Czîowiek w prochowcu


Cezary Domarus

Na zewnâtrz padaîo od wczesnych godzin rannych i nic nie wskazywaîo na to, ûe jeszcze tego samego dnia zza chmur wyjdzie sîoïce. Byîa póúna jesieï, a o tej porze roku w Bouville zawsze padaîo.

- Czy chcesz sië wyspowiadaê, synu? - ksiâdz wypowiedziaî te sîowa szeptem, jakby nie chciaî zagîuszyê kojâcego dúwiëku, jaki wydawaîy drobne krople deszczu spadajâce na parapety koôcielnych okien.

- A nie, nie... - odparî siedzâcy w ostatnim rzëdzie îawek mëûczyzna i spojrzaî ukradkiem na spowiednika - Ja tu tylko tak...

Przez chwilë panowaîa cisza. Ôwiatîo przesiane przez misternâ mozaikë witraûy zadrgaîo na twarzy ksiëdza.

Kiedy wszedî jakiô czas temu do koôcioîa, zobaczyî tam tylko jednego czîowieka, który nie zwaûajâc na miejsce w jakim przebywaî, czytaî najspokojniej na ôwiecie gazetë.

Drugâ rzeczâ, która musiaîa raziê kaûdego spokojnego mieszkaïca Bouville, byî prochowiec mëûczyzny - brudny, poplamiony, w wielu miejscach przetarty i poîatany przyszytymi niezdarnie kawaîkami materiaîu.

Po minucie milczenia ksiâdz odchrzâknâî, nabraî powietrza w pîuca i rzekî teraz juû stanowczym tonem; jego sîowa wyzwoliîy echo drzemiâce w ôcianach koôcioîa.

- Do ôwiâtyni wierni przychodzâ po to, by pomodliê sië i wyspowiadaê. To nie miejsce na czytanie brukowców.

Mëûczyzna w prochowcu nawet nie odpowiedziaî; nadal czytaî swojâ gazetë.

- To nie jest stosowne miejsce na czytanie - powtórzyî z naciskiem ksiâdz - Proszë to schowaê albo wyjôê z koôcioîa.

Po tych sîowach mëûczyzna oderwaî wzrok od gazety i uômiechnâî sië:

- Kiedy tu ciepîo i sucho. Jak przestanie padaê pójdë do domu.

- Juû powiedziaîem, co masz zrobiê, nieszczëôniku! - duszpasterz straciî cierpliwoôê - Opuôê to ôwiëte miejsce, póki nie bëdzie za póúno albo módl sië!

- Tylko dokoïczë ten artykuî - mëûczyzna w prochowcu spojrzaî na ksiëdza.

- Precz! - tego byîo juû za wiele - Precz z tego ôwiëtego miejsca, grzeszniku!

- Proszë ksiëdza, w taki deszcz...

- Milcz! Bo zawoîam koôcielnego!

- Dobrze, juû dobrze. Pójdë sobie.

Jezus Chrystus zîoûyî starannie gazetë i wyszedî ze ôwiâtyni trzymajâc rëce w kieszeni. "Jeszcze nie czas" - pomyôlaî i rozpîynâî sië w powietrzu.