Nie zamierzam tu nawiâzywaê do reguîki wolnoôci znanej z wszelakich sîowników czy encyklopedii. Chodzi mi o inny rodzaj wolnoôci, który to moûe bëdzie mi trudno wyraziê choê mam nadziejë, ûe jednak chociaû niektórzy zrozumiejâ o co tak naprawdë mi chodzi. Wiëc: jak pachnie wolnoôê???

Nie ta wyraûajâca sië peîniâ swobód obywatelskich, spoîecznych itp. ale ta inna, którâ mamy na co dzieï. A cóû to takiego ta codzienna wolnoôê?! Eh, czy sâ moûe ludzie którzy czujâ tak samo jak ja?! Ot choêby takie coô: jest niedziela, budzisz sië wypoczëty, za oknami grzeje sîoïce, przez otwarte na maksa okno wpadajâ do pokoju dúwiëki przytîumionego nieco wolnym dniem miasta.

Leûysz chwilkë wpatrujâc sië w tak dobrze znane Ci otoczenie. Tu plakaty na ôcianie, tam na biurku Amiga, na póîkach rzâdki ksiâûek. Leûysz tak przez kilka minut z perspektywâ wolnego dnia. Juû na tâ samâ myôl czîowiekowi robi sië raúniej na duszy. Przez te kilka bezczynnych chwil organizujesz sobie dzieï, planujesz, co bëdziesz robiî o tej i o tej porze, a wîaôciwie czego nie bëdziesz robiî, bo to przecieû niedziela. Niemniej planujesz sobie taki maîy rozkîad zajëê który to potem w 99% sië nie sprawdza, ale to takûe jest przyjemne - jeden z tytuîowych zapachów.

Wstajesz, w kuchni wita Cië trochë stonowana, niedzielna krzâtanina i powolne przygotowania do obiadu, wszak to juû poîudnie. Przez otwarte na oôcieû drzwi wpadajâ do wnëtrza masy upalnego powietrza. Z kawaîkiem chleba w reku wychodzisz przed dom, gdzie daje o sobie znaê kakofonia wszelakich dzwiëków - ptaki, pszczoîy, ôwierszcze. Oddychasz ciëûkim, nagrzanym powietrzem, ale zupeînie Ci ono nie przeszkadza.

Przez konary drzew i ich przybrane liôcmi gaîëzie przenikajâ promienie sîoïca tworzâc fantastyczne wzorki. Patrzysz i patrzysz i znów ogarnia Cië ta jakaô szczëôliwoôê - szczëôliwoôê z wszystkiego, wolnego dnia, piëknej pogody, ôpiewu ptaków. W tym momencie kochasz absolutnie wszystkich - caîy ôwiat! Z tego rozkosznego zamyôlenia wyrywa Cië sygnaî telefonu i za sekundë gîos siostry 'do ciebie! '.

Ciâgle natchniony atmosferâ tego poranka podnosisz sîuchawkë. To ona Twoja dziewczyna. Pyta o której ruszacie nad jezioro. I znów ten zapach - jezioro, woda, ona. Podajesz godzinë a w odpowiedzi sîyszysz 'kocham'. I nagle chce sië ûyê, tak bardzo ûyê, iû w pewnym momencie chciaîoby sië ucaîowaê wszystkich przechodzâcych ludzi, îâcznie ze znienawidzonym sâsiadem. To ten zapach. Cudowny zapach wolnoôci. Obiad, doskonaîy apetyt, potem chwila wolnego czasu do spotkania ze swojâ kobietâ i wspólnâ drogâ nad wodë. Amiga stoi sobie spokojnie i w napiëciu czeka na decyzjë. Twoja radoôê jest tak niesamowita, iû postanawiasz pooglâdaê sobie swoje ulubione demka. Ale to nie to! Nie w tym dniu - nie w takim dniu.

I wreszcie juû, sîodycz na ustach i zwiâzani rëkami ruszacie nad jezioro. Droga jest piëkna jak skrawek bîëkitnego nieba. Nastëpne kilka godzin to jedno pasmo wolnoôci - wszystko jest piëkne! Zgieîk dzieciaków baraszkujâcych w wodzie, przemykajâcy po plecach wiatr, mokre wîosy dziewczyny leûâcej obok ciebie i gwizdki ratowników. Jednoczeônie pojawia sië natrëtna myôl, iû jutro bëdzie poniedziaîek, szkoîa....... NIE!!! Sâ wakacje, jest luz!

Ôwiat obok znów nabiera kolorów, zupeînie nie panujâc nad sobâ porywasz swojâ ôwiëtoôê do wody i tam dîugo baraszkujecie, cieszâc sië bliskoôciâ i ciepîem swoich ciaî a takûe tym zapachem. Zapachem wolnoôci, zapachem... mîodoôci! Sîoïce stopniowo traci swâ moc, czas do domów, a i ûoîâdki domagajâ sië swoich praw. Bëdzie spacer - za dwie godziny tu i tu. Miëkkoôê kobiecych ust i czasowe poûegnanie. Ale wiesz, ûe nie na dîugo. W domu gîoôno, przyjechali krewni. Uômiech, to Aloô, a to ciocia Zosia. Ciasto i stawiajâca na nogi kawa.

Sîoïce juû nie parzy, a co waûniejsze nie wpada tak drastycznie do twojego pokoju jak rankiem. Amiga kusi swojâ obudowâ i leûâcymi na niej dyskami. Przez okno dociera do ciebie zapach kwiatów - wolnoôê. Po kilku sekundach stacja juû klika, nie masz ochoty na demka ale jakiô nastrojowy moduî byîby w sam raz. Moby, Extend, Scorpik - tak! Chwilka na zaîadowanie i Jarrelongversion wypeînia twój pokój. Pogrâûasz sië w ni to w drzemce, ni letargu. Player krëci jeden moduî juû któryô raz z rzëdu ale zupeînie ci to nie przeszkadza - ten klimat, ten...... zapach. Delikatne klawisze i poszum wody usypiajâ. Telefon. Ona. Ma wieczorem wolnâ chatë i po spacerze proponuje pójôcie do niej. Uômiechasz sië mimowolnie. Pojawia sië dobrze znany ale juû opanowany niepokój. Starsza woîa na kolacjë, ale zadowalasz sië tylko kawaîkiem ciasta. Mówisz, ûe nie wrócisz na noc. W porzâdku.

Spojrzenie w jej oczy które wszystko wyjaônia i ta wilgotnoôê i ciepîo jej ust. Sîoïce traci drapieûnâ ûóîê i staje sië jaskrawoczerwone. Wspinacie sië na pobliskie wzniesienie z którego idealnie podziwia sië zachód sîoïca. Pod wami tëtniâce wieczornym ruchem miasto i piski dzieciarni na ulicy. Czerwona kula powoli chowa sië za horyzontem. Teraz ôwieci dla kogoô innego. Resztki czerwieni to wymarzony moment do wyznania miîoôci.

Nie ma na co czekaê - jej dom wydaje sië w tym momencie jedynâ przystaniâ. Przez najbliûszâ godzinë stanie sië on równieû úródîem miîosnych westchnieï i kolejnego z serii zapachów. Ciemny pokój, rechot ûab i wypalony wspólnie papieros. Czajâca sië w pobliûu sennoôê. Niepokój o dalsze, wspólne juû losy. I wreszcie sen spokojny, îagodny, odôwieûajâcy. To teû te zapach - zapach wolnoôci.

Sagrael/SAF 09.07.95

Jeôli ktoô nie poczuî to sorry pisaîem w jakimô amoku!

<< romantyczny ten papieros, niech cië cholera - kor. Smile >>