Amiga na prowincji Felietonik poniţszy nie zawiera ţadnych specjalnie őmiesznych kawaîków i jest tekstem typowo refleksyjnym i jakiekolwiek podobieństwo do osób w nim występujćcych lub teţ do jakiejő miejscowoőci jest tylko i wyîacznie dzieîem przypadku. Wiem, ţe za sam tytuî powinienem zostaç zabity przez wszystkich ludzi, ale niech juţ tak sobie zostanie. Caîoőç wzięîa się stćd, iţ chcę opisaç to co mnie spotkaîo, gdy razem z Amisić udaîem się w odwiedziny do cioci, mieszkajćcej w jakiejő takiej maîej miejscowoőci przez niektórych potocznie wsić nazwanej. A jako ţe dziaîaî tam z miernym skutkiem jakiő PGR, stćd wzićî się ten swojski tytuî. No, czas nagli, wypada więc przejőç do rzeczy ( no wîaőnie ! ). Wyjazd byî zaplanowany tylko na dwa dni, ale jak tu wytrzymaç 48 godzin bez ukochanej klawiatury. To tak, jakby nie wypiç piwa raz w tygodniu ( co najmniej ). Przy pomocy babci oraz paru detektywów znalazîem wielkć torbę. Poţyczonć giwerć zneutralizowaîem (czytajcie to , jak chcecie ) wielodzietnć rodzinę szczurów, mieszkajćcć w tejţe torbie ( babcia mówiîa, ţe te najmîodsze byîy najsmaczniejsze i takie chrupićce). Ukradîem mamie jakiő dezodorant i wypsikaîem go do wnętrza tejţe torby, bo jakby tu miaî tak wspaniaîy sprzęt jechaç w jakimő őmierdzćcym worku. Jak juţ ma się biedaczka ruszyç z ciepîego domku to wszyscy muszć wiedzieç, ţe to królowa jedzie. Wypsikaîem więc to pachnidîo, wybiîem te parę pajćków i glizd, trzepaîem toto ( tę torbę, oczywiőcie ) przez kilka dni, praîem we wszystkich proszkach ( najlepszy byî ten ze sproszkowanej bîony ţóîwia ) i suszyîem dîugo, aţ w końcu torba wyglćdaîa tak , jak powinna wyglćdaç. Pewno niektórzy powiedzć : ot durak, mógî przecieţ wsadziç to do kartonu i spokojnie to przewieűç. Nieee. Gdybym tylko wysiadî z autobusu z tak duţym kartonem, to chyba byîbym rekordzistć w krótkoőci ţycia w tejţe miejscowoőci ( aktualny rekord wynosi 10 sekund po wyjőciu z autobusu, a goőciu tylko kuchenkę mikrofalowć dla ţony przywiózî ). Dostaîbym serię juţ w drzwiach, o ile przedtem kierowca by mnie zapasowym zderzakiem nie zaîatwiî. Ale to juţ temat na odzielnć opowieőç gdzieő, kiedyő przy winku. Dobra. Po tych wszystkich zabiegach kosmetycznych przyszîa pora na zapakowanie komputera do torby i wyruszenie na dworzec. Wydaje mi się, ţe nawet matka nie obchodziîa się ze swoim dzieckiem delikatniej niţ ja z Amigć. Ręce mi drţaîy, caîy się spociîem ( biedny sćsiad na dole ; miaî lokalnć powódű ), pierdnćîem z wysiîku ( póűniej mama się zastanawiaîa, dlaczego kwiaty w caîym domu zwiędîy), zaczerpnćîem gîęboko powietrza, wsysajćc trochę piasku z podwórza i po paru maîych sapnięciach, obalajćcych drzewa, umieőciîem sprzęt w wyperfumowanej torbie. Dyski umieőciîem w reklamówce i ruszyîem na dworzec. Brak funduszy spowodowaî, ţe Jej Wysokoőç musiaîa jechaç w drugiej klasie osobowej i w towarzystwie jakichő bardzo podejrzanych typów (chyba jacyő klonowcy ). Caîy czas trzymaîem rękę na pulsie ( czyli na Amidze) i nawet nic nie wypiîem po drodze, bo jakby coő się staîo... Przesiadîem się na autobus, gdzie narobiîem trochę szumu, bo jakiő gostek,co mu sîoma z butów wystawaîa, oőmieliî się uderzyç swoim ciaîem w Amigę. Szkoda, ţe akurat kumplowi kaîasznika poţyczyîem ( chyba szedî gdzieő na dyskotekę, a swój gaz na siostrę wypsikaî ), bo zrobiîbym z gostka nowy model durszlaka ( moţe i patent