ªpWilkoîakª0 W lasku Fausses-Reposes, u podnóûa Pikardii, ûyî sobie bardzo îadny dorosîy wilk, o czarnej sierôci i wielkich, czerwonych oczach. Nazywaî sië Denis, a jego ulubionâ rozrywkâ byîo obserwowanie samochodów nadjeûdûajâcych od strony Ville-d'Avray, pëdzâcych peînym gazem, by wjechaê na lôniâcy stok, na którym ulewa rozpoôciera czasem oliwkowe odbicie wielkich drzew. Lubiî równieû bîâkaê sië letnimi wieczorami po zagajniku, by tam zaskakiwaê niecierpliwych kochanków w ich walce z komplikacjami elastycznych elementów, jakimi, niestety, w naszych czasach obciâûa sië wiëkszâ czëôê bielizny. Ze stoickim spokojem obserwowaî wyniki tych wysiîków, niejednokrotnie uwieïczonych sukcesem i oddalaî sië wstydliwie odwracajâc gîowë, gdy zdarzaîo sië, ûe ofiara z peînâ akceptacjâ traciîa, jak to sië mówi, wianek. Bëdâc spadkobiercâ dîugiej linii cywilizowanych wilków, Denis odûywiaî sië trawâ i bîëkitnymi hiacyntami, wzbogaconymi jesieniâ kilkoma markowymi grzybami, zaô zimâ, caîkiem wbrew swojej woli, mlekiem w butelkach, podwëdzonym z ûóîtej ciëûarówki Spóîdzielni Mleczarskiej. Nie cierpiaî mleka z powodu jego niemowlëcego smaku i od listopada do stycznia przeklinaî nieîaskawoôê tej pory roku, zmuszajâcej go do szkodzenia wîasnemu ûoîâdkowi. Denis ûyî w dobrej komitywie ze swoimi sâsiadami, gdyû, ze wzglëdu na jego dyskrecjë, nie mieli pojëcia, ûe on w ogóle istnieje. Kryî sië w maîej grocie, wydrâûonej kilka lat wczeôniej przez jakiegoô pozbawionego nadziei poszukiwacza zîota, który, bëdâc ôwiadomym przeôladujâcego go przez caîe ûycie pecha i majâc pewnoôê, ûe nigdy nie napotka swego "Koszyka Pomaraïczy" ª1º0(patrz: Louis Boussenard)ª0º0, postanowiî jednak prowadziê roboty ziemne, równie bezowocne jak i maniakalne, w klimacie przynajmniej umiarkowanym. Denis urzâdziî sobie tam wygodnâ siedzibë, przystrajanâ w miarë upîywu lat ozdobnymi deklami z kóî, muterkami i czëôciami samochodowymi zebranymi na drodze, gdzie czësto miaîy miejsce wypadki. Pasjonujâc sië mechanikâ lubiî kontemplowaê swoje trofea, marzâc o warsztacie naprawczym, który miaî niezîomny zamiar zaîoûyê pewnego dnia. Cztery ûeliwne korbowody podtrzymywaîy klapë od bagaûnika uûywanâ w charakterze stoîu; îóûko skîadaîo sië ze skórzanych siedzeï ze starego Amilcara, co przelotnie sië zakochaî w potëûnym i masywnym platanie, zaô dwie opony stanowiîy luksusowe ramy do portretu ukochanych rodziców; wszystko to gustownie sië îâczyîo z najbardziej banalnymi przedmiotami zgromadzonymi ongiô przez poszukiwacza. Pewnego piëknego, sierpniowego wieczora Denis odbywaî drobnym kroczkiem swój codzienny trawienny spacerek. Ksiëûyc w peîni przerabiaî liôcie na mrocznâ koronkë, a w jasnym ôwietle oczy Denisa lôniîy îagodnymi, rubinowymi refleksami, jak wino d'Arbois. Denis zbliûaî sië do dëbu, punktu koïcowego przechadzki, kiedy los zesîaî na jego drogë Syjamskiego Maga, którego prawdziwe nazwisko brzmiaîo Etienne Pample i maîâ Lisette Cachou, ciemnowîosâ kelnerkë z restauracji Groneil, którâ Mag zawiódî do Fausses-Reposes pod jakimô