odcinek I

Okute miedziâ wrota bîyszczaîy w promieniach porannego, wiosennego sîoïca. Nad wyraz sugestywna pîaskorzeúba ludzkiej czaszki zafascynowaîa Argwinkle tak, ûe z trudem oderwaî od niej wzrok.

Dookoîa panowaî ruch i gwar. Na sporym placyku wokóî ôwiâtyni, obok poustawianych tu kolorowych straganów, zebraîo sië kilkudziesiëciu ûâdnych przygód awanturników. Argwinkle przyglâdaî sië im z uwagâ. Byî pierwszy raz w tak wielkim mieôcie, jakim byî Ostrogród stolica prowincji póînocnej, i nie bardzo wiedziaî jak sië naleûy zachowywaê w tîumie.

Poza tym byî ciekaw jak wyglâdajâ poszukiwacze przygód. Niestety, rozczarowaî sië. Spodziewaî sië ujrzeê przed sobâ doôwiadczonych wyjadaczy, a tymczasem zgromadzone towarzystwo byîo bardzo mîode. W koïcu poprawiîo to jednak samopoczucie îowcy, który, sam bëdâc poczâtkujâcym, poczuî sië raúniej.

- Patrz - rzekî stojâcy obok Clu - zaczyna sië.

Argwinkle spojrzaî na stojâcego obok niego mëûczyznë. Byî on nadzwyczaj wysoki i, poniewaû wyglâdaî na osobë sîabej budowy, sprawiaî wraûenie chudego. Odczucie to potëgowaîy podîuûne rysy twarzy i lekko zapadîe policzki. Byîo jednak coô w sposobie bycia Clu co powodowaîo, ûe wzbudzaî on szacunek.

W ciemnych, luúno skrojonych szatach i gîadko ogolonej gîowie wyglâdaî zupeînie na tego kim byî - na mnicha. Clu Endise, jak przedstawiî sië Argwinkle'owi, pochodziî z poîoûonego w górach klasztoru, gdzie spëdziî ostatnich 7 lat. Îowca, sam mieszkajâcy od urodzenia w jednym miejscu, wyczuî w sîowach mnicha tësknotë za poznaniem szerokiego ôwiata.

Tak jak powiedziaî Endise, zaczëîo sië. Rzeúbione wrota rozwarîy sië, ukazujâc okalany kolumnami dziedziniec ôwiâtyni, ze ôrodka zaô wyszîo kilku mëûczyzn niosâc w rëkach drewniane îawy. Za nimi, dostojnym krokiem podâûaîa garstka kapîanów, którzy w milczeniu zasiedli przy postawionym stole. Z tyîu stanëli, ze skrzyûowanymi na piersiach rëkoma i szablami, ubrani w ciemne kirysy gwardziôci. Agwinkle zauwaûyî, ûe gîownie szabli wyrzeúbione byîy w ksztaîcie trupich czaszek.

Wôród zebranej gawiedzi rozlegîy sië liczne szepty emocji. Na dany przez kapîana znak wszyscy umilkli.

- Cieszë sië, ûe stawiliôcie sië tu tak licznie na wezwanie arcykapîana Kurut-Sena. Poniewaû jest was tak duûo, bëdziecie podchodziê wyznaczonymi grupami celem otrzymania dalszych wyjaônieï.

Gdy póî roku temu Argwinkle ujrzaî w rodzinnym miasteczku powiewajâce na drzwiach szynkwasu ogîoszenie, od razu wyczuî, ûe to jego szansa. Jeszcze raz w myôlach przypomniaî sobie znany niemal na pamiëê tekst:

"Ja, Arcykapîan Najwyûszej Ôwiâtyni Bregewiena, Kurut-Sen zwracam sië z proôbâ do wszystkich poszukiwaczy ûâdnych przygód, poczâtkujâcych awanturników o stawienie sië w Oômiogrodzie, na placu przed ôwiâtyniâ, w pierwszy dzieï wiosny, gdzie uzyskacie dalsze wyjaônienia. Wszystkich zainteresowanych przybyciem prosimy zakupiê odpowiednie zapasy ûywnoôci na drogë i ekwipunek. Z bîogosîawieïstwem dla wszystkich zainteresowanych Kurut-Sen. "

Kapîan usiadî ponownie, a jego towarzysz jâî wyznaczaê paru osobowe grupki, by podeszîy do îawy. Rozmowa z kaûdâ z nich trwaîa najwyûej parë minut.

