Sekwencja i konsekwencja.

E. Kishon


Izraelski przemysî filmowy rozwija sië doprawdy w ûóîwim tempie. Ale produkcja filmów w tym maîym kraju napotyka spore trudnoôci. Wedîug najnowszych obliczeï kaûdy mieszkaniec Izraela musi obejrzeê film przynajmniej trzy razy, ûeby koszty sië zwróciîy. A niektórzy mieszkaïcy muszâ nawet aktywnie uczestniczyê w produkcji, jeôli zostanâ schwytani jako widzowie podczas krëcenia scen plenerowych.

Ôwitaîo, kiedy obudziî mnie dziwny haîas. Wyskoczyîem z îóûka. Na balkonie staî odziany w piûamë mieszkajâcy piëtro wyûej sâsiad, Morris Kalaniot, i rozpaczliwie bëbniî w oszklone drzwi.

- Pomocy - wyjëczaî. - Proszë mnie ukryê!

- Co sië staîo, panie Kalaniot? - spytaîem, wpuszczajâc go do pokoju.

- Jestem w sekwencji...

Pan Kalaniot drûaî na caîym ciele, powîóczyî lewâ nogâ i w ogóle przedstawiaî sobâ ûaîosny widok. Jeôli na jego oczy nie opadaîy akurat konwulsyjnie drgajâce powieki, to otwieraî je szeroko z przeraûenia i tëpo wpatrywaî sië w sufit. Tam wîaônie znajdowaîo sië jego mieszkanie, z którego uciekî w popîochu i spuôciî sië na mój balkon.

Odkrëciîem kran, odczekaîem kilka minut, po czym podaîem mojemu obîâkanemu goôciowi szklankë wody. Pod wpîywem ciepîawej cieczy zaczâî sië powoli uspokajaê. Potem opowiedziaî mi swojâ emocjonujâcâ, jak mniemaî, historië. W rzeczywistoôci byîa to historia zupeînie normalnej kariery filmowej.

Owego fatalnego wieczora (tak zaczâî) zostaîem w biurze po godzinach, poniewaû na ûyczenie mojego okropnie surowego szefa musiaîem wypisaê na nowo kilka rachunków. Okoîo dziewiâtej ruszyîem spacerkiem do domu. Niedaleko stâd, przed domem na rogu ujrzaîem ogromne zbiegowisko: rozbîyskiwaîy reflektory, koîysaîy sië wysiëgniki z mikrofonami, rozlegaîy sië zdenerwowane gîosy, po czym znów zapadaîa caîkowita cisza - jednym sîowem: krëcono izraelski film. Kamera skierowana byîa na drzwi wejôciowe, ale poza tym nic sië nie dziaîo. Dwie masywne, póînagie postacie, podobne do japoïskich zawodników sumo, bezlitoônie odpychaîy kaûdego, kto sië zbliûyî. Mîodzieniec w jaskrawej koszuli, który staî obok kamery, najwidoczniej byî reûyserem, bo krzyczaî najgîoôniej ze wszystkich. Póúniej rozpoznaîem sîynnego aktora Szlomo Emmanueliego. Siedziaî na skîadanym krzeseîku z porëczami i zdawaî sië nie zwracaê uwagi na caîy ten zamët.

Nagle reûyser rozejrzaî sië dookoîa, rzucajâc gorâczkowe spojrzenia spod czapka daszki, i wrzasnâî:

- Do licha, muszë mieê w tle jeszcze jakâô twarz idioty!

Kiedy reûyser wrzeszczy, wszyscy jego pomocnicy natychmiast zaczynajâ biegaê jak szaleni. Normalnie niewiele robiâ, ale w bieganiu sâ doskonali. Jeden z nich podskoczyî do tîumu widzów:

- Ludzie, kto chce graê w sekwencji?

Tîum z dzikim okrzykiem rzuciî sië natychmiast do przodu. Zostaîem uniesiony wbrew mojej woli. I w tym momencie juû wyîowiîo mnie oko asystenta.

- Hej, tam! Pan sië nada! To potrwa tylko parë minut!

