- A niech to wszyscy diabli wezmâ!
Jasny gwint, úle zaczynaê nowy dzieï z przekleïstwem na ustach. Moja ôwieûo wyprana poôciel tak pachniaîa, tak kusiîa, ûeby sië w niej gîëboko zanurzyê i jeszcze trochë pospaê. Ale cóû, sîuûba nie druûba. Walczâc z ogarniajâcâ mnie sennoôciâ zerwaîem sië szybko z îóûka, aby mieê to juû za sobâ. Moje nogi jednak dziwnie zaplâtaîy sië w przeôcieradle i po krótkim stanie chwilowej niewaûkoôci, gdy sufit zamieniî sië miejscami z podîogâ, wyrûnâîem jak dîugi na dywan obok stolika. Potrâcony budzik momentalnie spadî mi na gîowë i jak na zîoôê zadzwoniî, stajâc do konkurencji z ryczâcym od pewnego czasu telefonem.
To wystarczyîo, ûeby sië od biedy rozbudziê. Dowlokîem sië jakoô do aparatu i podniosîem sîuchawkë. W gîowie mi jeszcze szumiaîo, ale po chwili zaczâîem rozumieê coô trochë z tego, co mówiî mój szef.
- Ale dziô jest niedziela, a poza tym mam urlop... - jëknâîem. - Nie marudú, za dziesiëê minut bëdzie u ciebie twój partner. Tylko poôpiesz sië! Stan wyjâtkowy, musimy zebraê tylu ludzi, ile sië da!
Siîa wyûsza, trzeba sië zbieraê. Dziëki zimnej wodzie z kranu wytrzeúwiaîem caîkowicie, a nawet domyôliîem sië trochë, co mnie dziô czeka. Nie byîa to jednak zbyt wesoîa perspektywa.
Dalej poszîo îatwiej. Szybko ubraîem sië i wskoczyîem w mundur, nie zapominajâc o czapce, pasie i jego zawartoôci schowanej w kaburze. "Cholera - zaklâîem w myôlach patrzâc w lustro. - I tak dzisiaj z mojego uniformu zostanie pewnie tylko wspomnienie, nie liczâc nawet wszelkiego rodzaju obraûeï i nabitych guzów. " Spojrzaîem na nogi i zorientowaîem sië, ûe jestem wciâû w w kapciach. Gdzie sâ do cholery moje buty?
Na podwórku zatrâbiî jakiô samochód. Wyjrzaîem przez okno i zorientowaîem sië, ûe przyjechaî wîaônie po mnie mój partner. Winda jak zwykle zatrzymaîa sië na piâtym piëtrze i dalej zjechaê nie chciaîa, wiëc resztë drogi przebyîem zbiegajâc po schodach, nie liczâc ostatnich stopni, po których zjechaîem na tyîku. Otrzepawszy sië z kurzu wziâîem do rëki dziwny przedmiot na którym sië poôlizgnâîem. Byîa to jakaô dziwna nakrëtka, z wnëtrza której uômiechaîy sië do mnie wesoîe cyferki.
- Zostaw, to je moje!!! - napadîa mnie nagle jakaô malutka dziewczynka. - Oddaj to ty fujaro! - krzyknëîa gîosem, w którym nie byîo niestety ani krzty szacunku dla mojego policyjnego munduru. Nim zdoîaîem sië zorientowaê o co chodzi, skopaîa mnie po nogach, a gdy opuôciîem dîoï, zîapaîa jâ natychmiast i ugryzîa, przez co szybciej niû chciaîem wypuôciîem ów cenny przedmiot z rëki.
Wsiadajâc do radiowozu, powiedziaîem sobie, ûe dzisiaj mnie juû chyba nic nie zdziwi. "Ale myôlaîem dalej. - Któû to wie... " - Coô tak tam marudziî? - burknâî na mnie mój partner. - Jestem na nogach juû od czwartej, mam juû tego wszystkiego doôê, a ten pieprzony dzieï dopiero sië zaczyna! Zesraê sië moûna z radoôci...
Nawet nie zdâûyîem odpowiedzieê, gdy radiotelefon wypluî nasz numer identyfikacyjny. Szybko sië zgîosiîem, a jakaô paniusia z centrali szybko podaîa nam adres miejsca wîamania.
Ok, jedziemy. Mój partner jak zwykle zaczâî zarzynaê silnik ruszajâc peînym gazem, aû wgniotîo mnie w oparcie fotela. Zrobiîo mi sië niedobrze, ale na szczëôcie przypomniaîem sobie, ûe zapomniaîem zjeôê ôniadanie. Po stanowczo za krótkiej chwili byliômy juû przed niewielkâ hurtowniâ. Przy ostrym hamowaniu wyrûnâîem îbem o deskë rozdzielczâ, co utwierdziîo mnie po raz kolejny w przekonaniu, ûe pasy bezwîadnoôciowe w naszym nowym wozie sâ do kitu.
