Tekst "Skrzydîa w ôród nocy" opowiada o "spotkaniu" Kane'a ze skrzydlatymi potworkami, które traktujâ murzyïskâ wioskë jako "maîâ spiûarnië". Kane jak to zwykle bywa wôród herosów rozprawia sië z harpiami, ale nie dostaje za to oklasków od tubylców. A dlaczego...
Wsparty na swej przedziwnie rzeúbionej lasce Solomon Kane z posëpnym zadziwieniem spoglâdaî na widniejâcâ przed nim tajemnicë. Zbyt wiele juz widziaî opuszczonych wiosek od czasu gdy zwróciî twarz ku wschodowi i opuôciî Wybrzeûe Niewolnicze, by zagubiê sië w labiryncie dûungli i rzek, ûadna jednak nie byîa podobna do tej wîaônie. To nie gîód wygnaî jej mieszkaïców - niedaleko od wsi dostrzegî zagony wybujaîego dzikiego ryûu. Arabscy îowcy niewolników takûe nie zapuszczali sië do tej odlegîej krainy. Të wies musiaîa spustoszyê jakaô wojna plemienna - zdecydowaî przyglâdajâc sië porozrzucanym wôród traw i zaroôli koôciom i szerzâcym zëby czaszkom. Byîy pokruszone i poîamane. Spostrzegî szakala i hienë, ostroûnie przekradajâce sië pomiëdzy walâcymi sië chatami.
Ale dlaczego napastnicy porzucili swój îup? Na ziemi leûaîy oszczepy wojenne o drzewcach rozsypujâcych sie po licznych atakach termitów oraz próchniejâce w deszczu i sîoïcu tarcze. Na szyi jednego ze szkieletów poîyskiwaî naszyjnik z jaskrawo malowanych kamyków - cenna przecieû zdobycz dla kaûdego dzikiego najeúdúcy.
Przyjrzaî sië chatom. Dziwne: kryte sîomâ strzechy wielu z nich byîy poszarpane, porozdzierane, jak gdyby jakieô uzbrojone w szpony stworzenia próbowaîy dostaê sië do wnëtrz od góry. I wtedy coô zobaczyî; jego oczy aû s¡e zwëziîy pod wplywem zdumienia i niedowierzania. Tuû za wzgórkiem butwiejâcych szczâtków, które kiedyô byîy czëôciâ palisady, wznosiî sië olbrzymi baobab. Do wysokoôci szeôdziesiëcu stóp w ogóle nie miaî galëzi, a jego pieï byî zbyt gruby, by moûna sië byîo po nim wspiâê. Mimo to spoôród najwyûszych gaîëzi zwisaî szkielet, najwyraúniej wbity na uîamany konar. Kane poczuî, jak na jego ramieniu zaciska sië zimna dîoï tajemnicy. W jaki sposób te ûaîosne szczâtki znalazîy sië na drzewie? Czyûby rzuciîa je tam nieludzka îapa jakiegoô potwora?
Kane wzruszyî ramionami, a jego dîoï mimowolnie zeôlizneîa sië do pasa, ku czarnym kolbom ciëûkich pistoletów i rëkojesciom dîugiego rapieru i sztyletu. Nie odczuwaî lëku, który ogarnâîby zwykîego czîowieka, gdyby stanâî twarzâ w twarz z nieznanym i Bezimmiennym. Po chwili Kane, raz jeszcze obrzuciwszy wioskë uwaûnym spojrzeniem, poprawiî pas, przerzuciî do lewj rëki ozdobionâ rzeúbionâ laskë i ruszyî przed siebie. Purytanin ruszyî na wschód dîugim, pîynnym, nie znajâcym zmëczenia krokiem. Z tyîu zostaîa milczâca wieô i ciëûar jej sekretów i ômierci. Na tajemniczej wyûynie panowaîa absolutna cisza. Nie sîychaê byîo ôpiewu ptaków i tylko niema ara przemykaîa miëdzy koronami drzew. Zakîócaîy të ciszë jedynie kocie kroki Kane'a i niosâcy gîos bëbnów szept wiatru.