Jeszcze nigdy nie graîem w filmie i zawsze myôlaîem, ze wszystko odbywa sië jak w teatrze: film krëci sië za jednym posiedzeniem, dwie lub trzy godziny i po krzyku. Nawet nie przeczuwaîem, jakie to w rzeczywistoôci skomplikowane. Ale, tak sobie powiedziaîem, ostatecznie udziaî w filmie nikomu jeszcze nie zaszkodziî. Nie pisnë ûonie ani sîówka - a pewnego dnia nagle zobaczâ mnie na ekranie. Nieúle! Dla pewnoôci spytaîem asystenta, czy muszë zmieniê coô w swoim wyglâdzie, moûe jakaô nowa fryzura, wâsy, czy coô takiego. Ale reûyser juû zaczâî na mnie pokrzykiwaê, ûebym sië îaskawie zamknâî i staî tam, gdzie mnie postawiâ. Zresztâ moja rola byîa caîkiem prosta: miaîem staê niby przypadkiem w drzwiach domu, gdy Szlomo Emmanueli wybiegnie pëdem na zewnâtrz i zawoîa: «Taxi! Taxi»

Wszyscy mi oczywiôcie zazdroôcili, ûe dostaîem të rolë, ale nic na to nie mogîem poradziê. Kaûdy czîowiek powinien wykorzystaê swojâ szansë, prawda? Zapaônicy, którzy z bliska nie wyglâdali jak Japoïczycy, tylko jak goryle, unieôli mnie w górë i postawili poôrodku kredowego koîa przed bramâ. Nie wolno mi byîo wychodziê poza to koîo, tego wymagaî scenariusz, bo Szlomo Emmanueli, woîajâc «Taxi! Taxi!», miaî mi jednoczeônie nastâpiê na nogë. Trochë bolaîo, ale któû nie byîby gotów zîoûyê drobnej ofiary na oîtarzu sztuki. Po piëciu bolesnych próbach nadeszîa moja wielka chwila. Reûyser zawoîaî «gotowe», asystenci krzyczeli jeden przez drugiego «spokój», «uwaga», «krëcimy» albo «klaps», tuû przed moim nosem drewniana listewka stuknëîa o czarnâ tabliczkë i zaczëto krëciê. Nagle reûyser wrzasnâî «stop» i przywoîaî asystenta:

- Proszë powiedzieê temu idiocie - to byîo o mnie - ûeby nie gapiî sië bez przerwy w kamerë.

- Bardzo przepraszam, ale nikt mnie nie uprzedziî, ûe to jest zabronione - zauwaûyîem nieômiaîo.

Asystent wskazaî na mnie kciukiem:

- Mam go wyrzuciê, szefie?

- Nie warto - wycedziî reûyser. - Nastëpny byîby takim samym idiotâ. Wszyscy oni to skoïczeni idioci.

Potem jeszcze raz nakrëcono ujëcie. Chciaîem juû pójôê do domu, bo byîo mi gorâco. Czîowiek przez caîe ûycie marzy, ûeby choê raz stanâê w ôwietle jupiterów, a kiedy to marzenie wreszcie sië speînia, poci sië jak mysz. Niestety, okazaîo sië, ûe z pójôcia do domu nici. Kaûde ujëcie, o czym nie wiedziaîem, krëci sië przynajmniej dwadzieôcia razy, nim reûyser jest zadowolony i - jak to mawiajâ fachowcy - «wrzuca je do pudîa». Cóû, to nie byîoby jeszcze najgorsze. Ale byî tam pewien mîody czîowiek w okularach i notatnikiem, tak zwana «scriptgirl». Jego zadanie polega na pilnowaniu, ûeby w czasie ujëcia nie zmieniîy sië ûadne szczegóîy zewnëtrzne. Dlatego nie mogîem nawet przestâpiê z nogi na nogë. Szlomo Emmanueli dziewiëê razy przydeptywaî mi odcisk na lewej stopie i za kaûdym razem woîaîem: «Oj!». Tak, w filmie panuje ûelazna dyscyplina. Na przykîad podczas ujëcia jakiô czîowiek rozpaczliwie usiîowaî sië dostaê do domu - lepiej niech mnie pan nie pyta, czego musiaî wysîuchaê od reûysera! «Idú do diabîa, kuternogo! Chyba widzisz, ûe krëcimy!» Mëûczyzna stwierdziî, ûe tu mieszka i chciaîby pójôê spaê. «Wynajmij sobie pokój w hotelu! - ryknâî reûyser. - I przestaï mi sië tu pëtaê!»

