2 B Czwarty wymiar i A. Einstein. 03 Jest to jeden z dwóch artykuîów poôwiëconych polskiemu 'provocatorskiemu' pisarzowi jakim jest Lucjan Znicz. Tekst ten, mimo iû dotyczy wspomnianego autora zostaî potraktowany jako osobny artykuî, gdyû jego temat jest bardzo rozlegîy, a na tyle interesujâcy, ûe szkoda go skracaê. Jeôli uwaûasz, ûe przepisane teksty sâ nudne, to zrób dziô wyjâtek, proszë. A jeôli po przeczytaniu nadal tak bëdziesz twierdziî to masz u mnie colë. 2 *** 1 I wreszcie ostatni pëczek - najbardziej juû chyba niesamowitych - hipotez dotyczâcych tzw. 'innego wymiaru'. Inny wymiar? Co to takiego? Dziô nawet Einstein byîby chyba zdziwiony, gdyby sië dowiedziaî, co sië okreôla tym terminem. A przecieû wîaônie nie kto inny, tylko on przyczyniî sië do powstania tego pojëcia! A teraz jeszcze jeden (of course, coô niecoô pomijam! - przyp. przepisujâcego) opis S. Bermana (ten inûynier mechaniki i elektryki w r. 1923 wydaî ksiâûkë majâcâ wyjaôniê teorië wzglëdnoôci bez odwoîywania sië do wzorów matematycznych - przyp. przepisujâcego), tym razem przybliûajâcy nam pojëcie tak zagadkowej dla nas geometrii nieeuklidesowej: 'Wyobraúmy sobie, ûe Ziemia nasza jest doskonaîâ kulâ - pisze na ten temat autor - którâ zamieszkujâ dwuwymiarowe istoty na podobieïstwo skrawków papieru (to jest posiadajâce tylko szerokoôê i dîugoôê, wobec czego nie wyobraûajâce sobie ani wysokoôci nad ziemiâ, ani teû moûnoôci przenikniëcia w gîâb ziemi). Jaki sobie one wytworzâ poglâd na swój ôwiat? Przede wszystkim miaîyby wraûenie, ûe ûyjâ na pîaszczyúnie, nie wyobraûajâc sobie, ûe moûe egzystowaê powierzchnia sferyczna. Nakreôlone przez nie na ziemi proste bëdâ dla nas koîami. Tak samo nakreôlony przez owe istoty pîaskie trójkât pîaski bëdzie dla nas trójkâtem sferycznym, suma wiëc jego kâtów nie bëdzie równâ 180 stopni. Przypuôêmy, ûe dwuwymiarowe istoty posiadajâ w swym ôrodowisku wybitnych matematyków i filozofów. Do jakich wyników dojdâ ich matematycy po przestudiowaniu swojej przestrzeni? Zrozumiejâ oni, ûe ich przestrzeï ma specjalne wîasnoôci, ûe w ich przestrzeni panujâ stosunki geometryczne wîaôciwe geometrii nieeuklidesowej. Ich genialni matematycy nabiorâ przekonania, ûe ich przestrzeï ma staîy promieï krzywizny, nie bëdâ mogli sobie jednak jej wyobraziê nie posiadajâc ôwiadomoôci trzeciego wymiaru. W tej sprawie w zupeînoôci przypominamy dwuwymiarowych przyjacióî. I my nie moûemy, jak juû zaznaczyliômy, wyobraziê sobie krzywizny naszej przestrzeni.' W tym miejscu jednak Berman juû sië myli. To prawda: jesteômy istotami trójwymiarowymi i podobnie jak istoty dwuwymiarowe nie jesteômy w stanie pojâê istnienia ôwiata posiadajâcego jeszcze jeden wymiar wiëcej. Ale wyobraúcie sobie...! Ho, ho, wystarczyîo tylko, aby pojëcia zarówno 'czwartego wymiaru', jak i 'pîaszczaków' opuôciîy ôcisîe regiony matematyków i fizyków, a