Nagle Anglik zobaczyî miëdzy drzewami obraz, którego nieoczekiwana groza sprawiîa, ûe jego serce zabiîo szybciej. Kilka chwil póúniej staî oko z samâ Grozâ, straszliwâ i caîkowitâ. Poôrodku rozlegîej polany wbity byî pal, do którego przywiâzano coô co kiedyô byîo czarnym czîowiekiem. Kane wiosîowaî niegdyô w îaïcuchach na tureckiej galerze, harowaî w winnicach Barbarii, walczyî z czerwonoskórymi Indianami w Nowym Ôwiecie i mdlaî z bólu w lochach hiszpaïskiej Inkwizycji. Wiedziaî, jak nieludzcy potrafiâ byê ludzie. Teraz jednak nawet on wzdrygnâî sië i poczuî falë mdîoôci. Lecz wstrzâsneîa nim nie potwornoôê ran, choê byîy straszne, ale to, ûe ten ludzki strzëp ûyî jeszcze. Gdy bowiem zbliûaî sië, uniosîa sië zwieszona na poharatanâ pierô gîowa. Miotana z boku na bok, bryzgaîa krwiâ z resztek uszu, a spomiëdzy obdartych ze skóry warg wydobywaî sië zwierzëcy szloch.
Przemówiî do tego stworzenia, a ono wrzasneîo ogîuszajâco, wijâc sië w niesamowitych skrëtach. Szarpaî gîowâ w dóî i w górë i zdawaîo sie, ûe próbuje coô dojrzeê pustkâ martwych, rozwartych oczodoîów, Jëczâc gîucho istota kuliîa swe umëczone ciaîo przy palu, do którego byîa przywiâzana. Uniosîa gîowë, jak gdyby nasîuchujâc , jakby oczekiwaîa czegoô od nieba.
- Nie lëkaj sië - powiedziaî Kane dialektem plemion rzecznych. - Nie zrobië ci krzywdy. Uwolnie cië. Spomiëdzy pokruszonych zëbów dobiegîy sîowa , niepewne i ciche. Z tego co mówiî zrozumiaî ûe ofiara tkwi przy palu juû dîugo - wiele ksiëûyców mamrotaî Murzyn, a przez caîy ten czas zîe istoty zabawiaîy sië nim wedle nieludzkich zachcianek. Wymieniî ich nazwe, sîowo to brzmiaîo jak akaana. Solomon delkatnie zdjâî umëczone ciaîo i zîoûyî na trawie. Zauwaûyî, ûe rany wyglâdajâ raczej na zadane przez kîy i szpony niû przez wîócznie i noûe.
- Opowiedz mi o tych diabîach - rzekî pochylajâc sië. - Na Boga mego ludu! ta zbrodnia zostanie pomszczona, choêby sam szatan stanâî mi na drodze.
Wâtpiê naleûy czy sîowa te dotarîy do konajâcego. Kane usîyszaî za to inny dúwiëk. Ara, wyleciaîa z pobliskiego zagajnika i przefruneîa tak nisko ûe musneîa wîosy Europejczyka. Na gîos uderzeï skrzydeî Murzn uniósî sië i krzyknâî, a Kane wiedziaî, ûe krzyk ten do ômierci przeôladowaî go bëdzie w sennych koszmarach.
- Skrzydîa! Skrzydîa! Znowu nadchodzâ! Och, îaski, skrzydîa! Z jego ust strumieniem bluzneîa krew. Po chwili juû nie ûyî. Delikatnie podniósî krwawy zewîok, w którym tëtniîy kiedyô ûycie, mîodoôê i radoôê. Raz jescze spojrzaî na straszliwe okaleczenia, a potem uîoûyî na zwîokach kopiec kamieni tak duûy, by nawet wëszâce kojoty nie zdoîaîy odgrzebaê ciaîa.
Sîoïce chyliîo sië ku zachodowi. Kane byî gîodny. O ôwicie pochîonâî resztke suszonego miësa i od tego czasu nic nie miaî w ustach. Úródîa, na które sië czasem natykaî, dostarczaîy mu wody, a raz zdawaîo mu sië, ûe dostrzega dach duûej chaty. Obszedî jâ z daleka. Trudno byîo uwierzyê, ûe ten tak cichy pîaskowyû jest zamieszkany, lecz gdyby tak byîo, to jego mieszkaïcy bez wâtpienia okazaliby sië nie mniej okrutni od tych którzy go ôcigali.