zwodniczym pretekstem. Lisette miaîa na sobie nowiuteïki gorset elastyczny i temu wîaônie szczegóîowi, którego zniszczenie kosztowaîo Syjamskiego Maga szeôê godzin solidnych wysiîków, Denis zawdziëczaî owo spóúnione spotkanie. Na nieszczëôcie dla Denisa okolicznoôci byîy bardzo niesprzyjajâce. Wybiîa dokîadnie póînoc. Syjamski Mag byî istnym kîëbkiem nerwów, zaô wokóî rosîy w duûej obfitoôci wilcze îyko, goîâbki wymiotne i biaîe króliki, które od pewnego czasu towarzyszâ obowiâzkowo zjawiskom lykantropii - lub raczej antropolykii, o czym zaraz bëdziemy mogli przeczytaê. Rozwôcieczony pojawieniem sië Denisa, tak przecieû dyskretnego, który odchodziî mamroczâc jakieô przeprosiny, rozczarowany Lisette, Syjamski Mag, którego nadmiar energii musiaî sië wyîadowaê w taki czy inny sposób, rzuciî sië na niewinne zwierzë i ugryzî je okrutnie w ramië. Jëczâc z przeraûenia Denis umknâî galopem. Wróciwszy do siebie zostaî powalony przez jakieô anormalne zmëczenie i zapadî w ciëûki sen przerywany przez koszmary. Powoli zapomniaî o incydencie, a dni znów zaczëîy pîynâê, identyczne i róûnorodne. Nadchodziîa jesieï i wrzeôniowe przypîywy, które ciekawie wpîywajâ na drzewa czerwieniâc im liôcie. Denis opychaî sië twardzioszkami i borowikami, dopadajâc czasem kilka opieniek, prawie niewidocznych na okrytych korâ cokoîach, uciekajâc jak przed zarazâ przed niejadalnym sromotnikiem bezwstydnym. Teraz lasy szybko wyludniaîy sië wieczorem, a Denis kîadî sië wczeôniej spaê. Jednak zdawaîo sië, ûe to go nie odprëûa i po nocach naszpikowanych koszmarami budziî sië z niesmakiem w pysku i obolaîymi koôêmi. Postradaî nawet zapaî do mechaniki i nieraz poîudnie zaskakiwaîo go we ônie, ôciskajâcego w bezwîadnej îapie ôciereczkë, którâ miaî przetrzeê jakâô czëôê z pokrytego patynâ mosiâdzu. Jego odpoczynek byî coraz czëôciej zakîócany i dziwiî sië, ûe nie moûe odkryê, co jest jego przyczynâ. Nocâ, w czasie peîni ksiëûyca, wyrwaî sië gwaîtownie ze snu, dygoczâc w gorâczce, ogarniëty przez intensywne uczucie zimna. Przecierajâc oczy zdziwiî sië niespotykanym wraûeniem, jakiego doznaî i zaczâî szukaê ôwiatîa. Wkrótce wîâczyî wspaniaîâ lampë, którâ kilka miesiëcy wczeôniej oddziedziczyî po Mercedesie ogarniëtym obîëdem i oôlepiajâcy blask urzâdzenia oôwietliî wszystkie zakâtki jego pieczary. Kulejâc podszedî do lusterka umieszczonego nad toaletkâ. Zdziwiî sië, ûe stoi na tylnych îapach - lecz jeszcze bardziej byî zaskoczony, gdy jego wzrok padî na inny obraz: z maîego, okrâgîego zwierciadeîka patrzyîa naï dziwna twarz, biaîawa, bezwîosa, w której jedynie dwoje piëknych, rubinowych oczu przypominaîo jego dawny wyglâd. Wydawszy nieartykuîowany okrzyk spojrzaî na swoje ciaîo i pojâî przyczynë lodowatego chîodu ogarniajâcego go zewszâd. Jego gësta, czarna sierôê zniknëîa, a przed oczami staîo nieproporcjonalne ciaîo jednego z tych ludzi, z których miîosnej nieudolnoôci na ogóî szydziî. Trzeba byîo wyjôê jak najszybciej. Denis rzuciî sië ku kufrowi wypchanemu róûnymi ciuchami pozbieranymi przy okazji wypadków. Instynkt