zaczëîy natychmiast ûyê wîasnym, fantastycznym ûyciem wîaônie dziëki ludzkiej wyobraúni. Bo oto oto powróêmy jeszcze raz do spekulatywnego ôwiata 'pîaszczaków'. Wszystkie stosunki w ich ûyciu ograniczaê sië muszâ - z powodu istnienia tylko dwóch wymiarów - wyîâcznie do stykania sië brzegiem konturów. Wzajemne nakîadanie sië dwu nawet identycznych figur na siebie jest juû niemoûliwe, gdyû przynajmniej jedna z nich musiaîaby sië przenieôê poprzez wymiar trzeci wymiar, by z momentem naîoûenia znaleúê sië znów w ôwiecie dwuwymiarowym. Maîo tego, wystarczy zwykîe zakreôlenie koîa na powierzchni wokóî jakiegoô 'pîaszczakowego' obiektu, by staî sië on natychmiast caîkowicie niedostëpny. Przecieû ûaden z 'pîaszczaków' nie jest zdolny przekroczyê ûadnej linii ! My, 'bryîowce', wiemy bardzo dobrze, ûe kaûdâ takâ linië w païstwie 'pîaszczaków' moûna bez trudu ominâê poprzez trzeci wymiar. I korzystajâc z tego wymiaru moûemy swobodnie ingerowaê w païstwo 'pîaszczaków', przenoszâc je przez 'niemoûliwe do przebycia' linie, nakîadajâc 'pîaszczaki' jedne na drugie i czyniâc wiele innych, niemoûliwych dla nich do pojëcia 'cudów'. - A jeûeli - rzucajâ w tym miejscu dramatyczne pytanie zwolennicy tego typu spekulacji myôlowych - poza rozumianymi i uôwiadamianymi przez nas, 'bryîowcami', trzema wymiarami jest jeszcze czwarty wymiar, czas który odgrywa podobnâ rolë wobec przestrzeni, jak gîëbokoôê lub wysokoôê wobec pîaszczyzny ? I jeûeli w tej czterowymiarowej juû przestrzeni istniejâ jakieô istoty, które poprzez ten czwarty wymiar mogâ równie swobodnie ingerowaê w wyobraûalny przez nas ôwiat trójwymiarowy, jak my moglibyômy ingerowaê poprzez trzeci wymiar w ôwiecie dwuwymiarowym? W tej sytuacji przenikniëcie czîowieka przez ôcianë wydaje sië równie banalne, jak przeskoczenie 'pîaszczaka' przez linië, a poîâczenie dwu róûnych istot w jednej - równie realne, jak naîoûenie sië 'pîaszczaków' na siebie! Znany swego czasu niemiecki astrofizyk Zoellner usiîowaî nawet wytîumaczyê nagîe pojawianie sië podczas seansów spirytystycznych przedmiotów 'nie z tej ziemi', czyli tzw. aportów, wîaônie... dowcipami istot z czwartego wymiaru! Daremnie co trzeúwiejsi autorzy udowadniali, ûe ani abstrakcyjny czwarty wymiar matematyczny, ani czas - odgrywajâcy rolë czwartego wymiaru w czasoprzestrzeni Minkowskiego - nie majâ i nie mogâ mieê ûadnego wpîywu na nasze trójwymiarowe ûycie. Wystarczy przecieû uôwiadomiê sobie, ûe nie tylko ôwiat wyûej wymiarowy jest niewyobraûalny dla ôwiata niûej wymiarowego, ale takûe ôwiat niûej wymiarowy nie jest osiâgalny, a moûe w ogóle dostrzegalny dla ôwiata wyûej wymiarowego. Choêbyômy nie wiem co robili, nigdy nam sië nie uda wydostaê z naszej przestrzeni trójwymiarowej do ôwiata idealnej powierzchni, a nawet nie potrafimy samej tylko powierzchni nie posiadajâcej trzech wymiarów w ogóle