ª1º1 OD KOREKTORA: sprawa wyglâda tak, ûe wziâwszy sië za korektë nowelki MACHO "Drwal" zorientowaîem sië po pewnym czasie, ûe zaczynam mu na potëgë dopisywaê swoje zdania i akapity, poniewaû dostrzegîem w tekôcie kilka interesujâcych a jakby ukrytych wâtków. Po niecaîej godzinie byîo po korekcie, ale... uznaîem, ûe bëdzie nie fair jeôli zamieszczë nowelkë Macho 'obroôniëtâ' w te dopiski. Zatem by wilk byî syty i owca caîa - postanowiîem zamieôciê obie wersje - w wersji oryginalnej i poprawionej, tym bardziej, ûe jak mi sië zdaje ta druga wersja jest nieco odmienna od oryginaîu. Majâc juû wolne pole manewru zaczâîem dopisywaê do pomysîu Macho juû na potëgë swoje teksty , traktujâc to po prostu jako 'mix' jego wersji. Myôlë teû sobie, ûe jakby rozszerzyê të nowelkë w opowiadanie (30-50 Kb), dodaê nowe wâtki, podbudowaê psychologië itp. to byîby to kawaîek niezîego horroru. Teraz juû moûecie po raz drugi spotkaê sië z upiornym drwalem.ª0º0 º2Nakarmiê krukiº0 Byî póúny wieczór, przekrwione i nabrzmiaîe z wysiîku sîoïce wspieraîo sië o horyzont. Ciepîy wiatr lekko poruszaî konary drzew. Powoli milkîy ptaki. Mëûczyzna szybkim nerwowym krokiem przemierzaî las. Byî zîy, wiedziaî juû, ûe sië spóúni. Co za pech! Zaprosiî kilku znajomych na kolacjë - pierwsza okazja by pochwaliê sië niedawno kupionym piëknym domem. Kupili go za niesamowicie okazyjnâ cenë. Wielki, wspaniaîy, przestronny i sîoneczny dom niemalûe na skraju lasu, w rozsâdnej odlegîoôci od innych budynków miasteczka. Gdy sîoïce staîo nisko cieï drzew kîadî sië niemalûe u progu, niosâc orzeúwiajâcy chîód. Inwestycja ûycia. Godna szczerze wygîaszanych sîów podziwu i zazdroôci. Lecz nie byîo mu dane w spokoju wysîuchiwaê zasîuûonych komplementów. Potëûny czarny kruk niczym fanatyczny kamikadze niespodziewanie wypadî niskim lotem zza drzew i wyrûnâî z caîâ siîâ w przedniâ szybë jego wozu, masakrujâc jâ doszczëtnie, zdobiâc maskë i tapicerkë samochodu rozbryzganâ krwiâ i wirujâcymi strzëpami czarnych piór. Jechaî szybko i niemal zabiî sië gdy z wraûenia bezwiednie szarpnâî kierownicâ - prawie wpakowaî sië na rosnâce na poboczu drzewo. W ostatniej chwili instynktownie skontrowaî kierownicâ i wóz tylko otarî sië o pieï, nieruchomiejâc w zgrzycie dartej sëkatâ korâ blachy. Silnik zgasî i nie daî sië juû uruchomiê. Szczëôciem w nieszczëôciu dom byî juû blisko, szczególnie gdy szîo sië lasem, na skróty, po niewielkiej wydeptanej kiedyô przez grzybiarzy ôcieûce. Znaî dobrze ten skrót, codzienne dîugie spacery pozwoliîy mu nieúle poznaê okolice. Majâc w perspektywie nadciâgajâcâ noc i oczekujâcych przyjacióî ôpieszyî sië, nie zapominajâc wszelako o krótkich przerwach gdy czuî silniejsze uderzenia pulsu. Miaî chore serce, od czasu zawaîu oszczëdzaî sië i wrëcz przesadnie dbaî o zdrowie; nawet przeszedî na wegetariaïskâ dietë, gdy lekarz nakazaî mu zdrowiej sië odûywiaê. Odstawiî tytoï, kawë i alkohol. Chodziî na dîugie spacery po swieûym powietrzu. Gimnastykowaî sië kaûdego ranka. Îykaî przepisane leki i nie rozstawaî sië z fiolkâ peînâ tabletek nitrogliceryny. Sprawdzaî poziom cholerosterolu we krwi przynajmniej 2 razy w miesiâcu. Uwaûaî z seksem. Gorliwie staraî sië