Ûycie jest tak po chuju, ûe nie opîaca sië z nim zrywaê... niech sië îudzi. Ûycie... kim on jest ûe sië îudzi tym, ûe komuô na nim zaleûy? Kaûdy myôli tylko o sobie, czasami o innych... o ûyciu zaczyna myôleê dopiero jak juû nie myôli o nikim, jak inni rzucajâ, wtedy teû chce sië kogoô rzuciê, pozostaje tylko ûycie. Rzucenie ûycia czësto wiâûe sië z rzuceniem siebie, co koïczy sië ômierciâ. Ale ûycie nadal sië îudzi... nie odbieraj mu nadziei... ono nawet nie ma kogo rzuciê. Ciemnoôê... sztukâ jest ûycie bez ôwiatîa... sztuka sië koïczy lecz ûycie trwa nadal... sztuka to gra, gra w ûycie, nie ma wygranych, wszyscy gracze koïczâ tak samo. Wszyscy sië îudzâ wygranâ. Graê ûeby wygraê? Graê ûeby przegraê? Wygrana jest przegranâ i na... odwrót. Gdzieô na krawëdzi stoi obserwator i patrzy na te zmagania. Porzâdek czy chaos? Jaka róûnica, skoro nic nie zwyciëûy... Równowaga? Nie ma równowagi, poniewaû nie moûe byê... przewaga nie istnieje. Zostaje Gra... i ten który patrzy... stoi z boku i sië nie îudzi... jest obojëtny, niektórzy nazywajâ go Bogiem. --------------------------------------- <--- Cienka Czarna Linia która do czego kurwa ma sîuûyê??!? Czyûby do tego, ûeby oddzieliê graczy od obserwatora? Wiëc ten, który to pisze, uzurpuje sobie prawo do bycia tym-który-patrzy? Realizacja marzenia tak odwiecznego jak wszystko ma polegaê na narysowaniu chwiejnâ rëkâ cienkiej czarnej linii? Chociaû to, co ja teraz robië, to tylko nieudolna próba poznania zasad gry i wyjôcia tym samym po za niâ, czyli znowu ta uzurpacja... Przewaûnie niegroúna. Teû. Przewaûnie niegroúna... proste sîowa... gra teû jest prosta... ale na szczëôcie ludzie wiedzâ co zrobiê ûeby skomplikowaê, szukajâ reguî gdy ich nie ma. Cienka Czarna Linia to krawëdú, wzdîuû której trwa ruch, rzadko kto decyduje sië jâ przeskoczyê... rzadko kto skacze, rzadko kto zostaje Bogiem. Poznanie... poznanie zasad gry? Nie... oni nie szukajâ prawdy, nie chcâ jej poznaê (JEJ) oni nieudolnie uzurpujâ sobie prawa do tworzenia GRY. Nie mogâ wygraê, bo nie wiedzâ o co grajâ! Nie znajâ stawki... Tracâ ûycie na tworzenie czegoô, co istnieje i czego nikt nie znajdzie, bo sîowo szukaê oznacza zastâpiê tym co "sîuszne". Nikt sië do kurwy nëdzy nie zastanowi, czy celem nie jest siedzenie na korytarzu i powolne picie ciepîego piwa... palenie pierdolonych-amerykaïskich (jeden wyraz) szlugów ôrednio-kiepsko podrobionych w Berlinie (rzut beretem, teû gospodarne miasto)... absurd? Moûe, ale moûe ta chwila, oczyszczona, bez sztucznych reguî potrwa wiecznie? "O co chodzi?" O to, ûeby znaleúê wzór na ôrodek (wszechôwiata/wîasnego_ego/cudzego_ego/niepotrzebne_skreôliê), który i tak zamieni sië w ôrodek znieczulajâcy przed doîem spowodowanym niemoûnoôciâ znalezienia? To bardzo gîupie zapëtlenie, niegodne nawet informatyka-schizofrenika, który sam wykonuje swoje (niedziaîajâce) programy (znamy takich). W ogóle ten caîy krzyczâcy bezsens sîów "znaleúê", "szukaê" i mnóstwo innych sloganów, które z boku wyglâdaja, jakby lataîy sobie bez celu, tak naiwnie-wesoîo zapierdalajâc w tunelu aerodynamicznym ust wiëkszoôci ludzi. Kolejny pseudonaukowy eksperyment, kto chce Nobla, kto chce Nobla? I miîo patrzeê, jak jedzâ z rëki, ale tylko przez chwilë, póúniej robi sië dóî. I codziennie zdarzenia w tym stylu ("Styl?!?" A co to znowu?). Niektórzy wiedzâ, jak to obejôê, posiadajâb wystarczajâco duûo nienawiôci, by oddychaê, omijajâ wysypiska bogactwa i znajduja To kopiâc puszkë na ômietniku, na przykîad. Niektórzy. Nie-którzy coô robiâ. Ci, którzy sâ. Przewaûnie......... sâ, bo czasami muszâ wróciê do tych strzëpów codziennoôci, do odbijania rykoszetem dziwnych spojrzeï itakdalej. Ci których nie ma, bo sâ gdzieô indziej, takûe coô robiâ, sâ... byê albo nie byê? To nie jest pytanie, to wybór miëdzy tu a tam, zawsze moûna rzec: ûe gdzieô indziej jest lepiej ale to nie prawda. Wszëdzie jest dobrze... trzeba tylko byê odpowiedniâ osobâ, w odpowiednim momencie i miejscu! Czy masz w sobie wystarczajâco duûo nienawiôci, by ûyê? By zabijaê? W sumie zabiê jest îatwo, chodzi wszak o to, co tracimy na koïcu, o ûycie, ale czy