MMMMMM MM MMMMMMM MMMM MMMMMM MMM MM MM WW WW WW W WW WW WW MW WM WMMW WW WW WW WW WWM MMM WW WW WW WW WW WW WW WW WW WW WW WW WW WW WW WW WW WWWW WW WWW WW Byî chîodny jesienny wieczór. Johan, pomimo póúnej pory, staî ciâgle nad grobem od czasu do czasu roniâc jednâ, dwie îzy. Chris wraz z matkâ opuôcili to ponure miejsce juû kilka godzin temu. Jednak Johan nie poddaî sië. Przyszedî oddaê ostatni hoîd osobie, którâ najbardziej kochaî, która go wychowaîa, której tyle zawdziëcza, z którâ spëdziî prawie póî swojego ûycia. Co jak co, ale jego matka byîa wyjâtkowa. Piëkna, zgrabna kobieta o bujnych wîosach, na których daîo sië zauwaûaê juû maîe kosmyki siwizny. Pomimo swojego wieku trzymaîa sië bardzo dobrze. Dlaczego umarîa? Dlaczego spotkaî jâ taki los, skoro byîa najwspanialszâ, najsympatyczniejszâ i najinteligentniejszâ osobâ w rodzinie. Takich kobiet nie znajduje sië na ulicy. Co jednak sprawiîo, ûe musiaî zdaûyê sië ten okropny wypadek? Dlaczego podczas mycia okna, które czyôciîa od przeszîo piëêdziesiëciu lat tym razem musiaîa zginâê? Niemoûliwe jest, ûeby byîa aû tak nieostroûna, ûeby wypaôê przez okno szerokoôci póî metra. Jendnak wypadki chodzâ po ludziach i cóû tu poczâê. Jednego czeka los taki drugiego inny. Okoîo godziny ósmej Johan postanowiî wróciê do domu. Odwróciî sië i zaczâî powoli maszerowaê pomiëdzy grobami. Lecz cóû to? Nie wiedzieê czemu zwróciî uwagë na maîy metalowy przedmiot lûócy pomiëdzy grobem a wielkim bukiem, drzewem który matka tak bardzo lubiaîa. Johan podniósî owy przedmiot. Okazaîo sië, ûe jest to stary, zmurszaîy pierôcieï z wygrawerowanym jakimô napisem. Obok data: 1835. Inny czîowiek na widok takiego skarbu podskoczyîby z radoôci. Przecieû takie cudo warte jest full kasy. Jednak on wcale sië tym nie przejâî. Wîoûyî do kieszeni i ruszyî w kierunku domu. Miasteczko o tej porze zaczynaîo pustoszeê. Coraz mniej osób krëciîo sië tu i ówdzie, narkomani i miejscowi ûule zaczëli wyîaziê ze swoich kartonów. Johan szedî powoli. Nie chciaîmo mu sië wsiadaê do autobusu ani îapaê taksówki, gdyû myôlaî, ûe gdy go trochë przewieje to poprawi mu sië humor. Niestety gdy dotarî do domu nic sië nie zmieniîo. Ciâgle przed oczyma przechodziî mu ten sam obraz. Krzyk matki, oddalajâcy sië gîos i bum -walniëcie o ziemië. Jest to sprawa conajmniej zagadkowa. Lekarze nie stwierdzili obecnoôci w jej organiúmie ûadnych substancji oduûajâcych, ûadnych leków, narkotyków, nic. Wykluczono teû nagîe osîabniëcie lub omdlenie, przecieû pani Morris tryskaîa energiâ, dobrze sië odûywiaîa, pomimo podeszîego wieku miaîa bardzo zgrabnâ figurë. Lecz Johan nagle poczuî sië zmëczony. Przywitaî sië z dzieckiem i ûonâ i poszedî spaê. Nie zwróciî nawet uwagi na brata, który równieû przyjechaî porzegnaê matkë. Wszyscy jednak mu to wybaczyli. Wiedzieli dosonale jakie stosunki utrzymywaî z matkâ. Mówi sië trudno... Nazajutrz Johan obudziî sië caîkiem odmieniony. Jego twarz tryskaîa radoôciâ, byî zupeînie inny niû poprzedniego wieczoru. Wstaî jako pierwszy zrobiî