Zapadîa noc. Kane dotarî do zboczy, wiodâcych ku podnóûom gór, które czarne i groúne wznosiîy teraz ponad nim. Byîy jego celem, a jednak czuî, jak odpycha go od nich jakaô dziwna niechëê. Kryîo sië w nich jakieô tajemne zîo. Usîyszaî cichy dúwiëk. Odwracjâc sië dostrzegî jakiô ruch w mroku. Niewyraúny cieï skoczyl na niego ze zwierzëcym rykiem. Uniknâî ciosu dziëki gwiazdom, które odbijaîy sië w ostrzu; poczuî ûe oplatajâ go szczupîe ûylaste ramiona, a spiczste zëby wbijâjâ sië w ciaîo. Walczyî zaûarcie. Jego koszula trzasneîa pod wyszczerbionâ kligâ. Tylko przypadkiem zdoîaî pochwyciê trzymajâcâ ûelazny nóz rekë. Wyszarpnâî sztylet. Czuî nieprzyjemny dreszcz, w kaûdej chwili oczekujâc wîóczni w plecach.
W tej chwili uderzenia wielkich skrzydeî powaliîy Kane'a na ziemië, a jego przeciwnik znikî z krzykiem ômiertelnego strachu. Kane, wstrzâôniëty do gîëbi, skoczyî na nogi. Natëûyî wzrok. Wydaîo mu sië, ûe na tle nocnego nieba dostrzega przesîaniajâce gwiazdy bezksztaîtne, straszne Coô - wijâce sië ludzkie czîonki, wielkie szkrzydîa i niewyraúna sylwetka - co znikîo tak szybko, ûe nie byî pewien, czy istotnie to widziaî.
Skrzydîa! Skrzydîa wsród nocy! Szkielet w wiosce, poszarpane strzechy chat, okaleczony Murzyn, którego rany nie pochodziîy od noûa ani wîóczni i który skonaî krzyczâc o skrzydîach! Z pewnoôciâ kraina ta to teren îowiecki gigantycznych ptaków, które z ludzi uczyniîy swój îup. Lecz jeôli to ptaki, to dlaczego nie poûarîy do koïca tego nieszczëônika na palu? A zresztâ w gîëbi serca Kane nie wierzyî, by jakikolwiek ptak mógî rzucaê taki cieï jaki przesîaniaî gwiazdy.
Solomon Kane zasnâî, a jego sny byîy mgliste, chaotyczne, przepeînione lëkiem przed zîymi mocami, pochâdzâcymi z epok poprzedzajâcych nadejôcie czîowieka. Ôniî, ûe na gaîëzi przed nim przysiadîo dziwne ledwie widoczne stworzenie i patrzyîo na niego wygîodniaîymi ûóîtymi oczyma, których spojrzenie zdawaîo sië wdzieraê we wszystkie zakamarki jego mózgu. Sama zjawa byîa wysoka, szczupîa, o dziwnie znieksztaîconej sylwetce i tak zlewjâca sië z mrokiem, ûe wydawaîaby sië tylko cieniem, gdyby nie wâskie, ûóîte oczy. Kane ôniî, ûe trwa jak zaczarowany, a w tych oczach pojawia sië niepewnoôê, ûe ta istota odchodzi po gaîezi tak,jak szedîby czîowiek, a potem roawija wielkie, szare skrzydîa, daje susa w przestrzeï i znika. Wtedy Kane zerwaî sië na nogi. Opary snu rozwiewaîy sië powoli.
Blask ôwitu oôwietliî pasmo gór na wschodzie. Kane przebudziî sië. Wspomniaî nocny koszmar i schodzâc z drzewa raz jeszcze zadziwiî sië jego wyrazistoôciâ. Odôwieûony caîonocnym snem ruszyî przed siebie dîugim, równym krokiem. Minâî zagajnik, który byî ôwiadkiem nocnego starcia, i wszedî w rejon, gdzie u stóp wzgórz drzewa rosîy coraz rzadziej. Piâî sië w górë. Przystanâî tylko na chwilë, by raz jeszcze spojrzeê na przebytâ drogë. Kiedy znalazî sië na powyûej pîaskowyûu, mimo odlegloôci bez trudu dostrzegî opuszczonâ wioskë - niwielkâ grupkë chat z bambusa i gliny. Jedna z nich, stojâca na maîym wzniesieniu w pewnym oddaleniu od reszty, byîa wiëksza od pozostaîych.
