o szybciej, ni§
ustali  komputer.   "Gwiezdny  Py"  w  chwili, w kt¢rej wysya SPR,
znajdowa  si  niedaleko  od  Wodena;  prdko, z jak poruszali si
obecnie, z ka§d sekund przybli§aa ich coraz bardziej.
  Istnieje  pewien  moment  krytyczny,  do  ktorego wkr¢tce dotr, gdy
trzeba  bdzie na nowo podj deceleracj.  I wtedy ci§ar dziewczyny,
pomno§ony   przez   warto   deceleracji,  stanie  si  czynnikiem  o
zasadniczym  znaczeniu,  czynnikiem  o  istnieniu kt¢rego nie wiedzia
komputer,   kiedy   przydziela   paliwo   dla  SPR.   Nie  ma  innego
wyjcia  -  ona  musi  znikn  w  chwili,  w  kt¢rej  rozpocznie  si
ostateczna  deceleracja.   Kiedy  to  si  stanie?   jak  dugo  mo§na
pozwoli jej tu zosta?
  - Jak dugo mog tu jeszcze zosta?
  Momowolnie  zadr§a na d¦wik tych s¢w, kt¢re rozlegy si jak echo
jego  wasnych  myli.  Jak dugo?  Nie mia pojcia, musiaby zapyta
komputer na "Gwiezdnym Pyle".
  Ka§dy   SPR   otrzymywa   niewielk  nadwy§k  paliwa,  na  wypadek
niekorzystnych  warunk¢w  w atmosferze planety; przez czas, jaki dotd
upyn,  zu§yli stosunkowo niedu§o paliwa.  Komputerowe bloki pamici
wci§  zawieraj  wszystkie  informacje  potrzebne do ustalenia kursu.
Takie  informacje  przechowuje  si  a§  do  wyldowania SPR w miejscu
przeznaczenia.   Musi  przekaza  komputerowi tylko nowe liczby:  wag
dziewczyny     i     dokadn    godzin,    o    kt¢rej    zmniejszy
deceleracj do 0.1 G.
  W  tej  samej chwili, w kt¢rej otwiera usta, §eby wywoa "Gwiezdny
Py", z komunikatora rozleg si gos kapitana Delharta:
  - Barton,  kontrola  rejestru  w  Archiwum  wykazuje, §e jeszcze nie
uzupenie meldunku.  Zmniejszye deceleracj?
  A wic kapitan wiedzia, co zamierza zrobi.
  - Hamuj  w  tempie  przecinek dziesi,  deceleracj zmniejszyem o
siedemnastej  pidziesit,  a  waga  wynosi  pidziesit.  Chciabym
pozosta  przy  przecinek dziesi tak dugo, jak mi pozwoli komputer.
Zadasz mu to pytanie?
  Zmienianie  przez  pilota  SPR  kursu  i  stopnia deceleracji, kt¢re
ustali  dla  niego  komputer,  byo wbrew przepisom.  Ale kapitan nie
wspomnia  o  naruszeniu  regulaminu ani nie zapyta o przyczyn.  Nie
musia  - gdyby by pozbawiony inteligencji i zrozumienia dla ludzkiej
natury,  nie  zostaby  dow¢dc  midzygwiezdnego  statku kosmicznego.
Powiedzia tylko:  - Dam to na komputer.
  W  komunikatorze zalega cisza; czeka razem z dziewczyn, a §adne z
nich  nie  odzywao  si.  Nie bd czeka dugo - komputer przygotuje
odpowied¦  w  kilka sekund.  Stalowa paszcza pierwszego bloku wchonie
nowe   liczby  i  przez  skomplikowane  obwody  przepyn  elektryczne
impulsy.   Tu  i  ¢wdzie  zastuka mo§e przeka¦nik albo przekrci si
jaki  trybik,  lecz  w  gruncie  rzeczy  odpowiedzi  udziel  impulsy
elektryczne  -  bezksztatne,  bezmylne,  niewidzialne,  z  absolutn
precyzj  decydujce  o  tym,  jak  dugo  mo§e  jeszcze  §y ta blada
dziewczynka  siedzca koo niego.  W¢wczas pi maych kawak¢w metalu
drugiego   bloku  przesunie  si  po  kolei  byskawicznie  na  tamie
powleczonej  farb  drukarsk  i druga stalowa paszcza wypluje wistek
papieru nioscy odpowied¦.
  Chronometr  umieszczony na tablicy kontrolnej pokazywa 18:10, kiedy
kapitan odezwa si ponownie.
  - Wznowisz deceleracj o dziewitnastej dziesi.
  Spojrzaa w kierunku zegara, potem nagle odwr¢cia gow.
  - Czy wtedy... wtedy mam wyj? - spytaa.
  Skin gow na potwierdzenie; dziewczyna zn¢w spucia wzrok.
  - Mam  dla  ciebie  poprawki  kursu - m¢wi kapitan.  - W normalnych
okolicznociach  nigdy  bym  na  to  nie  pozwoli, ale rozumiem twoj
sytuacj.   Nic  wicej  nie  mog zrobi, a ty niczego nie zmieniaj w
nowych  instrukcjach.   Meldunek uzupenisz o dziewitnastej dziesi.
Zapisz sobie poprawki kursu.
  Czyta  je  gos jakiego nieznajomego technika, a on to zapisywa w
notatniku przypitym do krawdzi tablicy kontrolnej.  Spostrzeg, §e w
pobli§u  atmosfery  nastpi  kilka okres¢w deceleracji wartoci 5 G, a
przy 5 G pidziesit kilogram¢w wa§yoby dwiecie pidziesit.
  Kiedy  technik  sko¤czy,  szybko  potwierdzi  odbi¢r  i  zako¤czy
rozmow.   Potem,  wahajc  si  przez chwil, sign rk i wyczy
komunikator.   Bya  18:13  i  do  19:10 nie bdzie o czym meldowa, a
pozwoli innym na przysuchiwanie si temu, co moga m¢wi w ostatniej
godzinie §ycia, byoby nieludzkie.
  Zacz sprawdza wskazania przyrzd¢w pomiarowych, bez powodu wodzc
po nich wzrokiem bardzo powoli.  Musi przyj wszystko, co j czeka, a
on  nie  bdzie  m¢g  jej  w  tym  pom¢c.  Sowa wsp¢czucia tylko by
wszystko op¢¦niy.
  Bya 18:20 kiedy ockna si z bezruchu i przem¢wia.
  - A wic musi tak by?
  Obr¢ci si twarz w jej kierunku:  - Rozumiesz teraz, prawda?  Nikt
by do tego nie dopuci, gdyby m¢g.
  - Rozumiem - odpowiedziaa.  Jej twarz stopniowo nabieraa kolor¢w i
szminka nie odcinaa si tak jaskrawo.
  - Jest za mao paliwa, bym moga zosta.  Kiedy schowaam si na tym
statku,  wdepnam  w co, o czym nic nie wiedziaam, i teraz musz za
to zapaci.
  Zamaa  prawo  ustanowione  przez  czowieka,  kt¢re gosio "WSTP
WZBRONIONY",  lecz  kara za to nie zale§aa od ludzkiego dziaania ani
pragnienia, a jej wykonania §aden czowiek odwoa nie m¢g.  To prawo
fizyki  stanowio,  §e  ilo  paliwa  'h'  bezpiecznie  doprowadzi do
miejsca   przeznaczenia   SPR   o  masie  'm',  a  inne  prawo  fizyki
stwierdzao,   §e   ilo   paliwa   'h'  nie  doprowadzi  do  miejsca
przeznaczenia  SPR  o  masie  'm+x'.   SPR  posuszny by tylko prawom
fizyki,  a  §adne ludzkie wsp¢czucie dla dziewczyny nie mogo zmieni
drugiego prawa.
