Kiedy ich wreszcie zobaczyî, dzieï miaî sië juû ku koïcowi. Czerwona tarcza sîoïca dotykaîa skalistych zrëbów i dawaî sië odczuê pewien chîód, choê byîa to przecieû peînia lata. Sylwetki idâcych, podôwietlone od tyîu, przesiâkniëte byîy kolorem czerwieni i barwa ta emanujaca jakby wprost od nich, przydawaîa postaciom grozy. W chwili gdy Jeff spostrzegî ich, szli juû gësiego. Tylko w ten sposób moûna byîo sië dostaê do jego kryjówki jeden nieostroûny ruch i w wielosetmetrowâ przepaôê leciaîa kolejna ofiara. Jeff poczekaî aû zgromadzâ sië wszyscy na wâskim ûlebie, podpuôciî ich jeszcze bliûej i krzyknâî:

- Staê! Czego tu chcecie!?

Byî zupeînie spokojny. Siedziaî w kucki pod drzewem, w gâszczu tropikalnych roôlin, caîkowicie niewidoczny z wâskiej ôcieûki. Sam widziaî doskonale swoich przeôladowców. Ujâî mocno guner, który leûaî mu w poprzek kolan. Kawalkada na ûlebie zatrzymaîa sië na dúwiëk niespodziewanego okrzyku. Koty obejrzaîy sië za siebie, momentalnie orientujâc sië w sytuacji. Byîy w puîapce. Jeff mógîby wystrzelaê je jak kaczki. Jeden z kotów wystâpiî nieco naprzód. Koîo niego stanâî czîowiek: wysoki, postawny blondyn.

-Staê! - Krzyknâî Jeff.

Nie wiadomo kto pierwszy rzuciî nazwë Koty. Ale znienawidzona rasa gwiezdnych najeúdúców ûywo przypominaîa sympatyczne ziemskie zwierzaki. Pokryte futrem, obdarzone kociâ zwinnoôciâ i zmysîami, posîugujâce sië zaawansowanâ technikâ, stanowiîy ucieleônienie marzeï o kontakcie z obcâ inteligencjâ, gdyby nie fakt, ûe owa inteligencja od pierwszego momentu nastawiona byîa na wyniszczenie rasy ludzkiej. Z niesamowitâ konsekwencjâ Koty przystâpiîy do zabijania mëûczyzn i klonowania nowych obywateli o ustalonych cechach. Oczywiôcie takich, ûeby Koty nie miaîy najmniejszych kîopotów ze sklonowanymi niewolnikami. Jeff byî jednym z nielicznych juû partyzantów, którzy chodzili jeszcze wolno. Tropiony od kilku miesiëcy jak dziki zwierz wymykaî sië okrutnym kotom, aû wreszcie dotarî tu, w góry. Do rodzinnej wioski. Dalej nie miaî gdzie uciekaê.

-Sîuchaj! - krzyknâî czîowiek stojâcy obok Kota. Jeff wbiî w niego wzrok. Tych zdrajców rodzaju ludzkiego nienawidziî najbardziej.

- Wiemy kim jesteô! Wiemy ûe jesteô niebezpieczny. Jeff Kfiatkofsky, byîy komandos z Legionu Wojowników! Zîodziej i buntownik, który...

Ôwietlisty promieï uderzyî w skaîë o dwie stopy od nogi tîumacza, przerywajâc mu w póî sîowa. Przeraûony czîowiek szarpnâî sië do tyîu. Kot staî w dalszym ciâgu nieruchomo, próbujâc przebiê wzrokiem gâszcz.

-Teraz ty mnie posîuchaj pëtaku! - odezwaî sië Jeff. - Powiedz tym przeklëtym Kotom, ûe majâ kwadrans, ûeby zniknâê mi z oczu. Potem rozwalë kaûdego, którego zobaczë.

Tîumacz zbliûyî sië do Kota i gestykulujâc przekazywaî mu stanowisko Jeffa. Najeúdúca staî nieporuszony.

- Sîuchaj Kfiatkofsky! Wielki Pierwszy daje ci póî godziny na powziëcie decyzji! Jeôli sië nie poddasz, zniszczymy cië! Zastanów sië! Nie masz ûadnych szans! To twoja ostat...

- Dziesiëê minut - Przerwaî tîumaczowi Jeff.

