"... ciemnoôê i marzenia
a na zewnâtrz waleczny ôwiat... "

Urodziî sië pewnego burzowego dnia lipca, w którymô z licznych lat drugiej poîowy dwudziestego wieku, w jednym z wiëkszych miast kraju. I tak juû zostaîo. W pewnym sensie, wtedy sië to wszystko zaczëîo. Co? Tego jeszcze nie wie.

Nastëpnego dnia po którymôtam poprzednim dniu obudziî sië gîodny i nieco pesymistycznie nastawiony do rzeczywistoôci. Czyli tak jak zwykle. Z trudem (bo senny byî jeszcze) wstaî z îóûka i powlókî sië do îazienki. Tam czekaîo go niemiîe spotkanie z wîasnym odbiciem. Dzieï dobry - powiedziaî irytujâcemu facetowi z naprzeciwka. Ten, jak zwykle zmaîpowaî jego gest. Idë stâd, pomyôlaî z dziwnym uczuciem, tym samym którego doôwiadczaî w sytuacjach bez wyjôcia. Miaî wtedy ochotë sië rozpîakaê, ale jako dûentelmen w co drugim calu mógî sobie pozwoliê co najwyûej na ironicznâ uwagë (uwaga bywaîa czësto autoironiczna, z jakichô tam jemu tylko znanych powodów). Wsadziî gîowë pod kran i puôciî strumieï chîodnej wody. Na oôlep zdjâî z póîki szampon przeciwîupieûowy i rozmazaî go sobie na gîowie. Uczucie bezcelowoôci wszelkich podejmowanych wysiîków powróciîo z podwójnym natëûeniem.

Staraî sië jak zwykle, aby odegnaê od siebie przykre wraûenie, ûe nie ma w gruncie rzeczy nic ciekawego do roboty. Jak zawsze nieufny wobec wszelkich prób indoktrynacji, nie daî sobie jednak wmówiê, ûe ten kolejny pusty dzieï ma jakâô rozsâdnâ przyczynë. Pozwoliî, aby ulubione przez niego uczucie absurdu wszechôwiata ogarnëîo na chwilë jego myôli. Szampon przeciwîupieûowy powëdrowaî z powrotem na póîkë. Zimna woda (jak zwykle latem, nie byîo ciepîej) zdâûyîa pochîodnieê jeszcze bardziej. Oczywiôcie mógîby postawiê czajnik lub inny garnek na gaz i zagrzaê jej trochë, byîoby to jednak wbrew jego ûyciowej zasadzie minimalnego wysiîku... Strumyk lodowatej cieczy popîynâî wzdîuû krëgosîupa, wywoîujâc solidne mrowienie i bezgîoôny krzyk. Wytarî wîosy i zmusiî sië do wejôcia pod prysznic. Zimny. Wymyî sië doôê starannie, zëby równieû (jak zawsze przezorny postawiî pastë i szczoteczkë w zasiëgu rëki), i wyszedî z kabinki. Wîoûyî szlafrok. Upaî na dworze byî wprawdzie upiorny, w domu panowaî jednak miîy chîodek. Nie ogoliî sië. Miaî doôê widoku swej twarzy, otwartej i sympatycznej, jak nigdy dotâd...

Wiedziony poczuciem obowiâzku ruszyî na zakupy. Sklep byî kilkadziesiât metrów od drzwi jego bloku, nie naraûaîo go to wiëc na zîamanie podstawowej zasady. Jak zwykle kaûdego dnia kupiî mleko, kefir, szynkë, rogaliki i biaîy ser. Kupiî takûe ômietanë i kawaîek sera ômietanowego Lindahlsa, co nie byîo codziennym zakupem. W kiosku nieopodal kupiî "Wyborczâ". Jak codzieï z wyjâtkiem niedziel. W drodze do domu kartkowaî dziennik. Tradycyjne kilka katastrof z pierwszych stron gazet... tym razem nie byîo niczego szczególnie interesujâcego, sezon ogórkowy, pomyôlaî.

W domu postawiî mleko na gaz, przelaî kefir z plastikowego kubeczka - gdzieû sië podziaî kefir w szklanych butelkach? - do kubka, wyjâî rogaliki z siatki (pozostaîe wiktuaîy powëdrowaîy do sypiâcej sië ze staroôci lodówki) i usiadî przy stole. Jak codzieï czytaî "Wyborczâ", jedzâc przy okazji rogalika i zapijajâc kefirem. Wiadomoôci nie byîy wcale nowe - wczoraj sîyszaî o nich w "Dzienniku TV", pardon, w "Wiadomoôciach"... Jednak informacje w gazecie, jak zwykle podane odrobinë tendencyjnie, czytaîo sië ciekawiej. Moûe dlatego, ûe informacje z telewizyjnych dzienników byîy preparowane o wiele mniej finezyjnie? Mniejsza z tym, pomyôlaî, i przeszedî do serwisu zagranicznego. Kolejna wojna, kolejna masakra ludnoôci cywilnej, w dalekim kraju urodziîy sië czworaczki zroôniëte czaszkami a ûona nastëpcy tronu pewnego païstwa okazaîa sië byê ukrytâ lesbijkâ... Wpîyw sezonu ogórkowego na wiadomoôci wydaî mu sië nadmiernie mocny. Kefir byî nazbyt ôwieûy, za to rogalik - ôwietny. Reportaû na ôrodkowych stronach byî jak zwykle interesujâcy. Kolejna wielka akcja pomagajâca ludziom zapomnieê o tym, ûe na codzieï nic ich nie obchodzi, rozwijaîa sië ôwietnie. Odîoûyî gazetë na lodówkë. Ukroiî sobie kawaîek ciemnego chleba ze sîonecznikiem. Posmarowaî masîem i ukroiî kawaîek kupionego dopiero co sera. Mleko o maîy wîos nie wykipiaîo. Zdâûyî w przedostatniej chwili. Nie chciaîo mu sië juû wiëcej jeôê. Czytaê teû nie.

Zastanowiî sië dîuûszâ chwilë. Nie miaî nic waûnego do roboty. Upaî na zewnâtrz zniechëcaî do wyjôcia z domu. Widok tych samych czterech ôcian doprowadzaî go do pasji (na jego sposób oczywiôcie). W koïcu zrobiî jedynâ rzecz, jakâ mógî zrobiê. Poszedî do swojego pokoju i zaîoûyî sîuchawki na gîowë. "Another form of boredom advertised as poetry..."