  - Ale boj si.  Nie chc umiera - nie teraz.  Chc §y, a nikt nie
pr¢buje mi pom¢c.  Wszyscy zdaj si m¢wi "r¢b, co chcesz"; zachowuj
si tak, jakby nic nie miao mi si sta.  Czeka mnie mier, a nikogo
to nie obchodzi.
  - To obchodzi ka§dego z nas - powiedzia.  - Obchodzi mnie, obchodzi
kapitana  i  urzdnika  w  Archiwum.   Obchodzi nas wszystkich i ka§dy
zrobi tyle, ile m¢g, aby ci pom¢c.  Byo tego za mao - tyle co nic,
ale jednoczenie byo to wszystko, co moglimy zrobi.
  - Nie  wystarczy  paliwa,  to  mog  zrozumie  - m¢wia,  jakby nie
syszc jego s¢w - ale §eby kaza przez to umiera?  Mnie, samej...
  Jak  trudno  jej  pogodzi  si  z faktami.  Nie zagra§ao jej dotd
niebezpiecze¤stwo  mierci,  nie poznaa jeszcze §adnego rodowiska, w
kt¢rym  ludzkie  §ycie  bywao  tak  wte  i ulotne, jak piana morska
wyrzucona na skalisty brzeg.  Jej miejscem jest delikatny wiat Ziemi,
z  tym  spokojnym  i  solidnym  spoecze¤stwem, gdzie moga by moda,
cieszy si i mia razem z takimi jak ona, tam gdzie §ycie ludzi jest
rzecz  drogocenn i dobrze chronion i gdzie wszyscy maj pewno, §e
doczekaj  jutra.  Jej miejscem jest wiat agodnego wiatru i ciepego
so¤ca,  muzyki,  powiaty  ksi§yca  i  subtelnych  obyczaj¢w,  a nie
pospny i bezwzgldny wiat pogranicza.
  - Jak mi si to mogo przytrafi tak strasznie szybko?  Godzin temu
byam  na  "Gwiezdnym  Pyle"  i  leciaam na Mimir.  Teraz statek leci
dalej beze mnie, a ja za chwil umr i ju§ nigdy nie zobacz Gerry'ego
ani mamy i taty - w og¢le nic juz nigdy nie zobacz.
  Zastanawia  si,  w  jaki spos¢b ma jej to wszystko wyjani, aby w
ko¤cu   zrozumiaa  i  przestaa  uwa§a  si  za  ofiar  okrutnej  i
bezsensownej   niesprawiedliwoci.   Nie  wiedziaa  nic  o  §yciu  na
pograniczu,  mylaa kategoriami bezpiecznej i niezawodnej Ziemi.  Tam
adnych  dziewczt nie wyrzuca si za burt - prawo na to nie pozwala.
Na  Ziemi  szczeg¢y  jej  nieszczcia zapeniyby program dziennik¢w
radiowych  i  telewizyjnych,  a  jeden  z  szybkich,  czarnych statk¢w
Patrolu   pomknby  jej  na  pomoc.   Wszyscy,  gdziekolwiek  by  si
znajdowali,  wiedzieliby  o  Marilyn  Lee  Cross  i  nie szczdzono by
wysik¢w dla ratowania jej §ycia.  Lecz tutaj nie jest Ziemia i tu nie
ma  statk¢w Patrolu; jest tylko "Gwiezdny Py", kt¢ry ucieka od nich z
prdkoci wielokrotnie wiksz ni§ wiato.  Nie znajdzie nikogo, kto
m¢gby  jej  pom¢c.   Marilyn  Lee  Cross pozostanie wycznie gorzkim
wspomnieniem  pilota  SPR  i  nazwiskiem  wpisanym  na  szar  kart w
Archiwum.
  - Tutaj  jest inaczej ni§ na Ziemi - powiedzia.  - Nie chodzi o to,
§e  nikogo  nie  obchodzisz, zrozum; po prostu nikt nie mo§e ci pom¢c.
Pogranicze  jest  ogromne,  znajdujemy  si  w tym jego rejonie, gdzie
kolonie  osadnik¢w  i  ekspedycje  naukowe  s  porozrzucane dalego od
siebie.    Na   Wodenie,   na   przykad,   przebywa  tylko  szesnastu
ludzi  -  szesnastu  ludzi na caej planecie.  Ekipy geolog¢w, zespoy
badawcze,  pierwsze  mae  kolonie  osadnik¢w  - wszyscy tocz walk z
obcym  rodowiskiem  pr¢bujc  przetrze  szlak  dla  tych, co przyjd
potem.   Przyroda  si  broni,  a  ci, kt¢rzy id jako pierwsi, zwykle
popeniaj  bd  tylko  jeden  raz.   Na  pograniczu nie ma marginesu
bezpiecze¤stwa  dla  ludzi  i  nie  mo§e  go by, dop¢ki te ziemie nie
zostan  ostatecznie  ujarzmione  i  zasiedlone.  Do tego czasu ludzie
bd  paci  za  swoje  bdy  i  nikt im nie pomo§e, poniewa§ nie ma
nikogo, kto m¢gby im pom¢c.
  - Leciaam  na  Mimir  -  powiedziaa.    -  Nic  nie  wiedziaam  o
pograniczu, leciaam tylko na Mimir, a tam jest bezpiecznie.
  - To prawda. Ale ty opucia statek, kt¢ry ci tam ni¢s.
  Milczaa przez kr¢tk chwil, a potem powiedziaa:
  - Tak  cudownie  byo  na  pocztku.   Tyle  miejsca  na tym statku,
niedugo  miaam  zobaczy  si  z  Gerrym...   Nie  wiedziaam  nic o
paliwie, nie wiedziaam, co mnie spotka...
  Jej  sowa przestay do niego dociera, skierowa uwag na ekran nie
chcc  patrze,  jak  toruje sobie drog przez przera§enie i strach ku
rezygnacji i akceptacji swojego losu.
  Woden  by  kul  osonit  bkitn  mgiek  atmosfery, pync w
przestworzach  na  tle czarnego nieba usianego gwiazdami.  Wielka masa
Kontynentu   Manninga   rozpocieraa   si  na  Morzu  Wschodnim  jak
gigantyczna   klepsydra,  a  zachodnia  cz  Kontynentu  Wschodniego
jeszcze  bya  widoczna.  Wzdu§ prawej krawdzi globu, z g¢ry na d¢,
prowadzio  pasemko  cienia i Kontynent Wschodni pogr§a si w nim, w
miar  jak  planeta obracaa si wok¢ osi.  Godzin temu widoczny by
cay kontynent, a teraz na dugoci dwu tysicy kilometr¢w schowa si
w  stref  cienia  i  zatapia  w  noc panujc na drugiej stronie.  W
kierunku  cienia  przesuwaa  si  ciemna,  niebieska  plama - Jezioro
Lotosu.  Gdzie w pobli§u poudniowego brzegu Jeziora Zesp¢ II rozbi
sw¢j  ob¢z.  Niedugo nadejdzie tam noc i wkrotce potem rotacja Wodena
przesunie ich poza zasig radia statku.
  Powinien  powiedzie  jej o tym, §eby moga porozumie si z bratem,
zanim  bdzie  za p¢¦no.  Mo§e byoby lepiej dla obojga, gdyby ze sob
nie  rozmawiali  w takiej chwili - ale to nie do niego nale§y decyzja.
Ostatnie  sowa  bd  dla  brata  i siostry czym, co si celebruje i
pieci,  czym,  co  mimo  §e  uderza  jak ostrze sztyletu, stanie si
niesko¤czenie  drogim  wspomnieniem,  dla  niej - na tych kilka chwil,
kt¢re jej pozostay i dla niego - do ko¤ca §ycia.