ujrzeê! Przy tych niemoûliwych do pokonania granicach pomiëdzy ôwiatami róûnych wymiarów proste rozumowanie prowadzi do wniosku, ûe kaûdy ôwiat wyûej wymiarowy zawieraê w sobie musi wszystkie ôwiaty niûej wymiarowe. Punkty uîoûone obok siebie, ale nie stykajâce sië ze sobâ, mogâ utworzyê odrëbne ôwiaty 'punktowców'. W chwili zetkniëcia sië ze sobâ utworzâ linië. Ale znów nieskoïczona nawet iloôê linii leûâcych tuû obok siebie tworzy odrëbne ôwiaty 'liniowców'. Dopiero gdy uda sië je zetknâê, utworzâ one pîaszczyznë, stanowiâcâ ôwiat 'pîaszczaków'. Nieskoïczona iloôê pîaszczyzn naîoûonych jedna na drugâ - w momencie gdy sië zetknâ ze sobâ - da nam bryîë, czyli nasz ôwiat 'bryîowców'. Analogicznie potencjalny ôwiat czterowymiarowy powinnien skîadaê sië z kolei z nieskoïczonej iloôci wzajemnie przylegajâcych do siebie ôwiatów trójwymiarowych. Dziëki temu 'nigdy utwór danego rzëdu nie moûe znaleúê sië w przestrzeni wyûszej niû jego rzâd w inny sposób, jak tylko jako czëôê (pîaska) owej wyûszej przestrzeni. Ewentualna translokacja mojej osoby, czy kuli ziemskiej moûe przeto nastâpiê tylko z jednego Wszechôwiata trójwymiarowego do innego takiego samego, sâsiadujâcego z naszym o miedzë, dla nas nieskoïczenie wielkâ, ale dla czterowymiarowca... zerowâ' (E. Biaîoborski). W ten sposób autor ten z jednej strony zwalczajâc (i sîusznie!) moûliwoôê ingerencji w nasz ôwiat jakiegoô mitycznego raczej, jednego ôwiata czterowymiarowego, równoczeônie stwierdza wyraúnie (i teû sîusznie!), ûe jeûeli przeczuwany przez matematyków i wrëcz traktowany jako realny przez fizyków czterowymiarowy ôwiat istnieje - tym samym skîadaê sië on musi z nieskoïczonej iloôci istniejâcych tuû obok siebie identycznych jak nasz, a jednak nie znanych nam ôwiatów trójwymiarowych! Czy nie skoczyliômy przypadkiem w ten sposób... z deszczu pod rynnë? A przecieû przy caîym absurdzie transponowanie ûywcem abstrakcyjnych pojëê matematycznych w nasze realne, rzeczywiste ûycie szereg autorów przytacza informacje, które istotnie mogâ zachwiaê nasze przekonanie, ûe to jest absurd. Czyûby prawda miaîa jednak leûeê... gdzieô poôrodku? Latem 1969 r. miaîa sië zdarzyê nad Trójkâtem Bermudzkim zupeînie niepojëta przygoda z samolotem pasaûerskim typu Boeing. W rejsie National Airlines 727 miaî on lâdowaê w porcie lotniczym Miami na Florydzie. Samolot juû mijaî szczëôliwie feralny Trójkât i znajdowaî sië na ekranie radaru lotniska w Miami, gdy nagle... z ekranu tego znikî bez ôladu. Poôpiesznie podjëte próby nawiâzania kontaktu radiowego równieû nie daîy ûadnego wyniku. W eterze panowaîa cisza. W ciâgu 10 minut w porcie lotniczym Miami ogîoszono alarm, lecz wîaônie w chwili gdy rozpoczëto juû przygotowania do podjëcia akcji ratunkowej, samolot nieoczekiwanie pojawiî sië na ekranach radarowych. Jeszcze zanim zdâûyî wylâdowaê, na lotnisku przeprowadzono kontrolë