kazaî mu wybraê szary garnitur w biaîe paski, o dystyngowanym wyglâdzie, do którego dobraî gîadkâ koszulë, w kolorze drzewka róûanego i bordowy krawat. Gdy tylko wdziaî to ubranie, zaskoczony, ûe zachowuje równowagë, której nie pojmowaî, poczuî sië lepiej i zëby przestaîy mu dzwoniê. Wtedy jego zagubione spojrzenie padîo na kupkë czarnego futra rozsypanego wokóî legowiska i zapîakaî nad straconym wyglâdem. Mimo to wziâî sië w garôê dziëki nadzwyczajnemu wysiîkowi woli i spróbowaî postawiê kropkë nad i. Lektury wiele go nauczyîy i sprawa wyglâdaîa jasno. º1Syjamski Mag byî wilkoîakiem i on, Denis, ugryziony przez to stworzenie miaî z kolei zamieniê sië w czîowieka.º0 Na myôl, ûe mógîby ûyê w nieznanym ôwiecie, opadîa go najpierw gwaîtowna trwoga. Bëdâc czîowiekiem pomiëdzy ludúmi na jakieû to niebezpieczeïstwa sië naraûaî! Samo przypomnienie jaîowych walk, jakim oddawali sië we dnie i w nocy konduktorzy z Wybrzeûa Pikardyjskiego dawaîo mu symboliczny przedsmak surowej egzystencji, przed którâ, chcâc nie chcâc, trzeba sië byîo ugiâê. Potem zastanowiî sië. Jego przeksztaîcenie, zgodnie ze wszelkim prawdopodobieïstwem i o ile ksiâûki nie kîamaîy, miaîo trwaê krótko. Dlaczego by wiëc z niego nie skorzystaê i nie zrobiê wypadu do miasta? W tym miejscu, trzeba przyznaê, przypomniaîy mu sië niektóre sceny widziane w lasach, nie wzbudzajâc w nim bynajmniej takich myôli jak kiedyô i wilk zîapaî sië na tym, ûe przesuwa jëzykiem po wargach, co pozwoliîo mu stwierdziê, iû ozór, mimo wszystko, jest równie spiczasty jak przedtem. Podszedî do lusterka i przyjrzaî sië sobie z bliska. Wîasne rysy nie byîy mu tak niemiîe, jak sië tego obawiaî. Otworzywszy usta stwierdziî, ûe nadal ma podniebienie piëknego, czarnego koloru i ûe zachowuje caîkowitâ kontrolë nad uszami, byê moûe údziebko zbyt dîugimi i wîochatymi. Lecz twarz, którâ oglâdaî w maîym, kulistym lusterku, przy jej wydîuûonym owalu, matowej cerze i biaîych zëbach, zdawaîa sië niewâtpliwie zadowalajâca w porównaniu z wyglâdem znanych mu osób. A zresztâ naleûy pogodziê sië z tym, co nieuniknione i w przyszîoôci staraê sië obróciê to na swojâ korzyôê. W przypîywie ostroûnoôci postanowiî jednak przed samym wyjôciem odszukaê czarne okulary, za którymi mógî w razie potrzeby skryê rubinowy blask ôlepiów. Zaopatrzyî sië równieû w nieprzemakalny pîaszcz, zarzuciî go na ramië i zdecydowanym krokiem ruszyî ku drzwiom. Kilka chwil póúniej, niosâc lekkâ walizkë i wdychajâc powietrze poranka, które zdawaîo mu sië szczególnie wyprane z zapachów, znalazî sië na skraju drogi i ze zdecydowanâ minâ wystawiî kciuk w stronë pierwszego dostrzeûonego samochodu. Wybraî kierunek paryski, wiedzâc z codziennego doôwiadczenia, ûe auta rzadko zatrzymujâ sië wjeûdûajâc pod górë, a duûo chëtniej zjeûdûajâc z niej, gdyû grawitacja pozwala wtedy na îatwiejsze ruszenie. Jego elegancja sprawiîa, ûe bardzo szybko zostaî wziëty pod opiekë niezbyt spieszâcej sië osoby i rozsiadîszy sië wygodnie po prawej stronie kierowcy, szeroko otworzyî ogniste oczy na nieznane zjawiska wielkiego