  Nacisn  klawisz,  kt¢rym  wywietla  si  siatk  wsp¢rzdnych na
ekranie  i  za pomoc znanej rednicy planety szacowa odlego, jak
poudniowy  kraniec  Jeziora  Lotosu mia do przebycia, zanim znajdzie
si  poza  zasigiem  radia.   W przybli§eniu - osiemset kilometr¢w...
Osiemset  kilometr¢w  -  to znaczy p¢ godziny, a chronometr pokazywa
18:30.   Doo§ywszy troch na ewentualny bd nie powinno by p¢¦niej,
ni§ 19:05, kiedy obr¢t Wodena ostatecznie odetnie gos jej brata.
  Po  lewej stronie globu by ju§ widoczny pierwszy skrawek Kontynentu
zachodniego.  Sze i p¢ tysica kilometr¢w dalej, po jego przeciwnej
stronie,  le§a  brzeg Morza Zachodniego i ob¢z Zespou I.  To wanie
nad  Morzem  Zachodnim huragan wzi sw¢j pocztek uderzajc p¢¦niej z
tak  furi  na  ob¢z  i  niszczc  poow zabudowa¤ wcznie z tym, w
kt¢rym  przechowywano  rodki  medyczne.  Dwa dni przedtem panowaa tu
idealna cisza; nad Morzem Zachodnim unosiy si wycznie wielkie masy
agodnego  powietrza.   Zesp¢  I  jak zwykle wyszed do pracy w teren
niewiadomy   poczenia   si  nad  morzem  wielkich  mas  powietrza,
niewiadomy  siy,  jak  zrodzi takie poczenie.  Huragan uderzy na
ob¢z  bez  ostrze§enia,  ze  straszliw  si burzc, kt¢ra d§ya do
unicestwienia  wszystkiego  na  swojej  drodze.   Przeszed nad obozem
zostawiajc po sobie gruzy.  Zniszczy wielomiesiczn prac i narazi
na  mier  szeciu  ludzi, a potem, jakby osignwszy zamierzony cel,
zacz  si  z  powrotem rozdziela na masy agodnego powietrza.  Lecz
pomimo wszystkich zniszcze¤ nie dziaa rozmylnie ani zoliwie.  By
lep  i  bezmyln  si podlegajc prawom natury i zrobiby to samo
jeszcze raz, gdyby nie byo na wiecie §adnych ludzi.
  Istnienie wymaga adu, i ad istnieje:  prawa natury, nieodwoalne i
niezmienne.   Ludzie  mog si uczy, jak z nich korzysta, ale ludzie
nie  mog  ich  zmienia.  Obw¢d koa wynosi zawsze pi razy rednica i
§adna  z  nauk  Czowieka  nie  mo§e  sprawi, §eby stao si inaczej.
Poczenie  zwizku  chemicznego A ze zwizkiem B w warunkach C zawsze
wywouje  reakcj  D.  Prawo grawitacji wyra§a si cisym r¢wnaniem i
nie  odr¢§nia opadania lici od majestatycznych obrot¢w ukadu gwiazdy
podw¢jnej.   Proces konwersji jdrowej napdza statki kosmiczne, kt¢re
nios  ludzi do gwiazd; ten sam proces w formie narodzin gwiazdy Novej
zniszczyby  wiat  r¢wnie  skutecznie.   Prawa istniay i wszechwiat
porusza  si zgodnie z nimi.  Wzdu§ pogranicza zebray si wszystkie
siy  natury  i  czasami  niszczyy tych, kt¢rzy przedzierali si poza
Ziemi.    Ludzie  pogranicza  dawno  temu  poznali  gorzk  daremno
przeklinania  niszczcych  ich  si, poniewa§ byy one lepe i guche;
daremno   wypatrywania  litoci  z  nieba,  gdy§  gwiazdy  galaktyki
koysay  si  na  swoim  dugim na dwiecie milion¢w lat wahadle, tak
samo jak one podlegym prawom nie znajcym uczu nienawici i litoci.
  Ludzie pogranicza zdawali sobie z tego spraw - ale jak dziewczyna z
Ziemi  miaa  to wszystko zrozumie?  "Ilo paliwa 'h' nie doprowadzi
do miejsca przeznaczenia SPR o masie 'm+x'".  Dla niego, dla jej brata
i  rodzic¢w  bya mod dziewczynk o sodkiej buzi; wobec praw natury
stanowia 'x', niepo§dany czynnik bezdusznego r¢wnania.
  Poruszya si znowu na swoim miejscu.
  - Czy  mogbym  napisa list?  Chc  napisa list do mamy i taty, i
chciaabym  porozmawia  z  Gerrym.   Czy  pozwoli mi pan skorzysta z
pa¤skiego radia?
  - Spr¢buj nawiza z nim czno - odrzek.
  Wczy  nadajnik normalnoprzestrzenny i nacisn klawisz wywoania.
Prawie natychmiast kto zareagowa na sygna.
  - Halo! Co u was sycha, chopaki, SPR w drodze?
  - To  nie  zesp¢  jeden,  tu  m¢wi SPR - odrzek.  - Jest tam Gerry
Cross?
  - Gerry?  Z dw¢jk innych wylecia rano helikopterem i dotd ich nie
ma.   Ju§  prawie  wiecz¢r,  powinni  wr¢ci lada moment - najwy§ej za
godzin.
  - Czy mo§ecie poczy mnie z radiem na helikopterze?
  - Hm.   Nie  dziaa  od  dwu miesicy.  Szlag trafi par obwod¢w, a
nowe  bd  dopiero,  kiedy przyleci frachtowiec.  Czy to co wa§nego?
Za wiadomo, czy co?
  - Tak,  sprawa  jest  powa§na.   Jak  wr¢ci,  przylij go od razu do
nadajnika, najszybciej, jak tylko mo§esz.
  - Oczywicie.  Jeden z naszych ludzi wyjedzie po niego na ldowisko.
Co jeszcze?
  - To chyba wszystko. Odszukaj go jak najszybciej i wywoaj mnie.
  ciszy   odbiornik   do   minimum,  tak  by  sysze  tylko  sygna
wywoawczy,  i  odczepi  notatnik  ze  sterownicy.   Oderwa kartk z
instrukcjami lotu i poda jej papier z o¢wkiem.
  - Najlepiej  zrobi,  jak  do  Gerry'ego  te§  napisz - powiedziaa
odbierajc przybory do pisania.  - Mo§e nie wr¢ci do obozu na czas.
  Zacza  pisa,  palce  miaa  nadal  nieporadne  i niepewne, koniec
o¢wka  dr§a,  kiedy go odrywaa od papieru.  Odwr¢ci si w kierunku
ekranu; patrzy na¤ niewidzcym wzrokiem.
  Bya  samotnym,  maym  dzieckiem,  kt¢re pr¢bowao powiedzie swoje
ostatnie  "do  widzenia".   Otworzy  przed  nimi serce.  Powie im, jak
bardzo ich kocha, powie im, aby nie mieli do niej §alu, §e to byo co
takiego,  co  mogo  si  przytrafi  ka§demu, i §e wcale si nie boi.
Ostatnie  bdzie  nieprawd i mo§na to bdzie odczyta z jej kolawego
pisma;  pozostanie  dzielnym  kamstewkiem,  kt¢re  sprawi  im jeszcze
wicej b¢lu.