Gdy tak patrzyî, nagle z góry runeîo coô potwornego trzepoczâc strasznymi skrzydîami! Kane odwróciî sië zaskoczony. Wszystkie fakty zdawaîy sië potwierdzaC teorië polujâcego nocâ skrzydlatego potwora, nie oczekiwaî wiëc napaôci w peînym ôwietle dnia. Oto jednak pikowaîo na niego przypominajâce nietoperza stworzenie jak gdyby ze ôrodka oôlepiajâcej tarczy sîonecznej. Dostrzegî potëûne, rozpostarte szeroko skrzydîa i wyglâdajâcâ spomiëdzy nich straszliwie ludzkâ twarz.
Wyrwaî pistolet i strzeliî, a potwór zatoczyî sië, przekozioîkowaî i runâî u jego stóp. Pochylony wciâû trzymajâc pistolet w dîoni, z rozszerzonymi ze zdumieniem oczami wpatrywaî sië w trupa. To stworzenie byîo bez wâtpienia demonem z czarnych otchîani piekîa, podpowiadaîa posëpna purytaïska dusza Kane'a, a przecieû zabiî je kawaîek oîowiu. Choê przez caîe ûycie chodziî dziwnymi drogami, nigdy nie widziaî niczego choêby trochë podobnego.
Stworzenie przypominaîo czîowieka, choê byîo nie po czîowieczemu wysokie i nie po czîowieczemu chude. Podîuûna, wâska, bezwîosa gîowa byîa gîowâ drapieûcy. Uszy miaî niewielkie, przylegajâce, dziwnie spiczaste, zmëtniaîe po ômierci oczy, skoône, niezwyklej ûóîtawej barwy. Nos byî chudy i haczykowaty jak dziób drapieûnego ptaka, usta zaô przypominaîy szerokâ szramë. Skrzywione w grymasie agonii wâskie wargi, na które wystâpiîy kropelki piany, odsîaniaîy wilcze kîy.
Poza tym stworzenie, bezwîose i nagie, przypominaîo istotë ludzkâ. Miaîo szerokie, potëûne ramiona, szczupîâ szyjë, dîugie muskularne rëce. Kciuk wyrastaî ze ôródrëcza tak jak u niektórych gatunków wielkich maîp, a wszystkie palce uzbrojone byîy w solidne, zakrzywione szpony. Pierô miaîa owa istota dziwnie znieksztaîconâ - niby kil okrëtu wystawaî mostek, od którego biegîy do tyîu ûebra. Dîugie, patykowate nogi koïczyîy sië wielkimi, chwytnymi, podbnymi do do dîoni stopami, u których wielki palec poîoûony byî przeciwstawnie do pozostaîych - jak ludzki kciuk. Pazury u stóp byîy po prostu dîugimi paznokciami.
To, co najbardziej niezwykîe u tego zdumiewajâcego stwora, znajdowaîo sië jednak na jego plecach. Otóû z ramion wyrastaîa mu para wielkich skrzydeî, uîoûonych jak skrzydîa êmy, lecz zbudowanych z naciâgniëtej na kostnym szkielecie skórzastej materii. Zaczynaîy sië nieco z tyîu, poniûej stawu ramieniowego, a koïczyîy w póî drogi do wâskich bioder. Skrzydîa te, oceniî Kane, mogîy mieê od koïca do koïca okoîo osiemnastu stóp.
Anglik zîapaî potwora i podniósî do góry, wzdrygajâc sië mimowolnie od dotkniëcia gîadkiej, skórzastej bîony skrzydeî. Stwór waûyî trochë mniej niû poîowë tego, co czîowiek równy mu wzrostem, czyli mierzâcy mniej wiëcej szeôê i póî stopy. Kane cofnâî sië i jeszcze raz przyjrzaî sië swej ofierze. A wiëc jego sen nie byî snem i ta odraûjâca istota lub inna, podobna do niej, która siedziaîa obok niego, na gaîëzi, byîa ponurâ rzeczywistoôciâ...
Uderzyîy potëûne skrzydîa! Coô runeîo z nieba! Odwracajâc sië Kane pojâî, ûe popeîniî grzech niewybaczalny - straciî czujnoôê. Skrzydlaty potwór oplâtaî nogi czîowieka wîasnymi, trzymajâc go wbitymi w pierô szponami ze strasznâ mocâ. Ptasia istota wznosiîa sië wolno w górë i przelotne spojrzenie w dóî powiedziaîo Kane'owi, âe sâ juû wysoko nad koronami drzew. Odpychajâc od siebie ostre kîy zdoîaî pochwyciê sztylet i wbiê go gîëboko w pierô potwora.