potrafimy je zabraê bez powodu... taaa... zabieram swoje ûycie i idë gdzieô indziej... Gdzieô indziej? Gdzieô...? G...? PRAWDA!? Jest czîowiek (niewaûne On czy Ona), ûyje w spoîeczeïstwie, ale zawsze stoi na uboczu... nie szuka przyjacióî, ani wrogów, nie robi nic. Szuka samotnoôci, by móc zajmowaê sië studiowaniem innych, ale niestety ma przyjacióî i wrogów... Nie moûna pozostaê obojëtnym, tacy najîatwiej zabijajâ, a w rzeczywistoôci nigdy nie ûyjâ. "Miëdzy zabraniem komuô godziny z ûycia a pozbawieniem go ûycia jest tylko róûnica skali." "Miëdzy zabraniem komuô ûycia a daniem ûycia jest tylko róûnica zwrotu." Daniem? Smacznego! Bez zwrotów!!!!! Geniusz w pudeîku. Ûebrak-wîadca. Bîazen z berîem. Lustro. Odbija rzeczy, które na wejôciu sâ juû pozorami. Odbijajâc deformuje i niszczy (siîa uderzenia kijem baseballowym). Maska sîuûy mu do tego, by patrzeê na to i przeûyê. Ûebractwo - do ôwiadomoôci, ûe nie ma nic do stracenia. Pudeîko - do zamieszkiwania ograniczonej i przez to swojskiej pustki. Berîo - do drapania sië, gdy coô zaswëdzi. Bîazenbîazenbîazenbîazenbîazenbîazen. Mistrz koparek, klucznik mostów. Równieû [przewaûnie] niegroúny. Przewaûnie niegroúny... przewaûnie niegroúne... co? deformacje... Deformacje otaczajâce wszystko, powodujâ, ûe nie ma "wszystkiego" jest nic, a caîa reszta to deformacje, które, znieksztaîcone, przy nieudolnej próbie odzwierciedlenia tego idealnie, przez odbicia w lustrach czasami okazujâ sië tym co miaîo byê ukryte. Zakîadajâc maskë ryzykuje, ryzykuje tym, ûe ktoô, patrzâc na znieksztaîcony wizerunek zobaczy Prawdziwe OBLICZE, które i tak jest maskâ. Bo widzâc, ûe nie ma masek, patrzâcy sam je naîoûy... Sâ tylko maski... Jedyne w co kaûdy uwierzy to berîo i pudeîko. Berîo, które pokaûe, ûe wyûej stoi ten co jest w ôrodku. Na zewnâtrz jest gorzej? A moûe postâpiê jak bîazen i daê sië zamknâê? Zamieszkaê w pudle... Úle sië kojarzy? Pudeîko pudîo, a pudîo to karton. Brudna ulica, samochody, ôwiatîa, gîosy... Ludzie spieszâcy sië do pracy, mijajâcy wystawy, kosze na ômieci i innych ludzi, czësto geniuszy zamieszkujâcych gdzieô indziej. Pudîo - karton... sîoïce... îadne kolory i zniechëcone twarze... nie zdâûë do pracy, napiîbym sië piwa, ja to pierdolë... a obok kartony, puste... ci co mieszkali, nie majâ nic do stracenia, tragicznie weseli... kontrast... deszcz... nie ma nikogo... Z PRZYKRÂ WESOÎOÔCIÂ zawiadamiamy ûe wîaônie dzisiaj zginëîo tylko #### osób... Ûyczymy miîego, szarego i deszczowego dnia... Plum, plum... krople, deszcz czy krew? Piâtek byî wczoraj, a dziô nie padaîo... nie waûne... Ciemnoôê! Ciemnoôê... ûycie w ciemnoôci... zobaczyê sîoïce i umrzeê, marzenie tego co nie zna szaroôci... o... ôwiatîo, jaka gîupia radoôê... blask... odbicie ôwiatîa, na ostrzu noûa, to tylko blask pochodni niesionej przez oprawców... przynajmniej coô na chwilë rozôwietliîo ciemnoôci... PRZYNAJMNIEJ ZGINÂÎ Z NADZIEJÂ... Chyba tylko ten wkîad/atrament czarny zginâî z nadziejâ, bo zaraz znowu sië odrodzi (ja go lubië -a-ja-ten-niebieski-atrament, bo on rozwija to co ja robië i na odwrót). Caîa reszta ludzi/rzeczy nie ma nadziei, bo nadziejë traktujâ jako "moûliwoôê wyjôcia", "moûe dostanë lepszâ pracë" (nie sâdzë), "jutro z niâ porozmawiam i wszystko bëdzie OK" (hehe). Nadzieja polega na tym ûeby Wiedzieê, ûe coô Bëdzie i wtedy wierzyê, mieê na tyle silnâ wolë, by byê samemu kreatorem wiary. Niegroúna przy uûywaniu wedîug instrukcji, dopuszczalna dawka:... [w razie problemów skontaktuj sië z naszâ korporacjâ]. [moûesz w naszâ firmë uwierzyê, jej zaufaê, mieê nadziejë na lepsze jutro... pokochaj nas!] Miîoôê, wiara, nadzieja - podobno tylko dlatego ûyjemy, oto reguîy stworzone przez ludzi... nadzieja i wiara sâ tylko dla sîabych... ale to w rzeczywistoôci silni je tworzâ... próbujâ swâ wiarë, jako prawdë narzuciê innym... obîawy juû przeûyîem dwie, WYSTARCZY DOSYÊ. 