2 B No Name. a 3 Matka zawsze mówiîa, ûe nic dobrego mnie w ûyciu nie spotka, jeôli nadal bëdë sië tak zachowywaî. Powoli zaczâîem dziô kapowaê co miaîa na myôli. Czas nie jest miîosierny i nie da sië juû zmieniê przeszîoôci. Moûliwe, ûe bym tego nawet nie ûaîowaî, gdyby nie moja ostatnia wyprawa... 1 Pewnie kaûdy z was miaî të szansë, aby obejrzeê Indiana Jons'a. I wielu sië ten film spodobaî, ale chyba tylko ja byîem na tyle stukniëty, aby co roku urzâdzaê sobie wypady w ôwiat w tym wîaônie stylu. Wîaôciwie to zaczëîo sië wszystko juû na studiach, kiedy to z kumplami maksymalnie wykorzystywaliômy 3 miesiëczne wakacje, aby szukaê przygód na caîym globie. Studia mijaîy szybko i na zakoïczenie postanowiliômy zrobiê coô zupeînie szalonego. 3 Ekipa skîadaîa sië z kilku najlepszych przyjacióî, bardzo zgranych i równie oddanych przygodzie. Tym razem postanowiliômy wyruszyê zupeînie bez grosza, bez zapasów, jedynie z najpotrzebniejszymi dokumentami i mapâ. Nie ûadnâ tajemniczâ, tylko zwykîâ, na której zaznaczona byîa caîa nasza trasa z kilkoma krzyûykami. Owe znaczki byîy w miejscach, które mogîy zawieraê jakâô tajemnicë, zagadkë, a zaznaczali 3je nam wybitni profesorowie histori, oczywiôcie traktujâc to jako zabawë. Doprawdy róûne miejsca nam pozakreôlali, ale umówili sië, ûe nie powiedzâ czego tam szukaê. No i wyruszyliômy, jak byîo w planie, do Afryki. 1 Droga byîa bardzo trudna, szczególnie, ûe musieliômy albo jeúdziê na czarno, albo dorabiaê sobie co jakiô czas. Kilku goôci w pewnym momencie zrezygnowaîo, gdyû to wezwanie okazaîo sië dla nich zbyt trudne. Tak przynajmniej mówili, ale czuîem, ûe po prostu ciekawsze wydajâ im sië wakacje nad morzem, bez problemów z noclegiem i jedzeniem. Pozostaîo nas trzech, i prëdkoôê podróûy trochë zmalaîa. Minâî juû pierwszy miesiâc, a my jeszcze nie dotarliômy do celu. Wyglâdaliômy bardzo ômiesznie: brudni, zmëczeni, a do tego cudzoziemcy. W pewnym stopniu ômieszyîy nas reakcje przechodniów, którzy wytykali nas palcami, a raz to nawet kasë dali... Za ûebraków nas wziëli, ale pieniâdze wziëliômy, bo i czemu nie? W drodze do Afryki mieliômy tylko jednâ niemiîâ przygodë. Pewnej nocy, kiedy spaliômy na jakimô polu biwakowym dopadîa nas grupka spitych îobuzów, no i oberwaliômy po nosach. Mimo, ûe Wojtek, jeden z nas, musiaî przesiedzieê dzieï w szpitalu, nasza podróû trwaîa dalej i juû bez tego typu przygód. Mieliômy w naszej grupie goôcia, który postanowiî zaliczyê wszystkie dyskoteki po drodze, wiëc zabawy teû byîo doôê. W pewnym momencie chciaî zostaê, bo poznaî jakaô blondynkë, ale jak mu daîa po gëbie to ruszyî sië z ochotâ majâc nadziejë, ûe jeszcze trafi na jakiô extra towar... A co ja wnosiîem do naszej ekipy? Chyba nic poza tym, ûe nosiîem mapë... No i na mnie spadaîo wybieranie miejsca na nocleg, co po wspomnianym wyûej przykrym wypadku do dziô mi wypominajâ... Pod koniec drugiego miesiâca dotarliômy na miejsce przeznaczenia, z którego dzieliîy nas juû tylko niewielkie odcinki do poszczególnych 'skarbów'. Odpoczëliômy dwa dni (rzadko nam sië to zdarzaîo) i zaczëîa sië wîaôciwa przygoda. 