wszystkich urzâdzeï radarowych. Nie tu jednak trzeba byîo szukaê przyczyn dziwnego wypadku: wszystko byîo sprawne i funkcjonowaîo bez zarzutu. Dlatego teû natychmiast pod odprawie pasaûerów (nie wiedzâcych o ûadnych komplikacjach) odbyîa sië u kapitana portu odprawa zaîogi. I wówczas okazaîo sië, ûe takûe zaîoga wcale nie wie, iû przez 10 minut nie miaîa kontaktu z lotniskiem. Dopiero gdy porównano zegarki zaîogi i zegar pokîadowy samolotu z zegarami lotniska, caîa sprawa sië wyjaôniîa: czas wszystkich zegarków znajdujâcych sië w locie spóúniony byî o 10 minut. Tak jakby caîy samolot wraz z zaîogâ i pasaûerami na 10 minut znalazî sië poza czasem, przestaî w ogóle istnieê! Îadne mi 'wyjaônienie' sprawy! Te czasowe niesamowitoôci nie ograniczajâ sië zresztâ tylko do Trójkâta Bermudzkiego. Podobno róûnego rodzaju zaburzenia biegu czasu zaobserwowaîy równieû zaîogi samolotów przelatujâcych w pobliûu bieguna póînocnego. Jeszcze bardziej niezwykîe historie dziejâ sië ponoê na Pacyfiku w rejonie amerykaïskiej bazy lotniczej Guam. Tam - w odróûnieniu od wypadku w Miami - czas dla samolotów ulega nie zanikowi, lecz przyspieszeniu. Wedîug A. K. Thomas Jeffrey startujâce z tej bazy samoloty po przeleceniu odpowiednich odcinków i wykonaniu zadania powracaîy do niej z tak nieprawdopodobnym wyprzedzeniem w czasie, jakby tym razem czas na Ziemi sië zatrzymywaî! Autorce tej zawdziëczamy zresztâ jeszcze jednâ historië. Otóû w swej ksiâûce podaje ona, ûe w r. 1961 jakiô pilot - amator podczas lotu wôród cumulusów nad Ohio przy wyjôciu z chmury zupeînie niespodziewanie natknâî sië na inny samolot. Mimo natychmiastowego manewru nie udaîo mu sië uniknâê zderzenia, ale na szczëôcie ograniczyîo sië ono tylko do lekkiego stukniëcia koïcem skrzydîa w jeden z pîatów tamtego samolotu. W jeden z pîatów - to nie pomyîka, bowiem zderzyî sië on z... dwupîatowym samolotem z okresu pierwszej wojny ôwiatowej! W dodatku w otwartej kabinie siedziaî równie 'staroûytny' pilot w skórzanej czapce i starych goglach! Oczywiôcie, gdy pilot zîoûyî o tym meldunek na lotnisku, nikt mu nie uwierzyî, ale w kilka miesiëcy póúniej w pobliûu miejsca zderzenia odkryto przypadkiem w jakiejô starej szopie... wîaônie samolot tego typu. Sprowadzeni eksperci stwierdzili rzecz jasna, ûe ten drewniany, z pîóciennymi pîatami samolot od dziesiâtków lat juû nie nadaje sië do latania, po czym - przy jego bliûszych oglëdzinach - odkryli nagle... ôlad uszkodzenia na jednym z pîatów, a w nim mikroskopijne resztki glinu i lakieru pochodzâce ze skrzydîa jakiegoô samolotu wspóîczesnego! 