Czîowiek - nietoperz skrëciî sië gwaîtownie, a z jego zduszonej krtani wyrwaî sië zgrzytliwy, ochrypîy wrzask. Rzucaî sië dziko, biî rozpaczliwie skrzydîami, wyginaî grzbiet i wôciekle szarpaî gîowâ w próûnych wysiîkach uwolnienia jej i zatopienia w gardle ofiary ômiercionoônych kîów. W mëce coraz gîebiej wbijaî pazury jednej rëki w pierô czîowieka, szponami drugiej rozdzieraî twarz i ciaîo wroga. Mimo to poraniony, krwawiâcy Anglik z milczâcâ, wytrwaîâ zawziëtoôciâ buldoga wciâû mocniej i mocniej zaciskaî palce na chudej szyi i raz po raz wbijaî ostrze w miëkki tuîów. Sîabnâce skrzydîa potwora z trudem utrzymywaîy ciëûar dwóch ciaî. Szybko opadali ku ziemi. Kane, któremu krew i wôciekîoôê przesîaniaîy wzrok, nic o tym nie wiedziaî. Z pîatem zwisajâcej z gîowy skóry, z poszarpanymi piersiami widzial ôwiat jako oôlepiajâcy krwawy krâg, w którym jedno tylko uczucie byîo wyraúne - nieprzeparta ûâdza zgîadzenia przeciwnika.
Sîabe, rozpaczliwe uderzenia skrzydeî konajâcego potwora utrzymywaîy ich przez chwilë zawieszonych nad gëstâ këpâ potëûnych drzew. Anglik wyczuî, ûe uchwyt szponów i oplatajâcych nóg zelûaî, a ciosy pazurów przerodziîy sië w jaîowâ mîóckë. Ostatnim wysiîkiem wbiî sztylet w pierô potwora i poczuî, jak jego ciaîo zadygotaîo konwulsyjnie. Skrzydîa zwisîy bezwîadnie i obaj, zwyciëzca i pokonany, jak kamieï runeli ku ziemi. Poprzez czerwonâ mgîë Kane widziaî pëdzâce im na spotkanie gaîëzie, czuî, jak bijâ go po twarzy i rozdzierajâ ubranie, gdy spleceni w ômiertelnym uôcisku spadali wôród konarów umykajâcych jego wyciâgniëtej dîoni. Potem udrerzyî glowâ o coô twardego i poczuî, jak pochîania go nieskoïczona, czarna odtchîaï.
Przez tysiâce lat biegî Kane szerokimi, bazaltowoczarnymi korytarzami nocy. Straszne w caîkowitej ciemnoôci gigantyczne skrzydlate demony przelatywaîy nad nim z szumem skrzydeî. Walczyî z nimi w mroku, jak zagnany w ôlepy zauîek szczur walczy z nietoperzem-wampirem. Bezcielesne wargi szeptaîy mu straszliwe bluúnierstwa i sekrety wprost do uszu, a jego szukajâca pewnego oparcia stopa roztrâcaîa ludzkie czaszki. Powrót z krainy zwidów byî nagîy.
Powrót do normalnoôci zwiastowaî widok pochylonej nad nim tîustej, îagodnej czarnej twarzy. Kane stwierdziî, ûe znajduje sië w czystej, dobrze wywietrzonej chacie. Z bulgocâcego przed wejôciem kocioîka doleciaî go smakowity zapach i Kane zdaî sobie sprawe ûe jest przeraúliwie gîodny. Byî teû dziwnie sîaby - podniesiona do obandaûowanej gîowy rëka drûaîa, opalona na brâz skóra nabraîa szarawej barwy. Stali przy nim gruby mëûczyzna i jeszcze jeden wysoki, szczupîy wojownik o posëpnej twarzy.
- On sië obudziî, Kurobo - stwierdziî gruby. - Jego umysî powróciî do ûycia Chudy kiwnâî gîowâ i krzyknâî coô. Z zewnâtrz dobiegîa odpowiedú.
- Co to za miejsce? - spytal Kane w narzeczu, którego nauczyî sië dawno temu, a które przypominaîo jëzyk, uûywany przez tych czarnych. - Jak dîugo tu jestem?