ôwiata. Dwadzieôcia minut póúniej wysiadaî na placu Opery. Byîo jasno i chîodno, a ruch pozostawaî w granicach przyzwoitoôci. Denis puôciî sië ômiaîo przez pasy i ruszyî bulwarem w kierunku hotelu Scribe, gdzie zaûâdaî numeru z îazienkâ i salonem. Zostawiwszy walizkë sîuûbie wyszedî prawie natychmiast, by zakupiê rower. Ranek minâî jak sen. Denis sam juû nie wiedziaî, o co zahaczyê pedaîem. Odczuwaî w skrytoôci wîasnego ja ukradkowâ chëê odszukania jakiegoô wilka, aby go ugryúê, lecz sâdziî, ûe nie bëdzie îatwo znaleúê ofiarë. Pragnâî teû uniknâê nadmiernego wpîywu, jaki mogîy wywrzeê na niego rzeczy opisywane w traktatach. Nie wykluczaî, ûe przy odrobinie szczëôcia udaîoby mu sië zbliûyê do zwierzât w Ogrodzie Botanicznym, lecz wolaî zachowaê të moûliwoôê na wypadek wzmoûonego popëdu. Nowy rower przykuwaî caîâ jego uwagë. Owa niklowana rzecz fascynowaîa go, a poza tym miaîa mu uîatwiê powrót do pieczary. W poîudnie Denis zaparkowaî swojâ maszynë przed hotelem, na oczach lekko zaskoczonego portiera; lecz elegancja Denisa, a zwîaszcza jego rubinowe oczy, zdawaîy sië pozbawiaê ludzi zdolnoôci uczynienia najmniejszej uwagi. Z lekkim sercem ruszyî na poszukiwanie restauracji. Wybraî jednâ, porzâdnie wyglâdajâcâ i dyskretnâ. Nadmierny tîum nadal robiî na nim wraûenie i pomimo rozlegîej kultury ogólnej lëkaî sië, czy jego maniery nie ôwiadczâ o pewnego rodzaju prowincjonalizmie. Poprosiî, by posadzono go na uboczu i by obsîuga sië pospieszyîa. Lecz Denis nie wiedziaî, ûe w tym tak na pozór spokojnym miejscu, wîaônie tego dnia odbywaîo sië comiesiëczne zebranie Miîoôników Muzyki Chevesne Rambolitain i staîo sië tak, iû w samym ôrodku posiîku ujrzaî jak wylewa sië nagle caîa procesja dûentelmenów o zdrowych cerach i jowialnych manierach, którzy za jednym zamachem zajëli siedem czteroosobowych stolików. Denis nadâsaî sië wobec tak gwaîtownego napîywu i, jak sië tego spodziewaî, ª1º0maitre d'hotel ª0º0podszedî grzecznie do jego stolika: - Bardzo pana przepraszam - powiedziaî ten gîadko wygolony i natîuszczony mëûczyzna - ale czy mógîby pan wyôwiadczyê nam przysîugë i dzieliê stóî z tâ pannâ? Denis rzuciî okiem na siusiarë i natychmiast sië oddâsaî. - Bëdë uszczëôliwiony - powiedziaî na póî wstajâc. - Dziëkujë panu - powiedziaîo stworzenie melodyjnym gîosem. Takim, jaki wydaje piîa, gdy po niej pociâgnâê smyczkiem, mówiâc ôciôle. - Skoro pani mi dziëkuje - ciâgnâî Denis - to cóû powinienem uczyniê ja? Rozumie sië samo przez sië, oddziëkowaê. - To niewâtpliwie klasyczny przypadek dziaîania opatrznoôci - zaopiniowaîo cudo. I natychmiast pozwoliîo upaôê swojej torebce, którâ Denis pochwyciî w locie. - Och! - zakrzyknëîa - Aleû pan ma nadzwyczajny refleks! - No - potwierdziî Denis. - Ma pan równieû dziwne oczy - dodaîa piëê minut póúniej. - Patrzâc na nie myôlë o... o... - O! - skomentowaî Denis. - Olbrzymich granatach - dokoïczyîa. - Jak to na wojnie - rzekî Denis. - Chciaîem powiedzieê - uôciôliî Denis - iû spodziewaîem sië, ûe wspomni pani o rubinach, majâc jednak do czynienia z