3 Pierwszy zaznaczony na mapie krzyûyk objawiî sië nam jako ruina koôcioîa. Jakoô tak gîupio byîo nam sië zagîëbiaê w jego lochy, skoro jakiô wieôniak z tego co zrozumieliômy powiedziaî, ûe zakopywano tu wiëúniów i mnichów, a obok jest i tak cmentarz. Ale co to dla trójki poszukiwaczy przygód? Weszliômy do podziemi, ale kumpel wpadî na rozkîadajâce sië ciaîo i nie udaîo sië juû potem go wciâgnâê na dóî, a nie chcieliômy sië rozdzielaê, no i daliômy sobie spokój. Szukanie miejsca, które okreôlaî nastëpny znaczek zajëîo nam 4 dni, a i tak okazaîo sië, ûe byî to rozbity samolot... W tym momencie dogryúli nam profesorowie. Drogë do trzeciego juû oznaczonego na mapie miejsca urozmaicaîa nam wycieczka europejczyków. Byîo tam nawet kilka îadnych dziewczyn, i jak sië moûna 3byîo spodziewaê, nasz Casanowa znów sië zakochaî. Nasze nadzieje, ûe znów dostanie kosza zostaîy zduszone w zarodku, bo tym razem para byîa udana. Byî to moment, kiedy nie wiedzieliômy, czy kontynuowaê wycieczkë do jeszcze dwóch miejsc, czy teû wracaê razem w europejczykami. Dwa dni podróûowaliômy z Juliâ (szkoda, ûe nasz Casanowa sië Romeo nie nazywaî) i resztâ wycieczki, ale potem ja postanowiîem sië wyrwaê z tego zamëtu. No wiecie, jak to sië gîupio czîowiek czuje kiedy siedzi i czeka, aû kumpel i dziewczyna sië sobâ znudzâ... Wojtek zostaî z Jarkiem (to ten od dziewczyn), a ja musiaîem leúê sam w owe dwa zakichane miejsca. Byîem faktycznie zîy, bo mówiâc, ûe sam czy nie, ale pójdë po ten skarb (jakoô trzeba ludzi pobudziê...) i koniec, miaîem nadziejë, ûe Wojtek pójdzie ze mnâ, ale on nie, bo niby teû sië zakochaî, ale to byîa bujda, bo mu sië po prostu nie chciaîo. 1 Wyobraúcie sobie: sam, z dala od cywilizacji, zîy, obdarty, zmëczony, a wokóî dzika Afryka. Wîaôciwie to nie byî mi ten kraj aû tak obcy, bo czësto tu przebywaîem w dzieciïstwie, i nawet dûungla nie byîa mi aû tak obca. Ûywnoôci miaîem doôê, wody teû, ale brakowaîo mi przyjacióî. Robiîem to tylko dlatego, ûeby nie wyjôê na tchórza, no i nawymyôlaê potem kumplom o ukrytych skarbach... He, he, he, radocha musi byê, no nie? Jednak ta przygoda potoczyê sië miaîa caîkiem inaczej, bo do tej pory wszystko szîo prawie jak po maôle (którego nie lubië, ale to tak na marginesie). 