Znaki

Amin Mirghani

Dziewczynka nie miaîa szans. Jonatan widziaî wyraúnie Szeôê Znaków nad jej gîowâ. Dziô, moûe jutro pojawi sië Siódmy i to bëdzie koniec.

- Uratuj moje dziecko - kobieta klëczâca u jego stóp wciâû nie dawaîa za wygranâ. Jej ochrypîy gîos drûaî od dîawionego szlochu.

- Bîagam. Zrobië wszystko, byle ûyîa - grad pocaîunków obsypaî dîonie Jonatana - przecieû Bóg nie chce mi jej odebraê, prawda? Ty ... ty potrafisz ... jesteô Ôwiëty ... On ciebie wysîucha ... wysîucha, prawda?

Jonatan poîoûyî dîonie na gîowie kobiety i mimo woli przyjrzaî sië jej Wrotom Ûycia. Dwa ... tylko dwa ...

* * *

- Spróbuj mi to wyjaôniê - poprosiîa Eliza - nie spotkaîam jeszcze nikogo takiego jak ty.

- Ja teû nie. - Jonatan ze smutkiem popatrzyî w ognisko - Byê moûe jestem jedynym widzâcym Znaki. Wiem, ûe to dar od Boga ... czasem ciëûko udúwignâê Jego dary ...

Zapadîa cisza przerywana jedynie trzaskaniem drew. Eliza straciîa nadziejë na opowieôê, kiedy Jonatan podjâî wâtek:

- Wszyscy rodzimy sië z Pierwszym Znakiem, Pierwszâ Pieczëciâ,, Skazâ na Wrotach Ûycia ... Piëtnem Ômiertelnoôci. Wszyscy: my ludzie, wy gnomy, nizioîki, krasnoludy ... Jedynie elfy nie majâ tej Skazy. A potem, potem pojawiajâ sië nastëpne. Im wiëcej Znaków, tym pewniejsza ômierê w najbliûszej przyszîoôci. Drugi i Trzeci nie sâ jeszcze powodem do niepokoju. Wiëkszoôê z nas nosi dwa lub trzy. Dopiero Czwarty jest sygnaîem, ûe Ômierê zaczyna sië niecierpliwiê. Wiele razy zmazywaîem Czwarty Znak i odpëdzaîem Jâ od upatrzonej ofiary. Piâty, to przedsionek grobu. Tylko raz, jeden, jedyny starîem Piâty Znak. Duûo za to zapîaciîem, ale teraz znam granicë moich moûliwoôci. Szósty pojawia sië na kilka chwil, czasem kilka godzin przed koïcem. Wyrok juz zapadî. Egzekucja nastâpi, gdy tylko pojawi sië Siódmy Znak Ômierci ...

- Wiëc ty nie tylko widzisz Znaki. Potrafisz je ôcieraê. W ten sposób zmieniasz przeznaczenie ...

Jonatan gwaîtownie podniósî gîowë. Spoglâdajâc wprost w oczy Elizy powiedziaî wolno: - Nie ma ûadnego przeznaczenia. Jest tylko Wola i Dziaîanie wyszstkich istot Universum. W tym Jej wola i Jej dziaîanie. Znaki mówiâ jak bardzo sië kimô interesuje. Ôcierajâc je... no ... zmniejszam to ... zainteresowanie. Zresztâ, Znaki mogâ ustëpowaê same. Ômiertelni potrafiâ je ôcieraê. Rzadko wygrywamy walkë ze Ômierciâ ... i nigdy do koïca ...

- Czy mogë cië o coô spytaê? - gîos Elizy drûaî lekko.

- Pytaj.

- A ja ... ile ja ich noszë?

Jonatan uômiechnâî sië ciepîo. - Cztery ... ale ty prowadzisz niebezpieczne ûycie. Nim sie rozstaniemy spróbujë zmazaê te trzy, choê sâdze, ûe za tydzieï znowu bëdziesz je nosiê. Pewnie nie pojawiîyby sië gdybyô zmieniîa tryb ûycia. Wiem, wiem, nie zrobisz tego.

- Twoje ûycie teû nie jest najbezpieczniejsze ... Ile ty ich nosisz? - Jonatan zbladî.

- Nie wiem. Jedynâ osobâ u której nie widzë Znaków jestem ja. Nie mogë ich zmazywaê. Bóg jest mâdry ... On wie dlaczego ... Ale ... nie wyobraûasz sobie jakâ torturâ sâ te pytania, które stawiam sobie sto razy na dzieï: "Ile?" i "Czy to juû dziô?".