Zwolniono mnie okoîo trzeciej nad ranem. Widocznie byîem niezîy, bo jeden z asystentów zanotowaî mój adres, a w dodatku daî mi ugryúê kawaîek ûóîtego sera, który znalazî na schodach. Nawiasem mówiâc moja ûona, która przyjëîa mnie trochë nerwowo, byîa zdania, ûe daîem sië wystrychnâê na dudka, bo za rolë w filmie naleûy sië przynajmniej dziesiëê tysiëcy dolarów. Poddaîem pod rozwagë, ûe ostatecznie nie jestem gwiazdâ, i kto wie, kiedy znów trafi sië taka okazja...

Trafiîa sië z samego rana. Juû o szóstej znów byîem na planie. Przed piâtâ rozlegî sië dzwonek do drzwi, jeden z tych przeciâgîych dzwonków, jakie moûna uzyskaê przyciskajâc guzik bez przerwy. Kiedy ûona w koïcu otworzyîa, do pokoju wdarli sië bez sîowa dwaj zapaônicy, jeden zîapaî mnie ûelaznym chwytem, drugi zgarnâî czëôci mojej garderoby. W chwilë póûniej siedzieliômy w taksówce, która czekaîa na dole.

- Reûyser jeszcze raz cië potrzebuje - powiedzieli.

Ubraîem sië w czasie jazdy, co nie byîo takie proste, bo jechaliômy w szalonym tempie. Chyba panu wiadomo, ûe kaûda minuta filmu sporo kosztuje. Jedna godzina zdjëciowa pochîania przynajmniej 20 000 funtów, co daje na minutë 333,33 funty, a na sekundë 5,55. Jeôli w czasie krëcenia reûyser kichnie dwa razy, powstajâca przy tym strata finansowa odpowiada mniej wiëcej poîowie moich miesiëcznych dochodów.

Wsiadîszy do taksówki, natychmiast powiedziaîem reûyserowi, ûe mam niewiele czasu i nie mogë sië spóúniê do biura.

- Co znaczy, ûe pan nie ma czasu? - wrzasnâî na mnie reûyser.

- Pan jest w sekwencji, a reszta guzik mnie obchodzi.

Wtedy usîyszaîem to sîowo po raz pierwszy. Sekwencja! To oznacza, ûe od momentu, kiedy znajdzie sië pan w ujëciu, musi pan na zawsze w nim zostaê, bo inaczej powstanie luka w sekwencji i nie moûna bëdzie zmontowaê filmu. Rozumie pan? Na przykîad moja scena. Stojë w tle, kiedy Szlomo Emmanueli przywoîuje taksówkë, nadeptujâc mi jednoczeônie na odcisk. I zawsze muszë staê tam w tle, bo inaczej widzowie sië zdziwiâ i powiedzâ: «Ejûe, a to co znowu? Gdzie sië podziaî Morris Kalaniot? Jeszcze przed chwilâ tam byî, a teraz zniknâî!». Dlatego znów sprowadzono mnie na plan. Reûyser chciaî pokazaê Szlomo Emmanueliego w nowym ujëciu, duûe zbliûenia, jak zwykle ze mnâ w tle. Scenë krëcono osiem razy. Moja lewa stopa byîa juû nieúle spuchniëta.

Nagle ten mîody czîowiek w okularach i z notatnikiem, znaczy sië ta scriptgirl, zawoîaî:

- Stop! Stop! Ciëcie! Przecieû ten facet ma na sobie innâ koszulë!