granatami pomyôlaîem natychmiast o fenomenach, które na zasadzie zwiâzku przyczynowo-skutkowego ewokujâ wizjë wojny. - Opuôciî pan mury Szkoîy Nauk Politycznych? - zapytaîa brâzowa sarenka. - By nigdy wiëcej do nich nie powróciê. - Uwaûam, ûe jest pan doôê fascynujâcy - zapewniîa banalnie panienka, która - mówiâc miëdzy nami - przestaîa niâ byê juû dawno i to wielokrotnie. - Chëtnie odwicewersiîbym to pani i to w rodzaju ûeïskim - odkomplementowaî Denis. Razem opuôcili restauracjë i maîa szelma wyznaîa wilkowi, co staî sië mëûczyznâ, ûe niedaleko od tego miejsca zajmuje zachwycajâcy pokój w hotelu Pod Srebrnym Tîuczkiem. - Niech pan zajdzie obejrzeê moje sztychy japoïskie - szepnëîa Denisowi do ucha. - Czy to aby bezpieczne? - zatroskaî sië Denis. - Pani mâû, brat, czy ktokolwiek z rodziny nie bëdzie sië niepokoiî? - W zasadzie jestem sierotâ - jëknëîa maîa, muskajâc îezkë czubkiem wrzecionowatego palca. - O jakûe mi przykro! - skomentowaî grzecznie jej elegancki towarzysz. Gdy wchodziî za niâ do hotelu zwróciî uwagë na wielce interesujâcâ nieobecnoôê recepcjonisty oraz na fakt, ûe takie mnóstwo czerwonego, miëkkiego pluszu znacznie odróûnia to miejsce od jego wîasnego hotelu. Jednak schody ukazaîy mu najpierw poïczochy, przylegajâce do îydek ôlicznotki, której pozwoliî - chcâc sië doksztaîciê - wyprzedziê sië o szeôê stopni. Doksztaîciwszy sië, przyspieszyî kroku. Myôl o spóîkowaniu z kobietâ nieco go zniechëcaîa swym komizmem, lecz przypomnienie Fausses-Reposes sprawiîo, ûe przeszkoda ta zniknëîa i wkrótce Denis wprowadziî w czyn wiedzë zdobytâ w czasie obserwacji. Piëknotka zechciaîa bardzo krzyczeê, ûe czuje sië usatysfakcjonowana, a nieszczeroôê zapewnieï o wzlatywaniu w górë umknëîa uwadze poczciwego Denisa, niezbyt doôwiadczonego w tej materii. Ledwo wydobyî sië z czegoô w rodzaju letargu, tak innego od wszystkiego, czego zaznaî do tej chwili, kiedy usîyszaî jak zegar wybija godzinë. Duszâc sië i blednâc osîupiaî, widzâc swojâ towarzyszkë jak z wypiëtym dupskiem - z szacunkiem dla was - szpera pospiesznie w kieszeni marynarki. - Pani chce moje zdjëcie! - zakrzyknâî nagle, sâdzâc, ûe zrozumiaî. Schlebiaîo mu to, lecz pojâî w odruchu, który oûywiî jego dwudzielnâ póîkulë mózgowâ, bîëdnoôê takiego rozumowania. - Aleû... hmm... tak, kochanie - powiedziaîa sîodka nie wiedzâc, czy on sobie kpi, czy niet. Denis zasëpiî sië. Wstaî, podszedî i sprawdziî zawartoôê portfela. - Tak wiëc jest pani jednâ z tych kobiet, o których moûna wyczytaê okropnoôci w dzieîach literackich pana Mauriaca! - stwierdziî Denis. - Kurwa, w pewnym sensie. Juû miaîa zareplikowaê i to jak, ûe dupë jej zawraca, ûe wisi jej jego miëso, ûe nie miaîa zamiaru zadawaê sië z jakimô typem dla przyjemnoôci, lecz bîysk w oku uczîowieczonego wilka sprawiî, ûe zamiast tego zamknëîa sië. Z oczodoîów Denisa promieniowaîy dwie czerwone wiâzki, które utkwiîy w gaîkach ocznych ciemnowîosej panienki i wpëdziîy jâ w dziwny popîoch. - Proszë sië okryê i natychmiast stâd spadaê! - zasugerowaî Denis. Naszîa go nieoczekiwana myôl, by