- Olaboga! - wyîa do ksiëûyca wîaôcicielka sklepu, wyrywajâc sobie garôciami wîosy z gîowy, z widocznymi zresztâ odrostami. Napadîy mnie te zbóje, ograbiîy, zrujnowaîy! Co ja teraz pocznë!!!
Oprócz zbitej szyby, nie zauwaûyîem w pierwszej chwili ûadnych ôladów wîamania. Na póîkach i ziemi staîy sobie najnowoczeôniejsze telewizory, dookoîa walaîy sië aû po sufit kartony peîne najróûniejszego ûarcia, papierosów, a nawet pojedyncze skrzynki z alkoholem. Co tu wiëc kurwa zginëîo???
- Jak to co? Napoje gazowane! Butelki!! Nakrëtki!!! rozwrzeszczaîa sië biedna kobieta jakby zgadujâc moje myôli. Ukradli moje kochane butelki!!! Zabrali! O mój Boûe, co ja teraz pocznë?
"To idú na USG" - mruknâîem pod nosem, nawiâzujâc do ostatniego sîowa nieszczësnej wîaôcicielki. Îeb mnie w koïcu rozbolaî od jej jazgotu, wiëc wyszedîem na ôwieûe powietrze, zwalajâc dalszâ robotë na mojego wspólnika.
Szybko tego poûaîowaîem. Zauwaûyîem, ûe radiowóz aû trzâsî sië od wywoîywanego bez przerwy naszego numeru. Wôciekîy podniosîem radiotelefon i zgîosiîem sië.
- Psiakrew! - zaklâîem po chwili i rzuciîem sîuchawkë na siedzenie. Hej!!! - krzyknâîem do partnera. - Koïcz to do diabîa i pëdú tu! Musimy szybko gdzieô jechaê!
Wyszedî gdzieô po minucie, a wîaôciwie wyleciaî, bo potknâî sië o wysoki próg i wywinâî idealnego orîa. Nastëpnâ minutë poôwiëciî na îapanie pchanych wiatrem przeróûnych papierzysk, które wypadîy mu przy upadku. Otrzepujâc mundur z bîota, skierowaî sië szybko w stronë miejsca kierowcy. - O, nie. - wycedziîem. - Teraz ja prowadzë!
- Co sië staîo? - zapytaî zapinajâc jednoczeônie pas bezpieczeïstwa. - Bójka w sklepie. - odpowiedziaîem. - Jak bëdâ nas tak wzywaê z miejsca na miejsce, to nie skoïczymy dziô ûadnej sprawy...
Zahamowaîem gwaîtownie i najwyraúniej ucieszyîem sië, gdy mój wspólnik walnâî gîowâ o szybë. A masz bratku za swoje!
- Te pasy... - Wysiadamy! - warknâîem.
Przed sklepem zebraî sië juû niezîy tîumek gapiów. Przeraûone ekspedientki na nasz widok wyciâgnëîy rëce wskazujâc na sklep, a z jego wnëtrza dochodziî niezîy îomot i dúwiëki przypominajâce tîuczenie szkîa. Wparowaliômy wiëc szybko do ôrodka. Widok byî ûaîosny. Kilku facetów niemal w ômiertelnym zwarciu tarzaîo sië na podîodze. Oblepieni byli musztardâ, majonezem i keczupem z rozbitych sîoików, a ûeby byîo ômieszniej, byli takûe dokumentnie obsypani mâkâ.
- Policja! Co tu sië do licha dzieje?! - staraîem sië przekrzyczeê walczâcych. Na próûno. Jedynâ odpowiedziâ byî woreczek mleka, który wyleciaî z kîëbowiska ciaî i strâciî mi czapkë z gîowy.
Rozwôcieczony rzuciîem sië miëdzy walczâcych. Po chwili jeszcze wiëkszej szamotaniny, ja i mój partner rozdzieliliômy walczâcych i ustawiliômy ich w szeregu.
- No wiëc? - zaczâîem. - Ten draï ukradî mi moje nakrëtki! - wrzasnâî pierwszy wskazujâc na drugiego. - Nieprawda! Ten dupek wyciâgnâî mi je z kieszeni! - ryknâî drugi wskazujâc na czwartego. - Ty kîamco!!! Podwëdziîeô moje ukochane nakrëtki z koszyka wygardîowaî trzeci wskazujâc na pierwszego. - Rozbijë ci mordë! - pomstowaî czwarty wskazujâc na trzeciego. To on mi ukradî nakrëtki!!! - Aresztuj go pan!!! - lamentowaî piâty wskazujâc na czwartego. - To on gwizdnâî mi moje nakrëtki!!!
Poczuîem, ûe przestajë cokolwiek rozumieê...
- A pan? - spytaîem sië szóstego. - Ja... Ja jestem kierownikiem tego sklepu... Ci faceci ukradli mi moje nakrëtki...
Tu juû caîkiem zgîupiaîem.