Reûyser uniósî sië takim gniewem, ûe o maîy wîos nie doszîo do rëkoczynów.

- Skoïczony kretyn! - ryknâî. - Przez pana zmarnowaliômy dwie godziny zdjëciowe!

Na próûno zaklinaîem sië, ûe wîaôciwie winni sâ ci dwaj goryle, bo mi nie powiedzieli, ûe mam wîoûyê të samâ koszulë co wczoraj, a moja ûona nie ma najmniejszego pojëcia pojëcia o sekwencjach, ona zawsze przygotowuje mi na rano ôwieûâ koszulë i stâd to wszystko. W tym momencie reûyser spurpurowiaî na twarzy.

- Koszula! - zawoîaî piskliwym falsetem. - Dawaê mi tu koszulë! Të samâ! Natychmiast!!!

Wrzucono mnie do taksówki i pognaliômy do domu. Kosz na brudnâ bieliznë wywrócono do góry dnem, ale koszula byîa juû w pralni. Na szczëôcie udaîo sië jâ wyciâgnâê z uruchomionej pralki. Goryle naciâgnëli mi na grzbiet caîkowicie mokrâ koszulë i ustawili mnie przed jupiterem o mocy 25 000 woltów, ûeby wyschîa.

- Wody - bîagaîem. - Wody. - Ale jedynâ odpowiedziâ byî szyderczy ômiech moich oprawców.

Nastâpiîo czternaôcie kolejnych ujëê. Czternaôcie razy Szlomo Emmanueli woîaî «Taxi! Taxi!» i czternaôcie razy nadeptywaî mi na odcisk. Potem ogolono mi lewy policzek, ten od strony kamery. To teû wiâzaîo sië z sekwencjâ. Poniewaû poprzedniego dnia byîem ogolony, wiëc i teraz musiaîem byê ogolony. Nawet dziecko by to zrozumiaîo.

O trzeciej po poîudniu dotarîem wreszcie do biura. Szefowi powiedziaîem, ûe potrâciîa mnie ciëûarówka i upadîem na chodnik. Stwierdziî, ûe to widaê. W chwilë póúniej zasnâîem nad aktami. Akurat kiedy poderwaîem sië z przeraûonym okrzykiem «Uwaga krëcimy», szef przechodziî przez pokój. Nie bardzo mu sië to podobaîo.

Nastëpnego ranka bez przeszkód dotarîem do biura i wziâîem sië do odrabiania zalegîoôci w pracy. Naraz z korytarza dobiegî znajomy, przeraûajâco znajomy rumor: - Hej, gdzie on jest? - darli sië goryle. - Potrzebujemy go! Wyîaú, chîopie!

Wywlekli mnie z biura na oczach szefa. Na progu udaîo mi sië jeszcze obróciê i zawoîaê:

- Reûyser mnie potrzebuje... - potem znów siedziaîem w taksówce i goryle wciâgali mi na grzbiet koszulë, ktorâ najwidoczniej wykradli z pralni.

- Bëdziemy jeszcze raz krëciê të scenë - wyjaôniî jeden z asystentów.

- Chcemy pokazaê païskâ wykrzywionâ bólem twarz w duûym zbliûeniu i nagraê okrzyk udrëki.

Zaczëliômy ujëcie. Wykrzywiîem twarz i krzyknâîem. Reûyser przerwaî parskajâc z wôciekîoôci:

- To ma byê krzyk bólu? Dawaê mi tu mîotek! Ciëûki mîotek!

Asystenci zaczëli biegaê jak szaleni i po chwili dostarczyli potrzebne narzëdzie. Poniewaû, jak wiadomo, kamera przy duûym zbliûeniu pokazuje tylko twarz, dolne partie mojego ciaîa znalazîy sië poza kadrem, tak ûe asystenci mogli idealnie trafiê w mój odcisk. Dziewiëê razy mîot ze ôwistem spadaî na szczâtki mojej stopy, dziesiëê razy rozlegaîo sië moje «Oj!», zanim rezultat artystyczny usatysfakcjonowaî reûysera. W koïcu zwróciî sië do mnie stosunkowo spokojnym tonem: - Precz! - powiedziaî. - Spîywaj! Migiem!