17 stycznia 1996 roku, dzieï jak codzieï, sîoïce wstaîo (ûeby nie byîo wâtpliwoôci: wieczorem zaszîo) itd.... dzieï, który zaczâî sië ômierciâ a skoïczyî imprezâ. Teraz 17 lutego 1996 roku, stwierdzam, ûe styczeï nigdy sië nie skoïczyî... Czy ten dzieï kiedyô sië skoïczy... wâtpië <--obejrzyj koniecznie "Dzieï Ôwistaka"... sâ dni które codziennie trwajâ, przez dîugie lata... Co znowu lata? Chyba czas lata uderzajâc o prëty klatki, wygina jâ na wszystkie strony, twardziel!, wkurwia sië patrzâc, jak Niektórzy potrafiâ sië nim bawiê, wydîuûajâc lub skracajâc go zaleûnie od humoru, drga w tych wywoîywanych przez Nich konwulsjach, a Oni trawiâ go, dosîownie, sok ûoîadkowy=najsilniejszy narkotyk. A czas dusi sië tym swoim spojrzeniem, oczy w gardle na wîasne ûyczenie, "poproszë jednâ agonië na miejscu i jednâ na wynos", "nie ma sprawy tatuô - masz za darmo, weú jeszcze ulotkë jakbyô chciaî wiëcej." "Bo nasza korporacja..." Czasami czas bawi sië ludúmi. rzucajâc nimi o prëty swej klatki... proszë sië pospieszyê, kaûdy chce umrzeê, pan tu nie staî, pan nie jest w ciâûy... A co to kurwa jest? Kolejka po chleb? Czy winda do piekîa. Nie... to w rzeczywistoôci sîowa, sîowa sâczâce sië na czarno z czarnego, poîamanego pióra... Myôli... zapisane po raz drugi... i trzeci, ale wreszcie znajdâ swe ujôcie, w jakimô masochistyczno-nihilistycznym akcie krwawienia, agonii, umierania pióra... póki ûycia póty nadziei... póki atrament póty agonia... W rzeczywistoôci to wîaônie sîowa sâ tym, co nie pozwala pojâê tego co znajduje sië pod nimi, one sâ maska, która deformuje prawdziwe oblicze... Moûe naleûaîoby na nie spojrzeê przez maskë *.*.*.* albo. * aby tym jednym, jedynym rzutem oka o ôciane, zrozumieê wszystko... i tylko fragmenty tëczówki wydawaê bëdâ dúwiëki, zakîócajâce harmonië spokojnych myôli, spokojnego, normalnego czîowieka. Który nie jest inny. On chciaîby byê inny, ale mu nie wychodzi. Bo jest najnormalniejszâ osobâ pod sîoïcem... jednâ z wielu na ziemi... niestety, normalnoôê panuje wewnâtrz... kaûdy ûyje w siebie, w swoim wîasnym ôwiecie, rzadko dzieli sië nim z innymi. I to jest uwaûane za normalne bo ôwiaty sâ jak szyby póîprzepuszczalne. On/Ona widzi tylko swoje odbicie i rzadko zdarza sië ktoô, kto przez swojâ ôcianë dostrzega inny ôwiat, ôwiat innego. Tak, bo to wymaga tej chwili niepewnego determinizmu, ûeby wîaônie rzuciê okiem o ôcianë. Niewielu sië odwaûyîo. Przewaûnie ûyjâ. Oni i tylko oni ûyjâ. Aksjomat. Reszta=automat (dwa podobne sîowa...). Jak niedorozwiniëci zamkniëci w szklanej celi, czasami podchodzâc do ôciany ZA KTÓRÂ MOÛE COÔ WIDAÊ i walâ czoîem, dopóki krwiâ nie zalejâ szklanego wzroku. A wtedy wpadajâ lekarze, samozwaïczy wszystkowiedzâcy, i aplikujâ lekarstwa, by wszystko trwaîo nadal, samemu bëdâc pod wpîywem innych lekarstw. LEKI TRZEBA LECZYÊ! Czym? no taaak!, wystarczy ôwiadomoôê bycia pod ich wpîywem, komentowaê swój stan w kaûdym momencie czasu, zamieniaê chemië na sîowa, nieudolne sîowa, mniej nieudolne niû chemia, chemia wszechôwiata nakazujâca mu trzymaê sië w kupie, wiâzaê atomy, wiâzaê dzieciom sznurowadîa, wiâzaê metale, uczyê dzieci wiâzaê sznurowadîa, wiâzaê planety, wiâzaê ludzi podczas tortur, wiâzaê ukîady gwiazd i planet, uczyê ludzi wiâzaê innych podczas tortur, wiâzaê galaktyki, wiâzaê do krzesîa elektrycznego, wiâzaê jony gazów do wyîadowania (elektrycznego), wiâzaê gwiazdy do tortur, wiâzaê ludzi do ziemi, wiâzaê galaktykom sznurowadîa uczyê wiâzaê, wiâzaê wiâzki przekleïstw i wiâzanek pogrzebowych, wiâzaê wiâzki fotonów w ôwiatîo które jest martwe, wiâzaê ludzi w zwiâzki które bywajâ martwe, ja muszë wiâzaê wiâzaê wiâzaê wiâzaê wiâzaê i muszë mieê wolne rëce bo ja muszë wiâzaê wiâzaê. Wiâzaê, wiâzaê, rozwiâzaê... krzyûówkë (co to moûe byê? cholernie gîupie zwierzë na GHRW i 38 liter), rozwiâzaê rozwiâzanie, które jest kolejnâ zagadkë, rozwiâzania wynikajâcego z rebusu... rebusu który ktoô stworzyî i który staî sië grâ, Grâ, w której nie pamiëta sië o rozwiâzaniu, bo ono nas wiâûe, albo uczy wiâzaê, po prostu gra sië... zwiâzujâc sië coraz bardziej z tâ grâ... wiâzanie... czasami puszcza, niby nic... nie wtedy gdy wisi sië nad doîem (most spîonâî), przechodzisz, wiszâc na cienkiej (czarnej?) linie, której wiâzanie puszcza (w sumie wiâzanie nart teû moûe strzeliê jak kartonik po soku pomaraïczowym, i nici z îagodnego opadania na