  Jej  brat  jest czowiekiem pogranicza i on zrozumie.  On nie bdzie
nienawidzi  pilota  SPR  za  to,  §e  nic nie zrobi, by zapobiec jej
mierci;  bdzie  wiedzia,  §e  pilot nic nie m¢g zrobi.  Zrozumie,
cho zrozumienie nie zagodzi wstrzsu i b¢lu, jakich dozna, kiedy si
dowie,  §e  straci  siostr.  Ale tamci - jej ojciec i matka, oni nie
zrozumiej.   S lud¦mi Ziemi i rozpatruj wszystko jak ci, kt¢rzy nie
przebywali  nigdy  tam,  gdzie  margines  bezpiecze¤stwa  jest  bardzo
niewielki  - a czasem nie ma go wcale.  C¢§ oni sobie pomyl o jakim
anonimowym pilocie, kt¢ry posa ich c¢rk na mier.
  Bd §ywi do niego gbok i straszliw nienawi - ale to naprawd
nie  ma znaczenia.  Nie ujrzy ich nigdy, nigdy nie pozna.  Bdzie mia
tylko  wspomnienia,  tylko  noce  pene  strachu,  kiedy  niebieskooka
dziewczyna  w  biaych  sandaach  bdzie wchodzi w jego sny, §eby na
nowo umiera...

  Wzdrygn  si  i  pr¢bowa  uspokoi  myli.   Nie  m¢g jej pom¢c.
Bezwiednie narazia siebie na ukaranie przez prawo, kt¢re nie uznawao
niewinnoci,  modoci  ani  pikna,  kt¢re byo niezdolne do okazania
wsp¢czucia  czy  agodnoci.   ”al  by czym nielogicznym - a jednak
czy§ wiadomo tego moga go oddali?
  Od  czasu  do  czasu  przestawaa  pisa,  jakby  pr¢bowaa  znale¦
waciwe  sowa,  kt¢re  wypowiedz to, co chciaa, §eby wiedzieli, po
czym  o¢wek  na  nowo  podejmowa  cichy  monolog.  Bya 18:37, kiedy
zo§ya  list  we  czworo  i  napisaa na nim nazwisko.  Zacza pisa
nastpny list, dwukrotnie rzucia okiem na chronometr, jakby baa si,
§e  czarna  wskaz¢wka  dotrze na wyznaczone miejsce, zanim sko¤czy.  O
18:45  zo§ya drugi list w taki sam spos¢b i napisaa na nim nazwisko
i adres.  Podaa mu oba listy.
  - Czy  m¢gby  pan zaopiekowa si nimi i dopilnowa, aby wo§ono je
do kopert i wysano?
  - Oczywicie.
  Wzi od niej listy i wo§y do kieszonki szarej koszuli od munduru.
  - Mo§na je bdzie wysa dopiero nastpnym frachtowcem? Dowiedz si
o mnie wczeniej z "Gwiezdnego Pyu"?
  Potwierdzi ruchem gowy.
  - Wobec  tego  listy  straciy  ju§ swe znaczenie, chocia§ z drugiej
strony pozostay bardzo wa§ne dla mnie i dla nich.
  - Wiem. Rozumiem ci i zajm si tym.
  Spojrzaa na chronometr a potem odwr¢cia si od niego.
  - Wydaje mi si, jakby cigle przyspiesza, jak pan myli?
  Nic  nie  odpowiedzia,  nie  umia  wymyli  niczego,  co mo§na by
powiedzie.
  - Jak pan sdzi, czy Gerry zd§y wr¢ci? - spytaa.
  - Wydaje mi si, §e tak. Powiedzieli, §e zaraz bdzie z powrotem.
  Zacza obraca o¢wek midzy do¤mi.
  - Mam  nadziej, §e zd§y.  Jest mi niedobrze i boj si.  Chc zn¢w
sysze,  jak  do mnie m¢wi, mo§e nie bd si czua taka osamotniona.
Tch¢rz ze mnie i nic na to nie poradz.
  - Nie jeste tch¢rzem. Boisz si, ale nie jeste tch¢rzem.
  - Czy jest jaka r¢§nica?
  Skin gow. - Ogromna r¢§nica.
  - Czuj  si  opuszczona przez wszystkich.  Nigdy nie miaam takiego
uczucia,  jakbym  bya  pozostawiona  sama  sobie,  jakby  nikogo  nie
obchodzio,  co bdzie ze mn.  Przedtem wok¢ mnie zawsze byli mama i
tama  i  moi  przyjaciele  -  miaam mn¢stwo przyjaci¢.  Oni mi przed
odjazdem urzdzili po§egnalne przyjcie.
  Przyjaciele,  muzyka i piew, §eby miaa co wspomina - a na ekranie
Jezioro Lotosu pogr§ao si w cieniu.
  - Czy  z  Gerrym  jest  to  samo?   - spytaa.   - To znaczy, je§eli
popeni  jaki  bd,  czy  bdzie  musia  umrze?   Opuszczony przez
wszystkich i pozbawiony wszelkiej pomocy?
  - Wszdzie jest tak samo, na caym pograniczu.  I zawsze tak bdzie,
dop¢ki istnieje pogranicze.
  - Gerry  nie  pisa  nam o tym.  Da nam zna, §e pac mu dobrze, i
cay czas wysyla pienidze do domu, poniewa§ dochody ze sklepiku taty
ledwie wystarczay na utrzymanie, ale nie informowa nas, jak tu jest.
  - Nie pisa, §e ma niebezpieczn prac?
  - Tak,  wspomina  o  tym, ale nie orientowalimy si, w czym rzecz.
Zawsze  wydawao mi si, §e na pograniczu niebezpiecze¤stwo ma w sobie
du§o   z   zabawy;  takie  podniecajce  przygody,  jakie  pokazuj  w
stereokinie.
  Niky umiech musn na moment jej twarz.
  - Ale  to  nie  jest tak, prawda?  Wcale nie jest tak samo, bo jeli
rzecz  si  dzieje  naprawd,  nie  mo§na i do domu, kiedy seans si
sko¤czy.
  - Nie - odrzek - nie mo§na.
  Powdrowaa  spojrzeniem  od chronometru do drzwiczek luzy, a potem
spojrzaa  na  papier  i  o¢wek,  kt¢re  bez przerwy trzymaa w rku.
Wysunwszy  jedn stop troch do przodu zmienia pozycj, aby odo§y
na  bok  przybory  do  pisania.  Dopiero teraz zorientowa si, §e nie
nosia orginalnych sandak¢w wega¤skich, lecz tani imitacj.  Rzekoma
droga  sk¢ra  wega¤ska  bya  jakim  ziarnistym  plastykiem, "srebrna
klamra"   posrebrzan   blaszk,   a   drogie  kamienie  byszczcymi,
kolorowymi  szkiekami.  "Sklepik taty ledwie starcza na utrzymanie".
Na  prewno  rzucia  uczelni  gdzie na drugim roku studi¢w i podja
nauk   jzyk¢w.    Chciaa   i  wasn  drog  i  pomaga  bratu  w
utrzymywaniu  rodzic¢w, dorabiajc tyle, ile moga, po wykadach.  Jej
osobiste  rzeczy  zostan  zwr¢cone  rodzicom - nie bd przedstawiay
wikszej  wartoci,  a w drodze powrotnej nie zajm du§o przestrzeni w
magazynach na "Gwiezdnym Pyle".
  - Czy nie...? - przerwaa nagle; spojrza na ni pytajco.
  - Czy  nie  jest tu za chodno?  - spytaa tak, jakby chciaa za co
przeprosi.  - Pan nie odczuwa zimna?
  - No c¢§, rzeczywicie - odrzek.
  Zerkn  na pulpit sterowniczy.  G¢wny termometr pokazywa normaln
temperatur.
  - Tak, jest zimniej, ni§ powinno by.
  - Chciaabym, §eby Gerry wr¢ci, zanim bdzie za p¢¦no. Pan naprawd
wierzy, §e on zd§y wr¢ci? Nie m¢wi pan tego, §eby mnie pocieszy?