3 Dwie noce spëdziîem w spokojnym, maîym miasteczku z kilkoma turystami z Ameryki. Podobno mieszkaîo tu jakiô czas temu kilka wycieczek z Europy, ale okres wypoczynku sië juû koïczyî. Wîaôciwie to zostaîbym tam jedynie na jednâ noc, ale wyobraúcie sobie, ûe ja, jakûe róûny od Jarka, zafascynowaîem sië... No tak, pochodziîa z Ameryki i byîa tu nie na wczasach, tylko pracowaîa. Domyôliîem, sië ûe byîa starsza, no i z trudem, ale daîem sobie spokój z tâ sprawâ. Wyruszyîem o ôwicie... 1 Tym razem nasi krzyûykotwórczy profesorowie nieúle nabroili. Chodzi o to, ûe po dojôciu na miejsce zastaîem tylko szereg grot, znaczâcych prawie pîaskâ stromâ skaîë. Wyglâdaîo to jak ser szwajcarski... W tym momecie pierwszy raz sië ucieszyîem, ûe jednak wyruszyîem na ten koïcowy etap wycieczki. Zobaczyîem w wyobraúni kumpli siedzâcych przed hotelem, lub chlapiâcych sië z dziewczynami w basenie. Wîaôciwe to trochë sië przestraszyîem czy zdâûë na czas byê w umówionym miejscu, ale miaîem nadziejë, ûe kumple poczekajâ, a jak w tych grotach nie bëdzie niczego ciekawego, to bez problemu zdâûë. 3 Z moich zamyôleï wyrwaî mnie strzaî i krzyk jakiegoô zwierzëcia. Przypomniaî mi sië Indiana Jones i 3zrobiîem unik w krzaki. Naprawdë sië przestraszyîem, bo któû to mógîby byê? Przecieû te miejsca nie sâ odwiedzane przez turystów! No nic pomyôlaîem, i czekaîem, aû sië ktoô wyîoni z dûungli. I faktycznie tak sië staîo! Najpierw wyszedî jakiô facet, który mógîby konkurowaê z Hulk'iem Hogan'em, potem jakiô grubasek, i ona... Ta sama dziewczyna, która mi wpadîa w oko w ostanim miasteczku. Tak, rozpozaîem caîâ ekipë: 5 osób zaopatrzonych w przeróûne sprzëty, od wykaîaczek zaczynajâê, a na wykrywaczach metalu i broni koïczâc. Zresztâ, w tym, ûe posiadajâ broï nie byîo nic dziwnego: ja teû jâ miaîem, bo dûungla to gorzej jak Nowy Jork. Nie wiedziaîem co zrobiê: podejôê, czy zostaê w ukryciu. Tchórzem nie jestem, ale pomyôlaîem, ûe raz kiedyô moûna sië teû w detektywa pobawiê... No i zostaîem. Jak widaê mnie nie zauwaûyli i spokojnie weszli do pierwszej jaskini. Wyglâdali jakby wiedzieli czego chcâ i nie wahali sië ani przez chwilë. Na straûy zostaî Hulk (tak go nazwaîem) ze strzelbâ w rëku. Pozostaîa czwórka spëdziîa w jaskini jakieô póî godziny. Potem wyszli i weszli do nastëpnej, potem znów do kolejnej... Jak juû myôlaîem, ûe jednak tylko je zwiedzajâ i chciaîem wyjôê, to okazaîo sië, ûe przez te godziny siedzenia zrobiîo sië ciemniej i o coô zahaczyîem, no i rozumiecie: jak sië gîówkâ walnie w kamieï, to przytomnoôê odlatuje na jakiô czas... Jak dla mnie byîo to pierwszy raz i niemile sië czuîem. 3Jak juû byîem ôwiadom, ûe myôlë, to zmartwiîem sië, ûe jednak mnie odkryli, ale sië myliîem. Byîo juû zupeînie ciemno i jak moje poszukiwania latarki i zapaîek speîzîy na niczym to omal sië nie zaîamaîem. Chyba wiecie czym to grozi w dûungli? Na moje nieszczëôcie ja wiedziaîem... 