bym dostaî ? ). Pomijajćc ten oraz inne drobne incydenty , reszta podróţy przeszîa bez ţadnych kîopotów. Wreszcie jest: tabliczka z nazwć miejscowoőci, w której miaîem spędziç najbliţsze kilkadziesićt godzin. Autobus się zatrzymaî więc naîoţyîem heîm, kamizelkę kulo i sztachetoodpornć, ochraniacz na zęby, pancerne gacie i skarpetki, spodnie z blachy, okulary z lotniczego szkîa oraz ukończyîem krótki, bo aţ pięciominutowy kurs Szkoîy Przetrwania Poza Granicami Miasta. Torbę z komputerem od razu schowaîem do kieszonkowego sejfu firmy Kwinto. Pierwszć czynnoőcić po otworzeniu drzwi od autobusu byîo rozrzucenie dookoîa parunastu granatów , aby ostudziç zapędy co większych bohaterów. Gdy mgîa opadîa i przestaî padaç kwaőny deszcz, odwaţyîem się wyjrzeç na ulicę. O dziwo, nikogo nie byîo ( jak się póűniej dowiedziaîem większoőç mieszkańców byîa akurat na mszy ). Ostroţnie wyszedîem z autobusu, ţegnany nienawistnym i przeszywajćcym do szpiku koőci spojrzeniem kierowcy, z którego to moţna byîo wywnioskowaç, ţe gdyby tylko mógî to z przyjemnoőcić sprawdziîby na mnie wytrzymaîoőç swoich zderzaków. Tak więc bardzo szybkim krokiem udaîem się w kierunku mieszkania mojej Cioci. Zadzwoniîem i zaczęîo się. Drzwi otworzyî maîy kuzyn, otwierajćc jednoczeőnie swojć gębę na widok torby z Amigć. Potem przywitaî się ze mnć chyba pies, bo pamiętam tylko, ţe coő kudîatego się na mnie rzuciîo,a yeti chyba Ciocia w domu nie trzymaîa. Potem się przywitaîem z wujkiem, z mojć őwietnć kuzynkć, Ciocić i z drugim kuzynem. Pech chciaî, ţe akurat byîa w odwiedzinach jakaő inna rodzinka i znowu musiaîem się witaç. Po tym wszystkim nie byîbym zdziwiony, gdyby ktoő się ze mnć w kiblu przywitaî, do którego to udaîem się, chronićc przed setkami pytań w stylu : co u ciebie, jak mama itd. Ale wracajmy do tematu. Wszyscy byli zadowoleni, ţe przywiozîem sprzęt i nie dali mi nawet chwili odpoczćç. Rozîoţyîem więc Amigę i pokazaîem rodzince parę demek. Trochę byli zaskoczeni, ale to jeszcze nic. Wrzuciîem Workbencha i uruchomiîem "Say". Wtedy się zaczęîo. Kuzynka zaczęîa tworzyç paszkwile na swojego chîopaka zaő ten mniejszy kuzyn sprawdzaî,jak brzmić przekleństwa na komputerze. Muszę przyznaç, ţe miaî maîy gadane. Po godzinie im się to znudziîo. Puőciîem War Zone i tyle widziaîem komputer. Po dwóch godzinach gîowa mi pękaîa od tych strzaîów, jęków i wybuchów. W końcu im teţ się to znudziîo. Tak więc przyszîa pora na Lotusa. Tym razem tak szybko im nie przeszîo. Caîy dzień robili sobie zawody, a Ciocia mnie przeklinaîa, bo przez to ani córka jej domu nie posprzćtaîa, ani w ogóle nikt nic nie zrobiî. Dopiero zdecydowana interwencja gîowy rodziny daîa koniec pierwszemu dniu zmagań. Nazajutrz wgraîem Dexa i zaczćîem coő tam malowaç. Kuzynka od razu zamówiîa u mnie karykaturę swojej miîoőci. I bćdű tu miîym facetem i twórz jakieő bzdety. W końcu sam miaîem doőç i puőciîem im od nowa gierki, a sam poszedîem sobie na rowerze pojeűdziç. Wieczorem przyjechaîa jakaő rodzinka i pewna pani z tejţe rodzinki rzuciîa hasîo "czy mogę się go o coő zapytaç ? " wskazujćc palcem na Amigę. W tym momencie wymiękîem. Cóţ ja miaîem jej odpowiedzieç ? Rzuciîem jej jakieő kity, ţe nie mam odpowiedniego programu i nic z tego nie będzie. Chyba jć taka odpowiedű zadowoliîa, bo nic więcej nie mówiîa. Najwięcej problemów miaîem z takim bardzo malutkim kuzynem, któremu bardzo