Poniewaû kapîan wyznaczaî stojâcych obok siebie awanturników, Argwinkle i Clu stanëli tak, aby wyraúnie byîo widaê ûe sâ razem.

- Teraz wy - kleryk wskazaî dîoniâ na nich, a takûe na kilku stojâcych obok. Podeszîo ich w sumie piëciu. Îowca i mnich, wraz z pobrzëkujâcym lekkâ, narzuconâ na skórzany kaftan kolczugâ brodatym krasnoludem i ubranymi w luúne szaty dîugowîosym elfem i muskularnym czîowiekiem.

- Siâdúcie - zwróciî sië do nich najwaûniejszy z obecnych kapîanów. Odczekaî chwilë, aû wygodnie sië usadowili, przygîadziî faîdy sukni i podjâî dalej - Zaprosiîem was do stoîu gdyû chciaîbym zaproponowaê wam do wykonania pewnâ maîâ misjë.

Siedzâca przy stole piâtka spojrzaîa wyczekujâco w jego kierunku.

- Zadanie to nie naleûy do trudnych, a myôlë, ûe jego wykonanie byîoby dla was bardzo korzystne. Poniewaû nie mam zbyt wiele czasu - ruchem dîoni wskazaî innych oczekujâcych na placu bëdë mówiî moûliwie krótko. Otóû, niedaleko od miasta, o parë dni drogi, wedîug relacji wieôniaków pojawiî sië niebezpieczny potwór, który potrzebny jest naszej ôwiâtyni do waûnych celów. Zaznaczam, ûe nie ma tu znaczenia, czy dostarczycie go ûywego, czy martwego. Jednak wasze niepowodzenie przekreôliîoby naszâ dalszâ wspóîpracë.

Kapîan zamilkî, obserwujâc reakcjë siedzâcych.

- Jestem îowcâ - odezwaî sië nieômiaîo Argwinkle - i chcë wiedzieê, czy misja ta jest niezgodna z prawem i...

Kleryk pokrëciî przeczâco gîowâ.

- Jak najbardziej nie jest. - Kiedy byômy mieli wyruszyê? odezwaî sië elf. - Jeôli zgodzicie sië podjâê misjë, to za tydzieï. - A zapîata? - wychrypiaî krasnolud. - Jeûeli speînicie zadanie, na pewno sië na niej nie zawiedziecie.

Krasnolud marszczyî przez chwilë brwi i skubaî brodë, zastanawiajâc sië widaê, na ile moûna polegaê na sîowie kapîana. Efekt jego rozmyôlaï musiaî byê jednak pozytywny, gdyû nie odezwaî sië wiëcej.

- Ja przyjmujë - rzekî hardo Clu. - I ja - dodaî szybko Argwinkle.

Pozostali takûe wyrazili zgodë.

- Dobrze - powiedziaî kapîan podajcie wiëc teraz swoje dane skrybom - wskazaî na pochylonych obok nad pergaminami kilku kapîanów - i zapraszam dokîadnie za tydzieï o tej samej porze. Wtedy dowiecie sië szczegóîów. I przybâdúcie w peînym ekwipunku i z ûywnoôciâ na kilka dni drogi.

Caîa piâtka wstaîa i dopeîniwszy formalnoôci odeszîa razem poza teren placu.

Przystanëli dopiero na przylegîej ulicy.

- No wiëc wyglâda na to, ûe przyszîo nam pracowaê razem pierwszy odezwaî sië Clu. - Ano... - mruknâî krasnolud. - Proponujë - rzekî Argwinkle abyômy udali sië do jakiejô gospody i tak przy piwie dowiedzieli sië czegoô o sobie.

Pozostali milczâco skinëli gîowami na znak aprobaty. Ruszyli ulicâ i przystanëli dopiero przed ôrednio wyglâdajâcâ karczmâ "Kolorowa".

Wewnâtrz panowaî póîmrok. Nikîe ôwiatîo sâczâce sië z okiennic oôwietlaîo sporâ, zastawionâ îawami izbë. Przy stoîach siedziaîo pochylonych nad kuflami kilkanaôcie postaci, miëdzy którymi kursowaî gruby karczmarz.

- Siâdúmy tutaj - krasnolud wskazaî na îawë w kâcie izby. Zasiedli przy niej, a po chwili zjawiî sië gospodarz, u którego zamówili piwo.

- No to jesteômy - rzekî ni to do siebie ni to do towarzyszy krasnolud i odczekawszy chwilë dodaî - nazywam sië Dral. - Ja jestem Bardring. powiedziaî elf. - Ja Geen - przedstawiî sië muskularny mëûczyzna. - Ja zaô zwë sië Clu Endise a to mój przyjaciel Argwinkle - rzekî mnich.