1 W koïcu zaczëîo ôwitaê, a ja po caîonocnym czuwaniu miaîem serdecznie doôê. Gîowa bolaîa jakbym miaî niezîego kaca, a ciaîo domagaîo sië jedzenia. W takim to stanie odkryîem, ûe nie jestem tam gdzie byîem tracâc przytomnoôê, tylko w jakiejô dziurze, czy jaskini. W górze byî wlot i pomyôlaîem, ûe jakimô cudem tu wpadîem, ale nie wiedziaîem, i do dziô nie wiem w jaki sposób. Moûe skaîy byîy juû sîabe? Moûe byîa jakaô tajemna dúwignia? Nie, raczej te skaîy... Ale to nie byî koniec mojej przygody. Ûaden helikopter nie przyleciaî, nikt mnie nie wyciâgnâî. Liny nie miaîem, a kilka metrów wzwyû to ja raczej nie skaczë, wiëc pozostaîa mi tylko wëdrówka korytarzem, a nuû trafië na powierzchnië. Wiedziaîem, ûe to moûe byê niebezpieczne, ale co mi pozostaîo? Poszedîem wiëc, po chwili napotkaîem rozwidlenie... W lewo, kolejne rozwidlenie, prawo, kolejne, do diabîa! I co tu miaîem robiê? Zaczâîem oznaczaê kamieniami korytarze, ale nigdy nie znalazîem sië w tym samym miejscu! Zazwyczaj nie panikujë, ale kiedy usîyszaîen jakiô pomruk za sobâ, zaczâîem zasuwaê jak nigdy dotâd! Na krótkie dystanse biegam nawet szybko, ale tam w korytarzu to chyba przeôcignâîem sam siebie, nie mówiâc o potkniëciach i wpadkach na skaîy... Najgosze byîo to, ûe za mnâ coô biegîo i niemiîosiernie sapaîo! Niedúwiedz sobie pomyôlaîem, ale tutaj? Nie... A jakby w nagrodë za szaleïczy bieg zobaczyîem ôwiatîo! Oj, ale happy byîem! Dosîownie doleciaîem do tego wylotu, ale zagiëîo mnie kiedy sië okazaîo, ûe jest jakieô 20 metrów nad ziemiâ... Nadal ktoô biegî w mojâ stronë, a ja sië strasznie baîem. Zrobiîem co mi sië wydawaîo za najlepsze: chwyciîem sië dolnej krawëdzi i zawisîem z 20 metrów. Miaîem nadziejë, ûe nikt nie bëdzie mi deptaî po palcach... Coô byîo juû na górze, i chyba mnie szukaîo. W pewnym momencie coô krzyknëîo i tu rozpoznaîem w tym czymô czîowieka. Caîe szczëôcie pomyôlaîem, no i podciâgnâîem sië do góry, ale kiedy mój sîodki uômiech spotkaî sië z butem grubasa (to tîumaczy jego sapanie...), to niestety, ale jak prawo fizyki gîosi, zaczâîem spadaê. Caîe szczëôcie, ûe ktoô, albo coô chwyciîo mnie za nogë w jaskini niûej no i w ten sposób tylko walnâîem sië w ôcianë... Przytomnoôê, te sprawy, sami wiecie. Przez caîe ûycie ani razu, a tu w ciâgu kilku dni dwa razy takie przykre przebudzenie. No, moûe nie caîkiem, bo jeôliby zawsze nade mnâ staîa owa nieznajoma, to chëtnie bëdë tak wracaî czëôciej do ôwiata ûywych... Poza niâ nie byîo w jaskini nikogo. Nie wiem jak sië to jej udaîo, ale zaciâgnëîa mnie w jakiô ôlepy tunel, pewnie teû sië ukrywaîa, tylko przed kim? Przed tym grubasem w glanach? Chciaîem spytaê, ale juû samo myôlenie sprawiaîo mi ból i postanowiîem sië najpierw nasyciê jej widokiem... Ale po chwili przeprowadziîem juû maîy wywiad: 3 -Dziëki za uratowanie ûycia...