Czas pîynâî nieubîaganie.

- Piëê minut!

Przywódca Kotów zaszwargotaî coô do tîumacza.

- Kfiatkofsky! Na miîoôê Boskâ! Jak zrobisz jakieô gîupstwo rozwalë caîe te góry!

-Zostaîo wam trzy minuty! Wynocha parszywe Koty!

Wielki Pierwszy drgnâî. Rozumiaî na tyle mowë ludzkâ, ûe odróûniaî ironiczne przezwiska, jakie nadaîa jego rasie zmiaûdûona ludzkoôê.

-Minuta!

Wskazówka sekundowa nieubîaganie opasywaîa koîo na tarczy zegarka Jeffa. Wreszcie doszîa do punktu wyjôcia.

Koniec!

Trzeba przyznaê ûe Wielki Pierwszy byî dobrym fachowcem. W uîamku sekundy zwinâî sië w kîëbek, osîaniajâc ciaîo tarczâ, która odbijaîa ômiercionoône promienie gunera.

Cieniutki jak igîa strumieï energii uderzyî w jedyne nieosîoniëte miejsce Kota - w lewy kât wydîuûonej czaszki. Pierwszy wrzasnâî przeraúliwie i zwaliî sië w przepaôê. Jeff patrzyî jak reszta oddziaîu spiesznie opuszcza ûleb. Nie strzelaî do bezbronnych postaci, choê wiedziaî ûe prawdziwa walka dopiero sië zaczëîa.

***

Jeff siedziaî spokojnie na wysokim wystëpie skalnym. Lewâ rëkâ trzymaî ustawiony pionowo guner, prawâ nakrëcaî tîumik. Urzâdzenie to tîumiîo ôwiecenie wiâzki energii, co pozwalaîo zachowaê anonimowoôê miejsca skâd oddano strzaî. Przyîoûyî do oczu noktowizor i przeczesaî okolicë. Na stoku góry dostrzegî kilka postaci wspinajâcych sië z mozoîem. Chwilë póûniej od strony ûlebu daî sië sîyszeê gîoôny huk rëcznego granatu atomowego. W ôwietle eksplozji widziaî biegnâce sylwetki Kotów, które pod osîonâ zaporowego ognia gunerów przemieszczaîy sië w gîâb platformy.

Jeff wycelowaî starannie i nacisnâî przycisk. Niewidoczna fala energii uderzyîa w wystajâcy nawis skalny i obîamaîa go. Po chwili caîy stok przesîoniî obîok pyîu i kurzu.

-Pechowcy - westchnâî Jeff - o tej porze roku lawina...

Reszta ocalaîych Kotów wycofywaîa sië bezîadnie. Partyzant metodycznie wykaïczaî wrogów, aû do ostatniego. Ta faza rozgrywki naleûaîa do niego.

***

Kolejny dzieï byî znów upalny i peîen sîoïca. Jeff siedziaî w pîytkiej wnëce i próbowaî nie zasnâê. Trzykrotne nocne ataki rozwôcieczonych Kotów wyczerpaîy go.

Nagle usîyszaî jakiô dúwiëk, jakby szelest przesypywanego piasku. Czîowiek ostroúnie wyjrzaî. Nad platformâ unosiîy sië dwa flyery, niesamowite maszyny, bezgîoône, o piekielnym uzbrojeniu i szybkoôci. Mimo woli Jeff uômiechnâî sië. Tyle sprzëtu, Kotów, staraï i podchodów. Tylko po to, aby jego jednego wykurzyê z tego miejsca. Przez sekundë poczuî sië dumny. W nastëpnej wpatrywaî sië posëpnie w obîe pojemniki, które gësto rozrzucaîa zaîoga flyerów po caîej platformie.

-To gîupcy - pomyôlaî Jeff - ûe teû nie zmieniâ taktyki. Czy nie zdajâ sobie sprawy, ûe przez dwa lata nauczyîem sië wszystkich ich sztuczek?

Obîe pojemniki byîy ômiercionoônymi bombami gazowymi. Parametry trujâcej substancji byîy tak wyliczone, ûe mglisty opar unosiî sië nad terenem na wysokoôê kilku metrów i trwaî tak przez kilka godzin. Nie byîo ûadnej szansy!