dla wzmocnienia efektu zaryczeê. Nigdy jeszcze nie niepokoiîo go takie pragnienie, lecz pomimo braku doôwiadczenia ryk zabrzmiaî w sposób przeraûajâcy. Caîkiem przeraûona panienka ubraîa sië bez sîowa w czasie krótszym niû trzeba zegarowi na wybicie dwunastu uderzeï. Denis, kiedy zostaî sam, zaczâî sië ômiaê. Odczuwaî perwersyjnâ przyjemnoôê. Byîo to doôê podniecajâce. - To smak zemsty - wyraziî gîoôno przypuszczenie. Zaprowadziî porzâdek w swym odzieniu, umyî sië tam, gdzie naleûaîo i wyszedî. Byîa noc, a bulwar lôniî w cudowny sposób. Nie przeszedî nawet dwóch metrów, gdy podeszli do niego trzej mëûczyúni. Odziani nieco wyzywajâco, w zbyt jasne garnitury, zbyt nowe kapelusze i zbyt wypastowane buty, otoczyli go. - Moûemy pogadaê? - zapytaî najchudszy z trójki, o oliwkowej cerze, z delikatnym wâsikiem. - O czym? - zadziwiî sië Denis. - Nie strugaj wariata - wycedziî jeden z pozostaîej dwójki, czerwony i kwadratowy. - Wejdúmy wiëc tutaj... - zaproponowaî oliwkowy, poniewaû przechodzili koîo baru. Denis wszedî, doôê zaciekawiony. Aû do tego miejsca przygoda wydawaîa mu sië sympatyczna. - Panowie gracie w brydûa? - zapytaî trzech mëûczyzn. - Zaraz sobie coô wylicytujesz - ponuro stwierdziî czerwony kwadratowy. Wyglâdaî na zirytowanego. - Mój drogi - powiedziaî oliwkowy, kiedy weszli - niedawno postâpiîeô z pewnâ panienkâ w sposób niezbyt elegancki. Denis parsknâî ômiechem. - Kpiny sobie urzâdza, skurczybyk! - stwierdziî czerwony. - Zaraz mniej mu bëdzie do ômiechu. - Tak sië skîada - ciâgnâî oliwkowy - ûe my sië interesujemy tâ laluniâ. Denis nagle zrozumiaî. - Juû wiem - powiedziaî. -Jesteôcie alfonsami. Wszyscy trzej wstali nagle. - Nie prowokuj nas! - zagroziî kwadratowy. Denis przyjrzaî im sië. - Zaraz sië rozzîoszczë - powiedziaî statecznie. - Bëdzie to po raz pierwszy w ûyciu ale rozpoznajë to wraûenie. Zupeînie jak w ksiâûkach. - Chyba nie myôlisz, ûe sië ciebie boimy, palancie! - rzuciî czerwony. Trzeci nie byî gadatliwy. Zacisnâî piëôê i zamachnâî sië. Kiedy kuîak zbliûaî sië do podbródka Denisa, ten uchyliî sië, chwyciî za przegub i ôcisnâî. Trzasnëîo. Na czaszce Denisa wylâdowaîa butelka, wilk zamrugaî oczyma i cofnâî sië. - Rozedrzemy cië na strzëpy - powiedziaî oliwkowy. Bar opustoszaî. Denis przeskoczyî przez stóî i kwadratowego. Ten, zaskoczony, rozdziawiî gëbë, lecz miaî doôê refleksu, by pochwyciê odzianâ w zamsz nogë samotnika z Fausses-Reposes. Wynikîo z tego krótkie zamieszanie, efekty którego Denis, z oddartym koînierzykiem, oglâdaî w lustrze. Szrama przecinaîa mu policzek, a jedno z oczu nabieraîo barwy indygo. Ûwawo uîoûyî trzy bezwîadne ciaîa pod îawkami. Pod ûebrami serce mruczaîo mu wôciekle. I nagle jego spojrzenie padîo na zegar. Jedenasta. - Do licha - pomyôlaî. - Muszë pryskaê! Szybko wîoûyî czarne okulary i pobiegî do hotelu. Duszë miaî przepeînionâ nienawiôciâ, rozumiaî jednak koniecznoôê poôpiechu. Zapîaciî za pokój, wziâî walizkë, wskoczyî na rower i wystartowaî jak prawdziwy Coppi. *** Dojeûdûaî juû do mostu w Saint-Cloud, kiedy zatrzymaî go