nie denerwowaê i unikaê stressów. A dzisiejszy dzieï przyniósî mu aû za duûo wraûeï. Przystanâî na chwilë, odsapnâî, gdzieô niedaleko sîychaê byîo urywany dúwiëk wyjâcej na wysokich obrotach piîy. "Pracowaê o tej porze..." - pomyôlaî z pewnym zdziwieniem. Jakiô cieï niepokoju przemknâî mu przez umysî, byîo to jak muôniëcie zakurzonej pajëczyny na twarzy. Dziwny czas na pracë... Nie zaprzâtaî sobie tym dîuûej gîowy, poszedî dalej, dom juû niedaleko. Wtem, gdzieô blisko, bodaj kilka metrów za nim, znów odezwaîa sië piîa spalinowa, wydajâc przenikliwie rzëûâcy dúwiëk. Zamarî w poîowie kroku, obejrzaî sië na póî zaskoczony na póî wystraszony natarczywym haîasem. Piîa ucichîa. Serce zaîomotaîo w urywanym, spóúnionym o póî sekundy spaúmie. Staî jeszcze chwilë, wpatrujâc sië w gëstwinë gaîëzi. Nic... Nikogo. Tylko duûy czarny kruk niespodziewanie wypadî z gâszczu i usiadî na gaîëzi ôwierku, która aû ugiëîa sië pod jego ciëûarem. Czarne paciorki jego oczu miaîy niepokojâco ludzki wyraz. Przez sekundë ich spojrzenia skrzyûowaîy sië. Znów poczuî przelotne ukîucie niepokoju. Ptak bezdúwiëcznie i z wolna zaîopotaî skrzydîami. Byî ogromny. Niespodziewanie odbiî sië i nurknâî w mrok. Odprowadziî go spojrzeniem i odwróciî sië. Wtedy ponownie rozryczaîa sië piîa, gîoôno, natarczywie, przeraúliwie blisko, w ogîuszajâcym crescendo, tak jakby wrëcz wybuchîa w jego czaszce. Nim zdâûyî sië zdziwiê lub wystraszyê poczuî piekâcy ból nie dajâcy sië opisaê z niczym, z ûadnym innym bólem, który kiedykolwiek odczuwaî, promieniujâcy z okolic brzucha. Nieziemski wrëcz w intensywnoôci skurcz szarpnâî jego ciaîem. Jego rëce odruchowo zacisnëîy sië w miejscu gdzie uczuî ból. Poczuî ciepîo, spojrzaî na rëce, byîy zanurzone w wylewajâcach sië wnëtrznoôciach... jego wnëtrznoôciach, tworzâcych obrzydliwe lepkie sploty, osuwajâce sië z wolna  wzdîuû nóg, sploty które moûna byîo porównaê z kîëbowiskiem leniwie wijâcych sië sinofioletowych wëûy. Urwanym lecz obfitym strumieniem chlusnëîa krew, tworzâc wokóî czerwonawe szybko wsiâkajâce w mech rozpryski. Upadî na kolana, w smrodzie rozdartych jelit i pîynâcej szerokâ falâ krwi, poczoîgaî wlokâc wnëtrznoôci po ziemi, czekajâc podôwiadomie na coup de grace, cios îaski, który skróci jego cierpienie. Bîysnëîo srebrzyôcie, zajazgotaîo - ostrze piîy prowadzonej dîoniâ wirtuoza przeciëîo wzdîuû mostka jego klatkë piersiowâ z perfekcjâ chirurgicznego skalpela, tak ûe ûebra rozchyliîy sië na zewnâtrz niczym konchy muszli ogromnego perîopîawa, odsîaniajâc niebieskawe pulsujâce pîaty pîuc i koîaczâcâ sië jaskrawoczerwonâ perîë - bryîë miësa, nadal bezsensownie tîoczâcâ litry krwi w przeciëte tëtnice. Nic juû nie czuî... ale ômierê nie przyszîa. ÛYÎ NADAL. Sîyszaî wrzeszczâce kruki, chmary kruków, wyczuwaî, ûe zlatujâ sië wokóî niego. Siadaîy na gaîëziach i przyglâdaîy sië beznamiëtnie jak uchodzi z niego ûycie. Ich czas jeszcze nie nadszedî. Czuî spojrzenia ich czarnych oczu. W ostatecznym daremnym wysiîku, w daremnej ucieczce przed ômierciâ, przekrëciî sië i upadî na plecy, z mokrym chlupoczâcym dúwiëkiem, ciâgnâc ze sobâ wnëtrznoôci; zatoczyî wzrokiem wokóî, starajâc sië ujrzeê swego kata. Lecz daremnie. Tylko