  - Myl,  §e  zd§y.   Powiedzieli  nam, §e wr¢ci do szybko.  - Na
ekranie   Jezioro  Lotosu  coraz  bardziej  pogr§ao  si  w  cieniu.
Widoczne  byo tylko wskie, bkitne pasmo na jego zachodniej granicy
i stao si oczywiste, §e przeceni czas, jaki jej pozosta na rozmow
z bratem.  Z niechci rzek do niej:
  - Za  par  minut  ob¢z  stanie  si nieosigalny dla radia.  W tech
chwili  tw¢j  brat  znajduje si w zacienionej czci Wodena - pokaza
jej na ekranie - i obr¢t planety niedugo przesunie go cakowicie poza
zasig  fal radiowych.  Tak chciabym co zrobi.  Szkoda, §e nie mog
go  wywoa.   Mo§e  by  ju§ za mao czasu, kiedy si zjawi - za moo
czasu, §eby z nim porozmawia, zanim zaniknie czno.
  - Nawet nie tyle, ile pozostao mnie?
  - Obawiam si, §e nie.
  - Zatem   -  wyprostowaa  si   i   spojrzaa  na  luz  z  zimnym
postanowieniem  - zatem opuszcz statek, kiedy Gerry znajdzie si poza
zasigiem  fal  radiowych.   Nie  bd czekaa ani chwili du§ej - nie
bd miaa na co czeka.
  Zn¢w nie potrafi niczego powiedzie.
  - Mo§e  w  og¢le  nie  powinnam czeka?  Mo§e jestem egoistk - mo§e
byoby lepiej dla Gerry'ego, gdyby pan mu p¢¦niej wszystko powiedzia?
  Ton,  jakim  to  m¢wia,  sugerowa  niewiadomie,  §e  chce, by jej
zaprzeczy.  Odrzek jej:
  - On  by  nie  chcia,   §eby  tak postpia - §eby nie czekaa na
niego.
  - Tam  gdzie  teraz  jest robi si  ju§ ciemno, prawda?  Bdzie mia
dug  i  bezsenn  noc, a mama i tata jeszcze nie wiedz, §e nigdy do
nich  nie wr¢c, tak jak im obiecaam.  Wyrzdziam krzywd wszystkim,
kt¢rych   kocham.   Nie  chciaam  tego,  nie  miaam  zamiaru  nikogo
krzywdzi.
  - To nie bya twoja wina. A oni bd to wiedzie i zrozumiej to.
  - Z pocztku tak si baam mierci, §e stch¢rzyam i zaczam myle
wycznie  o  sobie.   Teraz  widz, jak byam egoistk.  W umieraniu
straszne  jest  nie  to, §e mnie ju§ nie bdzie, ale to, §e wicej ich
nie  zobacz - nigdy im nie powiem, §e zawsze martwiam si o nich, §e
nigdy ich nie lekcewa§yam; §e wiem, jak si dla mnie powicali, abym
miaa  szczliwe  §ycie, §e wiem o wszystkim, co dla mnie zrobili, §e
miaam  dla  nich  o wiele wicej mioci, ni§ im to okazywalam.  Tego
si  nie  m¢wi,  gdy  jest si modym i ma si przed sob cae §ycie -
czowiek boi si, §e m¢gby wyda si gupi i sentymentalny.  Ale jest
zupenie  inaczej,  kiedy ma si umrze.  ”auje si, §e nie m¢wio im
si  tego  wtedy,  gdy  bya  mo§liwo;  za  to  teraz  chciaoby si
powiedzie  "przepraszam" za te wszystkie drobne, ze rzeczy, kt¢re im
si  wyrzdzio,  lub  powiedziao,  §e  przecie§  nie  mia si nigdy
zamiaru  zrani ich uczu i §eby pamitali tylko to, §e si ich zawsze
bardzo, bardzo kochao.
  - Nie musisz im tego m¢wi - odrzek.  - Oni to wiedz. Zawsze o tym
wiedzieli.
  - Jest pan tego pewny? - zapytaa. - Przecie§ jestemy dla pana obc
rodzin.
  - Ludzka natura i ludzkie serca s wszdzie takie same.
  - I  bd  wiedzie  o  tym, o czym chc, §eby wiedzieli - §e ja ich
kocham?
  - Zawsze o tym wiedzieli - lepiej, ni§ potafiaby wyrazi sowami.
  - Wci§  przypominam sobie, co dla mnie robili.  Teraz najwa§niejsze
wydaj mi si te drobne sprawy.  Tak jak Gerry - na szesnaste urodziny
przysa  mi  bransoletk  z  rubinami.   Bya  pikna  -  musiaa  go
kosztowa  ca  miesiczn pensj.  Ja jednak pamitam go najbardziej
za  to, co zrobi tej nocy, gdy m¢j kotek wpad pod samoch¢d na ulicy.
Miaam  dopiero  sze lat, a on trzyma mnie w ramionach, wyciera mi
zy  z  twarzy  i m¢wi, §ebym nie pakaa, §e Puszek wyszed tylko na
chwil, §eby sprawi sobie nowe futerko i §e jutro rano znajd go zn¢w
pod swoim ¢§eczkiem.  Uwierzyam mi, przestaam paka i poszam spa
marzc  o powrocie kotka.  Kiedy si rano obudziam, pod ¢§kiem le§a
Puszek  w  nowiutkim, biaym futerku - dokadnie tak, jak m¢wi Gerry.
Dopiero  du§szy  czas  potem  dowiedziaam  si  od  mamy, §e Gerry o
czwartej  rano  wycign  z  ¢§ka waciciela sklepu ze zwierztami.
Kiedy  facet  zacz  si awanturowa, Gerry mu zagrozi, ze jeli nie
zejdzie zaraz na d¢ i nie sprzeda mu tego biaego kotka, to on skrci
mu kark.
  - Zawsze  pamita si ludzi za r¢§ne dobre rzeczy, za drobne rzeczy,
kt¢re  zrobili  - poniewa§ chcieli je zrobi dla nas.  Ty postpowaa
tak samo wobec Gerry'ego i rodzic¢w i nawet nie pamitasz o tym, a oni
ci tego nie zapomn nigdy.
  - Mam   nadziej,   §e  tak  bdzie.   Chciaabym,  §eby  mnie  tak
zapamitali.
  - Mo§esz by o to spokojna.
  - Wol...  - przekna  lin - §eby to, jak bd umieraa...  §eby
nigdy  o  tym  nie  myleli.   Czytaam  gdzie,  jak wygldaj ludzie
umierajcy  w  pr¢§ni:   pkaj  im  i eksploduj wntrznoci, a puca
wychodz   ustami.    W   kilka  sekund  cali  staj  si  wyschnici,
bezksztatni  i  obrzydliwi.   Nie  chc, §eby kiedykolwiek wyobrazili
sobie mnie jako co martwego i odra§ajcego - takiego jak to.
  - Jeste  ich  rodzon  c¢rk  i siostr.  Nie umieliby sobie ciebie
wyobrazi  inaczej  ni§  tak,  jak  tego  pragniesz  -  ni§  tak,  jak
wygldaa, gdy ci widzieli po raz ostatni.
  - Wci§  si  boj - powiedziaa.   - Nie potrafi opanowa strachu,
ale  nie  chc,  zeby Gerry dowiedzia si o tym.  Jeli zd§y wr¢ci,
bd  si  zachowywaa tak, jakbym si wcale nie baa i...  - Przerwa
jej dzwonek, gono i natarczywie.
  - Gerry! - zerwaa si na nogi - to nareszcie Gerry!

  Przekrci gak wzmocnienia i zapyta:
  - Gerry Cross?
  - Tak  -   odpowiedzia  jej  brat  gosem,  w  kt¢rym  sycha byo
napicie - podobno jakie ze wiadomoci?  O co chodzi?