Partyzant uômiechnâî sië naciâgajâc szczelnâ maskë i butle ze sprëûonym tlenem. Sprawdziî zawory i rozsiadî sië wygodnie. Trujâca mâka unosiîa sië z przeraûajâcâ szybkoôciâ. Jeff rozejrzaî sië uwaûnie. Czekaî na Koty.

***

Zaskoczenie byîo caîkowite. Wytîukî poîowë oddziaîu najeúdúców, zanim Koty, zdezorientowane (wciâû uûywaî tîumika), nie zrejtorowaîy pospiesznie. Zaskoczone jego przemyôlnoôciâ - nie przypuszczaîy, ûe moûe w jakikolwiek sposób zabezpieczyê sië przed gazem - wyszîy mu pod lufë jak stado baranów. Jeff z przyjemnoôciâ daî upust swojej wôciekîoôci. Czekaî na kolejne posuniëcie Kotów, bowiem trucizna zaczëîa sië juû neutralizowaê i dym z wolna rozpraszaî sië.

W przerwie miëdzy atakami posiliî sië i wstrzyknâî sobie pierwszâ dawkë yaniliny. Miaî teraz dwanaôcie godzin spokój ze spaniem.

Wstaî, kopnâî poniewierajâce sië puszki i wyszedî w zapadajâcy mrok z gunerem w rëce.

***

Tak jak przypuszczaî, zaatakowali z kilku stron. Do akcji wîâczyîy sië flyery, miotacze infradúwiëków, ciëûki sprzët. Przez caîâ noc i caîy nastëpny dzieï Jeff, wciâû balansujâc miëdzy ûyciem a ômierciâ, zdoîaî powstrzymaê atak Kotów i nie dopuôciî ich na platformë. Szczególnie duûo zamieszania narobiî rëcznymi granatami atomowymi, które zabieraî polegîym.

W koïcu doczekaî sië poselstwa. Kilka godzin przed zapadniëciem nocy znany juû Jeffowi tîumacz poprosiî o spotkanie. Po chwili namysîu partyzant wyraziî zgodë, i wyznaczyî miejsce oraz godzinë spotkania. Tîumacz przybyî punktualnie.

- Siadaj! - Jeff wskazaî mu skalne klepisko.

Przybyîy spoglâdaî na partyzanta z mieszaninâ lëku i zdziwienia. Nie mieôciîo mu sië w gîowie, ûe ten obdartus moûe stawiaê tak dîugi i zdecydowany opór jego wszechpotëûnym panom.

- Co chciaîeô mi zakomunikowaê? - mruknâî Jeff.

- Kfiatkofsky! Czîowieku! Przyszedîem tu ûeby ci daê ostatniâ szansë! Zastanów sië...

- Skoïcz! - warknâî Jeff, a guner w jego rëce niebezpiecznie sië zakoîysaî. - Oczekuje konkretnych propozycji.

- Kfiatkofsky, napsuîeô juû Kotom wystarczajâco duûo krwi. Przed godzinâ przyjechaî tu sam Generalny Inspektor. Poleciî, ûeby zniszczono cië wszelkimi moûliwymi sposobami. Choêby za cenë zmiecenia tych gór z powierzchni ziemi.

Jeff powâtpiewajâco kiwnâî gîowâ.

- Nie wierzysz - westchnâî tîumacz - ale zdajesz sobie sprawë ûe oni sâ zdolni do tego? No wîaônie, Kfiatkofsky! W imië czîowieczeïstwa poddaj sië! Czy chcesz zginâê? Koty obiecujâ ûe zostawiâ cië przy ûyciu! Zastanów sië! Chyba lepiej ûyê u nich niû w ogóle nie ûyê!

Jeff wstaî. Podjâî juû decyzjë.

- Wynoô sië! - lufa gunera zatoczyîa krótki îuk wskazujâc tîumaczowi wyjôcie. Tîumacz podniósî sië pospiesznie. W progu jaskini osadziîy go na miejscu sîowa Jeffa.

- Zapamiëtaj, ûe lepiej w ogóle nie ûyê, niû byê sîugusem Kotów. Idú i powiedz swoim panom, ûe sens istnienia znaczy dla mnie tylko jedno: zaîatwiê jak najwiëcej tych parszywych Kotów!