'Zdarzenie to moûna wyjaôniê tylko anomaliâ czasu: wspóîczesny lotnik zostaî cofniëty w czasie o kilkadziesiât lat' - tîumaczy z caîâ powagâ pani Thomas Jeffrey. Ba, w Stanach Zjednoczonych istniejâ nie tylko ludzie, którzy zderzyli sië z istotami z innego wymiaru, ale nawet tacy, którzy z nimi... rozmawiali! Amerykaïski fizyk z Connecticut, Ed Snedeker, który twierdzi, ûe na obszarze Trójkâta Bermudzkiego znajduje sië swego rodzaju 'tunel prowadzâcy do jakiegoô innego wymiaru', z peînâ swobodâ koïczy swoje wywody nastëpujâcym oôwiadczeniem: 'Ludzie, którzy tam zginëli, ûyjâ dalej, ale w innym wymiarze. Sîyszaîem ich gîosy, a nawet rozmawiaîem z jednym z nich. Byî to pilot RAF, który zginâî w r. 1945, majâc wtedy 50 lat. Kiedy go odnalazîem w r. 1969, ûyî jeszcze'. Sposób porozumiewania sië z tymi ludúmi 'z innego wymiaru' Ed Snedeker zachowaî przezornie jako swojâ sîodkâ tajemnicë. Nie wydaje mi sië jednak sîuszne, za takâû tajemnicë uznawaê caîâ twórczoôê pani Adi-Kent Thomas Jeffrey. Tym bardziej, ûe juû same tytuîy jej innych ksiâûek mogâ w pewnym sensie posîuûyê jako wyjaônienie przytaczanych przez niâ niesamowitych zagadek. Oto one: 'Trójkât grozy i inne niesamowite obszary', 'Wiedúmy i czarodzieje', 'Duchy w dolinie', 'Wiëcej duchów w dolinie'... Czy trzeba jeszcze wiëcej? Myliîby sië jednak ten, kto by sâdziî, ûe takie 'zaîatwienie' pani Thomas Jeffrey automatycznie zaîatwia takûe caîâ sprawë potencjalnego istnienia, a nawet ingerencji w nasz ôwiat jakichô 'ôwiatów innowymiarowych'. Bo oto (o ironio!) w poszukiwaniu dostatecznie waûkiego zaprzeczenia tej nieprawdopodobnej - wedîug mnie - hipotezy natknâîem sië na... kolejny, tym razem bardziej udokumentowany, a mimo to równie niesamowity wypadek. 'W maju 1958 r. adwokat dr Gerardo Vidal z Buenos Aires powracaî wozem ze swojâ ûonâ z uroczystoôci rodzinnej; przed nimi dwoje przyjacióî jechaîo w innym wozie. Przyjaciele dojechali do miejsca przeznaczenia, Vidalowie jednak nie. Przeszukanie drogi w odwrotnym kierunku nie daîo ûadnego rezultatu. 48 godzin póúniej otrzymali oni telefon z argentyïskiej ambasady w Mexico City (5000 km odlegîoôci), gdzie Vidalowie sië zgîosili. Dzieï póúniej maîûeïstwo wróciîo i opowiedziaîo, co sië zdarzyîo. W chwili gdy wyjeûdûali z jakiejô miejscowoôci na szosë, wóz ich okryîa nagle gësta mgîa. Oboje stracili przytomnoôê. Gdy jâ odzyskali, znajdowali sië w swym wozie, na skraju szosy w caîkowicie nieznanej okolicy. Zatrzymali przejeûdûajâcych obok i dowiedzieli sië, ûe znajdujâ sië... w Meksyku. Zegarki ich staîy, ale za pomocâ kalendarza stwierdzili, ûe od chwili omdlenia minëîy 2 doby. Wóz nie byî zniszczony i jedynie z wierzchu byî spalony lakier, jakby przejechaî po nim aparat do spawania. Oboje czuli sië tak, jakby obudzili sië po dîugim ônie. Poza bólem karku nie odczuwali ûadnych fizycznych dolegliwoôci. Vidalowie zîoûyli zaprzysiëûone zeznania o wypadku, jednakûe wîadze zaûâdaîy, by o nim nic nie mówili.' A teraz jeszcze jeden, najbardziej udokumentowany wypadek z tej niesamowitej, zaiste, serii. Oto 15 kwietnia 1977 r. - jak podaîo szereg gazet prasy zachodniej - nie