- To ostatnia wieô ludu Bogonda - wyjaôniî gruby Murzyn. - Znaleúliômy cië pod drzewami na zboczu. Byîeô ciëûko ranny i leûaîeô bez zmysîów. Wiele dni bredziîeô. Teraz jedz.
Do chaty wszedî mîody wojownik z misâ parujâcego jedzenia. Kane rzuciî sië îapczywie.
- Wiesz, Kurobo, on jest jak leopard - powiedziaî z podziwem grubas. - Nawet jeden z tysiâca nie przeûyîby takich ran.
- Masz racje, Goru - potwierdziî drugi. - I zabiî akaanë, który go porwaî.
Kane z wysiîkiem uniósî sië na îokciach.
- Goru? - krzyknâî dziko. - Kapîan, który przywiâzuje ludzi do pala na ucztë demonów? - Chciaî zerwaê sië, zadusiê grubego Murzyna, lecz sîaboôê zagarneîa go jak fala, chata rozpîyneîa sië we mgle i bez tchu opadî na posîanie. Gdy sië zbudziî, zobaczyî koîo swego posîania mîodâ, szczuplutkâ dziewczynë. Miaîa na imië Nayela. Nakarmiîa go. Kane, duûo silniejszy, zadawaî jej mnóstwo pytaï. Trafiî do plemienia Bogonda, którym rzâdzili wódz Kuroba i kapîan Goru. Nikt tu nie widziaî jeszcze biaîego czîowieka ani o nim nie sîyszaî. Ran, które odniósî nie przeûyîby zwyczajny czîowiek.
Spytaî o Goru i po chwili tîusty kapîan przybyî niosâc jego broï.
- Czëôê znaleúliômy koîo ciebie, resztë przy ciele akaany. Musisz byê bogiem. Ale bogowie nie krwawiâ, a ty o maîo co nie umarîeô. Kim wiëc jesteô
- Nie jestem bogiem - odparî Kane. - Jestem czîowiekiem tak jak ty, pochodzë z dalekiego kraju za morzem. Nazywam sië Solomon Kane i jestem bezdomnym wëdrowcem. Z ust konajâcego usîyszaîem po raz pierwszy twe imië. - Cieï smutku przebiegî po twarzy szamana. Zwiesiî gîowë.
- Wypoczywaj i nabieraj siî, czîowieku, boûe, czy kimkolwiek jesteô. W odpowiednim czasie dowiesz sië wszystkiego. W ciâgu dni Kane powracaî do zdrowia dowiadujâc sië równoczeônie o wielu niezwykîych tajemnicach. Ich plemië nie pochodziîo z tej krainy. Sto piëdziesiât lat temu przybyli tu i nadali tej krainie imië swej poprzedniej ojczyzny. W Starej Bogondzie byli potëûnym narodem, jednak wojny plemienne skruszyîy ich potëge. Wreszcie szczep ulegî potëûnemu najúdúcy. Przewëdrowli tysiâce mil docierajâc do straszliwej krainy Akaana. Dodaî ûe ich przodkowie za póúno zrozumieli powody szyderczego ômiechu ludoûerców, ôcigajâcy ich do samego pîaskowyûu. Teren ten obfitowaî w wodë i zwierzynë. Kiedy stwierdzili ûe kanibale nie majâ zamiaru ich dalej ôcigaê, wypoczëli i wybudowali dwie wsie - Górnâ i Dolnâ Bogondë.
Kane znajdowaî sië teraz w Górnej, zaô ruiny, które widziaî byîy jedynym co pozostaîo z niûej poîoûonej wioski. Wkrótce pojeli, ûe trafili do krainy potworów o strasznych kîach i szponach. Nocâ sîyszeli uderzenia wielkich skrzydeî i widzieli przeraûajâce ksztaîty. Zdarzaîo sië, ûe znikaîy dzieci, aû w koïcu pewien mîody îowca zabîâdziî miëdzy wzgórzami, gdzie zastaîa go noc. A o szarym ôwicie okaleczone, na póî poûarte ciaîo spadîo z nieba na gîównâ ulicë wioski, zaô wybuch okrutnego ômiechu gdzieô na wysokoôci zmroziî krew przeraûonych mieszkaïców.