-Gadaîem jakbym mutacjë przechodziî. -Sorry...-Na prawdë miîym gîosem odpowiedziaîa nieznajoma. A ja od tego momentu zaczâîem mówiê po angielsku. -Dziëki ûe mnie uratowaîaô.-tym razem bez mutacji... -Nie ma sprawy, jak sië pan czuje?-Ûaîowaîem, ûe tak oficjalnie sië do mnie zwraca. -Caîkiem dobrze, kiedy jesteô przy mnie...-Pomyôlaîem wtedy, ûe Jarek mógîby mi rady udzieliê. -To dobrze, ale proszë bez takich spoufaleï. Czego pan tu szuka? -Egh, szukam przygody, jeôli mogë to tak okreôliê. -A moûe teraz powie pan prawdë, panie Johnson?!-Faktycznie, z takâ spluwâ, którâ miaîa w rëku to kaûdy powiedziaîby prawdë. -Ale to prawda! Co ty robisz z tâ armatâ!? Odîóû to!-Nie ma co, niezîe wraûenie na mnie dziewczyna zrobiîa. Poza tym zauwaûyîem, ûe rëce mam zwiâzane... -Moûesz mi wyjaôniê co to wszystko znaczy? Najpierw jakiô zdziczaîy 3grubas, teraz ty mi najpierw ûycie ratujesz, a potem chcesz zastrzeliê. Co jest grane?-Miaîem chyba prawo spytaê, nie? -Nie udawaj, bo i tak ci nie uwierzë... A kto wie? Moûe miaîam kaprys, ûe cië nie zabiîam?-W tej odpowiedzi ucieszyîo mnie tylko jedno: zwróciîa sië na 'ty'... 1 Dialog sië brutalnie skoïczyî, bo kiedy tylko chciaîem otworzyê usta w mojâ stronë kierowaîa sië ogromna lufa... Nie, dziëkujë, pomyôlaîem i daîem sië prowadziê po ciemnym korytarzu. 3 Gîupio sië czuje czîowiek ze zwiâzanymi rëkoma idâc obok piëknej dziewczyny, która wywoîuje u niego przyôpieszone tëtno z dwóch powodów: miaîa broï, no i byîa piëkna. Nie wiedziaîem gdzie idziemy, i w koïcu nawet za cenë ûycia spytaîem powtórnie o co tu chodzi. Tym razem spojrzaîa mi w oczy i chyba zmiëkîa, albo zwâtpiîa w to, ûe jestem jakiô Johnson, bo wyjaôniîa mi szybko caîâ sprawë. Jako, ûe wy tam nie byliôcie, pozwolë sobie powtórzyê. No wiëc, ona, jej ojciec i 3 inne osoby to ekipa, która poszukiwaîa pewnego skarbu. Wîaôciwie to tylko jej ojciec, bo byî archeologiem, ale musiaî wynajâê ochronë, a córka, czyli ona, pojechaîa z nim. Udaîo sië im dziëki wieloletniej pracy jej ojca odnaleúê ów skarb, ale okazaîo sië, ûe ochrona to zwykli oszuôci, którzy wykradli im cenny zabytek i próbowali 3zabiê. Dziewczyna uciekîa, ale ojca kosztowaîo to ûycie, a przynajmniej tak sâdzili zîodzieje, bo dziewczyna wierzyîa, ûe ojciec ûyje, nie powiedziaîa jednak na jakiej podstawie tak myôli. Teraz jakoô mi sië w gîowie jaôniej zrobiîo, i ucieszyîem sië, ûe dziewczyna, która tak mi sië podoba nie jest ûadnâ zîodziejkâ. Problem tylko w tym, ûe ona myôlaîa o mnie, jak o jakimô wspólniku owych opryszków. Nie wiedziaîem co zamierza, ale chciaîem jakoô wykorzystaê wolny czas, aby jâ przekonaê co do swojej osoby. Niestety tym razem znów staîa sië zimnâ osobâ z broniâ. 