sobie kawë zapaliî papierosa. Wkrótce wstaîa równieû Kate. Podeszîa do mëûa, delikatnie go pocaîowaîa w policzek, jakby chciaîa mu coô powiedzieê. Jednak on zaczâî pierwszy: -Dziô w nocy ômiîo mi sië, ûe byîaô w ciâûy. Poszliômy na USG i badanie wykazaîo, ûe to chîopiec. Drugi Chris... W tym momencie Kate oniemiaîa z wraûenia. -Wyobraú sobie Johan, ûe przedwczoraj byîam u lekarza, który stwierdziî jednoznacznie, ûe jestem w ciâûy. Chciaîam Ci zrobiê niespodziankë, ale pomyôlaîam, ûe nie bëdzie to odpowiednia chwila, kiedy znajdujesz sië w takim smutnym nastroju. Jednak widzë, ûe teraz mogë Ci to powiedzieê. Johan zdëbiaî. Nie wiedziaî co powiedzieê. Na twarzy malowaî mu sië taki uômiech, ûe maîo mu kâciki ust do uszu nie wlazîy. -To wspaniale kochanie. A który to tydzieï? -Wiesz, aû mi gîupio. To juû prawie trzeci miesiâc. Nie wiem jak nie mogliômy wczeôniej tego nie zauwaûyê. -Jezu, a czy doktor nie stwierdziî ûadnych zabuûeï? Wiesz... Ostatnio w îóûku nie próûnowaliômy. -Aleû skâd. Zresztâ trochë "sportu" nigdy nikomu nie zaszkodzi. Johan nagle zaczâî mieê mieszane uczucia. Tutaj wielka radoôê, a tu straszny smutek i cierpienie. Jednak instynkt ojcowski wziâî górë i Johan chwilowo przestaî myôleê o tym o czym zeszîego dnia nie mógî zapomnieê. Dokoïczyî piê kawë i wyszedî z domu. Ten dzieï byî dokîadnym przeciwieïstwem poprzedniego. Sîoïce mocno ôwieciîo w twarz, bîoto zaczëîo zanikaê, poûóîkîe liôcie tarasowaîy drogë przechodniom. Johan wîoûyî rëce do kieszeni, nagle wyczuî coô co go wczoraj zaintrygowaîo. Mianowicie ten pierôcieï. Jeszcze raz dokîadnie go obejrzaî. Data naprawdë nie dawaîa mu spokoju. Przecieû to prawie 150 lat! Nie wiedzieê jakim cudem przechodziî wîaônie koîo jubilera. Oczywiôcie wszedî bez wahania. Czîowiek za ladâ zdawaî sië mieê tyle lat co skarb Johana. Siwa broda, zmarszczki, sëdziwe, mâdre spojrzenie. Widaê byîo, ûe ten czîowiek zna sië na rzeczy. Johan pokazaî mu pierôcieï. Czîowiek zmarszczyî czoîo, przymróûyî oczy i nagle mu sië powiëkszyîy conajmniej dwa razy. Goôciu sië tak zdziwiî, ûe przez chwilë nie mógî wydusiê z siebie ani sîowa. -Co jest? -spytaî Johan -Skâd pan to ma? -Znalazîem. O co chodzi? -Pytam, gdzie pan to znalazî! -Na cmentarzu, obok grobu mojej matki... -Czy mogë wiedzieê jak sië pan nazywa? -Morris... Jubilerowi nogi sië ugiëîy. -Czîowieku! Czyô Ty na gîowë upadî? Morrisowei wymarli póî wieku temu! Nie ûartuj sobie. Ale, czy mogë prosiê pana dowód? Johan wyciâgnâî dokumenty, w jednej z przegródek znajdowaîo sië zdjëcie mamusi. Jubilerowi oczy sië powiëkszaîy i powiëkszaîy. Zdawaîo sië, ûe mu zaraz wylecâ, jednak kiedy przypadkiem ujrzaî to zdjëcie po prostu zemdlaî. Johan nie wiedziaî co robiê. Uciekaê, woîaê lekarza, czy moûe dowiedzieê sië czym ten czîowiek sië tak przejâî i go ocuciê. Przeskoczyî wiëc przez ladë i zaczâî klepaê po ryju jubilera. Kiedy goôê oprzytomniaî zaprosiî Johana na zaplecze. Poczëstowaî go kawâ, rzuciî papierosem. Johan chwilowo wahaî sië, lecz w koïcu uspokoiî sië. -Pan