written by Ranger of Ladybird Design

Obudziî sië zlany zimnym potem, ciëûko dyszâc. W pamiëci miaî jeszcze ten obraz, odraûajâce wspomnienia po koszmarze, który drëczyî go od kiedy tylko pamiëtaî. Zawsze to samo, zawsze ta sama ohydna postaê usiîujâca wedrzeê sië do jego umysîu, chcâca zawîadnâê nim. Nienawidziî tych koszmarów, nienawidziî ich tak bardzo, ûe zdecydowany byî oddaê wszystko co miaî aby sië wreszcie skoïczyîy, daîy mu ôwiëty spokój. Lecz one nie miaîy zamiaru go opuôciê, niezaleûnie od tego co robiî, nie zaleûnie od tego jak bardzo próbowaî sië ich pozbyê powracaîy zawsze. Czasem tylko znikaîy na pewien czas, a on miaî nadziejë, ûe znikîy juû na zawsze; lecz nie, one powracaîy, powracaîy zawsze, w najmniej oczekiwanej chwili.

Zerknâî na zegarek... czwarta rano, zostaîa mu jeszcze godzina do pobudki. Okropnie chciaîo mu sië spaê, ale z doôwiadczenia wiedziaî, ûe raz przebudzony juû nie zaônie. Ociëûale zlazî z pryczy, przeklinajâc pod nosem. Musiaî zachowywaê sië nadzwyczaj cicho, jakiekolwiek haîasy miëdzy dwudziestâ trzeciâ a piâtâ rano byîy surowo karane. Usîyszaî ciche pukanie dobiegajâce z sâsiedniej celi, a nastëpnie stîumiony, ochrypîy gîos:

- Znowu?

- Tak... - wydusiî z siebie z zaûenowaniem.

- Ty to masz problemy, Bart. Nie doôê, ûe nie dasz rady zasnâê to jeszcze przez te gîupie koszmary wczeôniej wstajesz...

- To coô wiëcej niû tylko gîupie koszmary. Koszmary, jakie by nie byîy, znikajâ. Ten jeden nie znika, jest od zawsze, jak daleko potrafië siëgnâê pamiëciâ zawsze go miaîem...

- Sîyszysz? - przerwaî mu nagle To Ucho, lepiej zamknij sië... Obok jego celi przeleciaîo coô, co w slangu wiëúniów okreôlane byîo jako Ucho. Byîa to kula niewielkiej ôrednicy, szpieg z zainstalowanymi mikrofonami. Jeôli Ucho usîyszaîo by jakieô haîasy dobiegajâce z jego celi miaîby naprawdë duûe kîopoty.

* * *

Rozlegî sië gîoôny, przeraúliwy pisk. Dúwiëk emitowany na bardzo wysokich czëstotliwoôciach. Trwaî dziesiëê sekund, dziesiëê sekund w ciâgu których wstawaî kaûdy, nawet najgorszy ôpioch. Wiëúniowie doskonale juû znali ten okropny dúwiëk, który ogîuszaî na dobre kilka minut. Pobudka...

Kilka minut póúniej, gdy tylko wiëúniowie zaczëli dochodziê do siebie, otworzyîy sië kraty do cel. A z gîoôników poleciaîa ta sama, oklepana juû gadka:

- "Dzieï dobry, tu naczelnik Ceal. Wszyscy wiëúniowie proszeni sâ o opuszczenie cel i udanie sië do stoîówki. "

- Jak zwykle cel kazaî wyjôê nam z cel... - zamruczaî pod nosem Bart i uômiechnâî sië ironicznie.

Ôniadanie zaczynaîo sië zawsze punktualnie o 5: 30. Zniecierpliwieni wiëúniowie tîoczyli sië w maîym korytarzu przed stoîówkâ.

- Jeszcze tylko minuta...

- Te kurwy nawet nie pomyôlâ aby wpuôciê kogoô trochë wczeôniej. No bo co im zaleûy? Co dzieï rano stoimy tu ledwo mieszczâc sië w tym pierdolonym korytarzu gdy oni w tym czasie zapewne ôpiâ sobie w najlepsze. Dajâ nam jakieô ochîapy i...

Nagle drzwi do stoîówki otworzyîy sië, a wszyscy posîusznie weszli do ôrodka. Stoîówka byîa doôê obszerna, z îatwoôciâ mogîa pomieôciê 500 osób, czyli jeden sektor wiëúniów. Na ôrodku sali, w powietrzu, unosiîo sië Ucho, a w kaûdym rogu byîa zainstalowana kamera. Wiëúniowie doskonale wiedzieli, ûe jakiekolwiek uwagi krytyczne sâ w tej sali conajmniej nie na miejscu, tak wiëc wszyscy w spokoju i ciszy posîusznie konsumowali swój posiîek. Poza tym jedzenie nie byîo aû takie zîe, ci ludzie byli zazwyczaj przyzwyczajeni do jadania duûo gorzej.