  Odpowiedziaa  zamiast  niego; staa tu§ za jego plecami pochyliwszy
si  nieco  w  kierunku  komunikatora,  a  jej  do¤,  maa  i  zimna,
spoczywaa na jego ramieniu.
  - Halo,  Gerry  -  tylko  lekkie  drgnienie gosu zdradzao trosk o
zachowanie obojtnoci.  - Chciaam si z tob zobaczy...
  - Marilyn!  - straszny  lk pojawi si w jego gosie - co ty robisz
na tym statku?
  - Chciaam  si  z  tob zobaczy - powtarzaa - chciaam si z tob
zobaczy, wic schowaam si na nim...
  - Schowaa si na statku?
  - Jestem pasa§erem na gap... nie wiedziaam, co to oznacza...
  - Marilyn! - by to krzyk m§czyzny, kt¢ry nadaremnie i rozpaczliwie
wzywa kogo, kto ju§ na zawsze odszed od niego. - Co ty zrobia?
  - Ja...   nie  -  opanowanie  ulotnio  si z niej i maa zimna do¤
zacisna  si  konwulsyjnie  -  Gerry, nie!  Ja tylko zamierzaam ci
zobaczy,  nie  chciaam,  §eby cierpia, Gerry prosz, nie zadrczaj
si...
  Co  ciepego i wilgotnego kapno mu na do¤; wsta z fotela, by j
w nim posadzi, i zni§y mikrofon do wysokoci jej ust.
  - ...nie zadrczaj si tak, nie pozw¢l mi odej ze wiadomoci, §e
cierpisz przeze mnie...
  Szloch,  kt¢ry  pr¢bowaa  w  sobie  powstrzyma,  dawi j, a brat
powiedzia do niej:  - Nie pacz, Marilyn.
  Gos  jego  sta si nagle bardzo gboki i niesko¤czenie delikatny,
pozbawiony  b¢lu:  - Nie pacz, siostrzyczko, nie wolno ci tego robi.
Wszystko w porzdku, kochanie, wszystko w porzdku.
  - Ja...   -  zacza  jej  dr§e  dolna  warga;  przygryza j - nie
chciaam,  by  cierpia.  Chciaam tylko si po§egna, poniewa§ zaraz
musz odej.
  - Jasne...  jasne.  Tak musi by, malutka.   le mnie zrozumiaa.  -
Raptem  jego  gos  nabra  intonacji  kategorycznego §dania.  - SPR,
wezwae "Gwiezdny Py"?  Porozumiae si z komputerem?
  - Poczyem  si z "Gwiezdnym Pyem" prawie godzin temu.  Nie s w
stanie  zawr¢ci.   W  promieniu  czterdziestu  lat  wietlnych nie ma
innych statk¢w i paliwa nie wystarczy.
  - Jeste  pewny,  §e  komputer  otrzyma  waciwe dane?  Czy jeste
wszystkiego pewny?
  - Tak.   Czy  sdzisz,  §e  m¢gbym do tego dopuci, gdybym nie by
wszystkiego  pewny?   Zrobiem, co mogem.  Jeli jest co, co m¢gbym
jeszcze zrobi - natychmiast to zrobi.
  - Gerry,  on  pr¢bowa mi pom¢c - warga przestaa jej dr§e; kr¢tkie
rkawy  bluzki byy mokre od wycierania ez.  - Nikt nie jest w stanie
mi  pom¢c  i  nie bd ju§ pakaa i wszystko bdzie dobrze z tob i z
tat, i z mam, prawda?
  - Jasne... jasne.  Jako sobie damy rad.
  Gos brata zacz by sabo syszalny; przekrci gak do maksimum.
  - Schodzi  nam  z  zasigu radia - powiedzia  do niej.  - Za chwil
przestaniemy go odbiera.
  - Gerry, tw¢j gos zanika - m¢wia.  - Wychodzisz poza zasig radia.
Chciaam  ci  powiedzie  -  ale  ju§  nie  zd§.   Musimy  si zaraz
po§egna - lecz  mo§e ujrz ci zn¢w.  Mo§e przyjd do ciebie w twoich
snach,  bd  miaa warkocze i bd paka, bo m¢j kotek przytulony do
piersi, nie §yje.  Mo§e bd delikatnym podmuchem wiatru szepczacym do
ciebie,  kiedy  cie  owiewa.   Mo§e  bd  jednym  z  tych  zocistych
skowronk¢w,  o  kt¢rych  mi  opowiadae,  piewajcym  dla  ciebie ze
wszystkich  si.   Mo§e  czasem  bd  czym, czego nie zobaczysz, ale
bdziesz  wiedzia,  §e  jestem  obok ciebie.  Tak o mnie myl, Gerry,
zawsze w ten spos¢b - i nigdy inaczej.
  Nadeszla   odpowied¦,   osabiona   do   szeptu   z  powodu  rotacji
planety: - Zawsze tak, Marilyn, zawsze tak i nigdy inaczej.
  - Gerry,  nasz  czas dobiega ko¤ca...  musz juz i.  ”eg..  - gos
zaama  jej  si  w  p¢  sowa, a usta wykrca pacz.  Z caej siy
przycisna  do¤  do ust, a kiedy przem¢wia ponownie, sowa brzmiay
czysto i wyra¦nie:
  - ”egnaj, Gerry.
  Z   zimnego,   metalowego   puda   dobiegy   ostatnie  niewyra¦ne,
przejmujce i czue sowa:
  - ”egnaj, siostrzyczko.

  Siedziaa  nieruchomo w ciszy, ktora nastpia, jak gdyby wsuchujc
si  w  odbicie  tych  zamierajcych  s¢w.   Potem odwr¢cia gow od
komunikatora  w  sron  luzy,  a  on  nacisn czarn d¦wigni, kt¢ra
sterczaa   obok  niego.   Wewntrzne  drzwiczki  luzy  odsuny  si
byskawicznie  ukazujc  pust, ma cel, kt¢ra na ni czekaa, a ona
posza ku niej.
  Sza  z  podniesion  gow,  a  brzowe  loki  dotykay jej ramion.
Kroczya w biaych sandaach tak pewnie i miarowo, jak pozwalao na to
niewielkie  ci§enie,  a  posrebrzane  klamerki  mieniy si bkitem,
czerwieni i szkem.
  Pozwoli, by wesza sama; nie poruszy si, §eby jej pom¢c, wiedzc,
§e  nie §yczyaby sobie tego.  Wesza do luzy i obr¢cia si twarz w
jego  stron.   Tylko pulsowanie na jej szyi zdradzao gwatowne bicie
serca.
  - Jestem gotowa - powiedziaa.
  Pchn  d¦wigni  do  g¢ry  i  drzwiczki  natychmiast zasuny si z
trzaskiem  odgradzajc  ich  od  siebie  i  zamykajc  j w cakowitej
ciemnoci  na  ostatnie  chwile  §ycia.  Szarpn czerwonym lewarkiem.
Statek  lekko zakoysa si, gdy powietrze wytrysno ze luzy; poczu
drgnicie  cian,  jakby  co uderzyo w przelocie o klap zewntrzn.
Potem  ju§  nic  si  nie  dziao  i  statek  ponownie  opada r¢wno i
spokojnie,  tak  jak  trzeba.   Przesun  czerwony  lewarek  na stae
miejsce,  by zamkn klap pustej luzy, odwr¢ci si i poszed wolnym
krokiem starego, zmczonego czowieka w kierunku fotela pilota.
  Usiad  na  swoim  miejscu  i  nacisn klawisz wywoawczy nadajnika
normalnoprzestrzennego.  Nie byo odpowiedzi i nie spodziewa si jej.