* * *

Nie chciaîa umieraê. Kaûdâ drobinâ swojego jestestwa walczyîa o kolejny haust ûycia. Jeszcze raz ... i jeszcze ... Jonatan poîoûyî rëce na rozpalonej gîówce. Dziewczynka otworzyîa oczy. Popatrzyîa caîkiem przytomnie, a jej spojrzenie wyraûaîo dzikâ determinacjë: "Bëdë ûyê! Bëdë ûyê!".

- Bëdzie ûyê - Jonatan ze zdziwieniem usîyszaî swój gîos. Jednoczeônie zrozumiaî, ûe powiedziaî dokîadnie to, co naleûaîo powiedzieê. - Co mogë zrobiê?

"Niewiarygodne" - pomyôlaî - "jak wiele nadziei mogâ wzbudziê dwa proste sîowa: b ë d z i e û y ê".

- Idú do ôwiâtyni i módl sië.

Kiedy wyszîa, dodaî gîoôno: - Bëdë potrzebowaî twoich modlitw ...

* * *

- Znowu sië spotykamy.

- Tak.

- Czy mówiîam ci juû, ûe mnie draûnisz? Twój czas sië zbliûa.

- Czujë to.

- A jednak znowu sië spotykamy. Jesteô gîupcem.

- Byê moûe. A teraz zetrë Szósty Znak.

- Sâdzisz, ûe starczy ci siî? Jeszcze nigdy tego nie próbowaîeô.

- "Wierzë, ûe jestem Twoim stworzeniem, o najwyûszy z bogów, Tilmarze. To Ty uczyniîeô mnie z niczego. Znasz kaûdâ odrobinë mego ciaîa, znasz wszystkie moje zamysîy. Daîeô mi duszë nieômiertelnâ i prawo ksztaîtowania wîasnego przeznaczenia ..." dlaczego sië ômiejesz?

- Bo ty naprawdë w to wierzysz!

- "... Nie ma wiëkszej îaski."

* * *

- Odstâp od niej.

- Nie!

- Imponujesz mi. Naprawdë. Dlatego proponujë ci uczciwy ukîad. Ty odstâpisz, a ja oczyszczë Wrota Ûycia trzech wskazanych przez ciebie istot.

- Dlaczego?

- Traktuj to jako hoîd, który skîadam twojemu duchowi, wytrwaîoôci i prawoôci. Co ty na to?

-...

- A propos, ciekawe co sië dzieje z twojâ matkâ? Kiedy sië z niâ rozstawaîeô, miaîa tylko Pierwszâ Pieczëê, ale teraz, mogîabym przysiâc, ma ich wiëcej.

- Moja matka...

- Miîo tak powspominaê, co? Moûe tylko to ci pozostanie. A przecieû ona moûe ûyê jeszcze dîugie lata... Albo ten wâtîy mîodzieniec z seminarium, jak on sië nazywaî? Marcjusz? Mariusz?

- Marek.

- O wîaônie, Marek. Tak bardzo chciaî studiowaê teologië na Cesarskim Uniwersytecie w Yrshalaim. To juû cztery lata od kiedy sië z nim nie widziaîeô. Tak, tak, pisywaliôcie do siebie. Ten Marek, to naprawdë dobry chîopak. Nie chciaî cië martwiê stanem swojego zdrowia. Zresztâ, sam lekcewaûyî te sprawy. Znasz to: "Prymat ducha nad materiâ". A teraz... Jak dla mnie, to wyglâda na galopujâce suchoty. Choê gîowy nie dam. Wiesz, ûe nie jestem najlepsza z medycyny.

- Skoïcz to!

- Czy to znaczy, ûe sië zgadzasz?

-...

- Nie musisz sië baê. Ja zawsze dotrzymujë danego sîowa...

- I zawsze bierzesz wiëcej niû dajesz. To dziecko musi byê bardzo waûne, skoro dajesz tak wiele. Prawdziwie, byîbym gîupcem, gdybym nie zaûâdaî piëê razy tyle.

-...

-...

- Zgoda.

- Tracimy czas. Teraz wiem, ûe jest bezcenna. Przejdúmy do Piâtego Znaku.

- Dobrze ... wyrodny synu.

* * *

Piâta Pieczeê. Brawo, brawo, brawo. Zmëczyîeô sië juû trochë, a czeka cië jeszcze wiele pracy. Noc taka mîoda...

- Milcz... milcz...

- Och! Ani mi to w gîowie. Nie sâdzisz chyba, ûe bëdzë ci uîatwiaîa zadanie. W koïcu chciaîeô ze mnâ walczyê. Sîyszysz? Walczyê!

- Wiëc walczmy.

- Sama nie wiem... Jesteô jednym z moich najwierniejszych wiernych. Czy wiesz, ûe nawet moi kapîani rzadziej spotykajâ sië ze mnâ niû ty?