Kiedy tuû po przerwie obiadowej wróciîem do biura, szef oôwiadczyî, ûe ostatni raz puszcza mi pîazem takie zachowanie. Na próûno usiîowaîem mu wytîumaczyê, czym jest sekwencja i ze nie moûna sië ot, tak po prostu ulotniê. Mój szef to tëpy biznesmen i nie ma zrozumienia dla sztuki.

Tuû przed czwartâ na korytarzu znów zadudniîy zîowieszcze ciëûkie kroki. Uciekîem do toalety i zamknâîem sië od ôrodka. Goryle wywaûyli drzwi i zawlekli mnie do taksówki. Na schodach zdâûyîem jeszcze usîyszeê gîos szefa, który zwolniî mnie ze wszelkich zobowiâzaï wobec firmy.

Okazaîo sië, ûe ponownie trzeba nagraê mój bolesny krzyk. Dúwiëkowcy uznali, ûe poprzedniego dnia weszîo im w paradë zbyt wiele odgîosów ulicy. W naszym fachowym jëzyku coô takiego okreôlamy jako «playback».

Podetknëli mi do ust mikrofon, i za kaûdym razem, gdy uderzaî mîot, krzyczaîem «Oj!» Mnie osobiôcie ten okrzyk wydawaî sië zupeînie naturalny, ale reûyser wciâû byî niezadowolony. Pilnowaîem sië, ûeby go nie rozdraûniê, bo inaczej pewnie juû nigdy by mnie nie zaangaûowaî. W czasie jedenastego ujëcia dostaîem ataku kaszlu i przekasîaîem jakieô 200 funtów gotówkâ. - Ten niezguîa wpëdzi mnie do grobu! - jëknâî reûyser. - Jeszcze raz!

Tuû przed dwunastâ wolno mi byîo odejôê. Reûyser osobiôcie przepëdziî mnie dîugâ tyczkâ. Straciîem wprawdzie posadë i duûy palec u nogi, ale summa summarum byîo to piëkne przeûycie.

Morris Kalaniot skoïczyî swojâ opowieôê. Ponownie uniósî do góry lëkliwe spojrzenie:

- Tej nocy - wyszeptaî - znów mi sië ôniîo, ûe po mnie przyjdâ. I rzeczywiôcie przyszli! «Reûyser jeszcze raz cië potrzebuje!» wrzasnëli od progu. Jedno z ujëê - nie wiem, czy to wczorajsze, czy przedwczorajsze, moje poczucie czasu przestaîo prawidîowo funkcjonowaê - w kaûdym razie: jedno z ujëê trzeba byîo powtórzyê. My, filmowcy, nazywamy to pechem. Ale ja juû nie chciaîem. Ja juû nie mogîem. schowaîem sië pod îóûkiem i kazaîem ûonie otworzyê drzwi. Powiedziaîa gorylom, ûe nie wytrzymaîem tego nadludzkiego wysiîku i tej nocy umarîem. «Nie ma sprawy - odrzekli. I tak krëcimy bez dúwiëku. Wystarczy, ûe bëdzie widoczny w tle. Juû my go jakoô ustawimy. Gdzie sâ zwîoki?» Kiedy to usîyszaîem, wyskoczyîem na parapet i po rynnie spuôciîem sië na païski balkon. Proszë mnie obroniê! Na Boga, bîagam pana, proszë mnie obroniê! Oni przeszukujâ caîy dom!

Przerwaî i pobladîy z trwogi, jâî nasîuchiwaê. Na klatce schodowej zadudniîy ciëûkie kroki zbliûajâce sië do moich drzwi...

Nawiasem mówiâc, Morris Kalaniot nigdy nie zobaczyî siebie na ekranie. Jego scenë wyciëto.


Wklepaî Benek.

[Miîoônicy Borisa Viana zapewne przypominajâ sobie opowiadanie oparte na podobnym pomyôle, jednakûe zupeînie inaczej rozwiâzane ;)]