wybaczy. Jestem James. James Jeweller. Proszë chwilë poczekaê, siëgnë po potrzebne materiaîy. -Pan James oddalliî sië w kierunku regaîów z ksiâûkami. Jaohan rozglâdnâî sië po pomieszczeniu. Okna za ciemnymi zasîonami, wszëdzie peîno róûnych starych ksiâg, ogólny nieporzâdek. W rogach znajdowaîy sië pajëczyny, które doskonale wspóîgraîy z wyglâdem zaplecza. -Przepraszam pana -spytaî Johan -dîugo sië pan zajmuje jubilerstwem? -Praktycznie od zawsze. Zaczynaîem u mojego stryja jeszcze w Anglii. Ale wróêmy do tematu. Wiëc mówi pan, ûe nazywa sië pan Morris? -Tak. I proszë sië wiëcej o to nie pytaê. -A czy moûe pan jeszcze powiedzieê, kto to jest na zdjëciu? -Na jakim zdjëciu? -W pana portfelu. Zdjëcie kobiety. -Ah! To moja zmarîa matka. -Caîkiem podobna. Wrëcz identyczna... -Podobna? Do kogo? -Za chwilë wszystkiego sië pan dowie. Otóû w roku 1678 George Morris rozpoczâî swoje badania nad stopem metalu, który pozwalaîby kontrolowaê w ten czy inny sposób czas. -Przepraszam, chyba juû pójdë. Dziëkujë za fatygë, ale nie mam ochoty ani czasu wysîuchiwania bajek. -powiedziaî Johan wstajâc z krzesîa. -Proszë nie wstawaê. Czy mogë prosiê o to zdjëcie? -No dobrze, dajë panu piëê minut -i daî fotkë swojej matki. Jubiler otworzyî ksiëgë. Zaczâî jâ wertowaê. Otworzyî na stronie, na której widniaîo zdjëcie jakiejô kobiety... Johan przyjrzaî sië uwaûnie. Przecieû to jego matka! Pan James przyîoûyî zdjëcie Johana. Rzeczywiôcie, dwie identycznie kobiety. -Przepraszam nie rozumiem o co ru chodzi... -powiedziaî zdziwiony Johan. -To Madamme Juliet de Morris. Pani dworu Angielskiego z 1743 roku. Ale pozwoli pan, ûe bëdë kontynuowaî swojâ opowieôê. -Okey! -No wiëc Mr.George Morris w roku 1678 zaczâî pracowaê nad pewnym stopem, nazwanym przez niego Time-Toy'em. Praktyczniee przy jego pomocy moûna byîo dowolnie manipulowaê czasem. Poczâwszy od proroczych snów, do moûliwoôci przenoszenia sië w czasie i przestrzeni koïczâc. Pan Morris kontynuowaî swoje badania oraz przekazywaî swoje doôwiadczenia z ojca na syna. Z tej ksiâûki wynika, ûe dopiero w 1835 udaîo sië skonstruowaê pierwszy (prototyp) urzâdzenia do zabawy z czasem. Widzë, ûë to wîaônie ten pierôcieï. Mówi pan, ûe znalazî go pan koîo grobu matki. Wiëc widaê udaîo jej sië przekazaê najcenniejszy skarb synowi -ostatniemu Morrisowi. -Przepraszam, ja mam juû jednego syna, a drugie dziecko jest w drodze. -No wiëc musi pan kontynuowaê tradycjë rodzinnâ i przekazaê pierôcieï i tajemnicë swoim synom. -odpowiedziaî jubiler- No wiëc wie pan po krótce o co w tym wszystkim chodzi. -OK. Ale jakie moûliwoôci daje mi mój pierôcieï i dlaczego pan od razu nie przedstawiî wysokiej ceny za niego? Przecieû chyba ûaden czîowiek nie oprze sië pokusie posiadania urzâdzenia do manipulacji czasem. -Rozumiem pana. Jednak nie powiedziaîem rzeczy najwaûniejszej. Otóû stop ten "dziaîa" tylko w poîâczeniu z prâdami umysîowymi dziedziczonymi przez ród Morrisów. -A jego moûliwoôci? -Tego dokîadnie nie wiem. Tutaj pisze, ûe czystej krwi czîonek rodziny