1 Szliômy dîugim korytarzem, ja obok dziewczyny, w której sië chyba zakochaîem, ale nie wiedziaîem jak jej o tym powiedzieê. Zresztâ, sytuacja byîa taka, ûe i tak by nie uwierzyîa. Nie wiem co o mnie myôlaîa, kiedy tak co chwila sië oglâdaîem w jej stronë. Doprawdy musiaîem na idiotë wyglâdaê, ale nic na to nie mogîem poradziê. Widaê juû byîo ôwiatîo w tunelu, czyli koniec tego etapu wëdrówki. Nagle wyleciaî z bocznego korytarza Hulk. Kierowaî sië w stronë nieznajomej, ale ja, sam nie wiem, czy tak caîkiem ôwiadom, rzuciîem sië prosto na niego. Dziewczyna chyba go w ogóle jeszcze nie zauwaûyîa i pewnie uratowaîem jâ od ômierci, bo Hulk nie zdâûyî wycelowaê jeszcze swojego kolta i strzaî padî w ziemië. Potem byî jeszcze jeden, ale ten padî od strony dziewczyny. Wielki Hulk upadî, ale nie mogîem znaleúê ôladu krwi. Poszukaîem po ciele i znalazîem coô w rodzaju strzykawki! Czyûby ôrodek usypiajâcy?! A ja gîupiec myôlaîem, ûe dziewczyna chce mnie zabiê... Jakoô dziwnie sië poczuîem kiedy mój wzrok znalazî na wîasnej nodze plamë krwi... No tak, Hulk nie trafiî w ziemië, ale we mnie. Jeszcze nie bolaîo, ale gîupio sië czuîem. Tym razem dziewczyna nie byîa skora do ratowania mi ûycia (no, tak mniej wiëcej) i dopiero po chwili podeszîa do mnie i zaczëîa coô robiê przy ranie. Jak skoïczyîa to trochë niepewnie, ale rozwiâzaîa mi rëce i wspólnie unieruchomiliômy Hulk'a. Czas byîo pogadaê... 3 -Teraz chyba mi wierzysz?-Od czegoô musiaîem zaczâê, nie? -Tak. I przepraszam...-Jej gîos w tym wydaniu byî najlepszym lekarstwem. -Nie ma za co. W koïcu i tak juû drugi raz mi ûycie ratujesz... -Ta rana to nic powaûnego... Studiujë medycynë... -O! Teû studiujë.-Proste obliczenie i juû wiem, ûe jesteômy w podobnym wieku.-A co teraz zrobimy? -Nie wiem... On sië za kilka godzin obudzi, a mój ojciec moûe umrzeê, jeôli nie dostanie fachowej pomocy...-Nic dodaê nic ujâê: rozpîakaîa sië w moich ramionach. 1 Tak, wyprawa zaczynaîa przybieraê róûne barwy: przygoda, skarb, romanse... Sporo jak na mój gust! A co sië bëdzie dziaîo dalej? Sam nie wiem... Czas przerwaê rozmyôlenia i zaczâê dziaîaê. Koniec juû tego odpoczynku, bo w koïcu dziura po kuli w nodze, to nie koniec ôwiata. 3 -Jak masz w ogóle na imië?-W koïcu muszë od czegoô zaczâê... -Samanta. A ty? -Ivanhoe, a wîaôciwie to nie, ale tak na mnie woîajâ. -Dziwne przezwisko... -Tak jak i ja sam. Sîuchaj, musimy twojego ojca donieôê do pobliskiego miasteczka, gdzie czekajâ na mnie kumple, a z opryszkami dokoïczymy póúniej. Znasz te korytarze? -Bardzo dobrze. Czësto tu przyjeûdûaliômy. -Hm. Najpierw zaprowadú mnie do twojego ojca. -Idú za mnâ. Nie wiem jednak, czy nie ma tam tych zîodziei. Uwaûaj, dobrze? -Nie ma sprawy...-Tak chyba powinnien odpowiedzieê mëûczyzna... -A wîaôciwie to co tu robisz sam? Mówiîeô coô o przyjacioîach...