- Pilnuj ich. - szepnâîem do mego partnera. - Spróbujë ôciâgnâê jakiô wiëkszy wóz, bo przecieû nie zabierzemy ich wszystkich na komisariat. A poza tym i tak szkoda brudziê samochód.
Nawet nie zdâûyîem wyjôê ze sklepu, gdy jego kierownik kichnâî i z kieszeni wypadîa mu maîa, czerwona nakrëtka. Caîa szósta rzuciîa sië na niâ jednoczeônie i...
Czekaliômy na posiîki jakieô dwie godziny. W miëdzyczasie nasi aresztanci zdâûyli jeszcze kilka razy skoczyê sobie do oczu, przez co wymazaliômy sië juû kompletnie lepkimi artykuîami spoûywczymi. Zwiâzaliômy ich w koïcu sznurem jak barany. Co? Îamanie praw obywatelskich? To niech nam kurwa dajâ wiëcej kajdanek!
Po jakim takim oczyszczeniu munduru wîoûyîem na gîowë czapkë. Niestety, za póúno stwierdziîem, ûe moja leûâca przedtem na ziemi czapka z dziwnych przyczyn napeîniîa sië mlekiem. Oszaleê...
Radio zawyîo natychmiast jak wsiedliômy do wozu. Jakiô maniak na przystanku tramwajowym? Jedziemy.
I rzeczywiôcie, staî tam. Taïczyî ôpiewaî i skakaî przed jakimô plakatem z wynikami jakiegoô konkursu.
- Wygraîem!!! - gardîowaî. Jestem miliarderem!!! Ucha cha cha cha cha! Wygraîem!!! Mam numer 600! Mam miliardy!!! Mój numer wygrywa!!! U cha cha!!!
Powoli podszedîem do niego. Partner zostaî w samochodzie mocujâc sië z pasem, który tym razem nie chciaî sië odpiâê. A wyjâcy maniak trzymaî w obu rëkach jak hostië plastikowâ nakrëtkë i cieszyî sië, jakby go ktoô îaskotaî.
Szybko spojrzaîem na oba numerki, jeden na tablicy, drugi na nakrëtce.
- Ejûe! - powiedziaîem. - Coô sië panu pomyliîo!
Spojrzaî na mnie jakoô dziwnie. Obróciîem wiëc delikatnie tkwiâcâ w jego palcach nakrëtkë do góry nogami. - Ma pan numer 009, a nie 600. Païski numer nie...
Dalej nie mogîem skoïczyê, bo facet rzuciî sië na mnie z noûem. Kilkoma ciosami powaliîem go wiëc na ziemië i skuîem kajdankami. W tym momencie podbiegî do mnie mój partner.
- Wezwaê posiîki? - Nie! - wychrypiaîem, bo szarpiâcy sië pode mnâ osobnik najwyraúniej uparî sië, by przegryúê mi gardîo. - Wezwij karetkë! - Pogotowia? - Nie!!! Dla psychicznych!!!
Dalej chyba juû nie ma co opowiadaê... Jeúdziliômy po mieôcie przez caîy dzieï z karetkâ ze szpitala psychiatrycznego na ogonie. Cóû my nie widzieliômy, czegóû nie sîyszeliômy. A to dwie dziewczyny skopaîy dwóch facetów, którzy na swoje nieszczëôcie w nieôli rëkach dwulitrowe plastikowe butelki, a to ktoô goniî kogoô z siekierâ, beîkoczâc coô o przedîuûeniu konkursu, a to mâû dusiî ûonë, krzyczâc, by mu oddaîa nakrëtki, a to ûona dusiîa mëûa, by...
W koïcu nauczyliômy sië rozpoznawaê wszystkich numeromaniaków po wyglâdzie i ôciâgaliômy ich bezpoôrednio z ulicy, ûeby nie zrobili sobie lub komuô krzywdy. Biegali zresztâ po caîym mieôcie, z obîëdem w oczach, zmierzwionymi wîosami, rozczapierzonymi palcami i krzyczeli: "Numerki! Numerki! ". W poszukiwaniu nakrëtek przegryzali zamkniëte pojemniki na plastik, napadali na ciëûarówki wiozâce napoje chîodzâce, kupowali teû caîymi koszami butelki z piciem i zostawiali je w sklepie nietkniëte, zabierajâc tylko kapsle...
Byîo juû bardzo póúno, gdy kompletnie wykoïczony i gîodny doczoîgaîem sië do drzwi mojego mieszkania. Nie miaîem juû siî, aby sië rozebraê, wiëc walnâîem sië na poôciel w ubraniu.
Ôniîo mi sië, ûe zostaîem skazany na karë ômierci. Zakapturzony kat chichoczâc przywiâzaî mnie do krzesîa elektrycznego, ale zamiast wîâczyê prâd, postawiî przede mnâ telewizor, w którym bez przerwy jakiô czubek trajkotaî: "Zbieraj nakrëtki, zbieraj nakrëtki, zbieraj nakrëtki, zbieraj... "
A rano znów zadzwoniî telefon...
BENEK
04.12.1995