DNO). Do dna... caîe ûycie to jedno wielkie dno. Gdyby nie byîo DNA, nie byîoby ûycia... byîoby, ale nazywaîoby sië inaczej i byîoby czymô innym... iiiii DNO jest teû lustrem póîprzepuszczalnym, patrzysz na dóî widzisz tylko sië, ale kurwa dno, a ktoô z doîu widzi ciebie i myôli: ale kurwa ma dobrze, nie to co mój dóî, w sumie poîoûenie zaleûy tylko od rzutu kostkâ, graj by dojôê niûej, CLOSER, bliûej ostatecznego dna, na którym leûy kostka do gry i mówi: "co? myôlaîeô, ûe to juû koniec?!? Graj dalej, jest jeszcze tyle poîoûeï niûej". Wiëc sië kîadziesz i pokîadasz, " w takim poîoûeniu jeszcze nie byîem", poîóû sië i daj sobâ graê albo podrzyj to i patrz jak bëdzie spadaê. Zaczynanie od koïca... co to jest? Zaczynanie czy koïczenie? To jak ômianie sië, czytajâc wîasne myôli... zapisane na kawaîkach kawaîków... jak to do cholery odczytaê? Skoro koniec jest poczâtkiem, ôrodek kontynuacjâ, który szuka (i znajduje, o zgrozo) kontynuacjë na koïcu... koïcu? czego? Najlepiej spoûyê przed koïcem... lepiej by brzmiaîo: Najlepiej skoïczyê przed zejôciem albo: najlepiej spoûyê... butelka od piwa, a nawet tu piszâ o koïcu... W koïcu postaraj sië o nim nie myôleê, myôl pozytywnie: trumny teraz sâ wytrzymaîe, zdâûysz wyschnâê zanim robale cië zeûrâ. Ja osobiôcie nie mam nic przeciwko owadom, ale wolë pajâki, sâ gorsze czyli lepsze. Bo sâ. Nie zabijam, chyba ûe któryô podejdzie za blisko, a ja nie bëdë miaî ochoty na oômionogi. Oômiornice, kaîamarnice... atrament, pismo i sîowa... pëtla, jesteômy zapëtleni... jeszcze tylko ruch rëki, otworzy sië zapadnia i bëdziemy wesoîo huôtaê sië na wietrze... moûe to zdrowe? Ûycie jest chore, lekarstwa pomagajâ (ale w duûych iloôciach) - ômierê to zdrowie... na jedno nie ma lekarstwa: na miîoôê, nawet ômierê nie pomaga.., najwyûej przeszkadza, kolejny robal i to przed ômierciâ, w zwiâzku z tym naleûaîoby przeûyê ômierê od tyîu, co teû uczyniîem na przeîomie I i II tygodnia tego roku, czyli w piâtek 5 I 1996 i mam sië dobrze, jakie to fajne uczucie "mieê sië", no mówië wam orgazm w locie, mam sië i czasami to wystarcza, po co znaê ludzi wiedzâc ûe jest sië nieobliczalnym i i tak wiele sië przytrafi, po co inni, no chyba ûe miîoôê... LOVE - hate - love, zawsze poîâczone i zwiâzane, jedyni prawdziwi kochankowie, chociaû tak naprawdë bywajâ odstëpstwa, nie znam osobiôcie ale moûe poznam oddzielenie miîoôci od nienawiôci albo nienawiôci od miîoôci (jeszcze lepsze), "intryga stulecia", temat do kiepskich ksiâûek na najbliûsze N lat, N dâûy do nieskoïczonoôci, podâûajmy za eNem po wstëdze Mobiusa, mimo, ûe na niej jest tylko jedna droga, zakrëcamy jâ, wiâûmy, moûe na którymô szalonym zakrëcie bëdzie zderzenie, wypadek, wypadek z kursu i miîoôê przeskoczy na innâ drogâ a nienawiôê pójdzie dalej zakrëcona, poîamana i zdezorientowana (albo zostanie nienawiôê dla nas, czysta-ûywa-naga, a miîoôê odejdzie zakrëcona, poîamana i zniechëcona - teû ZDROWE), jeôli nie bëdzie to inna droga to inny wëzeî, chociaû na chwilë, zanim spotkajâ sië znowu, zaszyê sië samemu z miîoôciâ lub nienawiôciâ (jeszcze gorzej) ze skrzynkâ dobrego alkoholu, trochë dragów i muzyki, gdzieô w ciemnym KORYTARZU. Kawaîek korytarza (reszta jest z tyîu)... kaloryfer, na podîodze dwa piwa, fajki, puszka. Dwa arkusze papieru i notes. Dwie postacie, które zatruwajâ swe myôli, swoimi myôlami... Gdy szedîem, nie byîo nikogo, tylko dwa klapki, sugerowaîy, ûe ktoô przed chwilâ z nich wyszedî... Myôli... nie wszystkie, ale przynajmniej czëôê dam WAM poznaê... jestem truciznâ... ale nie chcë zabijaê... pomagaê teû nie, wszak jestem sobâ... Tylko sobâ i nikim innym. Absurd czy #absurd... nie ma róûnicy, bo ûycie jest o wiele ciekawsze (i w brew pozorom prawdziwsze)... Najlepszy jest ômiech, z tego ûe wîaônie to czytasz i poznajesz (hehehe) moje/nasze/swoje myôli. Nie myôl, ûe ci sië udaîo. Zastanów sië czy ûyjâc dzisiaj nie ûyjesz jutro. Myôlisz o wczoraj, a teraz cië nie ma. Ûycie - nie ulega wâtpliwoôci ûe jest to coô, co sië przytrafiîo kaûdemu kto ûyî (i to czytaî). Zdarza sië... albo szczegóî. Mogâc zdefiniowaê: ûycie = zdarza sië [coô] ûycie = szczegóî [] Moûna dojôê do tego ûe nie opîaca sië nigdzie iôê bo wszystko co 'zdarza sië [coôkolwiek]' = 'szczegóî'! To ja zapalë. To przynajmniej znam. Przewaûnie niegroúny naîóg. Kolejna rzecz, którâ moûna odmierzaê czas ("to byîo ze 2 fajki temu..."). Ogieï podâûa za oddechem, ûar podâûa za ogniem, tytoï podâûa w nicoôê (raczej w dym) za ûarem, papierek sië doîâczyî, co za zgrana ekipa, ja pierdolë! Wiedzâ czego chcâ - chcâ umrzeê w miarë szybko, wcale nie, ktoô je tak zaprogramowaî, umierajâ, gîupie automaty, zgodnie z rytmem innego automatu pîuca-serce-krew-wdech-wydech. Ogniu krocz za mnâ! tup, tup, tup... juû idë... i kolejny spîonâî most... Idë równinâ ( "latami wspinaîem sië, pchajâc ciëûar swego ûycia" Syzyf), ale nagle stwierdzam, ûe to pole minowe. Nie bëdë sië nudziî i tak nigdzie nie dojdë... Ale doîy po sobie pozostawië, koparki nie bëdâ miaîy co robiê! Liczë na to, ûe wszystkie w nie powpadajâ... czeôê, co robisz? Kopië dóî, a kop sobie... Ja sobie poradzë bez ciebie... a co, jestem samowystarczalny, sam sobie znajdë minë, po której zostanie wystarczajâco gîëboki lej [dóî] *... Tylko podczas wybuchu, w tym jednym momencie, gdy rozpoczyna sië piekîo, gra ognia i lecâcej ziemi, widzë ûe to ûart, ktoô bawi sië moim kosztem. Wszystkie miny majâ ksztaît koparek. Od dziô pierdolë te faîszywe uômiechy na twarzach dokoîa!!! * [alias lej dóî] Kroki na korytarzu... to tylko ja... îaûë tam i z powrotem, w kóîko... w sumie 6 metrów w jednâ i koîo 6 z powrotem. Tyle ile ma mój pokój. bezsens. korytarz ma z 25 metrów, a ja krëcë sië na takim maîym kawaîku, wiëc idë dalej... na boso (ôniegu nie ma, tu jest za ciepîo), zbliûam sië do zakrëtu, skrëciê? Zawróciê? otwierajâ sië drzwi, a ja zawracam, by spojrzeê w okno i pisaê. Pisaê by pisaê? Pisaê po co? Do kogo? Nic i do nikogo... szczegóî. Niestety, ten szczegóî jest trochë istotny... istotâ tego szczegóîu sâ inne szczegóîy... Korytarze sâ peîne szczegóîów... w rzeczywistoôci podâûamy korytarzem, szukamy czegoô innego i w rzeczywistoôci znajdujemy coô innego. Czasami szczëôcie, czasami miîoôê, ale czasami gasnâ ôwiatîa... Hate & Love... nie prawda, nic nie jest czyste, a miîoôê jest taka, wiëc albo sië pomyliliômy w póîmroku sië zdarza, albo to inni mieli gorszy wzrok, wyciâgajâc pomocnâ dîoï zranili nas w oko, zabolaîo, serce zakrwawiîo... pozostaîa ciemnoôê, w pustym korytarzu... który nie ma koïca... ûeby choê jakâô pochodnië, ôwiatîo... od czasu do czasu mijamy drzwi... czasami udaje sië kogoô spotkaê... ale o jednym naleûy pamiëtaê: oddzieliê ôwiatîo od ciemnoôci, a miîoôê od nienawiôci. Oczywiôcie, nazywajâc coô innego inaczej, moûemy dojôê do wniosku ûe nienawiôê jest efektem nieudanej miîoôci. Ale jak do cholery moûe istnieê nieudana miîoôê? Albo coô jest idealne albo jest to coô innego... przewaûnie niegroúna...... dawka pozorów... póúniej wstajesz i idziesz na kur(W)acjë. Zdarzyîo sië. Kap, kap, kolejne szklanki czasu/alkoholu pozwalajâ ci omijaê labirynt doîów. Îudú sië dalej albo przeoraj je wszystkie i na jaîowym pustkowiu wreszcie sië kurwa poôwiëê, zapal të pochodnië z siebie, palsiëpalsiëpalsië, musisz sië paliê paliê paliê, rëce teû muszâ sië paliêpaliêpaliêpaliê, ktoô zauwaûy, jeôli nie, to ta ôwiadomoôê ûe sië paliîeô... Przewaûnie niegroúna, wystarczy by przeûyê i mieê kawaî dobrej zabawy przy ognisku, pieczone ego, kotlety z emocji, serce na roûnie! Kap kap kap i nie bëdzie piâtku, bo krew z twojej pochodni mimo wszystko nie ucieknie, lecz zostanie w tobie, zastygnie jak spîywajâcy wosk, pomnik ûycia. Ostatni dzieï tygodnia, o kurwa, znowu piâtek... kap... kap... nie pîomienie ulec(z)â... razem z pozorami. Pîomienie... jedyna znana metoda leczenia lekarstw. Ogieï sîów, wybuchy milczenia, ogieï trawi lekarstwa i rozkîada je na dym, który uderza do gîowy, Kap, kap, tak puka Bóg lub obserwator, bez puk-puk, bez masek, pozorów i Wesoîych Ôwiât i "wszystkiego najlepszego na nowej drodze", tylko kap kap czy jesteô gotowy by wykrwawiê i rozpîynâê sië w prawdzie? Z pluskiem, struga czasu uderza i rozbija sië o poszczególnych ludzi, kaûdemu sië kroplâ oberwie... Z czasem