-O! Zaczëîa rozmowë! Nie ma co, przygoda jakiej jeszcze nie miaîem. -Fakt, ale na ten fragment trasy wybraîem sië sam. Tak wyszîo, szkoda. -Szkoda... -No, wîaôciwie to sië cieszë... Nie poznaîbym cië...-Zdanie tym razem wywoîaîo rumieniec, a to chyba dobry znak, jak myôlicie? 1 Obyîo sië bez przygód. Jesteômy juû przy jej ojcu. Wyglâda na miîego starszego faceta... Caîe szczëôcie, ûe nie widaê ûadnego zbira. Ale zaraz, coô sîychaê... Na grubasa to nie zachodzi, Hulk ôpi jak niemowle... Pozostali? Ale przecieû... Nie! Wojtek i Jarek! Co za kumple! Ha! Jarek ze swojâ Juliâ... Co za czîowiek... Ciekawe co tu robiâ. 3 -Hej! Co wy tu robicie, chîopcy? Przychodzicie na gotowe? -Czeôê stary. Jakoô tak wpadliômy, bo sië nie pokazywaîeô, ale co to za dziewczyna? Przedstawiê nas musisz!-Czyûby Casanowa zadzrosny? -To jest Samanta, a to Jarek, Wojtek i... Dziewczyna Jarka. A ten starszy pan to ojciec Samanty.-Zawsze miaîem z tym problemy. -Hej...-takie masowe... -Ale teraz uwaûajcie. Moûecie delikatnie wynieôê na ôwieûe powietrze tego czîowieka? Tylko uwaûajcie.-Nie ma co, przejâîem inicjatywë. 1 Ruszyliômy przez tunel. Nie spotkaîy nas ûadne przygody, nawet nie spotkaliômy ôladu po zbirach. Idziemy na skróty, wiëc nie mogë sië kumplom pochwaliê powalonym Hulk'iem, bo pewnie nie uwierzâ tak na sîowo, a zanim bëdziemy mogli tu wróciê, to reszta bandy zabierze swojego kolesia. Nic to, dziura w nodze teû moûe poôwiadczyê. 3 Minëîy trzy dni, jesteômy w drodze do domów. Niedaleko juû Chojnice, a ja jakiô taki przynudnawy. Kumple draûniâ sië ze mnâ i nie wierzâ, ûe ktoô mnie postrzeliî i w ogóle w caîâ 3historë. W Afryce nie byîo czasu, aby im pokazywaê dowody, a i tak ledwo na samolot zdâûyliômy. Jedynie dziurë w nodze mogli podziwiaê, ale twierdzâ, ûe sam sië postrzeliîem, i nic nie dajâ moje wyjaônienia. Wîaôciwie to daîem juû sobie z tym spokój: ja pewnie teû bym w to nie uwierzyî, byle tylko... Wîaônie, byle tylko ta dziewczyna byîa ze mnâ... Jarek jak sië okazaîo znalazî jakâô nowâ w pociâgu, Wojtek wysiada wczeôniej, a ja udajë ûe ôpië. W marzeniach znów widzë të przygodë z wakacji... Chyba do koïca ûycia bëdë miaî urazë do tego, kto mi zwinâî walizkë... A wîaôciwie to chodzi mi tylko o maîy ôwistek papieru z adresem Samanty... Ûycie toczy sië dalej, w przyszîym roku moûe znów w ôwiat? Egh, sam juû nie wiem. Pewnie i tak wy teû w to nie wierzycie? I dobrze, ja teû bym nie uwierzyî... 2 Ivanhoe. 1 P.S. Do wakacji jeszcze daleko, ale zorganizowaliômy juû kolejnâ wyprawë. Zgdanijcie dokâd? Do Chin! Tak, wîaônie tam. Tym razem zabieramy trochë kasy i bëdziemy podróûowali trochë szybciej. Jakby ktoô z was chciaîby do nas doîâczyê, to moûna pisaê na adres: 2 Ivanhoe ul. Warszawska 20/6 89-600 Chojnice To jak? Jedziemy?