Sektor Piâty... sektor, w którym byîo moûna znaleúê kaûdego: najemników, zîodziei, i caîâ resztë mëtów spoîecznych. Ale nie byî to jeszcze najgorszy sektor, najgorszym byî Sektor Pierwszy. Nikt dokîadnie nie wiedziaî co sië tam dzieje, ale z plotek moûna byîo wywnioskowaê, ûe jest tam duûo gorzej niû w tu. Podobno znajdujâ sië tam tylko i wyîâcznie najgorsze, skazane na doûywocie, szumowiny.

Plotki gîoszâ, ûe wiëúniowie tam po prostu znikajâ i nikt potem nie wie co sië z takim staîo... byê moûe podpadajâ upierdliwym nadzorcom, a byê moûe to jakieô porachunki miëdzy wiëúniami... ale nie, gdyby to byîy porachunki to znajdowano by potem ciaîa, a tak - nic, ûadnych ôladów, niczego co by wskazywaîo na to co sië staîo z zaginionym wiëúniem.

Po ôniadaniu przyszedî czas na chwilë wolnego czasu, wiëúniowie mogli robiê wszystko co im sië ûywnie podoba... no prawie wszystko. Bart staî oparty o kraty swojej celi gdy podszedî do niego wysoki, dobrze zbudowany mëûczyzna.

- Zaîatwiîeô to, Bart?

- Jeszcze nie! West, przecieû wiesz, ûe przed dziesiâtâ w tym pierdolonym wiëzieniu nie moûna niczego zaîatwiê! Uspokój sië i poczekaj trochë, juû prawie dziesiâta, gdy tylko zabiorâ nas na zewnâtrz wszystko sië zaîatwi. - uspokoiî go Bart.

- Ale pamiëtaj o tym, cena normalna?

- Na razie... i chyba juû tak pozostanie aû do mego wyjôcia! To juû tylko trzy dni... ale czas sië dîuûy niesamowicie. Te pierdolone wiëzienia mogâ czîowieka doprowadziê do obîëdu.

Dziesiâta, czas na spacerek, potem na przymusowe roboty, i na wszystko inne co tylko wpadnie do gîowy dla naczelnika Ceal'a. W sumie wiëúniowie to lubili, zawsze to jakieô urozmaicenie, których nie mieli tu w nadmiarze.

W czasie spaceru moûna byîo sobie zapaliê, a przymusowe roboty nie wymagaîy ûadnego wysiîku i ograniczaîy sië jedynie do kontrolowania maszyn, które wykonywaîy caîâ pracë. Gorsza sprawa jeôli genialny Ceal wpadnie na jakiô poroniony pomysî, np. tak jak tydzieï temu, kazaî wszystkim sprzâtaê teren i nie obchodziîo go, ûe caîoôê jest juû czysta a w chodniku wyîoûonym kamieniami moûna sië przejrzeê. Ale póki co to na nic takiego sië nie zapowiadaîo, wiëc wiëúniowie spokojnie zaczëli wychodziê na zewnâtrz.

Padaîo, nikt sië jednak specjalnie nie uskarûaî. Spacer, jak zwykle, trwaî póî godziny i zleciaî gîównie na rozmowach i zaîatwianiu interesów. Trzeba dodaê, iû wiëúniowie spacerujâ na placu oznaczonym Sector-5, oddzielonym siatkâ od Sector-4. W Sektorze czwartym przebywajâ wiëúniowie o podobnej zawartoôci "karty wiëúnia". Majâ oni jednak "luúniejszych" straûników, przez co majâ trochë wiëcej swobody. Takie rzeczy jak wódka, narkotyki sâ tam do zaîatwienia od rëki, przy czym w Sektorze piâtym ciëûko jest zaîatwiê nawet dobre fajki.

Zaraz po zbiórce przydzielono pracë wiëúniom - podzielono ich na dwie grupy, jedna miaîa sië zajâê konserwacjâ maszyn (zbliûaîy sië ôwiëta - czas wolny od pracy honorowane nawet w tym zakîadzie) a druga naprawâ starszych czëôci muru. Bart trafiî do grupy drugiej.

Wbrew oczekiwaniom praca nie byîa zbyt ciëûka, obijano sië maksymalnie, jako ûe straûnicy pochowali sië w "budach" przed deszczem. Przy okazji Bart wyskoczyî do Bennego z Sektoru czwartego po malutki pakunek. Wyjâtkowo nawet nie musiaî sië tîumaczyê dlaczego opuôciî miejsce pracy, straûnicy z pewnoôciâ grali w karty i nic nie zauwaûyli. Okoîo 16.00 wiëúniowie z drugiej grupy zmuszeni zostali przerwaê pracë, rozszalaî sië niesamowity wiatr, któremu pomagaîa ulewa. Mieli szczëôcie, nie dostali pracy zastëpczej, wiëc mogli wróciê do budynku.

* * *

Bart przekazaî malutki pakunek Westowi jeszcze tego samego dnia. Zasypiajâc myôlaî tylko o jedyn, czy koszmar powróci? Przez caîy poprzedni tydzieï drëczyî go i Bart miaî nadziejë, ûe chociaû tej nocy poûâdnie wypocznie. Nie mógî zapomnieê o strasznym ônie, nie pomagaî nawet jego dobry humor, dzisiaj zarobiî nastëpne trzy dychy, razem bëdzie tego kilka îadnych stów, nieúle zaszaleje gdy juû stâd wyjdzie...

C. D. N.