te krople sâ coraz bardziej ciëûkie i majâ coraz ciemniejsze kolory... poproszë ten, tak, ciemno-biaîy, morze (Baîtyckie <----- ale dóî, byê... îeb pëka, piwo, za maîo, za krótko, za póúno, za wczeônie... Jedno piwo, kilka lat przeûytych w ciâgu kilku miesiëcy... kilka kartek... trochë atramentu, za maîo, za duûo, za bardzo... bardzo co? Niektórzy wiedzieli co, albo wiedzieli, ûe tylko to wystarczy... "Tak bardzo Laura"... i spoczëîa na laurach, jakûeby inaczej, spoczëîa pod ziemiâ, w sumie miejsce takie jak inne... xxx m.n.p.m. Ale za ciemno i chîodno... po za tym muzyka... raczej to ûe jej nie ma... martwota dookoîa jak na cmentarzu... biedna Laura... Biedna... a jaka byîa? Bogata? Dobra? Zîa? Czym jest Dobro? Podobno istnieje Bóg (bibliotekarz, który zna jedyny prawdziwy katalog i ten który udowadnia nieprawdziwoôê wszystkich katalogów <--- mimo, ûe on teû jest katalogiem), a zîo jest po to by poznaê dobro... ktoô robi coô, chce szczëôcia innych... robi dobrze, oceniajâ go úle... Do kurwy... W co wy wierzycie? W Boga? To jakim prawem oceniacie innych? Jesteôcie nieomylni? Co sië liczy: intencja, uczynki czy to co stanowi wasz system wartoôci... Ty oceniasz go jako dobrâ osobë, a Ty nienawidzisz za to co zrobiî. Cië zraniî mimowolnie, a Tobie pomógî... zrobicie gîosowanie? Byî dobry czy zîy? A moûe po prostu byî czîowiekiem? Czîowiek to nie ty... Ty moûesz nim byê... liczâ sië intencje (o ile nie sâ chore: zabiê wszystkich biaîych ludzi)... i dziaîanie, ûyj dla siebie, nie raï innych, dâû do swojego szczëôcia, bez zabierania go innym osobom. Albo zrobienia go innym osobom, co zwykle sië nie udaje. Juû lepiej sië paliê, a ten ktoô weúmie sobie ten dobry dla niego kawaîek. Odetnâ sobie kawaîek pîomienia z pluskiem twojej krwi, i dobrze. Wykrwaw mnie... Tylko nie próbuj poznaê JAKIE to jest, bo znowu bëdzie to popierdolone odnoszenie do innych rzeczy i porównywanie za pomocâ przeciwieïstw, zderzajâc je ze sobâ, znieksztaîcanie, wykrzywianie. Tylko obserwator widzie te rzeczy bez porównaï, ale moûe on woli patrzeê przez kilkanaôcie lat na ôrubkë. A moûe to On byî tym facetem ze ôruckâ? Przewaûnie jest niegroúny. Nie bierze udziaîu w gîosowaniach, nie skîada ûyczeï na ôwiëta, dziëkuje za ryby. Lubië go, jeôli jest, jeôli go nie ma, to teû nic sië nie staîo, tak bardzo nic sië nie staîo, ûe aû coô sië wydarzyîo... kap! Te klapki sâ bez sensu. Otwieranie oczu po to, by sië upewniê, ûe sâ na wîaôciwym miejscu i nic nie widaê! Jedynie moûna by obudziê wiatr, który zerwie je wszystkie, Wiëkszoôê umrze po takiej dawce. Zdarza sië. Pozostanâ ci, dla których taka operacja jest przewaûnie niegroúna. Taaaak... to zakoïczenie, ale nie o to w sumie chodzi. Czësto chodzi o róûnicë, albo czëstotliwoôê powstawania róûnic, co powoduje tak róûne odczucia, ûe otworzenie oczu jest róûne od widzenia, chyba, ûe chce sië zobaczyê ciemnoôê. Ciemnoôê jest czarna... czerï jest... jaka? Ciemna? A moûe jasna... ma w sobie coô jasnego, coô co powoduje, ûe ludzie ubierajâ sië na czarno (np. na pogrzeby) bo podôwiadomie nie chcâ sië doîowaê... ômierê i miîoôê to jest ta para, nienawiôôê uzurpuje sobie prawa do partnerowania miîoôci, ale nie uda jej ale to... to pióro umarîo.........................szybka transfuzja atramentu... niestety, pomogîa, ale to co miaîo zostaê zapisane, przestaîo, na szczëôcie, istnieê... Ta krew jest bezsensu, nie doôê, ûe czerwona, to jeszcze brudzi... plum... nie, to tylko atrament, na dodatek czarny... ale w tym ôwietle, a raczej jego braku wszystko jest czarne... nawet pozytywne myôli o ômierci... biedna Laura, tak bardzo sië baîa snów o swej ômierci... alkohol, narkotyki... pozwoliîy sië odciâê, ale nie wiedziaîa, ûe byîa przywiâzana na smyczy... nie umiaîa jej przegryúê... zdrówko, Naprzód... Alkohol mile widziany... mile? Caîe mile stâd... bo w rzeczywistoôci bez alkoholu nie wpuszczamy... nie uda sië... przekroczyê tej bramy i wróciê... fakt, niektórym sië udaîo, ûaîujâ do dzisiaj, a mi ûal najbardziej tego, ûe sami nie wiedzâ, czy ûaîujâ ûe wrócili, czy teû tego, ûe odwaûyli sië wyruszyê... Wasze zdrowie, ômiertelnicy...