Akurat do ich stolika powróciî karczmarz niosâc piwo, przerwali wiëc na chwilë rozmowë. Trunek, wcale niezîy, zasmakowaî wszystkim, pociâgnëli po solidnym îyku.

- I co o tym wszystkim myôlicie? - rzekî znowu krasnolud. - Myôlë, odezwaî sië Bardring, ûe to zadanie w sam raz dla nas. Nie wydaje sië byê specjalnie skomplikowanym, zresztâ, kapîani nie powierzyli by nam waûnej misji. - Acha - przytaknâî Geen - Ten schemat powtarza sie co parë lat. Zapraszajâ do siebie mîodych awanturników, którym zlecajâ proste zadania. Zyskujâ na tym obie strony.

Geen zauwaûyî pytajâcy wzrok zebranych.

- My, bo mamy misjë, oni, bo przynosi to chwaîë im i ôwiâtyni. A jak sië dobrze spiszemy, to moûemy liczyê na ich dalszâ protekcjë. - To by byîo coô - rzekî Clu. - Taaa - westchnâî Draal i podniósî kufel - Nasze zdrowie! - Zdrowie! - odpowiedziaî mu zgodny okrzyk towarzyszy.

Do wyznaczonego przez kapîana terminu mieli 7 dni, postanowili wykorzystaê ten czas na kompletowanie ekwipunku i miîe spëdzenie czasu. Argwinkle wcale nie byî taki pewnien, czy to bëdzie rzeczywiôcie îatwe zadanie. Korzystajâc wiëc z otrzymanych od ojca pieniëdzy zapijaî sie bez przerwy w karczmie, w czym szczególnie towarzyszyî mu krasnolud. Towarzyszyî mu równieû, gdy udali sië razem do pobliskiego zamtuza.

Mîodzi awanturnicy zakwaterowali sië w gospodzie, w jednym pokoju. Przez ten czas Argwinkle poznaî mniej wiëcej spoich towarzyszy.

Najbardziej gadatliwym byî oczywiôcie krasnolud. Pochodziî on ze starego rodu, z czego byî bardzo dumny. Wiëkszoôê ûycia spëdziî mieszkajâc w górach, gdzie poznaî co to znaczy ciëûka robota, pracujâc jako górnik. Umiaî teû, wedle wîasnych sîów, nieúle walczyê toporem, którym walczyî w górach z goblinami. Nie byî zbyt bystry, lecz jego pogodne usposobienie i bezpoôrednoôê zjednaîo mu przyjacióî w druûynie.

Elf Bardring, byî poczâtkujâcym magiem. Umiaî nie za duûo, ale, jak sië wyraziî, w sam raz na poczâtek.

Geen, muskularny mëûczyzna byî zaô kapîanem boga Argediena. Na ich zapytanie odparî, iû jest to opiekun walczâcych, wojskowych i stykajâcych sië z niebezpieczeïstwem.

Clu, co wiedziaî juû wczeôniej Argwinkle, byî mnichem. Argwinkle zaô, îowcâ.

Wszyscy byli mîodzi i niezbyt doôwiadczeni, jeôli chodzi o ûywot poszukiwacza skarbów. Ale wszystcy teû mieli nadziejë na sîawë i bogactwo. Kto wie, myôlaî Argwinkle, moûe sië nam uda?

Jak sië okazaîo, wszyscy byli pierwszy raz w Oômiogrodzie, imponujâcym mieôcie, zbudowanym na oômiu wyspach na rzece Mursk. Stolica prowincji póînocnej, jedno z trzech najwiëkszych miast królestwa i zarazem najwiëksze miasto jakie kiedykolwiek widzieli. Argwinkle wraz z towarzyszami nie ograniczaî sië tylko do kufla i zamtuza. W przerwach miëdzy jednym a drugim zapoznaî sië cokolwiek z Oômiogrodem.

Kupujâc potrzebny ekwipunek i ûywnoôc na wîasne oczy ujrzeli ogrom i przepych miasta, licznych kramów, sklepików, uliczek, gdzie od róûnorodnych, kolorowych towarów moûna byîo dostaê zawrotów gîowy. Podziwiali wspaniaîe budowle, liczne twierdze i wieûe, imponujâce fortyfikacje. Widzieli paradujâcych ulicami moûnych miasta, podziwiali z daleka piëkne, bogate kobiety.