kruki. Przez chwilë skrzyûowaî gasnâce spojrzenie z zimnymi oczyma najbliûszego ptaka, siedzâcego o krok od jego twarzy. Drgnâî. Znieruchomiaî. Najbliûszy z kruków podleciaî do wypatroszonych zwîok i jednym szarpniëciem szponów rozerwaî zamarîe, drâûce jeszcze serce trupa. Bryzg krwi skâpaî czarne pióra. Potëûny dziób uderzyî raz, drugi, trzeci. Reszta ptaków jakby na ten znak rzuciîa sië na truchîo, wyrywajâc sobie nawzajem krwawe ochîapy, wôród ochrypîego krakania i îopotu skrzydeî. Kilka godzin póúniej ûona ofiary po daremnym oczekiwaniu zawiadomiîa policjë o zaginiëciu mëûa. Nad ranem znaleziono jego rozbity samochód, porzucony na poboczu. Sprowadzono psa. Nie musieli dîugo szukaê, pies szybko podjâî trop... Noc uciekîa miëdzy pnie przed reflektorami policyjnych latarek. Bîyskaîy flesze. Trzeszczaîy krótkofalówki, ôlâc zwiëzîe polecenia. Wezwany lekarz policyjny nachyliî sië z profesjonalnâ ciekawoôciâ, ostentacyjnie ûujâc gumë. Widok nie byî najprzyjemniejszy. Trup leûaî na plecach, nogi miaî zgiëte w agonalnym skurczu. Nie miaî juû twarzy; nos, uszy, oczy i jëzyk padîy ofiarâ padlinoûerców, czerwona czaszka pokryta byîa tylko resztkami miëôni i ôciëgien. Skalp zsunâî sië z czerepu i trzymaî sië juû tylko na kilku pasmach skóry na potylicy. Ciaîo byîo... puste, dokumentnie rozpîatane na dwoje. Puste jamy brzucha i otwartej klatki piersiowej nadawaîy mu wyglâd zdekompletowanego modelu anatomicznego. Wokóî, poôród plam skrzepîej krwi, walaîy sië szczâtki jelit i pîuc. Czuê byîo surowicznâ woï ôwieûego miësa i krwi, przemieszanâ z woniâ moczu i kaîu. Puste jamy ciaîa byîy upstrzone ogromnâ iloôciâ ptasich odchodów. - Niech ktoô go nakryje - powiedziaî zdîawionym gîosem jeden z policjantów, którzy przecieû widzieli juû niejedno. Ktoô wymiotowaî kurczowo obejmujâc pieï drzewa. Ktoô ocieraî pot z nagle pobladîej twarzy. Ktoô milczaî. Ktoô czekaî. - Spójrzcie - powiedziaî nagle policjant z psem, który niespokojnie skuliî sië u jego nóg. - Ile tu kruków! Gdzieô - niedaleko - ktoô szarpnâî rozrusznik mechanicznej  piîy. Policyjne latarki zataïczyîy. Rzuciîy snopy ôwiatîa w kierunku skâd dobiegî nagîy dúwiëk. Zakoîysaîy sië gaîëzie. Szczëknëîy wyszarpywane z kabur rewolwery. Nie ujrzeli nikogo - prócz kruka, îowiâcego ôwiatîo w czerï sieci swych skrzydeî. Warkot piîy ucichî równie niespodziewanie jak sië rozlegî, jakby byî tylko wytworem rozgorâczkowanej wyobraúni. Kruk trzepotaî sië w ôwietle lamp. Ujrzeli wyraúnie zbryzgany krwiâ groúny dziób, skrzepîa krew zlepiaîa pióra ptaka na gîowie i piersi, czarne oczy lôniîy. - Boûe - jëknâî któryô z policjantów i nagle jak na komendë rozlegîo sië kilka równoczesnych strzaîów. Ptak wywinâî kozîa. Frunëîy wyrwane pociskami pióra. Ciëûko râbnâî w ziemië, szeroko rozrzucajâc skrzydîa. Popatrzyli po sobie. Palce mocno zaciôniëte na kolbach byîy aû biaîe. Coô kieîkowaîo w ich duszach. Maîy, czarny robak gryzî ich serca. Niepokój. Zwâtpienie. Strach. Jak pajëczyna opadajâca na twarz i umysî. Pies nagle zawyî. Znów rozlegî sië dúwiëk pracujâcej piîy. Znacznie bliûej niû przedtem. Jedna. Druga. Trzecia. Wiele. Kruki nadal byîy gîodne. ª1º1Lifterª0º0 bazujâc na noweli Macho