Góradóîôrodekstóî, potem 1 i 2 podîoga, ûartowaîem urodziîo sië martwe, wiëc nic sië nie staîo ûe otworzyîem nim butelkë, ômiertelnik, czîowiek bez pudeîka, byî powaûny, powaga bycia maskâ, tylko bîazen jest bez maski, czyli moûe naprawdë dotknâê ûywymi ustami butelki i wypiê ogieï. I rozbiê butelkë we wîaôciwym momencie, szkîa posîuûâ do wychodzenia z doîów, schody ze szkieî - to rani/leczy, trochë kapnie za stóp, nic to. Butelka dla mnie, krew dla tamtych païstwa! Niestety, grupy A rh- nie mamy... Niewaûne, to dla mnie gra muzyka, dla innych Dzwony Piekieî bijâ: bim... bam... bim... bam... Kaûdy sobie sam tworzy piekîo... Zapraszamy do Piekieîka, czynne codziennie, tanie piwo... 4ta na lewo knajpa w piekle... ale bëdzie impreza, w sumie... albo w róûnicy... po prostu... albo i nie... NIE WAÛNE... czas pokaûe...
Bez sensu... jak îatwo powiedzieê, gorzej zrozumieê... dwa sîowa, bez i sensu... bez sensu... Zdarza sië, rutyna... wszyscy potrafiâ powiedzieê to samo, brak sîów i bez sensu. W rzeczywistoôci po prostu szkoda czasu... i tak sië go potem zmarnuje, próbujâc uzasadniê sensownoôê bezsensownego marnowania czasu na bezsens sîów bez sensu, ale... nie waûne w tej chwili, bo nie ma sensu. Sens jest istotâ bezsensu... Kaûdy bezsens ma swoje uzasadnienie (nawet to ûe na ziemi ûyjâ ludzie). Niestety, nie patrzcie na innych... oni go nie znajâ, nikt nie zna, wiëc mówi bezsensu... zamiast poszukaê sensu... Bezsens... za duûo myôli, nie da sië tego wyraziê... bezsens ma sens, ale jest on nie do znalezienia... nie dla ludzi... sens nie ma bezsensu... to ludzie nazywajâ sens bezsensem, aby nie szukaê sensu, bo to mëczâce... Tak jak pisanie o bezsensie sensu o 2 w nocy... i to w tym miejscu, we wszechôwiecie (który inni nazywajâ bibliotekâ) zbudowanym z bliúniaczych segmentów oôwietlanych sztucznym czymô-tam, dwa dîugie korytarze i szeregi drzwi, ûe teû im sië chce tak staê, dawno juû bym poszedî, Na schody, Albo na chwilë. Akademik "Babel". Jëzyki dâûâ do nieskoïczonoôci, treôê dâû do zera. Forma toporna. I dwie osoby zmieniajâce materië w energië i z powrotem w materië, ostatecznie to tylko zmiana poîoûenia atramentu. Szczegóî. Przewaûnie niegroúny, o ile ma SENS. Sens? Moûe teû przewaûnie niegroúny... sîowa, które kumulujâ energië... materii niewiele... ale teû... Energia zdolna do za... ( bicia/îamania/krëcenia/mkniëcia/walenia)... czego? umysîu... nie... w tym miejscu juû tego umysîu nie ma... ciekawe kim sië staîeô? Kim sië staîem? Na razie inni stojâ za mnie. "These stand for me, name your god and bleed the Freeak." Nazwij swojego Boga i wykrwaw mnie. Za darmo, "Bo nasza korporacja...". A dalej byîo: "chciaîbym zobaczyê, jak wszyscy wykrwawiacie sië za mnie". Jeôli nie dacie rady, to bëdziecie musieli zrobiê to sobie... Zdarza sië. Tym wîaônie sië staîem-automatem-do-krwawienia. Na razie jeszcze nie zepsutym-automatem-do-krwawienia. "O to chodzi?" Energia? A ty? ENDERgia?
ENDERgia... energia koïca, która znalazîa sië w ôrodku... ale byîa na poczâtku... a teraz jest... gdzieô indziej... automat? Automatami sië steruje... energia sîuûy do sterowania, wîaôciwie do tego, aby automaty sië poruszaîy.... sterujâc energiâ, steruje sië automatami... a jeôli coô nagle sië wyrwie to... pozostaje coô co nie istnieje: WOLNOÔÊ... wolny automat i energia, nie dajâce sië ujarzmiê twory cywilizacji... zniewolone przez siebie... zostaï swoim niewolnikiem, nie pozwól aby ktoô decydowaî za ciebie... jesteô na tyle sîaby, ûe uda ci sië narzuciê swojâ wolë sobie... Czym jest koniec? A wszystko jest grâ, opartâ na grze sîów, która w rzeczywistoôci nie jest ûadnâ grâ, ale tak zostanie nazwana bo PRAWDY NIKT nie zna.