* * *

Dokîadnie w tydzieï po wizycie w ôwiâtyni udali sie tam znowu. Na miejscu powitaî ich znajomy kapîan. Gdy znaleúli sië na dziedziïcu ôwiâtyni, klasnâî w dîonie i kilka sîug przyniosîo dwie îawy i stóî, a po chwili takûe dzban úródlanej wody. Kapîan poprosiî przybyîych o zajëcie miejsc. Argwinkle wykorzystaî të chwilë na rozejrzenie sie po dziedziïcu. Byî to kamienny plac, otoczony parumetrowym murem, którego jedna ôciana przylegaîa do ôwiâtyni, druga do jakiô zabudowaï. Pozostaîe otoczone z zewnâtrz byîy drzewami.

Kapîan równiez zasiadî za stoîem i spytaî:

- Czy ktoô z was pragnie skorzystaê z wody? - Mam lepszy trunek w swoim plecaku - mruknâî krasnolud. - Raczysz oczywiôcie ûartowaê. Wszak sîuûy to do obmycia râk.

Siedzâcy obok towarzysze parsknëli ômiechem.

- Nim przejdziemy do sprawy, proponujë posiliê sië trochë. Ktoô z was ma ochotë na pieczone na sîodko liôcie agawy? siedzâcy w milczeniu skinëli gîowami. Juz po chwili sîuga przyniósî dziesiëê przepysznych liôci.

Kapîan wziâî jeden i zagryzajâc zaczâî rozmowë.

- Na poczâtek przedstawië sië wam. Jestem Grhim, Wielebny Brat tutejszej ôwiâtyni. Cieszë sië, ûe przyjëliôcie zadanie i stawiliôcie sië tu dzisiaj. Poniewaû jednak widzë, ûe jesteôcie mîodzi i niedoôwiadczeni, chciaîbym, wybraê z poôród was dowódcë.

Zebrani popatrzyli po sobie. O tym nikt z nich nie pomyôlaî. Wszak trzeba wyîo samemu go wybraê. Lecz byîo juz za póúno.

- W tym celu przygotowaîem kilka niebezpiecznych bestii. Kaûdy, kto bëdzie chciaî pretendowac na stanowisko dowódcy, musi odbyê z jednâ z nich pojedynek. Kto jest chëtny? - Co to za bestie i gdzie bëdziemy walczyc? - spytaî Draal - Walczyê bëdziecie pojedyïczo w tamtych barakach - wskazaî rëkâ na pobliskie zabudowania - Nie mogë wam zdradziê kim sâ wasi przeciwnicy, powiem tylko ûe sâ groúni i bëdzie to walka na ômierê i ûycie - Argwinkle'owi wydaîo sië ûe przy tym pierwszym wyrazie na twarzy kapîana pojawiî sië cieï uômiechu. - Ja idë - rzekî bez namysîu Draal - I ja, ja teû - zgîosili sie kolejno wszyscy pozostali. - Dobrze. Chodzcie wiëc ze mnâ.

Grhim podniósî sië z îawy i skierowaî wraz z grupkâ w kierunku budynków.

- Pamiëtajcie, nie jest waûny sposób pojedynku, ale przeciwnika naleûy uczyniê niezdolnym do dalszej walki. Po drugie, dowódcâ zostanie ten, kto pokona go najszybciej.

Podeszli do jednopiëtrowego drewnianego budynku. Na ôcianach widniaîo kilka zakratowanych okienek. Argwinkle z towarzyszami zerknëli do wnëtrza, lecz nie dostrzegli nic.

Grhim skinâî na sîugë, który otworzyî obite drzwi.

- Ty pierwszy - rzekî kapîan do krasnoluda. - Ja? - speszyî sië Draal, lecz po chwili zacisnâî dziersko pasa i z toporem w dîoni i maîâ tarczâ w drugiej ruszyî do przodu pobrzëkujâc zbrojâ.

Powoli zbliûyî sië do rozwartych przez sîugë drzwi. Ciarki przeszîy mu po plecach. Do licha, pomyôlaî, Draalu, wstyd! Nie takim wyzwaniom stawiaîeô czoîa tam w górach. Rzeczywiôcie, w górach krasnolud spotkaî sië parë razy z niebezpieczeïstwem, kilka razy walczyî nawet z goblinami, lecz teraz baî sië nieznanego przeciwnika jak nigdy dotâd. Poczuî sië opuszczony. W górach zawsze miaî towarzyszy a teraz? Spojrzaî na swojâ grupkë. Draalu, upadîeô na gîowë, stwierdziî, zadawaê sië z takimi herlakami. Nie ma to jak poûâdna krasnoludzka kompania. W koïcu wyrwaî sië z otëpienia, splunâî i ruszyî dalej.