Brat  bdzie  czeka  ca  noc,  a§ rotacja Wodena pozwoli na kontakt
przez Zesp¢ I.
  Byo  jeszcze  za  wczenie  na wznowienie deceleracji, wic czeka,
podczas gdy statek nieprzerwanie opada wraz z nim, a silniki mruczay
delikatnie.   Dostrzeg,  §e  biaa  wskaz¢wka  czujnika temperatury w
szafce towarowej staa na zerze.  R¢wnowaga zostaa przywr¢cona; teraz
bezduszne r¢wnanie si zgadzao.  By sam na statku.
  Jaka  bezksztatna, wstrtna masa pdzia przed nim na Woden, gdzie
jej  brat ca noc nie zmru§y oka; jednak§e pusty statek jeszcze przez
chwil  §y  obecnoci  dziewczyny,  kt¢ra nie wiedziaa nic o siach
zabijajcych bez nienawici i miosierdzia...
  Wydawao  si  niemal,  §e  siedzi  wci§  koo  niego  na metalowej
kasecie,  maa,  wystraszona  i  oszoomiona.  Jej sowa rozlegay si
echem a§ nadto wyra¦nie w pustce, kt¢r zostawia za sob:
  "...nie  zrobiam  niczego,  za  co  miaabym  umiera, nie zrobiam
niczego..."


CEN
/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\





POG
>> LABIRYNT <<
NOR
Jerzy Misiec
OFC

  wiato  byo  agodne,  senne  i  wydawao si, §e ma smak dobrego,
wiejskiego  mleka.   Jego  obecno  dawaa  tyle samopoczucia snu, co
jawy.
  Tom  Norman  dugo  rozkoszowa  si tym sufitowym wiatem, po czym
nagle  zerwa  si  i kiedy chcia opuci nogi z ¢§ka, ju§ w pozycji
siedzcej,  zrozumia,  §e  ¢§ka  nie ma, a on sam le§y na pododze w
pomieszczeniu  bez  sprzt¢w,  kt¢re  w  niczym  nie przypominao jego
pokoju wypoczynkowego w Instytucie Bada¤ Literackich.
  Chwil  siedzia ze wzrokiem wbitym w przeciwleg cian.  W trzech
cianach,  kt¢re  ostro§nie  zbada  spojrzeniem  nie  znalaz §adnego
otworu,  §adnego  okna  ani  drzwi.   Umiechn si, jakby postawiono
nagle przed nim lustro.  Powolnym ruchem, wa§c ka§dy gest i ubierajc
go  w  teatralne  pozy, wsta, stan na szeroko rozstawionych nogach.
Chwil  sta  nieruchomo, by nagle byskawicznym ruchem zrobi obr¢t w
stron czwartej ciany.
  - Trach, tra...
  Zamiast  ujrze rozbawione twarze swoich koleg¢w, starych kawalarzy,
zobaczy  nag,  gadk  cian z otworem prowadzcym w gb korytarza
wypenionego  mdym  wiatem.   Zanosio  si  wic  na kawa wy§szej
jakoci.   To  ciekawie skonstruowane pomieszczenie, misternie dobrane
kolory   i   wiata   wiadczyy   o   dugiej   i   dobrej   robocie
koleg¢w - badaczy - kawalarzy.
  "Je§eli  jestem  w  tej  chwili  obserwowany  okiem jakiej zmylnie
ukrytej  kamery,  musz  mie  niezy  ubaw.  Tom Norman w westernowym
gecie  zdbia w pomieszczeniu bez okien, ten synny Tom, specjalista
od  poezji  politycznej,  zgupia  w  szeciu cianach z braku swoich
ukochanych ksi§ek i wypoczynkowego tapczanu".
  Obojtnym  krokiem ruszy w stron korytarza.  Dyskretnie przejecha
doni  po  cianie.   Jej  powierzchnia przypominaa jak elastyczn
wykadzin  plastikow.   Biaa  podoga korytarza byla wyo§ona chyba
tym  samym materiaem, kt¢ry tumi odgos jego krok¢w.  Po kilkunastu
metrach  owietlenie zmienio si w delikatny pomara¤cz.  Przypominao
owietlenie sypialni apartament¢w w luksusowych hotelach.
  Przyspieszy.   Korytarz,  cho  piekielnie  dugi, r¢wnie§ nie mia
okien  ani  drzwi.   Widocznie  musia  znajdowa  si  w  podziemiach
jakiego  budynku.   wiato  -  tym razem seledynowe - emitowa lekko
pofalowany  sufit.   Byo  nawet przyjemne, ale Tom Norman, czujc si
wci§  obserwowany  przez ukryte kamery, dyskretnie oglda ciany, by
m¢c w kt¢rym momencie nawymyla wprost w obiektyw swoim kolegom.
  wiata  zmieniay  si  teraz  w coraz kr¢tszych odcinkach.  Trudno
byo okreli cel dziwnych zabieg¢w konstruktor¢w tego obiektu.  Kolor
i  nat§enie  wiata  zmieniay si ju§ na przestrzeni okoo metra, a
subtelno  ich  odcieni  bya  zadziwiajca.   Mimo zdenerwowania Tom
Norman stwierdzi, §e jest to znakomity relaks dla oczu.  Zreflektowa
si,  kiedy mia ju§ za sob ponad stumetrowej dugoci korytarz peen
r¢§nobarwnych  wiate.   Nasuchiwa  chwil  w nadziei, §e gdzie za
cian usyszy jakie odgosy, szum ulicy.  Cisz zagusza tylko jego
oddech.  Ruszy dalej szybkim krokiem, coraz szybszym, w ko¤cu biegnc
przez  zwariowany korytarz czu jak przebija si przez kolejne warstwy
wiata niczym przez r¢§nie zagszczone warstwy powietrza.
  Czerwony,  zielony,  biay,  bkitny,  biay,  §¢ty, brzowy, nie,
granatowy...   W  biegu  kolory  nakaday si, rozpyway, faloway w
oczach.  Ich zmienno stawaa si mczca.  Korytarz skrca agodnym
ukiem  w  praw  stron, by po kilkudziesiciu metrach zn¢w prowadzi
prosto, nie wiadomo dokd.
  "Gdzie mnie zamknlicie, idioci, wy wstrtni g¢wniarze od awangardy
i fraszki XIX w., wy parszywe winie od realizmu francuskiego."
  Tom  Norman  chcia  krzycze,  ale  szalony  bieg  wciska  sowa z
powrotem  do  garda.  Korytarz znowu agodnie skrca w prawo, kolory
zdaway  si  powtarza, a migocca monotonia cian sprawiaa wra§enie
stania  w  miejscu.   Zn¢w  prosta,  wiata,  agodny zakrt w prawo,
prosta...
  "Ale§  to  stadion..."  Zatrzyma  si,  ci§ki  oddech  pulsowa na
granicy §¢to-pomara¤czowego wiata.
  "Dla  kogo stadion?  Kto jest w nim widzem?  Po co te wiata, gdzie
trybuny?   Tylko spok¢j, spok¢j" - poo§y si na pododze.  "jestem w
sytuacji  nienormalnej,  jestem  ofiar eksperymentu, jestem w bdnym
kole".
  Przewr¢ci  si na plecy.  Falisty sufit spywa §¢tym jednostajnym
wiatem.   Po  chwili zaczo ono pulsowa przechodzc niemal w brz.
Histeryczny  miech  przerwa  cisz i pulsacj wiata.  Korytarz nie
ni¢s  §adnego  echa,  ciany pochaniay wszystko.  Tom Norman zacz
turla  si  pod  cian.   Poczu  jak pod naporem jego plec¢w ciana
ustpuje, a on sam z uczuciem spadania zagbia si w czer¤.