Zaprzecz swojemu stwórcy i sam staï na scenie, bîaúnie! Trochë silnej woli, ûeby zmieniê (zmieliê) scenariusz. Czego sië kurwa nie robi dla sztuki... Nawet sztukë sië dla niej robi!
Nawet sztukë sië zmienia.... sztukâ, jednâ sztukâ cegîy moûna rozwaliê sztukë, czy to teû bëdzie sztuka? sztuka, sztuka... wyraz sztuka... on ma jakieô znaczenie? Przecieû to tylko s z t u k a... co to jest? Ûucie sië koïczy, aa przedstawienie trwa nadal.
Show must go on. Przyszedî Bóg do sklepu (nieee, kupiî na lewo od) zîodziei i powiedziaî: poproszë dwie sztuki przedstawienia. Jedna (sztuka) dla mnie i jedna sztuka dla sztuki. Ta dla niego byîa caîkiem niezîa, ale miaîa znaczenie tylko dla niego. W scenariuszu drugiej miaî nadziejë znaleúê przepis, jak stworzyê ludzi, ûycie, wszechôwiat i caîâ resztë... otwiera scenariusz, a tam tylko dwa sîowa "kap, kap". I od tej pory ma dóî ---> ta ôwiadomoôê, ûe ktoô to wszystko stworzyî za niego i jego samego teû... stwórz swojego stworzyciela... i sië zapëtl... szyja boli? Przewaûnie niegroúne uczucie. Ale krótkotrwaîe... to jakieô 10-15 cm dla ostrza gilotyny... wracajâc do Boga... zaszedî o wiele dalej... stworzyî siebie, w ôwiecie wymyôlonym po... czymô... historia w tym przypadku przymknëîa oczy i teraz milczy. I bardzo dobrze... jeszcze ktoô by uwierzyî... Napisz swój scenariusz... poczâtek znasz, koïcówkë teû, tylko nie staraj sië odtwarzaê wszystkich ról, taka gra jest nienaturalna, nie pasuje do Teatru (który inni nazywajâ ûyciem). Reûyser gdzieô poszedî, skorzystaj z okazji i zagraj siebie, nikt nie zna twej twarzy, Nie pozna cië... i tylko bîazen bëdzie sië ômiaî
Co naleûaîo dowieôê. Dowieúê! Pytanie: dowieúê koparkâ?
Odpowiedú prawidîowa:
Co naleûaîo rozkopaê Tak bardzo kap......; Idzie sobie szczëôliwy czîowiek... nie zna ûycia, nie wie jakie jest okrutne, jacy ludzie sâ okrutni... Trzeba go wrzuciê w dóî... Niech sië zaîamie, a potem moûna go uszczëôliwiê... Dopiero wtedy pozna co to szczëôcie... W tym soku coô byîo, bo nie wierzë w piwo, ehh... te sobotnie wieczory... Uszczëôliwiajâc innych sami sië unieszczëôliwiamy... ûyj tak aby samemu decydowaê o swoim szczëôciu, inni nie majâ racji, chcâc cië na siîë uszczëôliwiaê... Podajâc lekarstwo moûna zatruê pacjenta... bâdú swoim pacjentem, ale to moûe potrwaê... Róûne DNA tworzâ ûycie, pij do DNA, jego zdrowie. Naprzód! Albo za DNO! W zamian? Czy to moûna na coô zamieniê? Waluta obiegowa, jaki jest aktualny kurs!? O kurwa, DNO spada!!!!!!!!
Na îeb i szyjë, rzekîbym, ûe jest coraz bliûej dna... dno na dnie... ale dóî... rów... nie mariaïski, tamten zostaî daleko... a moûe dawno? Co jest aktualnâ jednostkâ odlegîoôci? A czasu? 1 dzieï = 24h = od 3 dni do 3 miesiëcy... Uniwersalne przeliczniki nie istniejâ... 2 papierosy ( czyli jakieô 3 dni temu) temu... kilkanaôcie minut? Nie wierzë... Nie mierzë... Chociaû czasami sam chciaîbym staê sië zegarkiem. Tylko nie mam czasu... Czas jest wzglëdny... wymyôliî to ojciec bomby atomowej... biedna, sierota... on zmarî, a ona, z ûalu chciaîaby sië rozerwaê... tylko nie za bardzo ma gdzie... i sië wypala sama powoli, tak jak my. Wszystko zastaîo napisane, ale skoro istnieje tylko to, co napisane... Wypaleni... Ujarane/urojone caîe miasta... Wypisany atrament. Wyûyte ûycie. Znudzona ômierê. Apokalipsa w/g ôw. pióra. Krzyû z pëtlâ. I to tylko z poîówkâ pëtli Mobiusa. Rozîoûony rozkîad. Rozmyôlone myôli. Rozmyta woda. (nie! piwo...!) Rozkapana krew (woda?). Rozkopany dóî. Znuûony nóû, nie chce sië wbiê w ranë. Zasypia oparty o skórë... Tak bardzo czujny.........
poznaï 5 godzin na przeîomie 16/17 lutego 1996 roku
czarne i niebieskie pióro
CNRCDNPKN