- Na czas walki drzwi bëdâ zamkniëte - rzekî kapîan - i ponownie otwarte zostanâ dopiero po walce.

Krasnolud wszedî do ciemnego ôrodka, za jego plecami szczëknâî zamek zamykanych przez sîugë wrót. Przez chwilë zmruûyî oczy i odczekaî chwilë aû przestawiâ sië na mrok. Po chwili dostrzegaî otoczenie jako niebieskie, zimne ksztaîty. Tylko tam gdzie byîy okienka czerwieniîy sië ciepîe ciaîa towarzyszy.

Spojrzaî prosto przed siebië, gdzie zdawaî sië dostrzegaê nieciâgîoôê ôciany. Nagle usîyszaî tupot biegnâcego stworzenia i przed sobâ dostrzegî obramowanâ krwawo czworonoûnâ sylwetkë. Stanâî w rozkroku z toporem i tarczâ gotowymi do walki.

Postaê ze zîowrogim warkniëciem skuliîa sië do skoku i runëîa prosto na Draala. Ten, osîoniî sië lewâ dîoniâ w której ôciskaî kurczowo tarczë. Siîa skoku obaliîa go na ziemië. Stwór, przypominajâcy krasnoludowi wilka, wskoczyî na jego leûâce ciaîo. Draal poczuî na twarzy niespokojny, gorâcy oddech przeciwnika i w ostatniej chwili udeûyî tarczâ w gotowy do ataku pysk. Usîyszaî skowyt, wilk odskoczyî od niego. Draal wykorzystaî ten moment i zerwaî sië na równe nogi. Byî spokojny, wiedziaî juû z jakim przeciwnikiem ma do czynienia i uspokajajâc wîasny oddech natarî na lekko oszoîomionego przeciwnika.

Zakrëciî w ciemnoôciach toporem i wystrzeliî wprost w wilka. Ten odskoczyî w tyî a metalowe ostrze zaryîo sië w ubitej ziemi. Zwierz, widzâc to skoczyî ponownie na krasnoluda. Ten znowu zasîoniî sië tarczâ, lecz tak nieszczësliwie, ûe ostre zëby zsunëîy sië po niej i zagîëbiîy sië w jego ramieniu.

- Argh! - wykrzyknâî i wyrwawszy topór ciâî celujâc wprost w cielsko wilka. Ostra krawëdú gîadko weszîa w skórë. Draal usîyszaî chrzëst îamanych ûeber i skowyt. Bezwîadne ciaîo opadîo na ziemië. Walka byîa skoïczona.

- Brawo! Brawo! - rozlegîy sië okrzyki z zewnâtrz. Przez otwierane drzwi wpadî po ôrodka strumieï ôwiatîa. Krasnolud wyszedî powoli na zewnâtrz.

- Gratulujë - rzekî kapîan - Kto nastëpny?

* * *

Byîo juû po wszystkich walkach. Najbardziej ucierpiaî Bardring, który próbowaî czarami osîabic bestië, co tylko jâ rozzîoôciîo. Teraz siedziaî pod drzewem, gdzie sîuga opatrywaî mu lewe ramië.

- Tak wiëc postanawiam - rzekî w koïcu Grhim - iû przywódcâ z poôród was zostanie Argwinkle.

Îowca poczuî przypîyw nagîej radoôci za to wyróûnienie. Pozostali wyrazili gratulacje oklaskami. Tymczasem kapîan skinâî na Argwinkle. Odeszli parë kroków od reszty towarzystwa.

- Tutaj - kapîan wyjâî z kieszeni habitu niewielki przedmiot - masz szkatuîkë, której uûyjesz w potrzebie i kluczyk do niej, bez którego otwieraê jej nie radzë. Podîug moich informacji zawarty w niej przedmiot unieruchomi istotë, którâ macie pojmaê.

Argwinkle w milczeniu przyjâî szkatuîkë wraz z kluczem. Wraz z klerykiem podeszli z powrotem do druûyny.

- Ûyczë wam powodzenia w wypeînieniu misji i czekam na wasz powrót.

Caîa piâtka opuôciîa teren ôwiâtyni i imponujâcymi ulicami Oômiogrodu ruszyîa ku rysujâcym sië za miastem wzgórzom, gdzie czekaîo ich wypeînienie pierwsza misja.

c.d.n.

Mr. Vain / TECHNOLOGY PC