- Co w tym dziwnego, ûe wrogowie...

- Nadal nazywasz mnie swym wrogiem. Straszny z ciebie uparciuch.

- A ty tak nie sâdzisz? Po tym wszystkim? Ile znaków muszë jeszcze zetrzeê, ûebyô zmieniîa zdanie? Ile ofiar mam ci odebraê?

- Kaûde spotkanie z tobâ saje mi wiele satysfakcji. Kto wie, moûe któregoô dnia nawrócisz mnie na swojâ wiarë, tak jak Klemens nawróciî Vidrid?

- Drwisz!

- Oczywiôcie!

- Wiëc dosyê tych bredni! Precz! Chcë zetrzeê Czwarty Znak!

- Wyglâdasz naprawdë úle. Sâdzisz, ûe dasz radë?

- Wszystko mogë w tym, który mnie umacnia!

- To pycha!

- To wiara!

* * *

- Po co to robisz?

- Chcë... ûeby ûyîa... Ona... powinna... ûyê.

- To juû wiem, ale powiedz dlaczego wîaônie ona? Tyle dzieci powinno ûyê, a umierajâ. Z gîodu, zimna, zakatowane przez rodziców. Dlaczego ratujesz wîaônie jâ? O wiele îatwiej mógîbyô pomóc innym. Zaîóû przytuîek, darmowâ kuchnië. W ten sposób przedîuûysz wegetacjë wiëkszej iloôci istnieï. Wîaôciwie, to chyba ponosisz jakâô odpowiedzialnoôê za ich ômierê, nie uwaûasz? Nie-dziaîanie to teû dziaîanie... a ty marnujesz siîy i czas, ûeby odebraê to, co i tak do mnie naleûy...

- Nic nie naleûy do ciebie! Wszystko zabierasz przemocâ...

- Czyûby? Ale nie odpowiedziaîeô na moje pytanie. Dlaczego dla niej poôwiëcasz ûycie tak wielu?

- Bo tak mi sië spodobaîo!

- Czy to teû wiara?

* * *

- Jeszcze nigdy nie byîeô w takiej formie jak teraz. O tym spotkaniu bëdë pamiëtaîa przez wiecznoôê. Czy ty mnie sîyszysz?

- Tak... Tak...

- O i mówiê moûesz. To dobrze. Bo chcë cië o coô zapytaê. To juû ostatnie pytanie. Czy ty naprawdë sâdzisz, ûe robiâc to co robisz wyôwiadczasz im przysîugë? Nie wszyscy widzâ w ûyciu bîogosîawieïstwo. Niektórzy traktujâ je jak przekleïstwo, a we mnie wpatrujâ swego wybawienia. Nie boisz sië odpowiedzialnoôci? Jak bëdziesz mógî ûyê ze ôwiadomoôciâ, ûe ten dla kogo tak sië mëczyîeô rozpoczyna i koïczy kaûdy dzieï miotajâc klâtwy na twojâ gîowë?

-...

- Nie milcz! Mów coô! Chcë ûebyô odpowiedziaî!

-...

- Trudno. Przemyôl to sobie jeszcze w wolnej chwili. A teraz jak widzë zmierzamy do roztrzygniëcia. Ostatnia Pieczëê. Do dzieîa wiëc!

* * *

- Zwyciëûyîeô. Gratulujë.

- T...tak...

- Ale nie jesteô szczëôliwy... Poprzednio byîeô...

-...

- Wiëc do zobaczenia, o najwierniejszy.

- Jeszcze... jeszcze nie...

- Sîucham.

- Jeszcze coô... coô... muszë... tym razem... do koïca...

- Ach! Wiëc to ci chodzi po gîowie. Przecieû wiesz, ûe ci nie wolno... Nawet o tym nie myôl...

- Z drogi!

- O nie! Tym razem po tobie!

- Tym razem... jestem twoim wrogiem, prawda? Wreszcie... Wreszcie nie sîyszë szyderstwa w twoim gîosie. Chyba sîyszë strach... Czy ty sië boisz? Dla tej jednej chwili warto...

- Zginâê?

- Z drogi!

* * *

Jonatan podszedî do studni. Wrzuciî wiadro i usîyszawszy plusk z wielkim wysiîkiem zaczâî krëciê korbâ. Cicho jëknâî wyciâgajâc naczynie. Zadziwiîa go obojëtnoôê z jakâ spoglâdaî na Szeôê Znaków Ômierci. Jego Znaków...

"Wiëc dlatego ich nie widziaîem" - pomyôlaî - "ich tam nie byîo..." Wtedy obojëtnoôê minëîa.

- Nie - bardziej wyszeptaî niû wykrzyczaî - to sië tak nie skoïczy. Mój czas jeszcze nie nadszedî!