policjant. - A wiëc nie ma pan ôwiateî? - powiedziaî ten czîowiek tak podobny do innych. - Hë? - zapytaî Denis. - Po co? Ja widzë! - To nie po to, ûeby pan widziaî - powiedziaî policjant. - To po to, ûeby pana widzieli. A jeôli zdarzy sië panu wypadek? Hë? - Ach? - rzekî Denis. - Tak, to prawda. Ale jak dziaîa to ôwiatîo? - Jaja pan sobie robisz ze mnie? - zapytaî bydlak. - Niech pan posîucha - powiedziwî Denis. - Naprawdë bardzo mi sië spieszy. Nie mam czasu na robienie sobie jaj. - Wiëc chcesz pan mandat? - rzekî podîy gliniarzyna. - Jest pan nadmiernie upierdliwy - odrzekî wilk na pedaîach. - Dobra! - powiedziaîa niecna szuja. - To go pan dostaniesz. Zaczâî wyciâgaê swój karnet balowy i wieczne pióro, i na chwilë opuôciî gîowë. - Pana nazwisko? - zapytaî podnoszâc jâ. Po czym zadâî w swojâ tubë dúwiëkowâ, gdyû dostrzegî chyûy rower Denisa, który wîaônie rzuciî sië do ataku na zbocze. Denis przyîoûyî sië. Osîupiaîy asfalt ustëpowaî pod jego szaleïczym naporem. Zbocze w Saint-Cloud zostaîo pokonane w mgnieniu oka. Przemknâî przez bramë miasteczka ciâgnâcego sië wzdîuû Montretout (co w niektórych jëzykach znaczy "Pokaû wszystko" - cienka aluzja do satyrów bîâdzâcych po parku w Saint-Cloud) i skrëciî w lewo, w stronë Point Noir i Ville d'Avray. Kiedy wynurzyî sië z tego szlachetnego miasta koîo restauracji Cabassud, zauwaûyî tuû za sobâ jakieô poruszenie. Jeszcze bardziej przyspieszyî i wpadî na leônâ drogë. Nagle, w oddali zegar wybiî póînoc. Przy pierwszym uderzeniu Denis poczuî, ûe coô nie gra. Miaî kîopot z dosiëgniëciem do pedaîów. Odniósî wraûenie, jakby skurczyîy mu sië nogi. Z bîyskawicznâ szybkoôciâ pokonywaî leûâce na piaszczystej drodze kamienie, gdy nagle dostrzegî w ôwietle ksiëûyca swój cieï - dîugi pysk, spiczaste uszy. Niespodziewanie padî jak dîugi, bo wilkowi na rowerze brak jest stabilnoôci. Na szczëôcie dla niego. Ledwie dotknâî ziemi, a juû jednym susem skoczyî w gâszcz; zaô motor policyjny z trzaskiem rozbiî sië o przewrócony rower. Kierowca straciî jedno jâdro, a ostroôê sîuchu w wyniku tego zmniejszyîa mu sië o trzydzieôci dziewiëê procent. Denis, gdy tylko znów staî sië wilkiem, zaczâî sië zastanawiaê, biegnâc truchtem ku swemu domostwu, nad dziwnym szaîem, jaki ogarnâî go, gdy byî w ludzkich îachach. On, tak îagodny, tak spokojny, widziaî jak biorâ w îeb jego zasady i pobîaûliwoôê. Ûâdza zemsty, a jej skutki byîy najdotkliwsze dla trzech alfonsów z Madeleine - z których jeden, ôpieszmy to powiedzieê na obronë prawdziwych alfonsów, pobieraî pieniâdze w Prefekturze, w obyczajówce - wydawaîa mu sië równie podniecajâca jak i nie do pomyôlenia. Pokiwaî gîowâ. Co za pech z tym ukâszeniem przez Syjamskiego Maga. Caîe szczëôcie - pomyôlaî - ta niemiîa przemiana bëdzie sië ograniczaê do dni w czasie peîni ksiëûyca. Coô mu jednak z tego zostaîo: owa niejasna, utajona zîoôê, to pragnienie rewanûu nadal go niepokoiîy. Boris Vian opowiadanie zamieszczone w zbiorze "Pociâg do opowiastek", przeîoûone przez Marka Puszczewicza; Wyd. "Krâg", Warszawa 1991 wpalcowaî JUBAL