Morrisów widzi w snach przyszîoôê. Moûe wyobraziê sobie miejsce, czas i datë zdaûenia i to mu sië ukaûe. Jednak nie jest wspomniane nic o Morrisach, którzy nie sâ czystej krwi szlachcicami. Byê moûe majâ tylko ograniczone moûliwoôci "sprawdzania" czasu. -Hm... To ciekawe. Nie wiem czy sië cieszcyê, czy moûe wogóle zapomnieê o caîej sprawie i wyrzuciê pierôcieï? -Nie wiem, panie Morris. Proszë spojrzeê. Na wewnëtrznej stronie tego pierôcienia znajduje sië napis: "Czas jest tylko sprawâ bogów". Nie wiem co to moûe oznaczaê, ale to chyba coô jakby ostrzeûenie. -Kurczë. Super sprawa. Wie pan co, panie James? Dziô w nocy sprawdzë jakâ moc ma ten pierôcieï i jutroprzyjdë sië podzieliê z panem informacjami. -Dziëkujë panie Morris. Byê moûe razem uda nam sië zrobiê wehikuî czasu! Tak oto minâî kolejny dzieï z ûycia pana Johana Morrisa. Porozmawiaî jeszcze chwilë z jubilerem i do domu wróciî okoîo godziny dziewiâtej. W progu przywitaîa go ûona z waîkiem w rëku. -Gdzie Ty sië podziewasz? Caîy dzieï dzwonië po komisariatach, juû policja Ciebie póî dnia szuka. Pewnie gdzieô chlaîeô w jakiejô spelunie! -Kobieto! Uspokuj sië. Byê moûe dzisiaj zapoczâtkowaîem naszâ ôwietnâ przyszîoôê. -Obyô miaî racjë, bo wkurzona jestem strasznie i gdyby nie to, ûe dziecko patrzy chëtnie bym Cië zdzieliîa po gîowie. Johan machnâî rëkâ i poszedî do sypialni. Zaîoûyî pierôcieï na palec i usiîowaî zasnâê. Niestety nie bardzo mu to wychodziîo. Nie mógî sië tak szybko oswoiê z myôlâ, ûe jeôli bëdzie miaî proroczy sen, to caîe jego ûycie odmieni sië na tak wspaniaîe jak nigdy dotâd. Okoîo godziny pierwszej udaîo mu sië jakoô zamknâê oczy i zasnâê. W pewnym momencie jego ciaîem targnâî maîy dreszcz. W tym momencie rozpoczâî sië seans. Jakoûe caîy czas myôlaî tylko o spotkaniu z jubilerem i o tym miejscu wybraî czas pierwszy lepszy, byîa to 13:45. Usiîowaî jeszcze zmieniê miejsce, jednak wciâû jawiîo mu sië zalane krwiâ zaplecze i ciaîo jubilera. -Jasus Christ! Co to jest? -Johan maîo nie dostaî zawaîu podczas snu. -Muszë sië dowiedzieê, co tu sië staîo -no i pomyôlaî godzinë 10:00. Nic, po zakîadzie krëcâ sië jacyô ludzie. "Przesuwa" dalej. Jedenasta, dwunasta, nic. Nagle, godzina 12:58. Tylnym wejôciem wchodzâ ludzie z kominiarkami na gîowach. W îapach trzymajâ kije baseballowe i idâ w kierunku pana Jamesa. Jest ich trzech. Jeden z nich ma nóû. -O Boûe -dziabnâî jubilera... -Shit! muszë mu pomóc -pomyôlaî i obudziî sië. Dochodziîa 4 nad ranem. Pomimo usilnych staraï juû nie zasnâî. O godzinie 9:00 ubraî sië, wziâî pistolet gazowy i poszedî do jubilera. Opowiedziaî mu o caîej sprawie. Pan James niezbyt sië przejâî. Niedoôê, ûe ma teraz Johana do pomocy to bëdzie przyszykowany na atak. Wyciâgnâî z kâta patyka do baseballa i zaczëli czekaê. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Johan wpadî na pomysî, ûeby schwytaê zîodziei. Miaî przecieû ze sobâ gazówkë! Pomyôlaî, ûe stanie za drzwiami i kiedy tylko zîodzieje wejdâ, weúmie ich na muszkë i do kaûdego po kolei bëdzie strzelaî. Okoîo 12:45 schowaî sië miëdzy regaîem a drzwiami. Dochodziîa 12:58. Jubiler trzymajâcy w rëkach basebalówkë nie moûe ukryê drûeenia râk. Johan wrëcz przeciwnie, potraktowaî to jako przygodë. Kurczliwie ôciskaî w rëku broï. Godzina 12:58. Ciâgle cisza, czekajâ dalej. 12:59 nadal nic. Jubiler zaczâî juû wâtpiê i powoli sië uômiechaê, gdyû wiedziaî, ûe czasu chyba tak îatwo nie oszukajâ i nie wiadomo czy naprawdë wyjdzie z tego caîo. Godzina 13:00, nadal nic. Johan juû byî z deko podkurwiony, gdyû jego pierôcieï okazaî sië nic nie wartym bublem, który nadaje sië tylko na zîom. Godzina 13:05 i nic! -Kurwa! -Johan zamachnâî sië i rzuciî spluwâ o ziemië, aû potoczyîa sië pod przeciwnâ szafë. -Co pan robi? -wykrzyknâî jubiler. W tym momencie z hukiem otworzyîy sië drzwi. Johan zdâûyî zobaczyê klamkë i potem byîa juû tylko ciemnoôê. Kiedy sië obudziî ujrzaî ciaîo jubilera, oraz poczuî ogromnego guza na gîowie. Leûaî miëdzy szafkâ a ôcianâ. -Boûe, jaki fuks -pomyôlaî -pewnie te skurwysyny mnie nie zauwaûyli. O kurwa! Jubiler nie ûyje, ale daîem dupy. Przez myôl przeszîo mu teraz, uciekaê, czy nie. Przecieû kiedy przyjadâ gliny, to co ma im niby powiedzieê? Ûe wyôniî napad i przyszedî ratowaê jubilera? Co to to nie. Pochwyciî spluwë i stojâc w drzwiach chwilë sië zawahaî. Nie mógî sië pogodziê z myôlâ, ûe taki szanowany czîowiek jak on moûe bez ûadnego "ale" opuôciê czîowieka, który prawie staî sië jego przyjacielem. Jednak strach przed policjâ wziâî górë. Biegî ile siî w nogach jakâô wâskâ uliczkâ. Nagle, jakby cudem usîyszaî gîoôny ômiech. Zaglâdnâ w bramë, a tu trzech opryszków dzieli sië jakimiô kosztownoôciami. Nosz to przecieû kurwa Ci co przedchwilâ zabili jubilera! -Staê! -krzyknâî odruchowo Johan. Dwuch zîodziei chwyciîo za sztachety i ruszyli w kierunku Johana. Nasz bohater juû odwróciî sië, ûeby spierdoliê, jednak przecieû miaî broï! Wsadziî îapë do kieszeni, wyciâgnâî gazówkë i wymierzyî w zîodziejaszków. Tamci natychmiast sië cofnëli. Bach, bach! -rozlegîy sië strzaîy. Chwilë potem okazaîo sië, ûe Johan trafiî z wrëcz mistrzowskâ precyzjâ. Napastnicy leûeli w jakiejô kaîuûy. Niestety zanim Mr.Morris ochîonâî trzeci ze zîodziei zdâûyî uciec z czëôciâ îupu. Chwilë potem przyjechaîa policja. Johan wyszedî na bohatera. Nastëpnego dnia wszystkie Bostoïskie gazety pisaîy o nim i o jego wyczynie. Oczywiôcie za udzielanie wywiadów Johan zgarnâî trochë kasy wiëc postanowiî wyjechaê z rodzinâ na jakieô wczasy, zeby ochîonâê po tych wszystkich wydarzeniach. Myôlaî, ûe dwutygodzniowy urlop dobrze mu zrobi. Na wszelki wypadek zostawiî pierôcieï w domu. Jednak pomyliî sië. Juû w drugim dniu pobytu na Florydzie oglâdajâc telewizor usîyszaî nastëpujâcy komunikat: "Oto wyniki sesji: WLD +3% -12.5$, Nothingam Desert -2% -9.34$..." Johan przez chwilë zamarî w bezruchu. Po chwili z dzikim okrzykiem zerwaî sië z krzesîa. Zabraî caîâ rodzinë i nakazaî zaraz wracaê do chaty. -Johan, co ty? Zwariowaîeô? -Nic nie mów Kate. Mam ôwietny pomysî. Wracamy do domu. Wkrótce