Tîumacz umknâî pospiesznie. Jeff z wôciekîoôciâ kopnâî odîamki skaîy. Do diabîa z tym! Chcâ go dostaê ûywego, w przeciwnym wypadku rozwalâ caîy ten masyw. W to nie wâtpiî. Decyzja mogîa byê tylko jedna.

Przyszedî mu na myôl mit, wedîug którego Koty byîy bezlitoônie ôcigane i tëpione przez jakâô tajemniczâ inteligencjë Dobrotliwych. Dlatego to Koty musiaîy ciâgle uciekaê. Potrzebowaîy wciâû nowych ûoînierzy wiëc bez skrupuîów podbijaîy kaûdâ planetë, która nie mogîa sië im przeciwstawiê. Traf chciaî ûe jednâ z nich byîa Ziemia.

Jeff nie wyobraûaî sobie zupeînie tej tajemniczej cywilizacji, która miaîa rzekomo oswobadzaê spod jarzma Kotów. Traktowaî ten mit z takim samym sceptycyzmem, z jakim wiëúniowie odnosili sië do legendy o biaîej amnestii, która miaîa jakoby dawaê wolnoôê wszystkim, bez wyjâtku, zatrzymanym. Zdawaî sobie zresztâ sprawë, ûë legenda ta to tylko bajka, nic wiëcej.

Kluczâc miëdzy drzewami, ostroûnie podkradî sië do miejsca, gdzie zbiegaî sië ûleb i platforma. Ruszyî w dóî ûlebem. Zdâûyî przejôê zaledwie kilka kroków, gdy zostaî oôwietlony jaskrawym ôwiatîem.

- Rzuê broï! - rozlegî sië w ciemnoôci gîos tîumacza.

Partyzant szerokim îukiem wyrzuciî w ciemnoôê guner.

- Cieszë sië Kfiatkofsky ûe wreszcie zrozumiaîeô! - znów odezwaî sië tîumacz.

- Chcë sië widzieê z Generalnym Inspektorem! - krzyknâî Jeff - Chcë ûeby zaôwiadczyî o tym co mi przekazaîeô!

Razem ruszyli w dóî. W koïcu doszli do maîej dolinki gdzie mieôciîo sië obozowisko Kotów. Jeff rozglâdaî sië wokóî. Potëûne maszyny, flyery, miotacze ciëûkich czâsteczek - wszystko byîo przygotowane na niego jednego. Obóz zapeîniaî sië Kotami, które zchodziîy z posterunków na wieôc o poddaniu sië partyzanta. W pewnej chwili gwar pisków ucichî i z gîëbi obozu podszedî do Jeffa ogromny Kot i coô zaôwiergotaî.

- Generalny Inspektor wyraûa ci swój podziw i zdumienie, úe sam jeden stawiîeô czoîa jego sîugom - przetîumaczyî pospiesznie blondyn.

Dookoîa tîoczyîy sië Koty chcâc z bliska zobaczyê nieuchwytnego dotâd czîowieka.

Jeff sîyszâc sîowa tîumacza uômiechnâî sië ironicznie. W nastëpnej sekundzie wykonaî ruch szybki jak bîyskawica i po chwili trzymaî w rëku odbezpieczony granat atomowy.

-Jeôli do mnie strzelâ, wypuszczë go z rëki. A wtedy wybuchnie Jeff powiedziaî to przeraúliwie spokojnie.

- To granat obronny o zwiëkszonym polu raûenia. Rozwali caîy obóz, wszystkie maszyny i wszystkie Koty. Przetîumacz to - dodaî nie odwracajâc oczu stojâcego naprzeciw najeúdúcy.

W miarë rozumienia, twarz Generalnego Inspektora zmieniîa sië. Wreszcie, Jeff uchwyciî w niej to, na co czekaî. Byî to wyraz panicznego strachu, który zagoôciî na obliczu Kota.

Czîowiek rozeômiaî sië. Ômiaî sië dîugo. Ômiaî sië nawet wtedy, gdy z caîâ siîâ, na jakâ byîo go staê, rzuciî granatem o ziemië.

Prawdopodobnie nie pospieszyîby sië tak, gdyby mógî zobaczyê ogromny statek kosmiczny, który wîaônie zbliûaî sië do Ziemi. Byê moûe zdoîaîby póúniej przekonaê jakiegoô wiëúnia, ûe biaîa amnestia naprawdë istnieje...

Autor nieznany, wklepaî

SPIROL