Niedîugo potem Bogondi zrozumieli caîâ grozë swego poîoûenia. Z poczâtku akaana bali sië ludzi, ukrywali sië i tylko nocâ wylatywali ze swych jaskiï, lecz z czasem stali sië coraz zuchwalsi. Kiedyô w peînym ôwietle dnia któryô z wojowników zestrzeliî z îuku jednego z nich. Potwory jednak przekonaîy sië juû, ûe potrafiâ zabijaê ludzi. Ômiertelny krzyk konajâcego przywabiî caîe stado demonów.
Runeîy z nieba i na ich oczach wspóîplemieïców rozerwaîy czîowieka na strzëpy. Bogondi postanowili opuôciê przeklëtâ krainë. Setka wojowników wyruszyîa w góry na poszuiwanie przejôcia. Znaleûli strome zbocze, na które z trudem mogli sië tylko wspiâê. Znaleûli podziurawione jaskiniami urwiska. Tam gnieúdzili sië skrzydlaci. Stoczono wtedy pierwszâ zaûartâ bitwë, przegranâ niestety przez ludzi. Z caîej setki, która wyruszyîa nie przeûyî nikt.
Kiedy Bogondi zrozumieli, ûe nie ma nadziei na przebycie gór, postanowili wywalczyê sobie odwrót drogâ, którâ przyszli. Przeciwko nim staneîa horda ludoûerców i po straszliwej bitwie odepchneîa ich z powrotem, zdziesiâtkowanych i zaîamanych. Goru mówiî, ûe gdy szalaîa walka, na niebie tîoczyîy sië ohydne stwory, zataczaîy krëgi i chichotaîy widzâc ginâcych masami ludzi. W tych dniach ludzi-ptaków byîo bardzo wielu i gdyby chcieli, mogliby zetrzeê Bogondi z powierzchni ziemi. Goru twierdziî jednak, ûe akaana nie chciaîy caîkowitego zniszczenia ludu Bogondy. Ûywiîy sië przede wszystkim nieduûymi ôwiniami, od których aû roiî sië pîaskowyû, i mîodymi kozami. Akaana pozwoliîy ludziom osiedliê z tych samych powodów, z jakich ludzie pozwalajâ mnoûyê sië dzikiej zwierzynie albo zarybiajâ jeziora - dla wîasnej przyjemnoôci.
Jak twierdziî Goru, miaîy niezwkîe i straszne poczucie humoru - podniecaîy je cierpienia wyjâcych z bólu ludzkich ofiar. Goru byî zdania, ûe akaana wymierajâ i to szybko. Miaî nadzieje, ûe resztki jego szczepu przeûyjâ skrzydlatâ rasë. Wtedy twierdziî z wîaôciwym sobie fatalizmem, bez wâtpienia z dûungli nadejdâ ludoûercy i wsadzâ do kotîów niedobitki jego plemienia. Przypuszczaî ûe w chwili obecnej ûyje nie wiëcej niû sto piëdziesiât wampirów. Biaîy zdziwiî sië dlaczego nie ruszajâ na wielkie îowy i nie wytëpiâ skrzydlatych diabîów. Kapîan uômiechnâî sië i wspomniaî o moûliwoôciach bojowych potworów. Co wiëcej, dodaî, caîe plemië liczy nie wiëcej niû czterysta dusz i akaana sâ dla nich jedynâ ochronâ przed ludoûercami. W miarë jak malaîa liczba akaana, rosîo ich okrucieïstwo. Porywaîy wciâû wiëcej Bogondich, by torturowaê ich i poûeraê w gîëbi swych strasznych, mrocznych jaskiï wysoko w górach.
Potem nadeszîa susza i wielki gîód. Wyschîy úródîa, nie udaîy sië zbiory, zwierzëta stanowiâce podstawowâ dietë Bogondich, odeszîy do dûungli w poszukiwaniu wody. Plemië zmuszone byîo do jedzenia ôwiï, naturalnej zwierzyny îownej akaana. To rozsierdziîo potwory. Bogondi zjadali ôwinie, wiëc potwory zjadaîy Bogondich. Niûej poîoûona wieô, zbuntowaîa sië. Doprowadzeni do szaleïstwa powtarzajâcymi sië gwaîtami powstali przeciwko swoim wîadcom. Akaana szybujâcy nad ulicami w celu porwania dziecka zostaî zestrzelony i zabity strzaîami z îuków. Potem wszyscy w Dolnej Bogondzie zamkneli sië w chatach i oczekiwali swego losu.
Kliknij TU, coby drugâ czëôê poczytaê...