bëdziemy bardzo bogaci. No i rzeczywiôcie. Po powrocie do domu Johan wytîumaczyî wszystko ûonie. Oczywiôcie nie wierzyîa mu. Ale johan postanowiî jej to udowodniê. We ônie najpierw myôlaî o wieczornych wiadomoôciach, czyli dowiedziaî sië o ômierci Billa Clintona, wycofaniu wojsk francuzkich z Czech, itd. Powiedziaî o tym potem Kate. Oprócz tego zapragnâî dowiedzieê sië jakie akcje najlepiej bëdâ rosnâê w najbliûszym czasie co kupiê jutro, co pojutrze. Na poczâtek wziâî akcje taïsze, ûeby w razie popsucia sië pierôcienia nie straciê caîej chaîupy. Wkrótce okazaîo sië, ûe jego konto roônie w zawrotnym tempie. Po póî roku staî sië jednym z bogatszych ludzi w caîym Bostonie. Urodziî mu sië drugi syn, dokîadnie tak jak w pierwszym ônie. Nie trzeba chyba mówiê, ûe Johan bëdâc uosobieniem szlachetnoôci i uczciwoôci zmieniî sië nie do poznania (tylko do Katowic :^) Jak wiadomo kasa z kaûdego zrobi skâpca, ûula i chuja. Pewnego jednak dnia opatrznoôê postanowiîa ukróciê poczynania naszego bohatera. Johan któregoô popîudnia napiî sië ulubionej Szkockiej Whisky i usiadî w fotelu. Nagle zrobiî sië bardzo ôpiâcy. Ziewnâî i zaraz zasnâî. Jednak tym razem ten sen nie byî taki zwyczajny. Wogóle nie wiâzaî sië z gieîdâ ani pieniëdzmi. Dotyczyî jego rodziny. Mianowicie przyôniîo mu sië, ûe naprzeciwko jego domu w uliczce jego syn Chris jest îatany przez jakichô ûuli. Nagle ujrzaî siebie samego biegnâcego synowi na pomoc. Looknâî na zegarek: 16:23. Z przeraûeniem ujrzaî, jak w tym momencie wielka ciëûarówka przejeûdûa go wpóî. Johan sië na równe nogi. Spojrzaî na ôcianë. Na zegarze wîaônie wybiîa czternasta. -Jezu -pomyôlaî -juû dzisiaj nigdzie nie wychodzë. Pewnie przytrafi mi sië to samo co panu Jamesowi. Krzâtaî sië po domu nie wiedzâc co ze sobâ zrobiê. Caîy sië trzâsî. Przecieû tak jak jubiler. Byli przecieû caîkowicie przygotowani na ominiëcie jego ômierci, a jednak staîo sië. Z bólem serca odmierzaî minuty. Dochodziîa szesnasta. James coraz bardziej sië trzâsî. Usiadî w fotelu, wyciâgnâî pistolet. Tym razem juû nie gazowy. Prawdziwy Magnum48. Takim pociskiem z îba nie zostaje nic oprócz mokrej plamy. Na zegarku 16:19. -No, teraz pewnie zîapali Chrisa... -pomyôlaî -Co? O kurwa, Chris! Wybiegî z chaty w samych tylko kapciach. Stanâî na krawëûniku. Spojrzaî na zegar na wierzy: 16:22. -Chris! -i wybiegî na drogë. Jednak kiedy tylko postawiî nogë od razu jâ cofnâî. Spojrzaî na ulicë. Pomiëdzy mrowiem taksówek i motorów przeciskaîa sië ciëûarówka. Czarna, straszna, niosâca grozë Scania. Johan odszedî od krawëûnika i spokojnie poczekaî aû Scania przejedzie. Kiedy tylko minëîa go natychmiast wybiegî miëdzy inne samochody. Przeciskaî sië miëdzy nimi, raz sië potknâî, o maîo nie tracâc gîowy pod koîami jakiegoô Lincolna. Zostaîo mu tylko kilka metrów do przeciwlegîego krawëûnika. Trzy, dwa, juû jeszcze tylko jeden krok i nagle... Klakson i pisk opon. Spojrzaî w prawo. Jego oczom ukazaî sië napis: Scania, a na szybie kierowcy nalepka: "It's time for death" Wild/Independent