opodal miejscowoôci Potre na granicy chilijsko - boliwijskiej, 2200 km na póînoc od Santiago de Chile, kapral Armando Valdes wraz z 6-osobowym pododdziaîem wyruszyî zgodnie z rozkazem na codzienny nocny obchód niemal caîkowicie pustynnego obszaru. W pewnej chwili patrol dostrzegî okoîo póî kilometra przed sobâ jakieô niezwykle jaskrawe ôwiatîo. Valdes rozkazaî natychmiast ûoînierzom zajâê pozycje obronne i sam ruszyî w kierunku ôwiatîa. Ubezpieczenie jednak okazaîo sië nieuûyteczne. Zanim Valdes zdâûyî zbliûyê sië do ôwiatîa, zgasîo ono nagle, a wraz z nim zniknëîa takûe z oczu ûoînierzy sylwetka kaprala. Zdezorientowany pododdziaî nie wiedzâc, co dalej poczâê, tkwiî na miejscu przez 15 minut, a gdy wreszcie zdecydowano wyruszyê na poszukiwanie zaginionego dowódcy, nagle pojawiî sië on wôród ciemnoôci, z wyrazem niezwykîego zdumienia na twarzy zdâûyî krzyknâê 'muchachos!' (po hiszpaïsku: chîopaki) i... padî zemdlony. Oszoîomieni ûoînierze zabrali sië pospiesznie do ratowania kaprala i zaskoczeni ujrzeli, iû Valdes, który kwadrans temu odszedî od nich ogolony, miaî teraz na twarzy... kilkudniowy zarost! Posiadany przez kaprala zegarek z kalendarzem wykazaî, ile zarost liczy dni: kalendarz wskazywaî 30 kwietnia! Dowództwo armii chilijskiej z poczâtku nabraîo wody w usta, wobec jednak nie ustajâcych zapytywaï prasy caîego ôwiata przyznaê musiaîo, ûe 'ogólnie biorâc, informacje prasowe sâ zbieûne z zeznaniami 7-osobowego patrolu wojskowego'. To wszystko. Jakûe maîo, z pewnoôciâ o wiele za maîo, by móc z jakimkolwiek bodaj pozorem prawdopodobieïstwa rozwiâzaê të nieprawdopodobnâ zagadkë. Ale równoczeônie jakûe duûo, o wiele za duûo, by z czystym sumieniem jednym wzgardliwym ruchem ramion skwitowaê wszystkie tego rodzaju sensacje. Jednakûe nauka - jak sië okazuje - pëdzi wciâû tuû za nami wielkimi krokami. 'Jednym z ciekawszych aspektów teorii wzglëdnoôci jest zawarta w niej przepowiednia, ûe teoria ta w pewnych momentach musi zawieôê; powiadamy wówczas, ûe w czasoprzestrzeni pojawiîa sië osobliwoôê - pisze powaûny angielski miesiëcznik naukowy 'Nature'. - Zazwyczaj osobliwoôci wiâûâ sië z intensywnymi, rosnâcymi bez ograniczenia, polami grawitacyjnymi, z którymi mamy okazjë zetknâê sië np. w procesie katastrofalnego zapadania sië gwiazdy i jej przeksztaîcania sië w 'czarnâ dziurë'. Osobliwoôci sprawiajâ szczególne kîopoty fizykom, bowiem jeûeli traktowaê je bëdziemy dosîownie, ich istnienie oznaczaîoby, ûe we Wszechôwiecie sâ miejsca, w których czasoprzestrzeï (a wiëc i wszelkie znane prawa fizyki) osiâga granicë. Istnieje równieû i taki poglâd, wedîug którego osobliwoôci sâ rzeczywistymi tworami, posiadajâcymi swoje szczególne wîasnoôci i rzâdzonymi specyficzymi prawami'. Przy takim zaîoûeniu wszystko, najbardziej nawet nieprawdopodobne, staje sië zupeînie moûliwe. Nie tylko w Trójkâcie Bermudzkim...