  Powieki rozwar mu silny strumie¤ wiata.  Powoli przyzwyczaja si
do  dziwnej  jasnoci.   Porodku  pomieszczenia  wielkoci tenisowego
kortu le§ay trzy kule.  Jedna z nich pulsowaa olepiajcym blaskiem.
Kolory  kuli  i  nat§enie  pulsacji  zmieniay si w nerwowym tempie.
Uo§y  si  wygodnie  na  pododze,  podpar  brod  na  rkach  i  z
ironicznym  umiechem przyglda si bezmylnie iluminacyjnym drgawkom
kuli.  Po kwadransie kula wygasa, jej rol przeja druga.  Kiedy ju§
trzecia  kula  rozpoczynaa  sw¢j  wietlny  taniec, zauwa§y po lewej
stronie zwyke, drewniane drzwi.
  Jakie§  byo  jego  zdziwienie,  kiedy  ujrza za nimi najzwyklejsz
klas  szkoy  redniej  ko¤ca  lat  70-tych.   awki, krzesa, szafy,
pomoce  naukowe,  tablica, kreda.  Wszystko byo realne, nawet zapach.
Powr¢ci  do  sali  z  kulami.   Wielkimi literami, przed trzeci kul
dogorywajc w wietlnych drgawkach, napisa na pododze:  G£WNO.
  Wr¢ci  do  klasy,  usiad  przy stole nauczycielskim.  "Przecie§ to
sen,  brutalnie  realny  sen".   Na  ko¤cu  klasy  byy kolejne drzwi.
Ostro§nie  uchyli  je  i  stan jak wryty.  Oto znalaz si w swojej
olbrzymiej  bibliotece  domowej.  P¢ki z ksi§kami sigay od podogi
do  sufitu.   Byy to jego ksi§ki, jego fotel, lampa, biurko, zdjcie
nie§yjcego brata.
  Biegiem  wpad  do  klasy,  z  klasy do sali z kulami.  Panowaa tam
smoowata ciemno.  Wr¢ci do biblioteki.
  "Kto  chce  mnie  doprowadzi  do  szau,  gdzie  jestem, gdzie jest
miejsce,  w  kt¢rym  moj  licealn  klas  i  moj  bibliotek domow
oddzielaj  jedne  drzwi?   To sen, to sen".  Szarpn drzwi do klasy,
panowaa w niej smoowata ciemno.
  "Mam na was spos¢b.  Za du§o w was litoci.  Nie pozwolicie mi, abym
dla waszych gupich eksperyment¢w szarga swoje witoci".
  Gwatownym szarpniciem wywr¢ci najbli§ej stojcy rega.  Ksi§ki z
oskotem zwaliy si w wielk stert.  P¢ki opr¢§niay si z ksi§ek.
Tom  Norman  rwa  je,  depta,  miota  o ciany.  Z suchym trzaskiem
rozsypaa si oprawiona w szko fotografia brata.  Zawarto kolejnych
szuflad fruwaa w powietrzu.  Z dzikim okrzykiem rzuci si na portret
prezydenta,  pod  uderzeniem  fotela  rozprys si globus.  Tom Norman
sta  si  §ywioem  szalejcym  wr¢d  fruwajcych  kartek,  ksi§ek,
resztek mebli, drzazg, szka i tynku.
  Z  pasji  niszczenia  wyrwa  go ostry gwizd.  Dochodzi zza ciany.
Gwizd powt¢rzy si kilkakrotnie.
  - Wy, sukinsyny!
  Z  wciekoci  uni¢s nog, by uderzy podeszw w cian.  Okazaa
si mikka jak powietrze.  Z impetem wpad do pomieszczenia, w ktorym,
o   ironio,  staa  trzymetrowa  rze¦ba.   Bya  to  Statua  Wolnoci.
"Wszystkim  wi¦niom  ni  si  wolno.   Ale  was  ta  ironia bdzie
kosztowa."   Rzuci  si  na  rze¦b.   Poddaa  si atwo uderzeniu,
przechylia si do tyu i z guchym omotem rozprysa si jej skorupa.
Z  wntrza wysypay si trociny.  "Nic mnie nie zdziwi.  Nie pr¢bujcie
mnie szokowa."
  Ca  sal  zajmoway  rze¦by.   Niekt¢re z nich zna, byy to kopie
synnych   rze¦b,  pomnik¢w;  niekt¢re,  wyr¢§niajce  si  absolutnie
niepojtymi ksztatami i pochodzeniem widzia po raz pierwszy.
  "Mo§e chcecie mi urzdzi egzamin z historii sztuki. Farfocle."
  - G¢wno,  g¢wno  -  wrzask  Toma  Normana  przeplata si z oskotem
rozbijanych  rze¦b.   Musiao  to  trwa kilka godzin, bo gdy opad na
podog,  zmczenie  pozwolio mu tylko na jedn myl:  "Czytaem to u
Robinsona.    Badanie   reakcji  psychicznych  czowieka  w  warunkach
laboratoryjnego  eksperymentu.   Sytuacje eksperymentalne i pozorujce
marzenie senne."

  Obudzia  go  duszno.   Poczu  brak  powietrza  i  ciemno.  Gdy
usiowa  si  podnie,  bolesne  uderzenie  w  gow  zwalio  go na
podog.   W  ciemnociach  obmacywa  przedmiot  nad  gow.  Bya to
gadka  pyta,  wolno  zbli§ajca  si  do  podogi.   Czoga  si we
wszystkich  kierunkach,  wszdzie  napotyka  metalowe  pyty.   By w
klatce,  metalowej klatce, kt¢rej sufit wolno zbli§a si ku pododze.
Pr¢bowa odepchn do nogami.  Gdy zrozumia swoj bezsilno, opuci
zmczone nogi.  Chodny metal dotkn czoa, odruchowo uni¢s zmczone
kolana,  ale w tym samym momencie poczu jak gowa rozpada si na dwie
czci, a zawarto czaszki rozpywa si w ciemne korytarze.

  W  czasie  gdy Tom Norman miota si w metalowej klatce, Rejestrator
Pierwszej  Zaogowej  Wyprawy  na  Trzeci  Planet  podawa  dane  do
G¢wnego M¢zgu.
  - Egzemplarz  123,  generacja wysokom¢zgich w hierarchii miejscowej.
Wyjtkowa  agresywno,  brak  zdolnoci czasoprzestrzennego mylenia,
zmys  harmonii  w  zaniku,  zdolnoci  wizulanego  kojarzenia - zero,
wra§liwo   jzykowa   na   barwowiato  -  zero,  znikoma  zdolno
artykulacyjna,    brak   rozwinitego   zmysu   miejscowych   symboli
kulturowych,   maa   pojemno   pamiciowa.   Deszyfrator - wyjani
d¦wiki:  g¢wno, sukinsyny.
  - Egzemplarz  123  skasowany.    Niky  potencja  energii  m¢zgowej
przekazany  do zbiornika od§ywki rodzaju IV.  Pierwszy dzie¤ selekcji.
Planeta Trzecia, nazwa miejscowa planety - ZIEMIA.



CEN
/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\


POG
>> KILKA S£W NA ZAKO„CZENIE <<
OFC
NOR

Dwa  pierwsze  opowiadania s opowiadaniami du§szymi i zamieciem je
dla  tych,  kt¢rzy  naprawd  lubi  dobre  opowiadania.   Trzecie za
opowiadanie  jest  opowiadaniem  dla  tych,  kt¢rzy  SF w zasadzie nie
czytaj, a do dziau tego zajrzeli przez przypadek.  Przeczyta jednak
mo§na wszystko i mam nadziej, §e opowiadania si wam spodobay.

POG
CEN
XTD / MYSTIC & TRSI
END
